Filozofia · 3 min czytania
Sweet home
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
O sweet home Alabama, zawodzi od poranka stare, tranzystorowe radio, skrzeczy jak ranna wrona. Pies sika na własną budę, pobrzękuje zardzewiałym łańcuchem o zardzewiałą miskę. Ależ upał, kurz włazi do nosa. Niedziela. Szef wymył swe tłuste cielsko, czasem mu się zdarza, i poszedł na nabożeństwo z równie tłustą żoną, która przypominałaby jeszcze kobietę, gdyby ulubiona sukienka zgniłozielonego koloru nie upodabniała ją do hipopotama. Za to rozluźniło się pod ich nieobecność. Można po kryjomu zapalić papierosa, opierając się o odrapaną szopę na węgiel. To dobry dzień, cotygodniowe święto jednoczące całą społeczność, zmęczoną duchotą i codziennym, wieczornym piciem w domu. To całkiem dobry dzień. Musi tylko oporządzić jeszcze konie, wlać pomyje świniom, sprawdzić czy wszystko jest pozamykane i może wybrać się na wspólne grillowanie, czyli picie i jedzenie, z przewagą picia, po którym odbędzie się potańcówka. Wszystkie okoliczne panny aż piszczą z zachwytu na samą myśl o tej imprezie. Szorują się długo pod pachami i w kroku, tak na wszelki wypadek, który właściwie dość często odbywa się, według założeń, na słomie, sianie, może na szerokim siedzeniu półciężarówki, czemu nie, przecież to też dobra rozrywka. No i cóż. Wchodzi do wielkiej stodoły. U góry rozwieszone są tandetne lampki, z dziur w deskach wystaje słoma, czuć pot i końskie siki. Ach, cóż za cudowny dzień. Faceci w…