Wróć do katalogu

1. Pod wiedźmią kiecą

:)

Chantico, opublikowano , 32 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Rozdział I Pod wiedźmią kiecą Czytelniku, zostaniesz przywitany arcy nudnym wstępem o sprawach całkiem nieważnych. Choćbyś nie wiem jak się starał, nie znajdziesz tu nic dla siebie. „Mimo twych najszczerszych chęci”. Później poznasz głównych bohaterów. Na samym końcu akcja nieco drgnie.

Tawerna „Pod wiedźmią kiecą” była miejscem codziennych orgii, kradzieży, pijaństwa i hazardu. Istna Arkadia- rzekłby najzwyklejszy obywatel miasta Laymanoy, któremu takie a nie inne rozrywki umilały krótki, ziemski żywot. Kilka zbutwiałych od starości stołów, rożen, na którym co dzień pieczono ćwiartkę wieprza, parę kaganków oświetlających wnętrze lokalu i wypchane głowy zwierząt zawieszone na ścianach, podkreślały charakter karczmy. Nie było to miejsce ani dla szanujących się kobiet, ani dla wytwornych mężczyzn. Spotykały się w niej najgorsze typy z okolicy, hazardziści i zbóje, którzy bynajmniej nie rozwiązywali sporów dyplomatycznie. Za tawerną, od strony lasu, można było zobaczyć kilka ciał z poderżniętymi gardłami, gnijących i zielonych, zżeranych przez muchy i wszędzie chodzące robactwo. Widok ten nie dziwił nikogo- był bowiem tak naturalny, jak krowi placek na pastwisku. Twarze trupów wykrzywione w grymasie bólu i przerażenia, zdawały się przekazywać nieme ostrzeżenie odwiedzającym. Nikt jednak nie słuchał. Tawerna rządziła się swoimi prawami. Jednak, co wydaje się dziwne dla ludzi nieobeznanych z tutejszymi zwyczajami, karczma należała do pewnej uroczej damy, o której z pewnością każdy zdąży wyrobić sobie własne zdanie podczas czytania tejże lektury. Zacznijmy więc. Właścicielka... Była nią trzydziestoletnia Sandra, znienawidzona przez wszystkich za swoją niespotykaną głupotę. Sama jednak miała o sobie zdanie nieco wygórowane, ba!, nie kryła się z opinią, że gdyby nie jej niskie pochodzenie, zajęłaby się nauką, a nie uprawianą przez siebie profesją. „Profesja”...I znów kolejne słowo, które kryje w sobie więcej, niż moglibyście sobie wyobrazić. Spieszę zatem z odpowiedzią. Sandra zachowywała się tak, jak przystało na wyborną, miejską dziwkę. Oczywiście trzeba dodać, że owe zajęcie wychodziło jej nie najgorzej- tak przynajmniej głosili mężczyźni, z którymi miała...styczność. Rozumiecie, co mam na myśli. Po długich rozmyślaniach, ludzie w Laymenoy doszli do wniosku, że barmanka nie bez powodu popełnia grzech nieczystości. Cóż więc było tego powodem? Mówią, że jej mąż został ukarany za zdradę poprzez obcięcie pewnej części ciała. Karę podobno wymierzyła mu sama Sandra, jednak ta wersja nie przemawiała do nikogo, bacząc na zbereźne ciągotki kobiety. Druga, bardziej prawdopodobna mówiła, że kobieta utrzymuje tawernę z pracy z „drugiej ręki”, ponieważ posada barmanki nie przynosiła większych zysków. Trzecia (ostatnia już na szczęście), że chłop od niej uciekł. Podpowiem nieskromnie, że tylko ja i kilka dobrze znanych mi osób wiedziało, że żadna z powyższych historii nie jest prawdziwa. Ale o tym później. Założę się o trzy złote monety, że na dziesięć kobiet czytających moje nudne wywody, trzy z nich odłożyły z oburzeniem lekturę, dwie ziewnęły ze znużeniem, a pozostałe sześć jęknęło „biedna Sandra!”. Pozostawię to bez komentarza i pozwolę sobie zwrócić uwagę na zachowanie czytających mnie mężczyzn. Otóż każdy z nich myśli, że Sandra to długonoga, blond włosa piękność, z wielkimi, niebieskimi oczyma i dużym biustem. Z powyższego opisu tylko jedna rzecz zgadza się z rzeczywistością- barmanka miała duży biust. Bardzo duży biust. Powiedziałbym- przeogromny, obrzydliwy biust, zwisający mniej więcej do pępka. Nawet więcej, niż mniej. Cóż za markotne miny, drodzy koledzy? Straciliście smak? Posłuchajcie więc dalej. Sandra miała lat około trzydziestu. Była wyższa niż przeciętny mężczyzna i- oczywiście- znacznie grubsza. Włosy mysiego koloru, związane w warkocz, twarz blada, z krzywymi ustami. Oczy brudnoszare. Nos zakrzywiony ku dołowi, ozdobiony brodawką. Resztka, która pozostała z wyskubanych brwi, dodatkowo zniekształcała jej urodę. Jeśli miałbym wymieniać kolejne walory estetyczne kobiety, dodałbym wiecznie przepoconą bluzkę, z szerokimi- jak pokaźnych rozmiarów jezioro- i mokrymi plamami pod pachami. Najgorszy w tym wszystkim jest fakt, że opisywana przeze mnie kobieta nie jest wytworem mojej fantazji. Była tak cielesna i na tyle prawdziwa, na ile można to sobie wyobrazić. Za jej żyłkę do „biznesu” była wychwalana przez kler (nie wiedzieć czemu), a przez miastowe kumy została nazwana „robotną”. A roboty- dodajmy pokrótce- miała nie mało. Skupmy się jednak na samym mieście Laymenoy. Od zachodu otaczały go pokaźne góry, w których zginął niejeden myśliwy polujący na dziką zwierzynę. Niedźwiedzie i wilki czekały tam na zagubionych wędrowców, którym nie dane było przeżyć dłużej niż noc. Wieśniacy powiadają, że czasami w nocy słychać krzyki umierających, które odbijają się echem od skał, łącząc w jedną, przerażającą całość. Bardziej roztropni twierdzą, że to tylko wiatr, poszukujący czegoś wśród nagich skał. Od wschodu, północy i południa Laymenoy otaczały równiny, w których gdzieniegdzie wyżłobione były płytsze bądź głębsze jeziora. Równiny te zarośnięte były przez lasy i brzozowe gaje. Miasto (i krainy je otaczające) należało do wielkiego króla, który rządził na swych włościach twardą ręką. Razem ze służącymi i rycerzami, którzy zasłużyli męstwem na to wyróżnienie, mieszkał w wielkim zamku, znajdującym się tuż u podnóża gór. Otaczały go domy poddanych, którzy ze względu na swój stan majątkowy i pochodzenie, mieszkali bliżej lub dalej od siedziby króla. Do zamku prowadził prosty trakt, którym zazwyczaj przyjeżdżali zmęczeni podróżni bądź kupcy, handlujący na rynku swoimi towarami. W odległości dwóch kilometrów od zamku, stała na uboczu pod małym laskiem tawerna, o której wyżej wspomniałem. Co do samych mieszkańców miasta- byli to ludzie utrzymujący się przeważnie z łowiectwa i rolnictwa, ubodzy, ale szczęśliwi. Oczywiście, zdarzały się wyjątki, tych jednak szybko się pozbywano. Na ogół jednak byli to ludzie tacy, jak wszędzie indziej, posiadający wady, zalety, słabości i swoje mocne strony. Skończmy jednak na tym jakże ubogim opisie, wprowadzając do naszej historii trochę dynamizmu. Znów niejasne słowo. Owym „dynamizmem” była dziewczyna w wieku dziewiętnastu lat, o ciemnorudych, długich włosach (raz prostych, raz kręconych, w zależności od pogody) i niebieskich oczach, patrzących żywo na wszystko, co ją otaczało. Mimo niezbyt wysokiego wzrostu siała zamęt wszędzie tam, gdzie się pojawiła. Bez najmniejszych skrupułów. Posiadała dokładnie te cechy, których mężczyźni nie znosili- troszeczkę inteligencji, sprytu, gram rozwagi i jeszcze mniej umiejętności gryzienia się w język wtedy, kiedy trzeba. Raz złośliwa i pyskata, raz spokojna i delikatna, wprowadzała w męskie serca coś, co powszechnie nazywa się „niepewnością”. Kokietowała dla zabawy i otwarcie przyznawała się do tego, z wesołym uśmiechem na twarzy. Częściej czyniła sobie z ludzi wrogów, niż przyjaciół, ze względu na podły nastrój lub całkowitą ignorancję i brak zainteresowania ich życiem. Jednego jestem pewien- zmyłaby mi głowę za to, że się nie przedstawiłem. Jednak dlatego, że wcale się tej rudej nie boję, pozostanę dalej anonimowy, co wielce mi odpowiada. Kontent jestem z tego prozaicznego wstępu, jak i całej historii przeze mnie zapisanej. Zanim oddam głos mojej rudej towarzyszce pragnę poinformować, że cała ta historia dzieje się w bezczasie. Cholera, kolejne niejasne słowo. Tym razem jednak nie jestem w stanie niczego więcej wyjaśnić. Nie mogę i nie chcę, popsułoby wam to całą zabawę. Teraz jednak czas na mnie- pamiętniki Aleksandry (bo tak się ta uparta dziewucha nazywała), wytłumaczą wam pewne wątki znacznie lepiej niż ja. Miejmy taką nadzieję. ***. Dzień 20 kwietnia od samego rana zapowiadał się deszczowo. Czarne chmury przez baby na targu odbierane były za wybitnie zły omen. Nikt jednak nie wiedział, czy to zwiastun mającej nadejść ulewy, czy może coś o wiele gorszego. Najstarsza kobieta w mieście stwierdziła, że nimbusy cumulusy zapowiadają rychłe nadejście szatana. Szatan jednak nie nadszedł, jak widać spał uśpiony w garnku ze smołą, nie zdając sobie nawet sprawy z ludzkich imaginacji. Zamiast diabła około południa przyszła ulewa tak gęsta, że nawet najbardziej skąpe przekupki udały się do swoich domów, przeklinając siarczyście pod nosem. Dzień bez zrobienia uczciwych interesów to przecież dzień stracony. Ich przekleństwa jednak na nic się nie zdały, można powiedzieć, że pogorszyły sprawę- deszcz siekł jakby mocniej, ograniczając widoczność na odległość wyciągniętej ręki. Na ulicach pojawiły się wielkie kałuże, woda ściekała do rynsztoków, wylewając ich zawartość na ulicę. Wszystkie żywe istoty chroniły się przed deszczem tam, gdzie tylko było to możliwe. Bezdomne koty, które zwykle wałęsały się po ulicach, zniknęły, jak gdyby za pomocą czarów. Padało ciągle, a ponadto- nic nie wskazywało na to, że pogoda ulegnie poprawie. Odwróciłam wzrok od brudnej szyby, po której ściekały strużki wody i rozciągnęłam się wygodniej na łóżku. Nie znosiłam deszczu, jednak tego dnia był nawet wskazany- usprawiedliwiał całkiem moje lenistwo. Leżałam więc wygodnie na łóżku, odrzucając wszystkie niepotrzebne myśli. Błogi spokój ogarnął mój umysł, powieki zaciążyły mi nieznośnie. Zamknęłam oczy i już miałam odpłynąć w kolorową krainę snu, gdy nagle ktoś zapukał do drzwi. Raz, drugi, trzeci. Odruchowo wyciągnęłam nóż, wytężając zmysły. -Kogo diabli niosą...- powiedziałam cicho do siebie, podnosząc się z łóżka. Kilka bezszelestnych kroków i znalazłam się przy drzwiach, otwierając je energicznie. -Dobry- ukłonił mi się jakiś młody, piegowaty chłopczyk.-Pani „Ruda Ola”? Zdziwienie zmieszało się z wściekłością. Schowałam nóż za pas, który zawsze nosiłam, patrząc pytająco na przemoczonego gościa. -Kto pyta? -Ktoś. Mam list do pani. -Od...? -Od jakiegoś wysokiego pana. Prosił, żebym to przekazał. Podobno bardzo pilne. Chłopak wyciągnął rękę, w której trzymał zwitek papieru. Kiedy próbowałam go wziąć, powiedział: -Pan podkreślił, że panienka powinna zapłacić. Co łaska. Cóż miałam zrobić? Włożyłam mu w drobną rączkę miedziaka, zamykając bezceremonialnie drzwi.

Tawerna „Pod wiedźmią kiecą”, po zmroku. Sprawa niecierpiąca zwłoki. Czekam. P.

Wynajęty pokój nie posłużył mi na długo. Trzy dni temu zatrzymałam się w tym miejscu z zamiarem odpoczynku, jednak- jak widać- nie wyszło. List od tajemniczego nieznajomego zapiekł w rękę, przypominając o swoim istnieniu. Miałam nadzieję, że to nie głupi żart któregoś z mieszczan wyśmiewających mój męski strój. Chwila wahania- iść, czy zostać w ciepłym pokoju, nie myśląc o niczym? Coś pchnęło mnie w stronę porozrzucanych rzeczy podpowiadając, że zjawienie się w tawernie to znacznie lepszy pomysł, niż siedzenie bezczynnie w pokoju. Wysoki pan...Ciekawe. Z pewnością jest przystojny, pomyślałam, rozważając wszystkie „za i przeciw” zaistniałej sytuacji. Decyzję podjęłam (jak zawsze) w jednej chwili. Zapakowałam wszystkie rzeczy, które miałam ze sobą, po czym ubrałam czarne spodnie, buty z wysokimi cholewami i płaszcz, który zarzuciłam na ramiona. -Pani już nas opuszcza?-zapytał właściciel mieszkania, kiedy zbiegłam po schodach i zapukałam do jego pokoju. -Nagła zmiana planów. -Małżeństwo? Taka delikatna panienka... -Bynajmniej- przerwałam.-Oto należność. Żegnam. Wyszłam tylnymi drzwiami, pozostawiając mężczyznę w osłupieniu. Skręciłam w lewo, prosto do stajni. Usłyszałam rżenie koni i niespokojny stukot kopyt. -Ache...Ache, koniku...gdzie ja cię zostawiłam? Niech to szlag, jak tu ciemno... Potknęłam się o widły i wylądowałam w wielkiej górze siana. -Świetnie. Ache! Koń zarżał cicho kilka metrów ode mnie. -Tu jesteś, trzeba było od razu mówić. Osiodłałam wierzchowca, torbę przypinając do siodła i wyjechałam ze stajni. Koń parsknął przy pierwszym spotkaniu z rzęsistym deszczem i chłodem. Skierowałam go na główny trakt prowadzący do gospody, gdzie umówiłam się „po zmroku” z nieznajomym. „Po zmroku”- co za ironia. Oberwanie chmury lekko utrudniało rozpoznanie godziny. Tętent kopyt zagłuszało błoto, którego nie dało się ominąć. Zakryłam głowę kapturem, jednak niepotrzebnie- wiatr jak na złość wiał mi prosto w twarz. Po około kwadransie intensywnej-jak na warunki-jazdy, ujrzałam cel mojej podróży- tawernę, w której jak zwykle tętniło życie. Skręciłam ostro w lewo wjeżdżając prawie w drewniany płot, jednak koń przeskoczył przeszkodę. Błoto chlupnęło mi na twarz. Wściekła obmyłam ręce w wiadrze stojącym kilka kroków ode mnie. Zostawiłam konia koło karczmy, nie zważając na głuche pomruki psa warującego nieopodal drzwi. Okryłam się szczelniej płaszczem, po czym naciągnęłam kaptur na oczy. Mogłabym mieć kłopoty, gdyby ktoś mnie zauważył w takim miejscu. Chcąc nie chcąc rzuciłam krótkie spojrzenie na Ache'a, pchnęłam drzwi i weszłam do środka. Zapach palonego tytoniu i dym z kaganków zapiekł mnie w oczy. Znalazłam się w sporej sali, długiej na dziesięć metrów, a szerokiej pewno na piętnaście. Na wprost ode mnie znajdował się długi szynkwas, chroniący butelki wina i beczki z piwem przed wygłodniałymi mężczyznami. Niska powała z lekko przypruchniałych belek potęgowała wrażenie duchoty, a świece sporządzone z łoju i zamieszczone w kinkietach, rzucały migotliwe światło na ściany. Po mojej lewej stronie znajdował się rożen, w którym piekł się pokaźnych rozmiarów wieprz. Poczułam, że wiruje mi w głowie. Zrobiłam kilka kroków na przód, a buty zastukały o drewnianą podłogę. Towarzystwo zebrane w tawernie umilkło na chwilę i- nie zauważywszy nic ciekawego- wróciło do wcześniej wykonywanych czynności. Mężczyźni (bo głównie nimi byli goście) krzyczeli i tłukli o stoły kuflami z piwem, które tryskało na wszystkie strony. Jedni pili na umór, aby leżeć pod stołami, inni obmacywali kurtyzany, które tylko czekały na nowych klientów. Z pewnością ludzie znajdujący się w tawernie nie należeli do tych, którzy zwykli przestrzegać zasad etyki. Rozglądnęłam się powoli wokół, jednak nie zauważyłam nikogo, kto mógłby mnie intensywnie wyczekiwać. Pewno kolejny głupi żart, pomyślałam. Zajęłam wolne miejsce pod ścianą przy jednym ze starych stolików. Spod kaptura zaczęłam przyglądać się ludziom. Jakiś brodaty jegomość ze szramą na policzku zaczął dobierać się do wydekoltowanej kobiety, która nie miała nic przeciwko jego zachowaniu. Chwilę później poszli na piętro, gdzie znajdowały się pokoje dla gości. Nie podobało mi się to miejsce. W pewnej chwili jakiś mężczyzna, ledwo trzymający się na nogach oparł się o brzeg mojego stolika, spojrzał na mnie mętnymi oczami, po czym gestem wskazał swoim kompanom, aby podeszli. Wyprostowałam się, starając oddychać głęboko. -Dziewczyna- powiedział pijak, od którego poczułam silny zapach alkoholu. Odwróciłam twarz, szukając kogoś, kto mógłby mi pomóc. Nikogo takiego nie było w pobliżu, dlatego odruchowo złapałam rękojeść noża, który miałam za pasem. Jeden z mężczyzn już wyciągał rękę, aby złapać mnie za brodę, gdy nagle cofnął ją ze zdziwieniem, patrząc na coś za moimi plecami. Usłyszałam stanowczy, męski głos: -Wydaje się, panowie, że ta pani wolałaby- o ile oczywiście pozwolicie- nie być nękana waszą obecnością. A ja jestem pewien, że tak szlachetni obywatele Laymenoy nie zlekceważyliby życzenia niewiasty, czyż nie? To by było co najmniej nietaktowne. Mężczyźni wyszeptali coś do siebie ze strachem, wydawać by się mogło- wytrzeźwieli w jednej sekundzie, po czym odeszli spokojnie do innego stolika. Serce przez chwilę przestało bić, chwilę później ciśnienie mi się…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych