thriller · 7 min czytania
Kropla Chwili
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
-Czym jest dla ciebie życie? Odpowiesz mi na to pytanie?! -Ale… -Czym jest dla ciebie ŻYCIE?! -Ale o co ci chodzi? -Na pytanie nie odpowiadamy pytaniem. CZYM…JEST…DLA…CIEBIE…życie?- to ostatnie słowo wypowiedział zupełnie spokojnie, w przeciwieństwie do całego zdania. -No nie wiem?! Narodziny? Praca? Miłość? Może religia?...- rzekłem zaskoczony, jąkając się przy tym, nie potrafiąc nawet przełknąć śliny. Jąkałem się, bo strach opanował już większość mojej świadomości. -Aaaa…właśnie. Religia! Wierzysz w Boga? -Co to za pytania? -KURWA! CZY WIERZYSZ W…BOGA?- ryknął prosto w moją twarz, opluwając mnie swoją obrzydliwą śliną. Zapach z jego jamy ustnej zatamował moje drogi oddechowe, powodując prawie odruch wymiotny. Oczy zaczęły mi łzawić, ale nie dlatego, że ostrość powietrza trafiła jak pocisk w moją osobę. To był płacz strachu. Niekontrolowany odruch. -Mięczak…- W momencie, kiedy powiedział te raniące słowo, moje kolana wibrowały, próbując utrzymać lekkie, młodzieńcze ciało. Ciało, które w tej chwili stało się zbiornikiem bez duszy, na której miejscu pojawiło się przerażenie. -Pieprzony, ludzki…mięczak…- Kiedy znów się odezwał, patrzył na mnie tak władczo i przerażająco za razem, że nie byłem w stanie wytrzymać. Łzy lały mi się po policzkach, jak małe rzeczki, lub wyznaczniki horroru, jaki przeżywałem. Czułem tylko jego potworny, pełen nienawiści wzrok i nic poza tym. Chciałem coś powiedzieć, uciec, ale w tym momencie adrenalina nie chciała mi pomóc. Nikt nie chciał mi pomóc. Nie wiedziałem ile czasu minęło; może parę sekund, może parę minut. Czas był moim najmniejszym zmartwieniem. Poczułem coś jeszcze. Papieros w mojej prawej dłoni, znajdujący się pomiędzy palcem wskazującym, a palcem środkowym, oparzył mnie dotkliwie, jak by chciał pokazać, lub powiedzieć, co zaraz się stanie. Żebym uciekał. Kiedy oparzony odruchowo napiąłem mięśnie prawej ręki, wydając przy tym sykliwy dźwięk, widziałem, jak czarny osobnik stojący tuż przede mną, z prędkością błyskawicy, sięgnął po coś do plecaka. Tak samo szybko, trzymając coś ciemnego, wyciągnął rękę prostując ją i ustawiając błyszczący przedmiot przed moją twarzą. Było ciemno. Nocny, letni wiatr rozdmuchiwał jego czarne włosy tak samo, jak te parę drzew rosnących zaledwie kilka metrów od nas. Nic nie mówił, nie ruszał się, tylko patrzył. Patrzył i celował czarnym Glockiem. Błyszczącym, czarnym, jak ziemia, na której staliśmy, pół automatem i chyba czekał. Wydłużał moment, który musiał się stać, w którym chciał poplamić moją białą bluzę wściekle czerwoną krwią. Moim płynem życia. Chwila. Ta pieprzona chwila, powodująca zaćmienie umysłu, a jednocześnie przypominająca wszystkie miłe, romantyczne i również rodzinne zdarzenia, jakie jest w stanie człowiek przeżyć, trwała nie dłużej niż dwie sekundy. Jego twarz zaczęła się zmieniać. Przybierał inne spojrzenie, szaleńczego wzroku, tak bardzo skoncentrowanego na mnie i na drugim celu. Morderstwie. Kąciki jego ust, równocześnie, jak by pociągane niewidzialnymi sznurkami powędrowały…