2. Zagadka czarnej folii
Kolejna przygoda Witka i Władka...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
No i się zaczęło. Pierwsze złote liście nie zdążyły dolecieć do ziemi, a nad Wyborową Kolonia zarwała się chmura. Jak co roku zresztą. Lało tak, że nawet woda w stawie zmokła. Wszyscy pospiesznie zaczęli szukać schronienia przed gigantycznymi, nie znającymi litości kroplami deszczu. Żwir wkoło marketu zamienił się w ciapę z dodatkiem kamieni. Stolik za sklepem postanowił jeszcze bardziej śmierdzieć, a Witek i Władek nieświadomie zażywali właśnie darmowej kąpieli. Leżało im się nawet wygodnie. Jeden spał w nogach, bo, żeby zmieścić się w małej piaskownicy (bez piachu) potrzeba było takiego manewru. Władek nawet kiedyś powiedział, że jakby piachu do niej nawrzucać to można by do niego kiepy upychać i byłoby czyściej, ale z drugiej strony jak wtedy nogi rozprostować wygodnie albo oprzeć się o deski? On właśnie spał koło butów kolegi. Nie zalali się aż tak mocno. Pamiętali wszystko zanim poszli spać, a że do piaskownicy mieli blisko, słoneczko wówczas ładnie świeciło, tylko wiatr trochę powiewał, to postanowili odespać popołudnie pod gołym niebem. Gdy się obudzili doznali szoku. Witek otworzył oczy i krzyknął przerażony. - O matko ! Oślepłem ! Nic nie widzę, nic nie widzę, skąd ty żeś wziął spirytu ? E, wstawaj, pomóż mi ! – Kopnął kolegę. - Nie krzycz tak głośno. – powiedział nie czując nawet ciosu – Nie śpię od paru minut i też nie widzę. - To czemu żeś mi nie powiedział ? - Mówiłem, ale myślałem, że poszłeś. Nawet deszcz by cię nie obudził. Czekałem na pomoc, bo ślepy nigdzie nie pójdę. Jeszcze bym się zabił. - Będziemy jeszcze kiedyś widzieli ? – zapytał Witek szybko się godząc z kalectwem. - Chyba tak. Bo jeśli nie to jak trafimy flaszką do buzi ? - Nie chce, żeby ktoś mi pomagał pić. - Ja też nie. To jak stracić męskość. - To mnie pocieszyłeś nawet. Nagle zrobiło się strasznie jasno, a po chwili znowu widzieli. - Czemu siedzicie pod folią ? – zapytał chłopiec, który po deszczu przyszedł z zamiarem wykopania dołka plastikowym szpadelkiem w piaskownicy. - Jesteś aniołem ? – zapytał Władek. - Umarliśmy ? - Dlaczego ? – zapytał mały. - Bo to cud… - spostrzegli, że są mokrzy. - Coś ty nam zrobił mały brzdącu ? Ładnie to tak starszych ludzi wodą lać jak śpią ? - Ale to nie ja. - Nie ty, a kto ? Zara wezmę rózgę i nauczę kurtuly. Podnieśli się, a dzieciak uciekał już ze łzami w oczach. - Jaka ta młodzież niewychowana. - Dlatego nie mam dzieci. - E, co to leży ? - To jest plandeka. Taka jak na zboże, tyle, że czara. - No, czarno. - Chyba padało. Zoba jaka kałuża na drodze. - Chyba ta. - To leżeliśmy pod folią ? - Chyba ta. - To czemu zmokliśmy ? - A ja wim. Pewnie jakaś tandetna. - Myślę, że ktoś próbował ją spalić i dlatego taka czarna. - Głupi ty, jakby próbował ją spalić to by się spaliła. - A są takie co się nie palą. - Ciekawe gdzie. - Nie wiem. - Bo nie ma. - A jak ta jest taka ? - To ją biere. - Czemu ty ? Ja odkryłem, że się nie pali. - Ale… - Ale co ? Jest moja. - Dobra, to podzielimy ją na pół. - Może być. Chodź do mnie na podwórko to sprawdzimy czy się pali.
Poszli więc na podwórko Witolda. Wśród odchodów kur i kaczek znaleźli czystą powierzchnię. Tę niedaleko czegoś, co kiedyś nazywało się trawnikiem. Mianowicie rozłożyli folię między stodołą, a oborą, które stały zwrócone do siebie szczytami. Na szczęście baba poszła do sąsiadów parę domów dalej, więc nie powinna się dowiedzieć o ich eksperymencie. - To weź mi przynieś ze stodoły słomy, a ja skoczę po benzynę. – po chwili wszystko było gotowe. - Masz zapałki ? - Acha. – przytaknął Witek. - Od spodu, od spodu dawaj. - Nie ucz. Wiem jak spalić folię. - Myślałem, że to plandeka. - Za letka. - No tak, ty to masz łeb. Podpalili. Buchnął czarny dym, przez który folia zniknęła im z oczu. Czekali aż jeszcze bardziej się zajara. Po paru minutach doszli do wniosku, że nie powinno z niej nic zostać, więc Władziu skoczył po wodę do obory. Przyniósł dwa wiadra, po czym chlusnęli wodą w ognisko. - Zoba. Ale numer. Jeszcze się pali. - Pali się i się nie zmniejsza. Skocz no jeszcze po wodę. Folia, czy tam plandeka paliła się dalej, lecz bez widocznych śladów zniszczeń, niczym ten krzew z biblii. Ogień nie reagował na wodę. To znaczy reagował, ale nie tak jak powinien. Po zalaniu płomienia ten przygasał i podnosił się znowu jakby nic się nie stało, ale nawet się nie kopciło. - To jakieś czary będą. – powiedział Witek. - To może jakiegoś zaklęcia by trzeba. - A znasz jakieś ? - Moja teściowa pewnie zna. - Moja pewnie też. - Nie wydaje ci się, że się poniżamy ? - Wydaję. Ale i tak nikt nie widzi, więc możemy, chociaż trochę mnie to boli. - Ani nie słyszy. - Ja chyba już się nie poniżam, znam zaklęcie jedno. – Witold przypomniał sobie jak kiedyś zobaczył plakat o agroturystyce, w którym wychwalano wiejskie potrawy, główne hasło głosiło: Magia smaku tkwi w buraku. - To dawaj. - Abrakadabra, jestem burakiem… - odczekali w napięciu minutę, ale folia dalej płonęła. - Może nie usłyszała ? - Nie, to chyba złe zaklęcie. - Widziałem kiedyś w filmie, że takie te trzeba mówić w innym języku. Na przykład w łazinie. - Trzeba było tak od razu. - Znasz trochę łazinę ? - I to jak. Ale nie wpadłbym na to. Ty też masz łeb. - Ty większy mistrzu, to dawaj po tej łazinie. Witek przypominał sobie trochę język łaciński, a następnie zagrzmiał: - Abrakusdabrakus, jestem burakus. – dalej nic. - Kurde, myślę jednak, że to po elfiemu się zaklęcia mówi. - No to mamy problem. Nie znam elfiego. – przyznał Witek. - Ale ładnie w tamtym mówisz. Mógłbyś księdzem zostać. - A może księdza zapytać ? On pewnie będzie wiedział co z tym zrobić. - Genialne. Chodźmy zanim msze skończy i pójdzie do domu.
Zostawili płonącą folię między dwoma budynkami na posesji Witka i pobiegli do świątyni. Mały, drewniany kościółek (wydawał się kaplicą w porównaniu z kościołem w Wyborowej) stał oddalony o jakieś pięćset metrów od jego domu. Zawsze klął na to, bo niedzielne dzwony chciały mu rozerwać głowę, ale teraz cieszył się, gdyż zdążyli w samą porę, gdy ksiądz Antoni mówił „Idźcie w pokoju Chrystusa.” I sobie poszedł do bocznej nawy. Wiedzieli jak tam trafić. Zatrzymali go w ostatniej chwili jak już trzymał rękę na klamce do zakrystii. - Drogi ksiądzu ! – przekrzykiwali się jeden przez drugiego. - Tak ? – zapytał odwracając się niespiesznie. – A to wy moje dzieci. Kiedy wpuścicie mnie w końcu z kolędą do domu ? A pana, panie Witoldzie Łowco, nie widziałem chyba z dobre dwa tygodnie na mszy. Nie wspomnę już o spowiedzi. - Miałem pogrzeb. – powiedział w stresie. Nic tak nie dezorientuje jak ksiądz z pretensjami. - Doprawdy ? - Tak… moja babcia… - zrozumiał swoją głupotę i zaraz wybrnął z sytuacji – to znaczy mój pies zdechł. Musiałem jechać daleko, żeby pochować go wśród jego krewnych, którzy odeszli i żyją teraz pod opieką niebiosów. - Tam gdzie Bóg dał mu życie rusałkowate. To naprawdę daleko. – Zapewnił Władek. - Mhm… A gdzie dokładnie ? - Za granicą. Polsko - angielską. – a ksiądz tylko westchnął i zapytał: - Nieważne… co was do mnie sprowadza, drogie dzieci ? - Nie, nie dzieci, na razie z babą nawet się nie staramy. Folia nie chce nam się zgasić. - To po straż pożarną zadzwońcie. - Ale to nic nie da. Ona nie reaguję na wodę. - Jak to nie reaguje ? Woda nie gasi ognia ? - No nie,
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Juliuvini
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…