Filozofia · 4 min czytania
Legenda z kraju bez ognia
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Legenda z kraju bez ognia
Krańcem drogi, która końca nie miała lecz tylko falujące w słońcu brzegi i odgłosy galopujących koni, stąpali jak po linie czterej mędrcy, świadkowie końca epoki złota i bursztynu. Z wiatrem a oddechem ziemi szli naprzód pomimo chłodów nocy i złorzeczeń polnych mew. Błądzili ponoć od wieczności po wieczność, przynosili słowo, które ciałem stać się nie chciało, jeno skrzeczącym zwichnięciem czasu, jeno pierwszą zorzą deszczowego plonu. Pierwszy budził się o świcie by paść śnieżne jagnięta, wyłaniające się z wody jakoby życiodajna piana, puch unoszony przez myśl chwalebną, potok rąk oddający raj ziemski we władanie zastępów niewinnych sierot, których matki wyrzekły się, żegnając się krzyżem a parskaniem chciwych nozdrzy.
- Jezuuuu. Zamknij się wreszcie, już nie mogę, no przestań! Aaaa...
Drugi kłaniał się...
- No nie rycz! Co ci się znów nie podoba? Jasna cholera!
Drugi kłaniał się burzom, wichrom, smokom lądowym i morskim, pijanym drzewom, co wyrastały w dolinie bez cieni, bez hebanowych świątyń i mostów łączących przyrzeczenia bogów z ich ofiarami bez oczu i nóg. Zagarniał do swej sakwy, zawieszonej u pasa co wygrywał melodie sprzed wieków, w innym czasie, innym świecie, całe połacie chmur, paznokciami je drapał, suszył na wiór i rozdmuchiwał na szczycie wielkiej góry Nahual. Trzeci był łowcą szeptów, wiernym starodawnym nakazom, rozsypywał nasiona żalu, lamentu, z rzadka rozpaczy, ta bowiem była cenniejsza niż sól i mirra. Czwarty był z wyroku mocy niewidoczny, gdyż stał się cieniem…