Wróć do katalogu

(2) Biurowiec

Biurowiec ma swój charakterystyczny kamienny zapach, czuję go, gdy obrotowe drzwi wypluwają mnie do przestronnego holu. Podłoga wyłożona jest marmurową, śliską posadzką, po której jak po wodzie niesie się stukot obcasów i turkot kółek metalowych wali

sheenes, opublikowano , 44 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Mam trzydzieści jeden lat. Mam włosy w sztucznym kolorze, który po kilku miesiącach się spiera i znów trzeba farbować. Kolor naturalny trudno określić, pojawia się irytująco często na czubku głowy i rozrasta w zastraszającym tempie właściwym dla długu rosnącego na karcie kredytowej, odbierając mi pewność siebie w miejscach publicznych i w stosunku do obcych. Włosy są proste i długie, bo nie lubię eksperymentować i nie mam skłonności do ryzyka, czego wyrazem jest niezmiennie od lat ta sama fryzura. Oczy mam szare, choć w dowodzie wpisano, nie wiedzieć czemu, że niebieskie. Wzrost mam średni a figurę dziewczęcą i skłamałabym, gdybym powiedziała, że mnie to nie zadowala. Wąskie biodra, szczupłą talię, tyłek, który względnie dobrze prezentuje się w dżinsach. Zgodnie z dowodem znaków szczególnych brak. Mam trzydzieści jeden lat i pierwsze zmarszczki mimiczne. Kurze łapki wokół oczu, które pojawiają się, gdy się uśmiecham. Mam twarz, która jeszcze się podoba, ale której czasy świetności przypadają na zdjęcia zrobione ubiegłej dekady. Jeszcze kilka lat i nie będzie pasowała do figury, będzie jak od innego kompletu, z tyłu liceum z przodu muzeum, śmiał się kiedyś mój ojciec z jednej z matek moich koleżanek, a ja, będąc w wieku wczesno podstawówkowym, śmiałam się do rozpuku razem z nim, nie bardzo rozumiejąc, co miał na myśli. Czuję, że patrząc w lustro niebawem wcale nie będzie mi do śmiechu. Mam cerę, która robi się przezroczysta z niewyspania i pozostawia wiele do życzenia, gdy zbyt dużo pracuję. Od kilku lat zbyt dużo pracuję. Mam trzydzieści jeden lat i nie mam własnego mieszkania. Nie mam własnego kąta okupionego trzydziestoletnim paktem z finansową instytucją, nie mam mebelków, duperelków, obrazków wiszących na ścianach i kwiatków w doniczkach. Nie mam psa, kota, nie mam nawet samochodu. Mam natomiast kilkadziesiąt pozycji w gazecie, w sekcji „wynajmę mieszkanie”, do przejrzenia. Mam trzydzieści jeden lat i w zeszłym tygodniu rzucił mnie facet. Rzucił mnie dla innej kobiety, bez ostrzeżenia i bez widocznego powodu. Cichutko spakował najpotrzebniejsze rzeczy do sportowej torby przewieszonej przez ramię, wsunął laptopa i kilka książek pod pachę i odszedł chyłkiem, ze spuszczoną głową i zbolałym wyrazem twarzy. Wspomniał kilkakrotnie, uciekając przede mną wzrokiem, że bardzo mu przykro i że to nie moja wina. Mam trzydzieści jeden lat i właśnie leżę w łóżku, we flanelowej pidżamie w szkocką kratę, w pościeli, którą powinnam zmienić na świeżą, na taką, która miałaby już tylko mój zapach. Nie wtykałabym wtedy żałośnie nosa w poduszkę, pewnie szybciej bym zasypiała, pewnie śniłyby mi się inne rzeczy. Ta, w której śpię, jest skażona minionym czasem, zeszłym tygodniem, przeterminowaną, zepsutą miłością. Przypominam sobie, jak kiedyś, dawno temu, poszłam do łóżka z przypadkowym mężczyzną. Następnego dnia po jego wyjściu wstrząsnął mną widok czarnego, obcego włosa na poduszce. Wówczas stłumiłam uczucie niesmaku poprzez brutalne zdarcie powłok i prześcieradła z materaca i wrzucenie ich do pralki - dziewięćdziesiąt stopni i płukanie antyalergiczne skutecznie załatwiły sprawę. W ten oto sposób rozgrzeszona, wewnętrznie oczyszczona, z beztroskim uśmiechem rozpoczęłam kolejny dzień, wpisując wydarzenia ubiegłej nocy w mało istotną przeszłość. Dziś nic nie jest dla mnie tak proste jak wtedy. Trzy lata a jedna noc to niestety nie to samo. Nie potrafię sprać wspomnień celebrowanych przez lata, odcisków palców wtopionych w skórę, zmyć słów wdmuchiwanych w przegub dłoni i zagłębienie pod kolanem. Najdroższy i najinteligentniejszy proszek sobie z tym nie poradzi. Jest szósta rano. Przed chwilą zadzwonił budzik, ale ja od jakiegoś czasu już nie śpię. Obserwuję przesuwające się wskazówki na ściennym zegarze wiszącym nad łóżkiem, tik-tak, tik-tak, każde kolejne tyknięcie przybliża mnie do momentu, w którym będę musiała zwlec się z łóżka, nałożyć makijaż, wyjść z domu i normalnie żyć. Czas jest dla mnie bezlitosny. Czas jest na mnie niewrażliwy. Nie szanuje emocjonalnych zapaści, nie staje w miejscu pozwalając dojść do siebie. Ludzie codziennie jeżdżą metrem ze złamanymi sercami, wysiadają na stacjach, mężnie dzierżąc teczkę wjeżdżają ruchomymi schodami i nie ma dla nich taryfy ulgowej. Jeśli się dobrze przyjrzysz, to ich rozpoznasz. Poznasz po szklistym wzroku, rozkojarzonym, jakby nieobecnym spojrzeniu, lekko trzęsącej się dłoni, krzywo zapiętym płaszczu, charakterystycznym załamaniu kącików ust w dół. Pozwalają im opaść, gdy myślą, że nie patrzysz. Złamanego serca nie zdiagnozowano jako choroby i nie ma dla niego odpowiedniego kodu, na który można byłoby wypisać zwolnienie. Od pracy, od uśmiechu, od robienia dobrej miny do złej gry. Chociaż na kilka dni, które można byłoby przeleżeć pod kocem, smarkając w ligninowe chusteczki, nic nie jedząc z braku apetytu. Jestem chora na serce, a mam objawy jak przy grypie. Odrzucam kołdrę i spuszczam nogi na zimną podłogę powleczoną żywicą obsydiową, zgodnie z najnowszymi trendami architektury wnętrzarskiej. Sprawiła, że w mieszkaniu stało się bardzo biało i bardzo sterylnie. Jeśli miałabym wybór, wybrałabym zwykłe drewno, sękate i pokryte co najwyżej matowym lakierem. W mieszkaniu, które wynajmę, będzie drewniana podłoga, obiecuję sobie. Szukam stopami kapci i natrafiam na Piotra skórzane pantofle. Rozklejam się, ale tylko na chwilę, bardzo szybko zbieram się w sobie. Minęło już w końcu kilka dni. Jak najszybciej muszę się stąd wynieść, powtarzam sobie po raz kolejny pod nosem. Możesz tu zostać do końca miesiąca, powiedział, gdy wychodził stąd po raz ostatni, odwracając się w drzwiach, jakby przypomniał sobie, że ta kwestia nie została jeszcze uregulowana. Powiedział to przyjaznym tonem, jakiego używa się wyświadczając komuś grzeczność. Wstaję. W kuchni zabudowanej szafkami lakierowanymi na wysoki połysk i taflą mlecznego szkła zamiast kafelków ustawiam na płycie indukcyjnej kawiarkę z nierdzewnej satynowanej stali. Przez chwilę widzę na jej powierzchni swoje odbicie – komicznie rozciągnięte wzdłuż, z wysokim czołem i rybimi oczyma. Sięgam po papierosa, podpalam go srebrną, ciężką zapalniczką napełnianą benzyną, którą przywiozłam kilkanaście lat temu z pierwszej szalonej zagranicznej podróży i wygrzebałam ostatnio z pudełka z pamiątkami. Wraz z odejściem Piotra powrócił nałóg nikotynowy, tak, jakbym rekompensowała sobie każdym wciągnięciem dymu papierosowego do płuc jakiś utracony element naszego związku. Uśmiech tuż po przebudzeniu – sztach, krótka rozmowa na parkingu w drodze do pracy – sztach, telefon kontrolny z biura – sztach sztach. Odchylam głowę do tyłu i zaciągam się głęboko, wydmuchuję dym nosem i krzywię się z niesmakiem. Pierwszy papieros nigdy mi nie smakuje, palę go więc bez przyjemności, nie potrafiąc jednak zrezygnować z tego porannego zastrzyku nikotyny, który podnosi poziom adrenaliny i obkurcza naczynia krwionośne. Nie jem śniadania, o tej porze zazwyczaj nie mam apetytu. Zbyt przejęta jestem wizją dnia, który mnie czeka, już wlewając kawę do filiżanki ustalam w głowie listę telefonów do wykonania, spotkań do odbycia, maili do wysłania, dokumentów do przejrzenia, plików do wypełnienia. Przy posiłku nie potrafiłabym się skupić, rozpraszałyby mnie dylematy: ser biały, czy żółty, z ilu jajek jajecznica. Jeszcze do niedawna zdarzało się, że pierwszy posiłek zjadałam po powrocie z pracy, co zasadniczo nie było zbyt mądre, ale miało miejsce w okresie, w którym rozpoczynałam dotychczasową pracę i byłam szalenie zaabsorbowana powierzonymi mi obowiązkami, pracą nad własną marką w nowym miejscu i palącą potrzebą wykazania się za wszelką cenę. Dziś, mądrzejsza o świadomość istnienia destrukcyjnych sił korporacyjnej machiny, staram się bardziej dbać o swój organizm - w okolicach południa czatuję na pana z kanapkami, który z przełożonym przez ramię uchem wiklinowego koszyka wypełnionego suchym prowiantem przechadza się spacerowym krokiem po korytarzach naszego piętra. Kupuję od niego puchatą bułkę owiniętą w przezroczystą folię do żywności. Jej zawartość jest zawsze silnie przyprawiona, przez cały dzień czuję w ustach jej smak. Biorę ciepły prysznic w kabinie wyposażonej w system do hydromasażu i sauny parowej, z którego nigdy nie korzystam. Z nas dwojga to Piotr uwielbiał takie wynalazki. Z przyjemnością wyciągam twarz ku gorącym strugom wody i z lekką satysfakcją myślę o tym, że pewnie teraz siedzi w kucki w ciasnej wannie w stylu art deco w mieszkaniu Klary i marzy o swoich biczach wodnych, o radiu wbudowanym w prysznicowy panel, o lśniącym metalowym natrysku o średnicy rowerowego koła. Wychodzę spod prysznica i lekko drżąc z zimna energicznie wycieram skórę ręcznikiem. Mokre włosy zawijam na kilka minut w ręcznikowy turban. Potem rozczesuję je bezlitośnie szarpiąc drucianą szczotką i suszę suszarką, spuszczając głowę i pozwalając im zwisać ku dołowi, wierząc, że dzięki temu po wysuszeniu będą miały większą objętość i będą bardziej puszyste. Formuję przedziałek po lewej stronie, jak od lat, jak zawsze. Myślę o kobietach w Indiach, które barwią przedziałek we włosach na czerwono. To zwyczaj, który według legend pochodzi z czasów, gdy zdarzały się porwania panien młodych. Zazdrosny narzeczony ścigał porywacza i jeśli go zabił, jego krwią znaczył włosy wybranki. Klara porwała Piotra. Piotr nie był jednak bez winy, ochoczo dał się porwać, możliwe wręcz, że całe porwanie sprowokował. Idąc za przykładem indyjskich mścicieli powinnam obydwoje zabić, a z ich krwi sprawić sobie farbę do włosów. Mogłyby uchodzić wówczas za rude, czyli takie, jak zawsze chciałam. Byłyby wtedy bardziej i prawdziwiej rude niż włosy Klary. Podchodzę do lustra uzbrojona w kosmetyczkę. Okrężnymi ruchami wklepuję krem pod oczy wykonując jednocześnie delikatny masaż, potem na twarz nakładam nawilżające serum. Czekam chwilę aż się wchłonie i aplikuję krem przeciwzmarszczkowy, linia trzydzieści plus, powiedziała rzeczowa pani z drogiej perfumerii z widoczną troską przyglądając się skórze na moim czole i w okolicach ust, zdecydowanie mógłby pani pomóc. Długo przeglądam się w lustrze, zahipnotyzowana jego mocą. Studiuję wnikliwie każdy fragment swojej twarzy, dotykam palcem policzków, głaszczę linie brwi, odgarniam ze skroni włosy. Robię to codziennie, w pełni świadoma swojego uzależnienia, które, odnoszę wrażenie, z dnia na dzień przybiera na sile. Szukam śladów wczorajszego dnia, powstałych pod osłoną nocy, gdy spałam, gdy nie uważałam, kolejnych ziarenek czasu przesypanych w klepsydrze, wtopionych w skórę tuż przed świtem, cichutko i ostrożnie, tak, żebym się przypadkiem nie obudziła. Ty masz dysmorfofobię chyba, kobieto, śmieje się ze mnie często Karolina, ty masz jakieś urojenia, nikt nie widzi twoich zmarszczek, tylko ty. Przypominam sobie wtedy moją babcię, drobną, malutką kobiecinę w chustce na włosach i długiej wełnianej spódnicy, pachnącą landrynkami i pudrem, z tysiącem niesamowitych opowieści na każdą okazję. Rację miała mówiąc mi przed laty, żebym nie przeglądała się w lustrze, mówiła, że mieszka w nim diabeł. Opuszkami palców rozprowadzam na twarzy podkład, podobno trwały i dobrze kryjący, mający nadać mojej skórze, zdaniem przekonującej pani z perfumerii, nieskazitelny wygląd przez cały dzień. Cienie pod oczyma maskuję korektorem w sztyfcie. Moja twarz uzyskuje jednolity, jasnobeżowy kolor, znikają przebarwienia, pęknięte naczynka i wszelkie niedoskonałości. Przypomina teraz twarz manekina, bladą, plastikową twarz bez rzęs i wyrazu. Staje się tworzywem, które będę formować, na które będę stopniowo nanosić kolory i operować światłocieniem. Za pomocą okrągłego pędzla oprószam twarz sypkim pudrem, który dzięki swoim niejasnym dla mnie właściwościom ma odbijać światło i sprawić, że moja twarz będzie cudownie rozświetlona i świeża. Zmieniam pędzel na bardziej płaski i ukośnie ścięty, nakładam nim róż, podkreślając kości policzkowe, modeluję brodę i nos. Sięgam po paletę cieni i maluję nimi powieki. Wybieram na dziś odcienie brązu i szarości, które wydobywają z moich oczu kolor zielony – moje oczy wtapiają się w nie i, rzeczywiście, z szarych stają się bardziej zielone. Dokładnie tuszuję rzęsy czarną maskarą, dzięki jej konsystencji i specjalnej sylikonowej szczoteczce nadaję im efekt pogrubienia i wydłużenia. Zamykam powieki, pozwalając, aby tusz odbił się na dolnych rzęsach, kilkakrotnie mrugam. Otwieram oczy i przyglądam się sobie krytycznie. Jeszcze tylko podkreślę brwi przezroczystym żelem. Jeszcze tylko obrysuję kontur ust i wypełnię wargi pomadką zawierającą błyszczące drobinki. Jeszcze tylko wytrenuję uśmiech, na dziś ten subtelny i lekko odsłaniający zęby, i mogę odejść od lustra. Mogę już iść, moja twarz jest gotowa na konfrontację z dzisiejszym dniem. Dobrze zrobiony makijaż jest jak kaftan bezpieczeństwa odbijający emocje i złe spojrzenia, jak maska, która stapia się z twarzą i jak tarcza, za którą zawsze możesz się schować. W zależności od okoliczności nakładasz barwy wojenne, maskujące albo godowe. To trochę tak, jakbym przebierała się za kogoś innego i przejmowała obce właściwości, po aktorsku odgrywała rolę, którą na dany dzień wybrałam przeglądając się w lustrze, przed wyjściem z domu. To dlatego nigdy nie wychodzę z niepomalowanymi rzęsami, nawet po gazetę do osiedlowego sklepiku, nawet ze śmieciami. Bez makijażu czuję się bezbronna, czuję się naga. Chowam kosmetyki do małej, podręcznej kosmetyczki. Zabiorę ją ze sobą – lubię mieć świadomość, że zawsze mogę coś poprawić, przypudrować, podrasować, jak prześmiewczo mawia Karolina, komentując częstotliwość moich wizyt kontrolnych w klubowych łazienkach. Rzucam ostatni raz okiem na swoje odbicie w lustrze, kiwam z aprobatą głową, wychodzę z łazienki. Staję w przedpokoju przed ścienną szafą i przesuwam lustrzane drzwi, ukazując rząd równo wiszących ubrań. Przyglądam im się przez chwilę bez przekonania i przypomina mi się wiadomość przesłana na moją skrzynkę pocztową pierwszego dnia pracy. Wiadomość była oflagowana na czerwono i załączony był do niej obszerny regulamin, który sprawił, że w myśli przeskanowałam zawartość swojej garderoby i włos zjeżył mi się na głowie. Jeszcze tego samego dnia zostawiłam pokaźną sumę pieniędzy w eleganckich i przeraźliwie drogich butikach centrum handlowego. Pamiętajcie, że wybór stroju jest wyrazem waszego szacunku do przełożonych, wykonywanej pracy i klientów. Pracownicy powinni być wizytówką naszej firmy, a jeśli źle będą wyglądać w ubraniach, które noszą, to skutek będzie odwrotny do zamierzonego. Przez chwilę wodzę ręką po metalowych wieszakach. Garsonka czarna, garsonka szara, garsonka brązowa, garsonka granatowa w białe drobne prążki. Kolor waszego stroju jest sygnałem komunikacji interpersonalnej. W skrócie: ciemne stonowane kolory budują prestiż i kojarzą się z powagą. Jak powiedział kiedyś George Bryan Brummell, arbiter męskiej elegancji w Wielkiej Brytanii: „Orły są szare, a papugi pstrokate”. Zatem to, co nosicie w pracy, powinno być proste i schludne, tak by na pierwszy plan wysunąć twarz. Wybieram granatową w prążki. Wyjmuję ją z szafy i wieszam na klamce od drzwi sypialni. Wysuwam szufladę i wyciągam z niej nowe, nieotwarte jeszcze opakowanie rajstop. Zrywam folię i z przyzwyczajenia nasuwam przezroczysty nylon na dłoń. Niepotrzebnie – nigdy nie były używane i na pewno nie poszło jeszcze żadne oczko. Roluję je w palcach, siadam na szezlągu ustawionym pod ścianą i ostrożnie nakładam je na nogi. Jesteś kobietą na odpowiedzialnym stanowisku i zawsze powinnaś nosić cienkie rajstopy i buty zakrywające palce i piętę. Zapamiętaj, że upał i lato nie zwalnia od "dyscypliny". Zdejmuję z wieszaka prosto skrojoną koszulę z bladoróżowej bawełny. Wkładam ją na siebie, zapinam wszystkie guziki. Przeglądam się w lustrze, po chwili wahania zwalniam ostatni guzik. Rozchylony kołnierzyk koszuli ledwie ukazuje zagłębienie pod szyją, miękki dołek pomiędzy obojczykami. W pracy niedopuszczalne są odkryte ramiona, goły brzuch i plecy, dekolt ukazujący piersi oraz przezroczyste ubrania. Psychologowie dowodzą, że kobiety, które nadmiernie eksponują swoje walory cielesne, w sposób niewerbalny przekazują otoczeniu, że ich ciało stanowi podstawową wartość jaką posiadają. Ponadto, otoczenie – również klienci – może pomyśleć, że skąpym strojem kobiety próbują nadrobić brak wiedzy i kompetencji. Pamiętajmy, że granica między atrakcyjnością a wulgarnością jest bardzo cienka i przekraczając ją, budzimy zakłopotanie innych. Wkładam spódnicę, zapinam suwak i pojedynczy guzik na wysokości talii. Opuszczam ramiona wzdłuż ciała i dotykam zewnętrznej strony uda środkowym palcem u prawej ręki. Wykonuję ten gest nawykowo, bo przecież nie spodziewam się, że spódnica, której nie mam po raz pierwszy na sobie, nagle skurczyła się w praniu. Jeśli osoba stanie wyprostowana z wyciągniętymi rękami i środkowy palec nie dotyka do brzegu spódnicy, oznacza to, że jest ona za krótka w stosunku do wzrostu. Wkładam ciemną, prążkowaną marynarkę od kompletu, zapinam ją na dwie metalowe haftki. Wsuwam stopy w czarne klasyczne buty na obcasie. Oglądam efekt końcowy w lustrze zamontowanym na suwanych drzwiach szafy. Wyglądam szaro i nijako, nie mam cech charakterystycznych, fantazji ani wyrazu, stapiam się ze stojącą za moim plecami grafitową ścianą. Jestem odindywidualizowana, zestandaryzowana, nie istnieję, nie ma mnie. Pamiętajcie, że etykieta ubioru to stosowanie skromnej garderoby. Im mniej barw i szczegółów w ubiorze, tym lepiej. Reasumując, odzież powinna być elegancka, konserwatywna, skromna i dobra jakościowo. Nie na darmo G.B. Brummel zwykł mawiać, że prawdziwa elegancja polega na tym, że jest niezauważalna. Wkładam wełniany, czarny płaszcz sięgający przed kolano, przerzucam przez ramię torbę od laptopa. Poza laptopem noszę w niej kilkadziesiąt stron komputerowych wydruków, kilka ustaw, oprawiony w skórę kalendarz, wizytownik i kalkulator. Uginam się pod jej ciężarem i wiem, że pod koniec dnia będzie bolało mnie ramię. W drzwiach zatrzymuje mnie polifoniczna melodyjka dobiegająca z kieszeni płaszcza. - Sto lat, sto lat! – słyszę zachrypnięty śpiew Karoliny – Wszystkiego najlepszego, staruszko. Mam trzydzieści jeden lat i dziś są moje urodziny.

Siedzę w wagonie metra, na twardym siedzeniu obitym czerwonym, wytartym materiałem. Śledzę informacje wyświetlane na niewielkim ekraniku zawieszonym pod sufitem, krótkie, rzeczowe komunikaty, bombardujące o siódmej rano zaspane umysły pasażerów. Przyglądam się przez chwilę ludziom siedzącym naprzeciwko – wszyscy bez wyjątku zadzierają głowy i skupiają wzrok na ekranie, z twarzami nie wyrażającymi głębszego zainteresowania, z nudów, z braku książki lub gazety, z braku zajmujących gier wpisanych w pamięć telefonu komórkowego. Nagle wśród informacji pokazywanych na ekranie pojawia się sondaż wyborczy przeprowadzony przez jedną z wyspecjalizowanym firm zajmujących się badaniem opinii publicznej. Partia będąca obecnie u władzy traci trzy procent poparcia, partia opozycyjna zyskuje, alarmują czarne duże litery widniejące nad kilkoma kolorowymi słupkami o zróżnicowanej długości. Twarze pasażerów ożywiają się, poziom stężenia adrenaliny we krwi rośnie, niektórzy mruczą coś pod nosem z dezaprobatą, niektórzy uśmiechają się z satysfakcją. Za kilka tygodni, w niedzielę, mężczyźni uprasują białe koszule, a kobiety wyciągną włosy na szczotce. Włożą cienkie kurtki i płaszcze odpowiednie na tę porę roku i świeżo wypastowane buty, na szyję zarzucą apaszki albo przewiążą lekkie szaliki. Pójdą zagłosować, pójdą w poczuciu robienia czegoś niezwykle ważnego, dumnym i uroczystym krokiem, takim krokiem kiedyś ich rodzice i dziadkowie zwykli chadzać do kościoła, wejdą do szkoły podstawowej, w której zlokalizowano ich punkt wyborczy i w której tym razem nie będzie żadnych hałasujących dzieci, wylegitymują się dowodem osobistym przed komisją i, odbierając kartę do głosowania, złożą podpis pod swoim nazwiskiem na liście. Cokolwiek pokaże urna w informacyjnej telewizji późnym wieczorem, wracając do domu będą mieli świadomość, że są istotni, że mogą decydować, że mają wpływ. Przypominam sobie niedzielę sprzed czterech lat, gdy szłam chodnikiem w jesiennych promieniach słonecznych i piaskowym płaszczu, którego już nie noszę. Przypominam sobie mężczyznę, który szedł obok mnie spacerowym krokiem i chował dłoń w kieszeni tego piaskowego płaszcza - jeszcze gdzieś mam na dysku komputera zdjęcie które zrobił tamtego dnia aparatem cyfrowym, żeby uwiecznić, jak się wyraził, pierwszy doniosły moment w historii naszego związku. Zdjęcie przedstawia mnie, uśmiechniętą, jeszcze bez tych drobnych zmarszczek pod oczami, ze świeżo pofarbowanymi włosami opadającymi na lewy policzek, pochyloną nad dużą kwadratową skrzynką pomalowaną na biało i czerwono, ze złożoną na czworo kartą do głosowania w ręce. Mężczyzna miał na imię Maciek i duże czarne oczy z długimi prostymi rzęsami, tonęłam w nich doszczętnie ilekroć na mnie spojrzał. Pamiętam, że te oczy zrobiły się okrągłe jak spodki i wilgotne, gdy powiedziałam mu, że odchodzę. Zostawiłam go dla Piotra. Jak szybko minęły te cztery lata, myślę wspominając przyjemne ciepło tamtego jesiennego dnia, słoneczne plamy odbijające się w szybach i pierwsze spadające liście, jak dużo się w ich trakcie wydarzyło. Związek z Piotrem. Uczenie się siebie nawzajem, wspólne wyjścia, wspólne wakacje, życie razem. Rozstanie z Piotrem. Brak Piotra. Robi mi się smutno i czuję łzy napływające do oczu, no tak, staram się myśleć racjonalnie, zbyt mało minęło czasu, bym mogła wspominać bez emocji. Muszę zająć myśli czymś innym, odwrócić własną uwagę, skupić się na czymś. Patrzę, jak kobieta siedząca przede mną wyjmuje z…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych