Filozofia · 6 min czytania
Waniliowe pachnidło, - początek
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Waniliowe pachnidło
Ten zapach znów rozszedł się tuż za jej plecami. Poczuła go w momencie, gdy starała się wymacać opuszkami palców zawieruszone gdzieś spinki do włosów. Opanowało ją lekkie poruszenie, promienne, ciepłe doznanie czegoś niezwykłego, które po chwili zmieniło się w rozkoszne rozleniwienie, rozprężające mięśnie i zmysły jakoby strumieniem rozgrzanego w słońcu, letniego deszczu. Zrobiło się cicho, jak zawsze, gdy waniliowe doznanie pojawiało się, kiedy jedyną stycznością ze światem pozostawał dojmujący ból w okolicach jej piersi. W tej ciszy odnajdowała zapomnienie i coś na kształt autentycznego wyzwolenia. Nigdy wcześniej nie zaznała podobnych wzruszeń.
Trwało to już od jakiegoś czasu. Sara nie chciała, nie miała sił, by określać, przeliczać, upływające tak szybko miesiące, które, jak nigdy, stawały się coraz krótsze, niewystarczające. Żyła z wyrokiem, tak jej się zdawało, tak zdawało by się każdemu na jej miejscu.
A była przecież jedynie zwykłą dziewczyną. Za taką siebie uważała, oceniając stopień swej normalności reakcjami otoczenia, które pozwalało jej wzrastać i funkcjonować w poczuciu bezpieczeństwa i względnej przewidywalności. Harmonia, jaka zdawała się być udziałem Sary, sprawiała, że młoda osoba nie doświadczała emocji, które mogły wypaczyć jej sąd o świecie, czy, tym bardziej, sobie samej. Genetyka, spolegliwie przyglądając się jej rodzicielom, nie odbiegając od tak uformowanego wzoru, poskąpiła w tym przypadku cech, które warunkowały naturalną zdolność do filozoficznych poszukiwań, do skrajnego buntu, do podważania podwalin konstytuujących oferowaną rzeczywistość. Dlatego też Sara była pogodnym dzieckiem, nastolatką, a potem młodą kobietą o określonych przekonaniach i tradycyjnym światopoglądzie. Była... bo przecież taki stan rzeczy nie mógł trwać w nieskończoność. Tak to po prostu jest.
- Szzz szzzzz szzzzz? - jakiś dźwięk wyrwał Sarę z królestwa jej myśli, które ostatnio odwiedzała dość często, odcinając się coraz bardziej stanowczo od realiów. Odwróciła głowę, otoczoną kasztanowymi, zbijającymi się w spirale, włosami, szukając przyczyny swego zaniepokojenia.
- Pamiętałaś o swoich lekach, kochanie? - z troską pytała ją matka, która teraz, gdy to wszystko działo się jakby na przekór ich pobożnym życzeniom, na przekór wszystkiemu, co sobie tak dokładnie obmyślili i zaplanowali, wykazywała autentyczne przejęcie, zupełnie jak wtedy, gdy na świątecznej wyprzedaży w domu handlowym Piersea zabrakło choinkowych lampek w kształcie maleńkich, spiczastych płomyków. Wtedy też czuła się zdruzgotana. Odstępstwa od dogłębnie przemyślanych wytycznych powodowały u niej wrażenie…