Wróć do katalogu

10.

;)

Chantico, opublikowano , 17 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Kurczak. Dwie marchewki i pietruszka. Jabłko. Cebula. Może jeszcze uda się dosięgnąć pstrąga... -Złodziej! Łapać złodzieja!- krzyczała jedna z bab, która w czwartkowy ranek miała przy swoim stoisku z rybami urwanie głowy. I jeszcze teraz ten bachor, który właśnie zwędził jej rybę! Zanim ludzie zdążyli zareagować, chłopak uciekał, klucząc między uliczkami Laymenoy. Skradzione jedzenie, które trzymał za pazuchą zbyt dużego płaszcza parzyło, przypominając złodziejaszkowi o złym uczynku. Chłopak przetarł rękawem usta, z których ciekła ślina, dysząc ciężko. Zatrzymał się w jednej z wąskich, brudnych uliczek, ludzie przebiegli, a on odetchnął z ulgą. Obszerny kaptur płaszcza opadł mu na oczy. Wszyscy zniknęli. Teraz może spokojnie opuścić centrum miasta. Udał się więc powolnym krokiem przez bramę i przeszedł nierozpoznany obok strażników. Towarzyszył mu dreszczyk emocji, kiedy jednak znalazł się nieopodal domu na wzgórzu, przeciągnął się leniwie, a złośliwy uśmieszek pojawił się na jego wąskich ustach. Drzwi do małej, rozpadającej się chatki były jak zawsze uchylone. Promienie słoneczne ogrzewały jej wnętrze, pozbawiając wilgoci. Pchnął lekko drzwi, które skrzypnęły. -To ty, Radomirze?- usłyszał wysoki głos kobiety leżącej na posłaniu. -Ja. Kobieta uniosła się ciężko na łokciach, obserwując swojego ośmioletniego syna. Ten, jak gdyby nigdy nic, począł wyciągać skradzione rzeczy, które położył na stole. Rzucił ukradkowe spojrzenie na matkę, która znów leżała na posłaniu. Blada, z wystającymi obojczykami, sinymi ustami i podkrążonymi oczyma przypominała śmierć. Tłuste, ciemne włosy przylepiały się do skóry na policzkach, która szczelnie opinała czaszkę. Matka Radomira wyglądała zdecydowanie gorzej niż dzień wcześniej. Dziecko, mimo swojego młodego wieku wiedziało doskonale, że tylko kilka dni oddziela go od rozstania z rodzicielką. Ciężki oddech matki mówił sam za siebie- umierała powoli, wykańczana jakąś nieznaną mu chorobą. Nie dało się tego odwrócić. Za kilka dni Radomir zostanie na świecie sam. Ojciec zginął tak, jak na rycerza przystało- wypił za dużo trunku i już się nie obudził. Nawet dobrze się stało, pomyślał Radomir, mimowolnie dotykając sinych blizn na plecach. Pamiętał każde uderzenie, każdy cios wymierzony w policzek, zapłakaną matkę, która nic nie mogła zrobić. Dzielny rycerz von Em, sługa króla, który robił doskonałe wrażenie na władcy i innych rycerzach, tak naprawdę był potworem. Swojego pana nienawidził, o czym często wspominał, szczególnie po winie. Twarz ojca- surowa, o ostrych rysach, utkwiła w pamięci dziecka, śniła się po nocach, prześladowała. Radomir pamiętał, że dni, kiedy nie było go w domu, były najlepszym okresem w jego życiu. Nawet matka częściej się uśmiechała, biorąc syna na kolana i opowiadając mu legendy. Kiedy umarł, w chatce na skraju lasu zrobiło się nieco radośniej. Problemem było jednak, że główny żywiciel rodziny odszedł, a za nim pieniądze darowane przez króla. Wdowa sama utrzymywała siebie i dziecko, głównie z żebrania. Teraz jednak, jak na złość wszystkiemu, przyszła choroba i Radomir musiał radzić sobie sam. Kradł, aby utrzymać przy życiu siebie i matkę. Chwycił skradzionego kurczaka, wrzucił go do wielkiego garnka, wrzucił jarzyny, a całość zalał wodą. Kilka minut później rozpalił pod garnkiem ogień i czekał, aż bulion będzie gotowy. -Mój mały Radomirek zostanie kiedyś dzielnym rycerzem- powiedziała cicho matka, wciągając ze świstem powietrze do płuc. Chłopak usiadł na brzegu łóżka matki, spojrzał na rodzicielkę i otarł rękawem ślinę spływającą z ust. Nie kwapił się do rozmowy z matką. Ta jednak jak na złość starała się nawiązać kontakt z synem. -Radomirek będzie szczęśliwy w zamku u króla, mamusia napisze list do Notiusa Maximusa, on cię przygarnie do swojej gwardii. Dziecko skrzywiło się- nie chciało powiem iść w ślady ojca. Dla matki jednak przyszłość syna była jasna- zostanie rycerzem i obroni honor rodu von Em. Radomir jednak już wtedy wiedział, że bycie dobrym i honorowym wcale nie popłaca. Przekonywał się o tym codziennie, patrząc na mieszkańców Laymenoy. Tylko krętacze, oszuści i złodzieje mogli się czegoś w tym mieście dorobić. Inni przymierali głodem. -Mój synek zostanie wielkim, dzielnym rycerzem. Będzie bronił słabych, pomagał ludziom w cierpieniu, postępował według kodeksu rycerskiego. Kiedy będzie dorosły, poślubi piękną kobietę o wielkich, niebieskich oczach. Mamusia wie, Radomirku, że znajdzie się taka, która obdarzy go dziećmi. Dziećmi. O niebieskich oczach. Dziećmi, Radomirze. Radomirze von Em! Dziecko patrzyło z przerażeniem na matkę, która na jego oczach zaczęła dygotać, a z jej ust wypłynęła krew, ciurkiem ściekając na piersi. Oczy zapałały kobiecie dziwnym blaskiem, usta wykrzywił przerażający grymas. Bulion zaczął bulgotać. -Na kogo wyrośnie mój synek?- zaśmiała się kobieta, która teraz przypominała Śmierć przestawianą na licznych obrazach. Radomir z przerażenia nie mógł zrobić kroku. Nogi ciążyły niemiłosiernie, nie mogąc oderwać się od ziemi. Matka zaśmiała się ochryple, skóra na jej policzku pękła, jakby przecięta nożem. Chwilę później wypłynęła z niej ropa, którą kobieta wytarła kościstym palcem. -Nie ładnie, Radomirze. Mamusia inaczej cię uczyła. Masz dwadzieścia cztery lata, synku, czas najwyższy zmądrzeć. -Nie jesteś moją matką!- krzyczał dorosły już Radomir, próbując wyrwać rękę, którą złapała kobieta. -A ja ci powtarzam jeszcze raz, Radomirze von Em- zacznij się bać. Z gardła Radomira wydarł się krzyk, który zniknął gdzieś w przestworzach, nie dosłyszany przez nikogo. Na jego oczach jego matce (albo raczej temu czemuś, czym stała się kobieta) wypadły zęby. „Niebieskie oczy”. Ten złowieszczy głos odbijał się echem w jego głowie coraz to głośniej, aż w końcu zapadła głucha cisza, przerywana tylko charczeniem Kostuchy. W powietrzu czuć było zapach wrzącego rosołu.

Radomir obudził się cały zlany potem, dygocąc okrutnie. Kilka razy próbował wyszarpać rękę niewidzialnemu przeciwnikowi, który go trzymał. Nie wyczuł oporu. W świetle żarzącego się drewna dostrzegł Tylnosuwa i Barnabę, którzy spali smacznie. Odetchnął głęboko. Ten sam koszmar śnił mu się już kilka razy, przypominając pewne zdarzenia z dzieciństwa. Powtarzanie w kółko „to tylko zły sen” wcale nie poprawiało jego sytuacji. Oto on, dzielny rycerz Radomir von Em, bał się. W głowie krążyła mu myśl, że traci zmysły. Nie było to dalekie od prawdy. Wszędzie, gdzie tylko spojrzał, widział rude włosy i niebieskie oczy dziewczyny, która była teraz nie wiadomo gdzie, daleko od niego. Ponadto- każdy szczegół, który widział, przypominał mu o jego matce. Po prostu wariuję, powtarzał sobie. Nigdy nie znajdę tego, czego szukam. Ostatkiem sił podszedł na czworakach do swojej torby, wyjął z niej halkę i powąchał. Dalej utrzymywała się na niej świeża woń ogrodu. Drżąc jak w febrze rycerz wstał z ziemi, niepewnie zrobił krok do przodu, zachwiał się i upadł. Był pewien, że oszalał. -Skoro jestem już wariatem- powiedział do siebie- nie pozostaje mi nic innego, jak iść do lasu i poczekać, aż ona przyjdzie. Poczołgał się więc tak cicho, jak tylko potrafił na skraj lasu. Ognisko, przy którym kilkanaście minut temu się znajdował, było teraz malutkim punktem, który raz za razem znikał mu z pola widzenia. W końcu znalazł się w samym środku (a przynajmniej tak sądził) ciemnego lasu. Widział zarys drzewa, którego rozłożyste gałęzie wyglądały jak ręce starców, które tylko czyhały, aby go dopaść. -Uciekła moja ruda wiedźma- kwilił Radomir, wycierając rękawem koszuli ślinę.-I nie wróci. Nazywam się Radomir von Em, byłem rycerzem, któremu uciekła wiedźma. Rycerz na korze drzewa wydrapał paznokciami napis „Byłem tu- Radomir”, po czym w akcie desperacji wspiął się na odległość kilku metrów i zamarł w bezruchu. Pod drzewem stała Ona, rudowłosa wiedźma, uśmiechając się prześlicznie.

Radomira von Em nie było od kilku dobrych godzin. Do momentu, kiedy Tylnosuw poszedł go szukać, Barnaba siedział spokojnie pod drzewem, gryząc suchą trawkę. Rzadko kiedy się denerwował, jednak gdy rycerz wrócił bez Radomira, Goliat podrapał się z niepokojem po brodzie. Gdzież on, do cholery, mógł być? Z jego obserwacji wynikało, że Radomir od kilku dni czuł się źle. Blada twarz, ciągle podkrążone oczy

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych