Wróć do katalogu

2078

Jest rok 2078. Powszechna urbanizacja i spisy produktów zakazanych przez tzw. Zdrową Europę. Dziennikarz wikłający się w związek z tajemniczą kobietą i zadanie służbowe oznaczające bolesną konfrontację z przeszłością.

sopocianka, opublikowano , 2 godz. 55 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Zaczęło się bardzo niewinnie: od uśmiechu. Do dziś zastanawia mnie sekretna władza, którą miały nade mną jej drobne, różowe wargi. Jej głos, oczy, sposób poruszania się niewątpliwie również mnie urzekały, lecz z biegiem czasu nieco zatarły się w mojej pamięci, pozostały właściwie tylko usta. Gdybym miał jakiekolwiek uzdolnienia plastyczne, mógłbym je namalować lub wyrzeźbić, odtworzyć co do najdrobniejszego detalu… rysowałbym je codziennie, godzinami całymi, obsesyjnie, z uporem maniaka; ślęczałbym w skupieniu, ze zmarszczonymi brwiami i rysował, nie myląc nigdy falistej linii warg, nie zapominając o najmniejszym szczególe. Jednak los poskąpił mi talentów artystycznych, nie wiedziałbym, jak się zabrać do takiego rysunku. Ba, nie potrafię oddać tego nawet za pomocą słowa, które było przecież moim narzędziem pracy. Gdybym odważył się opisać miękkie owale jej warg, zobrazować ich malinowy, soczysty odcień, tym samym zbrukałbym je banalnością użytych sformułowań, gdyż żadne słowa nie są godne opisać tego cudu.

Zaczęło się od uśmiechu. Kąciki jej ust uniosły się nieznacznie do góry, poduszki warg rozchyliły się lekko, ukazując fragment równych, białych zębów. - Dzień dobry pani – wyjąkałem, podczas gdy uśmiech rozkwitał jeszcze chwilę niby najpiękniejszy kwiat na łące jej postaci odzianej w biały fartuch. - Dzień dobry – odparła, wskazując mi gestem duży, zielony fotel. Stałem jeszcze chwilę bez ruchu, urzeczony wpatrując się w jej usta. - Pierwszy raz jest pan u nas? – zapytała miło, sądząc zapewne, że jestem nieśmiały. - Nie, tylko nigdy wcześniej pani nie widziałem – rzekłem i, żeby jakoś usprawiedliwić czy uzupełnić swoją głupią odpowiedź, dodałem – Pracuje tu pani od niedawna, prawda? Przechyliła głowę w niejednoznacznej odpowiedzi i jeszcze raz pokazała mi, żebym usiadł. Chrząknąłem trochę zażenowany i usiadłem, a w zasadzie położyłem się w fotelu. Zapadłem się nieco w jego miękkiej materii, zieloność ściśle przylegała do moich policzków, ramion i wyprostowanych nóg. Zamknąłem na chwilę oczy, starając się opanować dreszcz niepokoju, który uprzednio wszystko zniweczył; kiedy je otworzyłem, stała obok mnie. Uśmiechała się. Dziś wiem, że gdyby nie ten uśmiech, nie odważyłbym się uczestniczyć w seansie, uciekłbym przed czasem jak za pierwszym razem. - Ręce proszę ułożyć wzdłuż ciała, nogi bliżej siebie – instruowała. – Tak, bardzo dobrze. Skoro bywa pan u nas, nie muszę wyjaśniać, na czym polega RMP, prawda? Przejdźmy zatem dalej… Nie, nie musiała niczego wyjaśniać, wiedziałem o RMP wszystko, co mówili pacjentom przed seansem, miałem to na taśmie. Intrygowało mnie to, czego nie zdradzali, pragnąłem poznać sekret działania Rewelacyjnej Metody Psycholomiwitycznej, dotknąć jej sedna… i napisać artykuł mojego życia. Nie znalazłem na to lepszego sposobu niż poddanie się jej, świadome uczestniczenie w seansie. W Centrum RMP byłem już wcześniej. Pewnego dnia wybrałem się tutaj – z nerwami na wodzy, z nieugiętą wolą pozostania świadomym wszystkiego, co się będzie się ze mną działo. W recepcji podałem zmyślone nazwisko. Dwie godziny czekałem na swoją kolej. Poprzedzający mnie pacjenci wchodzili do środka i już nie wracali. Dziewczyna z personelu porządkowego wyjaśniła mi, że wyjście znajduje się z drugiej strony budynku. Ja jednak opuściłem gabinet tymi samymi drzwiami, którymi wszedłem… Nie mogłem inaczej. W chwili gdy zagłębiłem się w miękkiej zieleni obicia fotela, ciałem moim wstrząsnął dreszcz paniki. Fotel mnie nie otulał, lecz osaczał, w jego kojącej miękkości czaiła się pułapka. Psycholomiwityk mówił o RMP, lecz jego głos nie mógł się przebić przez złowróżbny szum dźwięczący w moich uszach. „Dobrze, zaczynamy” – powiedział na końcu. Wtedy wstałem bez słowa i szybko opuściłem pokój, następnie ośrodek, nie reagując na pytania i zaczepki. Uspokoiłem się dopiero w swoim mieszkaniu. Odkleiłem mikrodyktafon z wewnętrznej strony koszuli i odtworzyłem nagranie. RMP jest to nowoczesna, nieinwazyjna metoda leczenia problemów psychologicznych, a także niektórych psychiatrycznych, skuteczna zwłaszcza… I tak dalej… Bezsensowne krążenie wokół tematu. Jeśli chciałem się czegoś dowiedzieć, musiałem poznać sam proces leczenia, zobaczyć seans krok po kroku. Ponieważ na razie nie mogłem się zdobyć na ponowne odwiedziny w ośrodku, musiałem dotrzeć do pacjentów. Nie bez trudności udało mi się znaleźć dwie osoby leczące się w Centrum RMP skłonne udzielić mi potrzebnych informacji: narkomana dobiegającego trzydziestki i młodą dziewczynę wychodzącą z depresji. Umówiłem się z nimi w niewielkiej kawiarni na obrzeżach miasta w pewien deszczowy wtorek – z mężczyzną przed południem, z dziewczyną po południu. Po kilku konwencjonalnych zdaniach zacząłem zadawać pytania. Oczywiście wszystko nagrywałem. Oboje odpowiadali niepewnie, ostrożnie dobierając słowa, jakby sami nie wiedzieli, co właściwie działo się podczas seansu. W ich opowiadaniach seans przypominał zdarzenie z dalekiej przeszłości, zamazane, niewyraźne i zniekształcone przez czas, zdarzenie, które równie dobrze mogło być snem lub fantazją. Myślę, że to miała na myśli dziewczyna, kiedy przy pożegnaniu rzekła: „Niech pan nie traktuje poważnie tego, co panu powiedziałam. Nie okłamałam pana, opowiedziałam wszystko, co zapamiętałam z seansów, ale... Nie wiem, jak to ująć… Czuję, że wydarzyło się coś jeszcze… a to, co przedstawiłam jako fakty, mogło nie wydarzyć się wcale”. Wiele razy odsłuchiwałem materiał, usiłując wyciągnąć jakieś wnioski, zbudować w swoim umyśle sensowny obraz Metody, pojąć istotę jej działania. Relacje były w wielu miejscach niejasne, często sprawiały wrażenie opisu fabuły filmów science fiction, jednak nie mogłem odsunąć na bok tego tematu, zająć się inną sprawą. Być może nie pozwalało mi na to zastanawiające podobieństwo obu rozmów, nie wiem. - Rozumiem, że możemy zaczynać? – upewniła się pani psycholomiwityk. Niepostrzeżenie przesunąłem rękę w górę i, namacawszy przez materiał spodni dyktafon wielkości śliwki, włączyłem nagrywanie. Zanim wyszedłem z domu, nagrałem nagłówek taśmy: „Seans leczniczy w Centrum RMP, podejście drugie, dnia dwudziestego szóstego marca roku dwa tysiące siedemdziesiątego ósmego”. - Ręce trzymamy wzdłuż ciała – upomniała mnie łagodnie. – Denerwuje się pan? - Nie – odparłem cicho. - To nie boli – uśmiechnęła się, a ja poczułem kojący przypływ odprężenia. – Proszę patrzeć przed siebie, nie na mnie – przykazała i zniknęła z mojego pola widzenia. Fotel podjechał do góry jakieś pół metra i jakby się pogłębił – poczułem, że jeszcze bardziej zapadam się w zielonym pluszu. Nie spodobało mi się to, jeszcze bardziej zaniepokoił mnie osobliwy mechanizm, który nie wiadomo skąd pojawił się w pobliżu mojej twarzy – metalowy sześcian o nierównej powierzchni pokryty śrubami i poskręcanymi spiralnie kablami na cienkiej, mechanicznej nodze. „Żelazne pudełko z obrazami” – przypomniałem sobie fragment jednej z relacji. - Teraz proszę się nie ruszać – usłyszałem spokojny głos prowadzącej. Ze strachem ujrzałem, że jedna ze ścian skrzyni podnosi się, ukazując swoje wnętrze, puste, jeśli nie liczyć czegoś w rodzaju silikonowej maski, która dzieląca mechanizm na dwie równe części przypominała rozciągniętą, białoróżową błonę. Wzdrygnąłem się na myśl o tym, co miało nastąpić. Urządzenie zbliżało się do mnie nieubłaganie. Zacisnąłem powieki. Po chwili usłyszałem cichy trzask i poczułem chłód metalu na swojej szyi – mechanizm przypiął się do zagłówka fotela, zamykając moją głowę w środku. Wtedy stało się to, czego się najbardziej obawiałem: silikonowa maska ściśle przylgnęła do mojej twarzy, wręcz przykleiła się do niej. Pragnąłem przesunąć nieco głowę, lecz było już za późno, domyśliłem się, że ze ścianek urządzenia niepostrzeżenie musiały się wysunąć macki, które nie pozwalały mi na najmniejszy ruch. Na szczęście miałem jeszcze kończyny. Podniosłem ręce, lecz nie zdążyłem wykonać żadnego manewru, bo poczułem stalowe pasy błyskawicznie krępujące całe moje ciało. - Co pani robi?! – zawołałem przerażony. - Ja nic – usłyszałem spokojną odpowiedź. – System się broni. Proszę leżeć bez ruchu, a wimity wrócą do wyjściowej pozycji. Miała rację: po kilkunastu sekundach krępujące mnie pasy ustąpiły. Na moment się uspokoiłem. Wtedy poczułem dziwne mrowienie wokół oczu, maska oplatająca moją twarz kurczyła się, siłą rozwierając moje powieki. Rzuciłem się niespokojnie na fotelu, ponownie uaktywniając obronę systemu. - Proszę pani – odezwałem się, z trudem panując nad zdenerwowaniem. – Chciałbym przerwać seans. Proszę mnie wypuścić. Odpowiedziała mi głucha cisza. Niemal słyszałem przyspieszone bicie swojego serca. Szarpnąłem się gwałtownie, lecz pasy nie puściły, oplotły mnie jeszcze mocniej. - Chcę stąd wyjść! – zawołałem, jeszcze raz próbując się uwolnić. Więzy zacisnęły się znowu. Umilkłem i znieruchomiałem przerażony, zdając sobie sprawę, że dalsze próby ucieczki skończą się dla mnie tragicznie. Już teraz z trudem mogłem oddychać. „Boże, to mnie zadusi!” – jęknąłem w duchu i zacząłem odmawiać w myśli fragment jakiejś modlitwy zapamiętany z czasów dzieciństwa. Minęło kilka minut. Z ulgą skonstatowałem, że ucisk pasów nieznacznie zelżał, jednak jeszcze bałem się głębiej odetchnąć. Czoło i wnętrze dłoni miałem wilgotne od potu, gardło natomiast suche i ściśnięte. Chciało mi się płakać z doznanego przed paroma minutami strachu, ale się powstrzymałem. Upłynęło kilka długich chwil. Miejsce żalu i ulgi stopniowo zajmował gniew. - Rozpoczynamy właściwą fazę seansu – przemówiła lekarka znienacka, jak gdyby nic się nie stało. - Gdzie się pani podziewała?! – krzyknąłem, tłumiąc w sobie pokusę ruchu. - Nigdzie. Cały czas byłam przy panu. Z początku nic nie odpowiedziałem, bo mnie zatkało. - Mało nie umarłem, a pani sobie spokojnie stała obok – wyszeptałem wreszcie ze zgrozą. – I to ma być leczenie… Piękną macie Metodę, doprawdy r e w e l a c y j n ą – wycedziłem. - Nasza Metoda jest rewelacyjna i działa bez zarzutu – odparła z godnością. – Ale pan nie przyszedł się leczyć. - Jestem uzależniony od hazardu. - Tak pan napisał w kwestionariuszu. - Nawet jeśli skłamałem, to jeszcze nie powód, żeby narażać mnie na śmierć. Przecież ta maszyna mogła mnie zabić! – zawołałem z oburzeniem. - Ale nie zabiła. System obronny jest niegroźny dla zdrowego człowieka. Zdrowy człowiek nie pozwoli się zabić, znając zasadę działania wimitów. Prychnąłem z niedowierzaniem. - A swoich pacjentów narażacie na niebezpieczeństwo, tak? Poza tym każdy mógłby stracić rozsądek, siedząc na tym cholernym fotelu. - Nie muszę się panu tłumaczyć – odparła zimno. - Proszę mnie uwolnić – zażądałem. – Przyznaję się, nie potrzebuję leczenia. - Więc czego pan tutaj szuka? - Proszę mnie uwolnić – powtórzyłem. – Wszystko pani powiem, tylko niech mnie pani uwolni! Po chwili maszyna ledwo wyczuwalnie drgnęła. Silikonowa błona oblepiająca mi twarz z głośnym plaśnięciem odstąpiła, a bryła więżąca moją głowę oderwała się od fotela i zaczęła się od niej oddalać. Niespokojnie omiotłem oczami gabinet. Pani psycholomiwityk wciąż znajdowała się poza zasięgiem mojego wzroku. Poczuwszy dopływ świeżego powietrza, głęboko odetchnąłem. Tymczasem fotel zaczął się obniżać do pierwotnej wysokości. - Już. Może pan zejść – usłyszałem. – Śmiało, system obronny zablokowany. Podniosłem rękę na próbę. Przekonawszy się, że stalowe pasy faktycznie zostały dezaktywowane, wstałem. Byłem jeszcze oszołomiony ostatnimi wypadkami, ale także wściekły. Podszedłem do kobiety, zdecydowany powiedzieć jej, co myślę o niej i cholernej Metodzie, na końcu języka miałem przekleństwa i groźby. - To na nic – odezwała się, zanim zdążyłem otworzyć usta. Stała naprzeciw mnie i spokojnie mi się przypatrywała. – Wiem doskonale, co pan chce powiedzieć, proszę się nie fatygować. Centrum jest bezpieczne. Jesteśmy legalną instytucją, w ciągu trzech miesięcy istnienia skutecznie pomogliśmy tysiącom ludzi cierpiącym na rozmaite psychiczne dolegliwości. Działamy zgodnie z prawem i wszelkimi zasadami – podniosła dłoń, uprzedzając mój protest. – Pan niestety nie może tego samego powiedzieć o sobie. Podawanie fałszywych danych jest w krajach Unii Europejskiej surowo karane. Pan uczynił to dwukrotnie. - Fałszywe dane! – prychnąłem pogardliwie. – Pani usiłowała mnie zabić! - To nieprawda – zaprzeczyła stanowczo. – A gdyby tak nawet było, nikt panu nie uwierzy. Jaki dowód przedstawi pan sędziemu? Żałosne nagranie, na którym są głównie pańskie dzikie krzyki? No, dalej, niech pan odda dyktafon po dobroci. Jeśli łudzi się pan, że nasza rozmowa wciąż się nagrywa, muszę pana rozczarować. Kiedy wimatorium osiągnie swoje maksimum, jak to się stało, kiedy wimity oplotły pana ciało w sposób najciaśniejszy z możliwych (tak, cały czas był pan zupełnie bezpieczny), wszystkie urządzenia w promieniu dwóch metrów ulegają rozmagnetyzowaniu. Pańska taśma jest bezwartościowa, a dyktafon do wyrzucenia. - Nie wierzę. Blefuje pani. - Proszę mi oddać dyktafon – powiedziała pobłażliwie. - Nie. Bez słowa włożyła mi rękę do kieszeni spodni i wyjęła urządzenie. Tego się nie spodziewałem. Spojrzałem na nią zaskoczony, a ona uśmiechnęła się do mnie nieomal serdecznie. Rozbroiło mnie to do reszty. Wpatrywałem się w nią, nie wiedząc, co począć. W końcu też się uśmiechnąłem.

- Masz taki uroczy uśmiech, taki dziewczęcy, niewinny – szeptałem jej do ucha tego samego dnia wieczorem, gdy przytuleni wychodziliśmy z pijalni soków. – Nie potrafię tego pojąć… Anielski uśmiech przy takim żelaznym charakterze! Oniemiałem, kiedy wyjęłaś mi dyktafon ze spodni! Skąd wiedziałaś… - Znam się na ludziach – odparła krótko. - Jesteś niezwykła, Sylwio. Zabrzmi to idiotycznie, wiem, ale już jestem w tobie zakochany – plotłem, patrząc na nią z uwielbieniem. – Nie czułem się tak od czasów szkoły, słowo daję… - Gdyby nie prohibicja, pomyślałabym, że się upiłeś – rzekła, obdarzając mnie swoim cudownym uśmiechem. - Upiłem się tobą. Powiedz mi, jak to możliwe, że za tym ślicznym, niewinnym uśmiechem kryje się taka wspaniała kobieta... Jesteś tak… tak… – zająknąłem się, szukając odpowiedniego słowa. - Nawet nie wiesz, jak bardzo – odparła, w jednej chwili poważniejąc, a jej oczy zalśniły, jak mi się zdawało, jakimś demonicznym blaskiem. – Chodź. Pociągnęła mnie ku jednej z mniejszych ulic przecinających tę, którą do tej pory szliśmy. Przyspieszyła kroku, a ja wraz z nią. Po chwili skręciliśmy w jeszcze mniejszą uliczkę, później w jeszcze mniejszą. Raz po raz zerkałem na jej nieprzeniknioną twarz, zastanawiając się, dokąd mnie prowadzi. Szliśmy zaułkami, o których istnieniu nie miałem do tej pory pojęcia, przemierzaliśmy podwórza i place, których dotychczas nie znałem. Szybko straciłem orientację w terenie. Po dobrym kwadransie stanęliśmy przed jakimś wieżowcem. - Zamknij oczy – rozkazała. Wykonałem polecenie, a ona tymczasem wprowadziła kod otwierający drzwi. - Idziemy do ciebie – domyśliłem się. - Nie – odparła; pierwsza weszła do windy i nacisnęła przycisk znajdujący się na samej górze metalowej tablicy. - Wygodne te nowoczesne budynki – zagaiłem, bo poczułem się nagle jakoś nieswojo. – Nie to co dawniej, teraz nie trzeba przemierzać żadnej klatki scho… Spojrzałem na nią i urwałem zmieszany. Nie uśmiechała się, jej twarz była nieodgadniona, tylko oczy żarzyły się niepokojącym płomieniem. Przypominała panterę gotową do skoku. „Chyba mnie nie zabije?” – przemknęła mi przez głowę niedorzeczna myśl. Wreszcie winda zatrzymała się. - Jesteś żonaty? – zapytała bez jakiegoś szczególnego tonu. - A jeśli jestem, to coś zmieni? – odparłem, a mój wcześniejszy lęk ustąpił miejsca innym emocjom, bardziej adekwatnym do zaistniałej sytuacji. Rozchyliła wargi i drapieżnie błysnęła zębami, nie przypominało to uśmiechu, w którym się zakochałem, lecz w tamtej chwili był on absolutnie zbędny. - Obojętne – mruknęła. – Zamknij oczy. Posłuchałem rozkazu, a ona wstukała kod otwierający drzwi apartamentu. Otworzyłem usta, aby powiedzieć, że jestem rozwodnikiem, lecz nie zdążyłem. Gwałtownie zarzuciła mi ręce na szyję i całując, gryząc, wciągnęła do mieszkania.

Obudziłem się przed szóstą. Jeszcze nie otworzyłem oczu, a już wydarzenia popołudnia i nocy spłynęły na mnie elektryzującym dreszczem. Natychmiast odwróciłem głowę w bok, aby przekonać się, że to nie był sen. Spała na przeciwległym skraju wielkiego łóżka, na którym z powodzeniem zmieściłyby się cztery osoby, odwrócona do mnie plecami, pasmo jej rudych, imponująco długich włosów leżało tuż przy mojej twarzy. Cicho wstałem i udałem się na poszukiwanie łazienki. W pokoju sypialnym (i zarazem jedynym, jaki do tej pory widziałem) znajdowały się trzy pary drzwi. Ta na wprost łóżka prowadziła, jak pamiętałem, do windy. Pozostałe dwie umiejscowione w lewej ścianie pomieszczenia stanowiły dla mnie zagadkę. Nacisnąłem klamkę jednych z nich… i wtedy rozległ się ogłuszający hałas, jakby obok mnie przejechało rozpędzone metro. - Co jest, do cholery – mruknąłem. Sylwia zerwała się z łóżka i zmierzyła mnie surowym wzrokiem. - Co chciałeś zrobić? – zapytała groźnie. - Nic, szukałem łazienki – odparłem, mimowolnie podziwiając jej piękne ciało. - Łazienka jest obok – powiedziała łagodniej i spojrzała na mnie dziwnym wzrokiem. Kiedy ujrzałem się w lustrze, zrozumiałem. Moje ręce, nogi, brzuch, plecy, a nawet szyja i twarz były pokryte zadrapaniami i małymi siniakami. - Coś ty ze mną zrobiła! Jak ja się pokażę w pracy w takim stanie? - Nie histeryzuj – usłyszałem w odpowiedzi. – Na szafce przy lustrze stoi maść, taka niebieska tubka. - Tubka srubka – mamrotałem ze złością. – Mam trzydzieści sześć lat, za dużo, żeby obnosić publicznie swoje życie intymne. Diablica… Wściekły posmarowałem siniaki maścią ze wskazanej tubki, zdecydowany zakończyć znajomość z Sylwią na jednej nocy, zdecydowany unikać przygodnych romansów w przyszłości. Wróciłem do sypialnego pokoju i bez słowa zacząłem się ubierać. Sylwia leżała w łóżku w niedbałej pozie bogini i patrzyła na mnie spod oka, nie okazując najmniejszego żalu czy jakichkolwiek uczuć. Uznałem, że powinienem jej coś powiedzieć, jakoś nią wstrząsnąć. Zabawne: czułem się wykorzystany i ośmieszony – ja, mężczyzna. - Słuchaj… – zacząłem ostro. - Telefon ci wibruje. Odbierz – powiedziała, tłumiąc ziewnięcie. Nerwowo poklepałem spodnie i klapy marynarki. - Tam, pod krzesłem leży. Wściekły podniosłem z ziemi swoją płytkę, którą poprzedniego dnia musiałem upuścić w miłosnym uniesieniu, potarłem palcami w odpowiednim miejscu i warknąłem: - Słucham? Przezroczysta tafla płytki zmąciła się i ujrzałem na niej twarz swojego jedenastoletniego syna. - Co się stało? – zapytałem zaniepokojony, zapominając na chwilę o irytacji. - Mama nas obudziła i chce nam puścić rezurekcję. „Co roku to samo! – pomyślałem z ulgą, że nie stało się coś gorszego. – Będę musiał z nią poważnie porozmawiać. Trudno, może ich wychowywać na katolików, ale niech nie katuje ich nagraniami mszy sprzed pół wieku! Jeszcze o tak wczesnej godzinie…” Ponieważ umówiliśmy się, że nie będziemy podważać sobie autorytetów, odparłem: - To i tak macie dobrze. Dawniej ludzie musieli wychodzić z domu, iść do kościoła, aby stać tam w tłoku bardzo długo… - Jak długo? – dopytywał się chłopiec. - Kilka godzin – zaryzykowałem odpowiedź, gdyż wspomnienia z dzieciństwa dotyczące religii katolickiej nie zachowały się w mojej pamięci dokładnie. – Może wydają wam się dziwne praktyki, do których mama was zachęca… - Zmusza – poprawił mnie z naciskiem głosik córki, a zaraz potem na płytce ukazała się jej zielona czupryna. - …zmusza, ale musicie być posłuszni. Jeśli będziecie grzeczni, w sobotę pójdziemy do symulatorium. - Naprawdę? – zapytało rodzeństwo jednym pełnym nadziei głosem. - Obiecuję – odparłem uroczyście. – Bądźcie grzeczni. Pa. Zakończyłem połączenie i schowałem telefon do wewnętrznej kieszeni marynarki. - Twoja żona jest katoliczką? – zapytała Sylwia, przeciągając się leniwie. – Rzadkość w dzisiejszych czasach. Zignorowałem ją i zrobiłem krok w stronę drzwi wyjściowych. - Marcin – powiedziała miękko. – Maść pomogła. Sprawdź, jeśli nie wierzysz. Nieufnie rozchyliłem koszulę na piersiach, wypatrując różowosinych znaków. Zniknęły. Spojrzałem ze zdumieniem na Sylwię, a ona uśmiechnęła się do mnie. Znów byłem pod jej urokiem.

Minęło kilka tygodni. Ponieważ nie miałem przyjaciół ani bliskiej rodziny, oprócz dzieci, z którymi widywałem się raz w tygodniu, nikt nie ostrzegł mnie przed niebezpieczeństwem, nikt nie zauważył nieuchwytnych zmian z moim zachowaniu, nawet ja sam. Pamiętam opowieści babci o syrenach pięknymi głosami wabiących marynarzy ku zgubie. Sylwia jawi się w moich wspomnieniach jako jedna z nich: w dzień lgnąłem do jej niewinnego uśmiechu i prawdziwego kobiecego ciepła, za którym tęskniłem od lat, w nocy kusiła mnie swoją drapieżnością, namiętnością przypominającą raczej nienawiść niż miłość. Wiele razy zastanawiałem się, jakim sposobem w jej pięknym ciele mogły mieszkać razem dwa skrajnie odmienne charaktery… i który z nich był prawdziwy, a który stanowił jedynie przeciwieństwo drugiego. Fascynowała mnie swoją dwoistością; dzień po dniu śledziłem wyraz jej twarzy, wsłuchiwałem się w jej głos, usiłując uchwycić nieuchwytne – moment, kiedy Sylwia dzienna stawała się Sylwią nocną. Gdzieś między tymi dwiema osobowościami rysowała się trzecia: Sylwia – naukowiec. Bardzo szybko zorientowałem się, że jest kimś więcej niż szeregowym psycholomiwitykiem. Dobry dziennikarz ma sposoby, aby zdobyć potrzebne informacje, użyłem swoich wpływów i utwierdziłem się w przekonaniu, że moja dziewczyna jest nie lada szyszką w świecie medycyny. Nie miałem pełnych danych na jej temat, lecz to, co udało mi się uzyskać wprawiło mnie w podziw i zdumienie. Międzynarodowa matura w wieku szesnastu lat, kilka lat później magisterium z psychologii i doktorat z psychiatrii, ukończony z wyróżnieniem kurs psycholomiwityki, w międzyczasie osiągnięcia na polu techmedycyny, patent na jakiś medyczny wynalazek, liczne artykuły w prasie medycznej zagranicznej i krajowej… Spotykałem się z prawdziwym geniuszem! Mogła nawet zarządzać Centrum RMP, nie zdziwiłbym się, gdyby się okazała twórcą Metody. Wiele czasu poświęcała pracy. W ośrodku pojawiała się już o godzinie siódmej, wychodziła stamtąd po szesnastej i szła do swojej, jak mówiła, pracowni, której nie opuszczała przed upływem czterech, czasem pięciu lub sześciu godzin. Przypuszczałem, że owa pracownia mieściła się na ostatnim piętrze wieżowca, gdzie zaciągnęła mnie pierwszego dnia, za zamkniętymi drzwiami zabezpieczonymi alarmem. Kiedy następnego ranka opuściliśmy ten budynek, poprowadziła mnie znów plątaniną podejrzanych uliczek i podwórzy, abym żadnym sposobem nie mógł odnaleźć miejsca, w którym spędziliśmy naszą pierwszą noc. - Powiedz – zagadnąłem, kiedy żegnaliśmy się w pobliżu Centrum RMP. – Co ukrywasz pod kluczem w tym wieżowcu? - Zapomnij, że były jakiekolwiek zamknięte drzwi i nie próbuj szukać drogi do nich. W jej tonie wyczułem przyczajoną groźbę. - Nie będę – zapewniłem szybko. – Zobaczymy się jeszcze? - Mieszkasz sam? – zapytała. - Tak. - Już nie – uśmiechnęła się. – Od dzisiaj mieszkam z tobą. Wieczorem wprowadziła się do mnie. Nie miała dużo rzeczy osobistych; trochę ubrań, kilka podstawowych kosmetyków, nic, co mogłoby mi powiedzieć cokolwiek o jej przeszłości, o niej samej. Bacznie strzegła tej wiedzy, podobnie jak pilnowała sekretu Metody i swoich tajemniczych zajęć w pracowni. Na różne sposoby próbowałem przebyć barierę jej milczenia, lecz Sylwia była sprytna i potrafiła odgadnąć mój zamiar, zanim jeszcze otworzyłem usta. Prawie nigdy nie pytała o moje życie, czasami sam jej coś opowiadałem o dzieciach, byłej żonie, pracy, wspomniałem nawet o dzieciństwie spędzonym na wsi u babci Jadwigi. Słuchała moich zwierzeń w milczeniu, wydawało mi się, że z uwagą, lecz dziś wątpię, czy choć trochę ją to obchodziło. Po prawdzie nie mieliśmy wiele okazji do rozmowy. Kiedy budziłem się rano, Sylwii już nie było. Po powrocie z redakcji jadłem samotnie prosty posiłek z mikrofalówki, bezmyślnie patrząc w plazmę telewizyjną, później wkładałem naczynia do zmywarki i czekałem… Czasami, zanim udawała się do pracowni, dzwoniła do mnie i spotykaliśmy się w pijalni soków. Żadne z tych spotkań nie trwało dłużej niż pół godziny, lecz każdego popołudnia z utęsknieniem oczekiwałem jej telefonu. Siedzieliśmy obok siebie i znad szklanek wypełnionych sokiem jednodniowym posyłaliśmy sobie czułe spojrzenia, uśmiechała się słodko i głaskała mnie po policzku. Zamykałem oczy i ze wzruszeniem poddawałem się tej niepozornej pieszczocie, której przecież potrzebowałem jak powietrza. „Musisz już iść” – mówiła w końcu i z ciężkim sercem wychodziłem z pijalni soków. Później wstawała ona i szła do swojej pracowni, zapewne oglądając się co parę kroków, żeby sprawdzić, czy jej nie śledzę. Bolała mnie ta nieufność, ale nic nie mogłem na to poradzić. Nie pytałem o drogę do jej sekretnych drzwi, nie pytałem nawet, dlaczego nie wolno mi tego robić. Częściej jednak bywało, że z Centrum RMP szła prosto do pracowni. Wałęsałem się wtedy po domu niczym zapomniany pies i czekałem. Jeśli długo nie wracała, kładłem się do łóżka, ale nigdy nie mogłem zasnąć. Czekałem z niecierpliwością, pożądaniem, strachem na tę drugą Sylwię, Sylwię nocną, która mnie fascynowała i przerażała jednocześnie. Cichy odgłos zamka, ostrożne kroki, skrzypnięcie drzwi sprawiały, że mimowolnie wstrzymywałem oddech, usiłując wyczuć moment ataku. Rzucała się na mnie z nienawiścią udającą namiętność; gryzła, udając, że całuje, dusiła, udając, że ściska, drapała, udając, że głaszcze, szarpała, udając, że pieści. Nie potrafiłem za nią nadążyć, oszołomiony nie czułem nawet bólu, porywała mnie swoim temperamentem i sam już nie wiedziałem, czy jestem w raju, czy w piekle. Co rano z niepokojem przyglądałem się swojej skórze, spodziewając się licznych pamiątek po minionej nocy. Jednak ku mojemu zdziwieniu wszystko było w porządku. Może przed wyjściem do Centrum RMP, kiedy twardo spałem, smarowała moje rany maścią z niebieskiej tubki? Teraz wydaje mi się to wielce prawdopodobne, wtedy tłumaczyłem to sobie w inny sposób, mianowicie myślałem, że demonizuję temperament Sylwii w swojej wyobraźni. Nie śmiałem jej o to pytać, wiedziałem, jaka jest skryta, jak bardzo nie lubi mówić o sobie, a za nic na świecie nie chciałem jej do siebie zrazić.

Pewnego popołudnia, kiedy siedzieliśmy obok siebie w pijalni soków, odważyłem się przerwać nasze zwyczajowe milczenie. Ująłem jej dłonie w swoje i zapytałem, czy mnie kocha. Spojrzała mi łagodnie w oczy. - Dlaczego o to pytasz? Przecież znasz odpowiedź. - Chcę ją usłyszeć. - Kocham cię. - Czasami odnoszę wrażenie, że mnie nienawidzisz – wyznałem. – Bywasz… brutalna. - Za dużo pracuję – rzekła, jakby to miało wszystko wyjaśniać. Zamilkła na długą chwilę, tak długą, że sądziłem, iż myśli już o czymś zupełnie innym. - Muszę iść – westchnąłem domyślnie. - Zaczekaj, razem pójdziemy – powiedziała niespodziewanie. – Biorę trzy dni wolnego od pracowni. Ucieszyłem się, ale zarazem odczułem lekki niepokój, dzisiaj przypadał dzień widzenia się z dziećmi - Lota i Walek mają dziś przyjść – powiedziałem ostrożnie, niepewny jej reakcji. - Wspaniale – uśmiechnęła się. – Z radością ich poznam. Zrobię zapiekankę, a na deser podamy sałatkę owocową. Kwadrans później byliśmy w domu. Świadomość popołudnia, pierwszego popołudnia, które mieliśmy razem spędzić uskrzydlała mnie. Siedziałem na kuchennym stołku i wodziłem za Sylwią rozkochanym wzrokiem. Dziwnie było ją widzieć krzątającą się przy obiedzie, a przecież sprawiała wrażenie, jakby przez całe życie nie robiła nic innego. Żartowała, śmiała się i co kilka chwil podchodziła, aby musnąć ustami moją twarz. Nie udawała niczego, takie zachowanie było dla niej równie naturalne jak wcześniejsze nocne ekscesy. - Wreszcie zjesz coś porządnego, mój biedaku. Myślisz, że nie zauważyłam w śmieciach opakowań po expressfoodach? – zapytała troskliwie. Pocałowałem ją, Sylwię dzienną, łagodną i pełną ciepła. Oddała mi pocałunek słodko, delikatnie, jak nigdy wcześniej. - Jeszcze – poprosiłem. - Nie. Słyszę dzwonek do drzwi. - To nie drzwi, tylko moja płytka – pełen złych przeczuć sięgnąłem do kieszeni po telefon. W tej samej chwili rozległ się prawdziwy dzwonek do drzwi. – Otwórz ty, naczelny do mnie dzwoni. Zerknąłem na dzieci witające się z Sylwią i odebrałem połączenie. Nie była to długa rozmowa. - Muszę jechać do redakcji, inaczej mnie zwolnią – wyjaśniłem półgłosem Sylwii. – Zajmiesz się nimi? To nie powinno potrwać długo. - Jasne – powiedziała. Spojrzałem na dzieci. Wszystko słyszały, szczwane bestie. - Jedź, żeby cię nie zwolnili – zapiszczała Lotka, gryząc koniec swojego zielonego warkocza. - Jakoś z nią wytrzymamy – dodał Walek. - No – zmarszczyłem groźnie brwi. – Licz się ze słowami, smarkaczu. Natychmiast przeproś panią. - Przepraszam – powiedział i dodał z szelmowskim uśmiechem – Sylwio. - Jesteśmy po imieniu – wyjaśniła Sylwia pogodnie. – Idź już, umiem rozmawiać z dziećmi. - Dziękuję ci. Macie być grzeczni, pamiętajcie – pogroziłem palcem swoim latoroślom i wyszedłem z domu.

Nowy, granatowy seat pro sx lekko lśnił w promieniach wiosennego, popołudniowego słońca. Otworzyłem lewe lusterko i szybko wystukałem na klawiaturce kod dostępu. Drzwi auta uniosły się zapraszająco do góry. Wsiadłem do środka i uruchomiłem silnik, aktywując jednocześnie pasy bezpieczeństwa i automatyczne zamykanie drzwi. Jadąc autostradą, zastanawiałem się, co powiedzieć szefowi. Dobrze wiedziałem, że prędzej czy później zostanę wezwany na dywanik. Upłynęły dwa miesiące, odkąd obiecałem mu artykuł dotyczący RMP; przyszedłem do niego zadowolony, pełny optymizmu i zaraziłem go swoim zapałem. Pogratulował mi wspaniałego pomysłu, obiecał podwyżkę, a kiedy wychodziłem, dodał: „Proszę spokojnie pracować nad tematem, nie będę obarczał pana poważniejszymi zadaniami do czasu, aż pan nie skończy”. Co prawda nie wyznaczył mi żadnego konkretnego terminu, wiedziałem jednak, że najodleglejszy możliwy deadline mam już dawno za sobą. Nie wiem, na co liczyłem, zwlekając tak długo z przyznaniem się do porażki i wzięciem jakiejś nowej sprawy. Teraz było już za późno, nie warto było nawet analizować przyczyn własnej opieszałości, zresztą nie miałem na to czasu. Zaparkowałem na swoim miejscu pośrodku ogromnego parkingu, jak zwykle prawie pełnego. Wysiadłem z samochodu, wstukałem w lewe lusterko kod antywłamaniowy i spojrzałem na wznoszący się przede mną gmach zbudowany głównie z żelazobetonu i niebieskiego szkła – arcydzieło architektury ostatnich lat. Nad dachem znajdowały się złote litery układające się w widoczny z daleka napis „MASS MEDIA MAXI”. W pierwszych latach pracy w tym molochu współczesności, zanim przekraczałem jego wielkie, rozsuwane drzwi, zawsze zadzierałem głowę i chwilę patrzyłem na gigantyczne litery oznaczające nazwę korporacji, której byłem częścią. Czułem wtedy respekt i nieśmiałą dumę. Dopiero później zrozumiałem, że bycie niepozornym trybikiem w bezdusznym procesie przetwarzania teraźniejszości nie przynosi mi żadnego honoru. Kiedy przeprowadziłem się do Tricitu, korporacja medialna, w której miałem pracować, właśnie zaczynała swoją działalność w Polsce. Mówiono wtedy, że medialny gigant zmiażdży konkurencję: pomniejsze wydawnictwa prasowe, internetowe portale informacyjne itp., jak to miało miejsce za granicą. Przepowiednia sprawdzała się, stopniowo MMM zagarniały dla siebie coraz większe obszary wirtualnej przestrzeni i zdobywały coraz więcej odbiorców. Wyjąłem z portfela kartę identyfikacyjną i włożyłem do czytnika wmurowanego w ścianę budynku. „W porządku, możesz wejść” – przyzwolił automat i drzwi otworzyły się. Hol jak zawsze był zatłoczony. MMM nie odpoczywały nigdy, dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu pulsowały nieustannym ruchem, wieczną pogonią za nowością. W tym globalnym mrowisku liczącym blisko tysiąc pracowników każdy znał zakres swoich obowiązków i wykonywał nie mniej i nie więcej niż do niego należało. Tricitowska siedziba korporacji przypominała piramidę ze swoimi licznymi działami i poddziałami, labiryntem korytarzy i niezliczonymi pomieszczeniami: zaczynając od gabinetów różnych dyrektorów, kierowników, zastępców itd., na toaletach, bufetach i schowkach kończąc; nawet ekipa sprzątająca miała własne pokoje. Redakcja „Dziennika Maxi” mieściła się w zachodnim skrzydle budynku na drugim piętrze. Szedłem pospiesznie w przemieszczającym się tłumie dyrektorów, informatyków, sekretarek, dziennikarzy, mijając wejścia do kolejnych działów. Szum klimatyzacji, strzępy rozmów, jaskrawe światło bezlitośnie lejące się z zamieszczonych na suficie jarzeniówek mogłyby przyprawić o ból głowy kogoś z zewnątrz, ja jednak byłem przyzwyczajony do tego wszystkiego, w pewnym sensie nawet to lubiłem. Wśród wielu pracowników korporacji byłem anonimowy a jednocześnie „swój”, wystarczyło tylko wtopić się w tłum zabieganych kobiet i mężczyzn, aby zanurzyć się w pozornym bezczasie i poczuć w sobie kroplę potęgi, którą niewątpliwie były MMM. Teraz również uległem przyjemnemu złudzeniu własnej siły, bezwiednie wyprostowałem plecy i wyżej uniosłem głowę, nie obawiając się już dłużej rozmowy z szefem. Pomyślałem o swoich zasługach dla Dziennika Maxi, dotychczasowym nienagannym zachowaniu i uznałem, że jestem względnie bezpieczny. Uśmiechnąłem się do siebie uspokojony. Wszedłem do pokoju poprzedzającego gabinet szefa pewny siebie i pomyślnego zakończenia czekającej mnie rozmowy. Chwilę czekałem na sekretarkę, a ponieważ nie pojawiała się, zapukałem do drzwi opatrzonych tabliczką „Redaktor naczelny”. - Nie ma go. Poszedł ochrzanić Kowalskiego – usłyszałem. Odwróciłem się za siebie i na chwilę znieruchomiałem. Głos należał do Matyldy, miłej dziewczyny, z którą kilka miesięcy wcześniej przeżyłem krótki romans. Pracowała w MMM jako goniec działu internetowego. Siadywaliśmy obok siebie w bufecie, dobrze nam się rozmawiało, więc któregoś dnia umówiliśmy się na wieczór, reszta przyszła sama. Byłem przekonany, że oboje traktujemy naszą znajomość jako coś rekreacyjnego. Kiedy okazało się, że jest inaczej, możliwie najdelikatniej zerwałem znajomość. Przez jakiś czas czułem się podle, lecz szybko zapomniałem o tej niesmacznej sprawie, zwłaszcza, że Matylda po tygodniu zdała się pogodzić z losem. Dlaczego teraz spośród prawie tysiąca pracowników korporacji musiałem spotkać właśnie ją? - Zaskoczony? – zaśmiała się trochę nienaturalnie. – Już nie pracuję w Inter Maxi. Dostałam awans na sekretarkę naczelnego tutaj. Słyszałam, jak z tobą rozmawiał. Później chodził po swoim gabinecie, klnąc pod nosem. Kazał mi przygotować twoje akta, chce cię zwolnić. Przykro mi, Marcin – powiedziała, siadając za swoim biurkiem. Nie czekając na zaproszenie, usiadłem naprzeciw niej. Spojrzałem jej w twarz. - Wcale ci nie jest przykro. Cieszysz się – stwierdziłem cicho. – Wciąż masz do mnie żal o tamto. - Nawet nie umiesz nazwać rzeczy po imieniu! – zawołała, lecz zaraz opanowała się. – Rozkochałeś mnie w sobie i porzuciłeś. Dla ciebie odeszłam od męża, który mnie kochał… - Nie prosiłem cię o to – uciąłem ostrym szeptem. – Byłem przekonany, że traktujesz naszą znajomość niezobowiązująco. - Zniszczyłeś moje małżeństwo… - To nie jest właściwe miejsce na tego typu rozmowy. - Nie jest. Spotkajmy się wieczorem u ciebie – zaproponowała. - Mieszkam z kimś – rzekłem zniecierpliwiony. – Proszę cię, nie rób scen. Mogę ci zapłacić za straty moralne, czy za co chcesz… Nie zdążyła odpowiedzieć, bo drzwi otworzyły się, ukazując otyłą sylwetkę redaktora naczelnego. Jego nalana twarz była czerwona i gniewna. Zerwałem się z miejsca, starając się naprędce wymyślić w miarę wiarygodne usprawiedliwienie. - Niech mi się pan nie pokazuje na oczy – warknął, przechodząc przez sekretariat do swojego gabinetu. – Kowalski przekaże panu moje rozporządzenia. - Nawet nie chciał na ciebie spojrzeć! – zawołała triumfalnie Matylda. - Mam nadzieję, że to cię satysfakcjonuje – powiedziałem i, nie czekając na odpowiedź, wyszedłem na korytarz. Przypomniały mi się sceny ze starych filmów, kiedy zdenerwowany bohater zapala papierosa lub wypija jednego głębszego, żeby poczuć ulgę… Przypomniał mi się kojący smak czekolady, którą otrzymywałem od babci w dzieciństwie, ilekroć byłem smutny. Program Zdrowa Europa położył kres tym i innym przyjemnościom. Jedyną dozwoloną rzeczą, która mogłaby mi przynieść jakąś ulgę było głośne przeklinanie. Lecz na taki luksus nie mogłem sobie pozwolić – zbyt dużo ludzi przechodziło korytarzem. Zamknąłem oczy i w myślach zacząłem liczyć od dwudziestu do jednego. - Kiepski dzień, co? – klepnął mnie w plecy Karol, kolega, z którym dzieliłem pokój. Spojrzałem na niego niechętnie. Chciałem mu powiedzieć, żeby się odwalił, wsadził sobie w tyłek swoją fałszywą troskę, ale się powstrzymałem. Jeden wróg w korporacji zupełnie wystarczył. - Gdzie Kowalski? – zapytałem. - Już poszedł do domu. Nie zdziwię się, jeśli w najbliższych dniach złoży wymówienie. Stary objechał go z góry na dół, także za ciebie – dodał złośliwie, patrząc na mnie spod oka. – Wiem, że miał ci przekazać od szefa parę ciepłych słów, ale nie wytrzymał do twego przybycia, dlatego ja się tym zajmę. Otrzymasz łomot z trzeciej ręki – zachichotał. - Chodźmy do pokoju, nie będziemy sterczeć w korytarzu – powiedziałem, z trudem tłumiąc irytację. - Chcesz kawy? – zapytał Karol - Wiesz dobrze, że nie pijam tego zbożowego syfu. - A ja się napiję – oznajmił kolega i ruszył w stronę automatu stojącego jakieś dziesięć metrów od nas. Obejrzał się przez ramię. - Poczekam na ciebie w pokoju – odpowiedziałem na jego pytające spojrzenie. Prawie biegiem udałem się do naszej biurowej klitki. Zamknąwszy za sobą drzwi, wyrzuciłem z siebie wiązankę najordynarniejszych przekleństw, jakie znałem. Przepełniające mnie napięcie zniknęło. Pomyślałem, że będę musiał robić to częściej. Do pokoju wszedł Karol z kawą zbożową i batonikiem musli. - Dostawili nam automat z batonami. Wziąłem jeden małemu, ucieszy się. A właśnie, jak się miewają twoje szkraby? - Świetnie – mruknąłem. - Zdaje się, że dziś przychodzą, dobrze pamiętam? - Tak. Już są u mnie – odparłem niechętnie, wyrzucając sobie w duchu, że kiedyś wspomniałem Karolowi o ustaleniach rozwodowych. - Zostawiłeś je same w domu? – zapytał, ciekawie mi się przyglądając. - Nie, nie same – odparłem lakonicznie. - Myślisz, że nie wiem… – uśmiechnął się porozumiewawczo. – Masz kogoś. Zaniedbujesz robotę, wałęsasz się bez celu po dziale, a gdy się rano zjawiasz w pracy, wystarczy na ciebie spojrzeć, aby wiedzieć, że noc… - Spieszę się. Mów, co z szefem – rozkazałem ostro. Z trudem się pohamowałem, najchętniej strzeliłbym go w ten bezczelny, wiecznie kłapiący pysk. – Jestem zwolniony? - Na jego miejscu dla dobra firmy pewnie bym cię zwolnił. Tak się zapuścić… Jednak – dodał szybko, dostrzegając moje mordercze spojrzenie – dostajesz jeszcze jedną szansę. Jeśli w ciągu dwóch dni dostarczysz do redakcji reportaż na jakiś temat z listy, a w przyszłości będziesz się pilnował… - Rozumiem – przerwałem. – Daj tę listę. - Proszę. To lista najświeższych tematów. Wybierz sobie jeden, resztę rozdzielę między siebie i chłopaków. Nie rozumiem, co masz przeciwko kawie zbożowej. Zdrowa Europa to jeden z lepszych pomysłów Unii Europejskiej. Wiesz, że od dwa tysiące pięćdziesiątego piątego o połowę zmniejszyła się zachorowalność na choroby cywilizacyjne? Słyszałem, że wkrótce na indeksie produktów zakazanych ma się znaleźć czarna herbata. Strasznie obciąża wątrobę… Nie słuchałem tego ględzenia. Odwrócony plecami do Karola, wpatrywałem się w ostatnią pozycję na liście, usiłując zapanować nad bólem, który niespodziewanie wypełnił moje serce. - Wybieram ostatni temat – rzuciłem przez ściśnięte gardło i bez pożegnania wyszedłem.

Przygnębiony wsiadłem do samochodu, ale nie od razu zapuściłem silnik. Patrzyłem przed siebie niewidzącym wzrokiem, starając się nie myśleć o niczym. Czułem się, jakby ktoś walnął mnie obuchem w głowę. W takim stanie nie mogłem się pokazać Sylwii ani dzieciom. Zadawaliby pytania, a ja nie umiałem odpowiedzieć nawet sobie samemu. Czułem potrzebę mówienia, zwierzenia się komuś z przepełniających mnie uczuć i myśli, opowiedzenia o duchach przeszłości, które pojawiały się już wcześniej w mojej głowie, ale zawsze odpędzałem je od siebie niby natrętne muchy aż do teraz… Teraz nie umiałem się przed nimi bronić. Wiedziałem, że już wkrótce będę musiał stawić im czoła, świadomość tego wytrącała mi broń z ręki. Cierpienie spętało moje serce bezlitosnym łańcuchem wspomnień. Gdybym mógł się komuś zwierzyć, ciężar nie byłby tak dojmujący, jednak byłem sam. Wtedy z całą jasnością pojąłem znaczenie jednego z ulubionych powiedzeń babci „Postępuje technika, kontakt zanika”. Rzeczywiście, u progu dwudziestego drugiego wieku, mimo powszechności Internetu i innych wynalazków, człowiek był samotny jak nigdy wcześniej. Maszyny, zbudowane po to, aby podtrzymywać i ułatwiać kontakt między ludźmi, stopniowo zaczęły go zastępować. Małe, rodzinne firmy bankrutowały, a na ich miejscu pojawiały się bezduszne giganty w rodzaju Mass Media Maxi niesprzyjające zawieraniu przyjaźni; ludzie przestali sobie ufać, zamykali się w sobie, podobnie jak ryglowali drzwi swoich mieszkań. Sprzyjało to upadkowi wyższych wartości moralnych i innym zgubnym dla ludzkości procesom, a pojedynczy osobnik gatunku homo sapiens skazany był na samotne borykanie się z problemami… Założyłem ciemne okulary i uruchomiłem silnik. Dobry kwadrans kluczyłem, bijąc się z myślami, później nagle się zdecydowałem: skierowałem samochód na Aleję Niepodległości i jechałem nią aż na obrzeża dawnego Sopotu. Nie byłem tam od trzech lat, to jest od czasu rozwodu z żoną. Oczywiście musiałem oddać klucze od mieszkania, ale zostawiłem sobie klucz od piwnicy. Nie sądzę, aby wiedziała, że go mam, w każdym razie nigdy się o niego nie upominała. Miałem szczęście: zamek w drzwiach budynku był zepsuty, dzięki temu uniknąłem upokarzającego czekania, aż otworzy mi któryś z dawnych sąsiadów. Piwnica pełna była zakurzonych gratów: stosów niepotrzebnych czasopism, których nikt nie miał serca wyrzucić, sanek sprzed kilkudziesięciu lat, jakiegoś żelastwa i diabli wiedzą czego jeszcze. Najpewniej nic bym nie znalazł, gdyby nie pedanteria mojej ex żony, która wszystkie przechowywane przeze mnie w piwnicy rzeczy włożyła do jednego niewielkiego kartonu opatrzonego notką „Marcin – oddać mu jak najszybciej”. - Chciałaś się pozbyć najmniejszego śladu po mnie, co? – mruknąłem. Otworzyłem pudełko, aby sprawdzić, czy to, czego szukałem, jest w środku. Pośród różnych pamiątek znalazłem srebrzysty plumtop – mój pierwszy komputer i żółtą kopertę formatu A4. Wziąłem karton pod pachę i zamknąłem piwnicę. Po chwili wahania wsunąłem klucz do środka komórki przez szparę w drzwiach. Kilka minut później zajechałem na swoje osiedle. Zanim wysiadłem z samochodu, zdjąłem ciemne okulary i przejrzałem się w lusterku wstecznym. Przeczesałem włosy palcami i usiłowałem przybrać zwyczajny wyraz twarzy. Prawie się udało (lata wprawy), tylko na dnie oczu czaił się smutek. Najchętniej z powrotem założyłbym okulary przeciwsłoneczne, ale to niechybnie wzbudziłoby podejrzenia. Ukrywszy karton z rzeczami w bagażniku pod kocem termicznym, pospieszyłem do domu. W mieszkaniu zaskoczyła mnie podejrzana cisza. Zwykle, kiedy przychodziły dzieciaki, rozbrzmiewało śmiechem, krzykiem, tupotem, czasem płaczem, jednak tamtego dnia żaden hałas nie mącił spokoju panującego w moim do niedawna kawalerskim apartamencie. Zdjąłem kurtkę, buty i z przedpokoju wszedłem do salonu połączonego z kuchnią. Uśmiechnąłem się, na chwilę zapominając o kłopotach. Byli tam. Siedzieli przy stole, pochyleni ku sobie, pogrążeni w poufnej rozmowie. Stanąłem w progu, starając się coś usłyszeć. - Religia katolicka to przeżytek. Dziesięć kościołów w kraju… – tłumaczyła Sylwia. – Do końca życia chcecie oglądać te same taśmy? Jesteście jeszcze młodzi, możecie wybrać… - Tata miał porozmawiać z mamą na ten temat – powiedziała Lotka. Ze zdziwieniem zauważyłem, że zmieniła kolor włosów z jaskrawo zielonego na miedziany, teraz były łudząco podobne do włosów Sylwii. - Sami z nią porozmawiajcie. Wolność wyznania jest zagwarantowana w konstytucji, a już od przeszło dekady każdy obywatel, który ukończył dziesiąty rok życia, może samodzielnie wybrać sobie religię. Pogadaj z mamą w imieniu swoim i siostry – zwróciła się do Walka. Zaraz potem, jakby tknięta przeczuciem, podniosła głowę i dostrzegła mnie. Spojrzała mi prosto w oczy i zrozumiałem, że wie; jednym spojrzeniem z drugiego końca pokoju zdawała się prześwietlać moją zbolałą duszę. - Tata wrócił – oznajmiła. Walek i Lotka zerwali się z miejsc i pobiegli do mnie, wypytując, czy mnie zwolnili. - Nie. Wszystko jest w porządku – powiedziałem prędko i zaraz zmieniłem temat. – Mam nadzieję, że nie zamęczyliście Sylwii. - Wcale nie! Byliśmy bardzo grzeczni – obraziła się córka. – Zjedliśmy zapiekankę i sałatkę owocową, później Sylwia opowiadała nam o swojej pracy… - O! Naprawdę? – zdziwiłem się szczerze, bo mnie nigdy nie chciała nic powiedzieć. - …a potem ufarbowałyśmy włosy. To znaczy ja, bo Sylwia ma naturalne – wyznała mała z zazdrością. - Nie gniewasz się, prawda? – wtrąciła Sylwia. – Tak mnie prosiła. - Jestem bardzo zadowolony. Pięcioletnie dziewczynki nie powinny paradować po świecie z zielonymi włosami – zażartowałem. - Na pewno jesteś głodny, odgrzej sobie zapiekankę. Jadłem samotnie przy kuchennym blacie, bo na stole Sylwia i dzieci urządzili wyścigi zdalnie sterowanych robotów. Trzeba przyznać, miała z nimi świetny kontakt i z całego serca cieszyłem się, że dzisiejsze popołudnie spędza w domu. Chwilę przyglądałem się roześmianym twarzom, po czym zatopiłem się we własnych niewesołych myślach. Tyle się wydarzyło w ciągu tego jednego dnia: niemiła rozmowa z Matyldą, kłopoty w redakcji i to zadanie… zadanie, które jawiło mi się jako coś strasznego, bolesnego, ponad moje siły. Lecz mimo to bez wahania wziąłem ostatni temat z listy, nie zniósłbym świadomości, że ma go ktoś inny, że taki Karol lub inny pacan będzie o tym pisać, pojedzie w tamto miejsce, miejsce głęboko zakorzenione w moim sercu i obojętnym wzrokiem będzie przesuwać po tej zieleni, po tych starych domach, po tym wszystkim, co kochałem, a co już wkrótce miało ulec zagładzie, a może już uległo. Na tę myśl oparłem widelec o brzeg talerza i zasłoniłem dłonią oczy. - Znów wygrałaś! – w głosie Walka brzmiał podziw. – Tato, Sylwia wygrała trzeci raz rzędu! Chodź zobaczyć, może znów jej się uda. Nie było rady, musiałem wziąć się w garść i robić dobrą minę do złej gry. Jednak późnym wieczorem, kiedy wizyta dzieciaków dobiegła końca, przestałem udawać. Na nic by się zdała wszelka gra, bo Sylwia wiedziała. Od mojego powrotu do domu rzucała mi badawcze spojrzenia, zaś po wyjściu dzieci podeszła do mnie z wyraźnym zamiarem pociągnięcia mnie za język. Obawiałem się tego, zarazem jednak żywiłem cichą nadzieję, że jeśli zwierzę się jej z dręczących myśli, zrozumie, a ja poczuję ulgę. Nieufny, pełen wahania, czekałem na jej słowa. - Miłe dzieciaki – zagaiła. – Od razu znaleźliśmy nić porozumienia. - Nić porozumienia? Zawojowałaś je całkowicie! Zwłaszcza Lotkę; wiesz, ile razy prosiłem ją, żeby zmyła tę zieleń z włosów? – uśmiechnąłem się, zadowolony z tematu zastępczego. - A co na to twoja żona? - Jej to obojętne. Powiedziała, że nie widzi powodów, dlaczego Lotka nie miałaby farbować włosów tak jak inne dziewczynki w przedszkolu. - Osobliwy gust. Walerian i Szarlota, co za imiona dla dzieci! - Skąd wiesz, że to nie był mój pomysł? - Mówiłam ci już, znam się na ludziach. Czytam w ich emocjach jak w otwartej książce. Wiem, kiedy coś ich trapi – spojrzała mi znacząco w oczy, a później przytuliła twarz do mojego policzka. – Powiedz, kochanie… Objąłem ją i trwaliśmy tak długą chwilę w milczeniu. Nieufność i strach przed niezrozumieniem walczyły we mnie z pragnieniem podzielenia dźwiganego ciężaru na dwoje. Bałem się zaryzykować. Powiedzieć jej znaczyło stanąć przed nią nagim i całkowicie bezbronnym, wystawić na zranienie najczulsze miejsce, powierzyć najskrytszą część duszy. Wyobraziłem sobie, że wydobywam ten bolesny skarb z dna swojego serca i przetwarzam go na słowa i zdania. Ona patrzy na mnie… Jej oczy… badawcze i chłodne jak podczas seansu RMP. Powie „Rozumiem”, uśmiechnie się, chcąc mnie pokrzepić, lecz ja będę wiedział, że to nieprawda, że dzieli nas szklana ściana; szklana ściana, która nie zniknie nigdy, już zawsze będzie między nami. A jeśli, kryjąc pogardliwy uśmieszek, zbagatelizuje moje zmartwienie, jeśli się zaśmieje… Nie, nie mogłem jej powiedzieć. Wolałem samotnie znosić ten ból, niż narażać swoje serce na rozszarpanie. - Nie mogę – powiedziałem w końcu. Odsunęła się ode mnie pół kroku i spojrzała mi w twarz. Spuściłem wzrok, zawstydziwszy się nagle swojego braku zaufania. Lecz Sylwia zdawała się nie mieć o to żalu. Otoczyła rękami moją szyję i delikatnie zaczęła masować mój kark. Zbliżyła swoją twarz do mojej i zaczęła mnie całować, niespiesznie i z taką czułością jakiej nie doświadczyłem ani od żony ani od żadnej z licznych kochanek. - Ty mnie kochasz – stwierdziłem wzruszony. – Ty mnie kochasz naprawdę. - Nie musisz nic mówić – szepnęła i wreszcie dotknęła ustami moich warg. Tego wieczora kochałem się z nią po raz pierwszy i ostatni, z moją Sylwią dzienną, ulubioną, upragnioną, najdroższą ponad wszystko. W każdej chwili z lękiem oczekiwałem przyjścia jej nocnej osobowości. Spodziewałem się nagłej przemiany w diablicę, zachłannego potwora-kobietę, który gryząc i szarpiąc sam bierze to, na co ma ochotę. Tymczasem całą noc trzymałem w ramionach istotę słodką i delikatną, pełną ciepła, kojącą ból pojedynczym dotykiem, pocałunkiem, samą swą obecnością. Cieszyłem się każdym momentem tej bliskości, każdą najmniejszą pieszczotą, każdym pocałunkiem.

Kiedy nad ranem zasypiała z głową na mojej piersi, niespodziewanie dla samego siebie zacząłem płakać. Nadmiar wzruszeń znalazł swoje ujście w niemych łzach; nawet ich nie ocierałem, nie chcąc jakimś nieostrożnym ruchem obudzić Sylwii. Jednak gdy we śnie odsunęła się ode mnie, wstałem z łóżka. Cicho się ubrałem i wyszedłem z mieszkania. Na dworze było jeszcze ciemno, tylko jakiś ptak zwiastował bliskie nadejście świtu ledwo słyszalnym śpiewem. Dawno nie słyszałem tego dźwięku, tak zwyczajnego jeszcze pół wieku temu, dlatego przystanąłem urzeczony, oparłem się o dach samochodu i z przyjemnością wsłuchiwałem się w słodki ptasi trel. - Skąd tu się wziąłeś, malutki? – szepnąłem do niewidzialnego w mroku ptaka. – Uciekłeś z ogrodu zoologicznego? Czeka cię smutna, betonowo-szklana wolność z nielicznymi marnymi resztkami dawnej zieleni… Umilkłem, bo usłyszałem czyjeś kroki. Był to mój sąsiad wracający z potajemnego zebrania tak zwanego „podziemia”, nazywanego przez złośliwych „Chorą Europą”. Podczas sekretnych posiedzeń dyskutowano nad sposobem zlikwidowania Zdrowej Europy, racząc się zakazanymi wiktuałami. Nie jestem kapusiem, więc udałem, że nie widzę przemykającej obok mnie postaci. Sąsiad zniknął w bloku, a ja znów zacząłem nasłuchiwać. Jednak ptak nie odezwał się więcej. Wyjąłem z bagażnika włożone tam wcześniej pudło, wsiadłem do samochodu i, zapaliwszy lampkę u sufitu, wyciągnąłem z kartonu plumtop i żółtą kopertę. Najpierw zająłem się kopertą, z wahaniem wysypałem jej zawartość na siedzenie pasażera. Fotografie, listy – ślady przemijającej epoki papieru. Na samym wierzchu znalazło się zdjęcie rodziców: młodych dziennikarzy, szczęśliwych, zakochanych, takich, jakimi pozostają również w mojej pamięci. Byli dobrymi ludźmi o światłych umysłach i odważnych sercach. W moich wspomnieniach przypominają raczej ikony bohaterów niż prawdziwe osoby – za rzadko ich widywałem, lecz nie miałem o to żalu. Wiedziałem, że bez reszty poświęcają się pracy, że to poczucie misji nie pozwala im opiekować się własnym dzieckiem, nie lekkomyślność czy cokolwiek innego. Wciąż podróżowali, robili reportaże z najniebezpieczniejszych miejsc na Ziemi, spieszyli w samo centrum jakiegoś piekła, pragnąc pokazać światu dziejącą się krzywdę nawet za cenę własnego życia. Sam ze względu na pamięć o nich zostałem dziennikarzem, lecz mi, pracującemu w bezdusznym molochu, daleko było do szlachetnego poświęcenia, które cechowało moich świętej pamięci rodziców. Pod ich fotografią leżało duże, portretowe zdjęcie babci: sympatyczna, poorana zmarszczkami twarz, o dobrotliwym uśmiechu i łagodnym, pełnym ciepła spojrzeniu. Matki i ojca prawie nie znałem, właściwie zawsze byli za granicą, kręcąc reportaże z rozmaitych wojen i okupacji, ale babcia… Babcia była dla mnie wszystkim, była jakby lunetą, przez którą postrzegałem otaczającą mnie rzeczywistość: pokazywała mi poszczególne elementy naszej wsi i na ich przykładzie wyjaśniała mechanizmy zachodzące na świecie. Co niedzielę szliśmy razem do rzymsko-katolickiego starego kościółka. „Widzisz, Marcinku – mówiła. – Nie każdy musi być katolikiem. Stajemy się coraz bardziej świeccy, odchodzą w dal dawne czasy, kiedy słowo „Polak” było równe słowu „katolik”. Ważne jest, aby wierzyć w cokolwiek, aby czcić Boga choćby ukrytego pod postacią jakiejś idei”. Nie rozumiałem wtedy, co miała na myśli, nawet teraz, gdy o tym myślę, nie zawsze odnajduję zdumiewająco prosty sens tej nauki. A przecież nie zapomniałem żadnej usłyszanej od niej mądrości, podobnie jak nie zapomniałem jej dobroci czy iście macierzyńskiej miłości, jaką mnie darzyła. Ciepła, które od niej biło, szukałem potem u każdej napotkanej kobiety. Było ich naprawdę wiele, lecz żadna nie miała tego, czego podświadomie pragnąłem. Jedynie Sylwia czasami zbliżała się do tego ideału. Później były listy, a w zasadzie krótkie liściki. Kilkanaście karteluszków od babci – zawsze kiedy szła po zakupy, a ja jeszcze spałem, zostawiała mi krótkie notki w rodzaju: „Marcinku, jak będziesz szedł na podwórze, załóż sweter. Jest przymrozek. Całuję. Babcia” lub „Kochany Wnuku, w zamrażarce jest resztka lodów, zjedz sobie. Babcia”. Na samym spodzie leżała mała, woniejąca delikatnie wodą toaletową karteczka z kilkoma słowami nagryzmolonymi dziecięcym, nieforemnym pismem: „Spotkajmy się o 19 wiesz gdzie. Twoja Kasia”. Uśmiechnąłem się, przypominając sobie przyjaciółkę z dzieciństwa. Bardzo ją lubiłem, bywało, że jej spokojne towarzystwo przedkładałem nad hałaśliwą kompanię kolegów. Często zrywałem jej kwiaty z pobliskiej łąki, przychodziłem do jej domu i sam zapraszałem ją do siebie. Babcia śmiała się, że w przyszłości na pewno się z Kasią ożenię, a ja, chociaż protestowałem, pragnąłem, aby stało się tak, jak mówiła. Nasze szczenięce uczucie mogło się rozwinąć w coś poważniejszego i rzeczywiście zaprowadzić nas do urzędu stanu cywilnego… Zakończyło się jednak inaczej przez niezależne od nas czynniki. Z westchnieniem schowałem pamiątki na powrót do koperty. Wiedziałem, że nie starczy mi odwagi, żeby uruchomić plumtop i obejrzeć kolejne dokumenty i zdjęcia. Sama koperta wystarczyła, aby długo więziona przeszłość, nieopatrznie teraz przywołana, próbowała opanować moją głowę. Dawno minione chwile utraconego dzieciństwa szturmowały moje myśli, domagając się posłuchu, projektor wspomnień pełen był ukochanych twarzy i miejsc. Wiedziałem, że przytłoczą mnie i zgnębią, jeśli czegoś nie zrobię. Gwałtownie wysiadłem z samochodu. Rozejrzałem się wokoło, a stwierdziwszy, że nie mam świadków, przykląkłem na ziemi i zacząłem robić pompki. Dawno nie ćwiczyłem, więc już po kilku powtórzeniach byłem zlany potem. Mimo to kontynuowałem. Przy trzydziestej pierwszej pompc poczułem się wycieńczony, zarazem jednak szczęśliwie wyprany z wszelkich emocji i myśli. Powoli podniosłem się do pozycji pionowej i ruszyłem do domu. Przejaśniało się. Zmęczonym wzrokiem potoczyłem po szarobłękitnym niebie widocznym zza brzydkich, sino-burych chmur. Spojrzałem na jakieś dwa drzewa i mizerną kępkę trawy – jedyną zieleń na moim szarym, betonowym osiedlu, zestawiając ją mimowolnie z malowniczym pejzażem Lipiec Reymontowskich sprzed dwudziestu lat. „Ostatnia wieś w Polsce, Lipce Reymontowskie, otrzymuje status miasta” – tak brzmiał roboczy tytuł ostatniego tematu z listy, którą pokazał mi Karol. „Co się stało z tym światem?” – pomyślałem, lecz nie czułem już nic oprócz znużenia. Kiedy wszedłem do mieszkania, Sylwia jeszcze spała. Rozebrałem się i ostrożnie położyłem się obok niej. Czułem się zmęczony wzruszeniami minionego dnia i bezsennie spędzoną nocą, ale jeszcze nie zamykałem oczu. Przewróciłem się na bok i popatrzyłem na ukochaną pogrążoną we śnie. Wyglądała tak niewinnie. Spokojny owal jej jasnej twarzy i miedziane włosy rozrzucone na poduszce niosły ukojenie mojemu sercu. Przypomniałem sobie niezwykłą czułość, którą mi okazała poprzedniego dnia i zapragnąłem, żeby na zawsze taka pozostała. Na razie nic nie wskazywało, aby w najbliższym czasie miała powrócić drapieżna strona jej osobowości. „Sylwio, Sylwio!” – powtarzałem tkliwie w myślach. Wtem poruszyła się; nie otwierając oczu, przysunęła się do mnie i objęła ramieniem moją szyję. - Jesteś wreszcie – wymruczała. - Jestem – przytaknąłem, starając się wymyślić jakieś przekonywające kłamstwo na wypadek pytań. Ona jednak o nic nie pytała, wtuliła twarz w moje ramię i znów zasnęła. Przykryłem nas kołdrą i zamknąłem oczy. Na pół sennie zauważyłem, że znów włączył się projektor wspomnień w mojej głowie, lecz obezwładniony znużeniem nie próbowałem nawet go wyłączać. Tymczasem na białej ścianie wyświetlił się pierwszy slajd: oszałamiająca późnowiosenna zieleń babcinej wsi i mały chłopiec biegnący wesoło wśród wysokich traw i kwiatów… Slajd niepostrzeżenie zamienił się w piękny, kolorowy sen, którego nie pamiętałem po przebudzeniu, pozostał mi jedynie ulotny posmak magii i szczęścia.

Około szesnastej zaparkowałem samochód przed przydrożnym barem w okolicach Skierniewic. Przed wyjazdem z Tricitu zjadłem tylko jedną kanapkę, musiałem się posilić. Tak sobie tłumaczyłem postój niecałe trzydzieści kilometrów przed miejscem docelowym. W rzeczywistości nie byłem bardzo głodny, a jeśli nawet byłem, nie myślałem o jedzeniu. Zatrzymałem się pod wpływem nagłego lęku. Wczoraj, ba, jeszcze nad ranem, kiedy zasypiałem, byłem pewny słuszności swego postępowania, przekonany o konieczności jak najszybszego wywiązania się z podjętego obowiązku. Teraz niemal żałowałem, że wybrałem ostatni temat z listy. Może lepiej by było nie otwierać drzwi z napisem „Przeszłość”, pozostawić dawno minione sprawy tak jak je zostawiłem szesnaście lat temu, nie narażać się na wstrząs, który mogłoby spowodować zderzenie wspomnień z brutalną rzeczywistością. Wiedziałem, że już za późno na tego typu rozważania, więc w swym tchórzostwie chwyciłem się ostatniego sposobu: gry na zwłokę, pod pozorem posiłku chciałem maksymalnie odsunąć w czasie chwilę zmierzenia się z przeszłością. Wszedłem do baru, zaskakująco pustego zważywszy na godzinę. Przy samych drzwiach sześcioosobowa rodzina w milczeniu spożywała pierogi z cebulą, w kącie jakiś staruszek pochylał się nad miską barszczu i gazetą. Mojemu fachowemu oku wystarczyło jedno przelotne spojrzenie, aby dostrzec w górnej stopce litery „MMM”. Niepewnie zbliżyłem się do kontuaru i podniosłem wzrok na menu zawieszone u niskiego sufitu. - Co podać? – zapytała obojętnie kobieta stojąca po drugiej stronie. - Poproszę danie dnia. Kiwnęła głową i zniknęła na zapleczu. Zająłem miejsce w głębi, dwa stoliki dalej od staruszka czytającego „Dziennik Mass Media Maxi”. Pomyślałem, że za kilka dni ukaże się w nim mój artykuł i potrząsnąłem głową. Chociaż na chwilę musiałem przestać zajmować się tą sprawą. Skierowałem swe myśli ku Sylwii. Przypomniałem sobie jej cudowny uśmiech, czułe pieszczoty jakimi mnie obsypywała, miedziany blask jej włosów, długich aż za pośladki. Pamiętam swoje zdumienie i podziw, kiedy ujrzałem je pierwszy raz w całej okazałości owego wieczoru w jej tajemniczej pracowni. Zatrzasnęła za nami drzwi, ugryzła mnie w szyję i jednym ruchem ręki uwolniła gęste pukle, zwinięte do tej pory przy głowie. Chciałem powiedzieć jej komplement, lecz nie zdążyłem, gdyż zasypała mnie gradem pocałunków i ukąszeń. Pytałem później, dlaczego tylko w nocy rozpuszcza włosy, ale pytanie to pozostało bez odpowiedzi podobnie jak wiele innych. Sylwia była dla mnie tajemnicą, paradoksalnie im dłużej ją znałem, tym mniej o niej wiedziałem. Jednak mimo mnożących się znaków zapytania kochałem ją, kochałem coraz mocniej, coraz bardziej lgnąłem do jej ciepła. - Danie dnia, proszę! – wdarł się w moje rozmyślania rozkazujący głos. Wstałem z miejsca i poszedłem odebrać zamówienie. - Osiem euro – oznajmiła kobieta, a ja zrozumiałem przyczynę małej frekwencji baru. Zapłaciłem i z tacą wróciłem na poprzednie miejsce. Danie dnia okazało się kotletem z soi lub ciecierzycy, garstką frytek i odrobiną surówki z czerwonej kapusty. - Zdzierstwo! – mruknąłem pod nosem, lecz raczej odruchowo niż z faktycznego przejęcia. Miałem większe zmartwienia niż niewielka porcja obiadowa za wygórowaną cenę. Jadłem wolno, patrząc w okno na przejeżdżające ulicą samochody. Pozornie byłem opanowany, a jednak czułem niepokój i napięcie. Przypomniałem sobie czasy studiów… Kiedy byłem rozbity psychicznie, bałem się czegoś, wystarczył kubek mocnej kawy, aby postawić mnie na nogi, już sam aromat sprawiał, że zaczynałem wierzyć we własne siły. Niestety od ośmiu lat musiałem się bez niej obywać. Niektórzy, na przykład Karol, przerzucili się na zbożówkę, którą zalecała Zdrowa Europa, ja tak nie potrafiłem. „Nie jestem przecież zwierzęciem, żebym z wdzięcznością przyjmował niesmaczny substytut produktu, którego mnie pozbawiono” – zżymałem się. Na początku rozważałem przystąpienie do „podziemia”, wiem, że gdybym tylko zechciał, mógłbym bez większych trudności znaleźć osobę, która by mnie tam wprowadziła (chociażby sąsiada, kilka razy wychwyciłem z jego strony subtelne aluzje), jednak ostatecznie nie zdecydowałem się na to. Co to za przyjemność raczyć się kawą czy czekoladą w ukryciu, w środku nocy, w konspiracyjnej atmosferze? Czułbym się śmiesznie niczym dziecko objadające się słodyczami przed obiadem! Uśmiechnąłem się na to staromodne porównanie i właśnie wtedy ktoś zawołał mnie po imieniu. Drgnąłem i bacznie rozejrzałem się wokoło. Naprzeciwko siebie ujrzałem staruszka jeszcze przed chwilą jedzącego barszcz dwa stoliki dalej. Teraz siedział przy moim stoliku, zwiniętą gazetę trzymał pod pachą. - Marcin – powtórzył mężczyzna drżącym głosem. - Skąd pan wie, jak się nazywam? – zapytałem zaskoczony. - Nie poznajesz mnie – westchnął ze smutkiem. – A ja ci cukierki dawałem, naprawiałem zabawki… Uważniej przypatrzyłem się siedzącemu naprzeciw. Nie mógł mieć więcej niż pięćdziesiąt lat, pozór starca nadawały mu przedwcześnie posiwiałe włosy i nieco zgarbione plecy. Znałem tego człowieka, lecz w pierwszej chwili nie potrafiłem sobie przypomnieć, kim jest. Sięgnąłem do przeszłości zepchniętej głęboko na dno pamięci, prawie w podświadomość i trudem wydobyłem spośród nich twarz pana Adama Miłka, właściciela małego sklepu spożywczego, a zarazem ulubionego sąsiada mojej babci. Nie chcąc pokazać po sobie wzruszenia, przybrałem zawodowy, nieprzenikniony wyraz twarzy. - Nie mógłbym zapomnieć, panie Adamie – odparłem po chwili. Błysk radości zamigotał w oczach mojego rozmówcy. - Powiedz, jak ci się wiedzie? Co robisz? Ożeniłeś się? Zakłopotany milczałem. - Przepraszam, może to nie moja sprawa – zraził się pan Miłek i zrobił ruch, jakby chciał wstać. – Pójdę już. - Jeśli jedzie pan do Lipiec Reymontowskich, chętnie pana podwiozę – zapewniłem, zmuszając się do uśmiechu. – Właśnie tam jadę. - A więc wracasz do nas! – zawołał ucieszony. – Jak to dobrze, jak dobrze… Straszne rzeczy się dzieją. Za tydzień przyznają nam prawa miejskie i, wyobraź sobie, z nazwy zniknie nazwisko naszego noblisty. A może mógłbyś coś poradzić? W końcu wyjechałeś do stolicy na studia, może masz jakieś wpływy… Milczałem. Nie miałem serca rozwiewać jego naiwnych złudzeń. Gdyby wiedział, w jakim charakterze przyjechałem do rodzinnej wsi, nie przemawiałby do mnie w tak miły sposób. Na szczęście na razie nie musiałem się odzywać, pan Miłek mówił za dwóch. Wsiedliśmy do mojego samochodu i uruchomiłem silnik. Mocno zaciskałem ręce na kierownicy, aby opanować wewnętrzne drżenie, które mogłoby się uzewnętrznić. Za nic nie chciałem ujawniać swoich emocji. - Wiesz, Marcinie, w Lipcach wiele się zmieniło. Nie ma już jeziora, a ze skansenu pozostał jedynie kościół, ale nie wiem, na jak długo, zarząd chciałby w tym miejscu wybudować kinopleks. Bloki pną się w górę, domów jednorodzinnych zostało raptem kilka. Miesiąc temu otworzyli hipermarket – w tym miejscu głos mężczyzny drgnął. – Rywalizacja zmusiła mnie do obniżki cen, ale mimo to z dnia na dzień ubywa mi klientów. Obawiam się, że będę musiał zamknąć interes. Dyrektor Futura, tak nazywa się ten hipermarket, litościwie zaproponował mi stanowisko kasjera, ale waham się… Może jeszcze mój sklep podźwignie się z kryzysu? - Na pewno, każde przedsiębiorstwo przeżywa gorsze chwile – zapewniłem sztucznie krzepiącym głosem, bo wyraźnie oczekiwał potwierdzenia swej nadziei. - Tak myślisz? – uśmiechnął się. – Jestem pewien, że teraz, kiedy wróciłeś wszystko się ułoży… i w sklepie, i w całych Lipcach. Trzeba podjąć stanowcze kroki, trudno, niech już zrobią z Lipiec miasto, ale niech nie niszczą w sposób tak bezwzględny dawnego porządku!... Słuchałem jego monologu z prawdziwą przykrością, zaskoczony, że urbanizacja do tego stopnia może złamać człowieka. Pan Miłek zawsze wydawał mi się rozsądny, pełny wewnętrznej siły, odporny na wszelkie przeciwności losu. Teraz siedział obok mnie człowiek słaby i zalękniony, z dziecinną ufnością czepiający się każdej nadziei na powrót starych, dobrych czasów, które przecież bezpowrotnie minęły. Czy naprawdę widział we mnie herosa mogącego cofnąć bieg wydarzeń? Przygnębiło mnie to dodatkowo. - Znów będziemy sąsiadami – cieszył się pan Miłek. – Tak, tak, wciąż jestem w posiadaniu domu po twojej świętej pamięci babci. Obiecałem przecież, że będzie na ciebie czekał. Wymaga remontu, ale to nic, to nic, we wszystkim ci pomogę. A ty mój drogi, pomożesz Lipcom, prawda? Nie mogłeś przecież zapomnieć o rodzinnej miejscowości. Oczywiście, że nie zapomniałeś, przecież właśnie do niej wracasz. Zaraz będziemy na miejscu, jeszcze dwa kilometry. To chaotyczne gadanie zaczynało mnie denerwować. Chciałem się do niego odwrócić i w twarz mu wykrzyczeć, że przyjechałem tylko napisać artykuł, lecz oto po prawej stronie jezdni ujrzałem wielką, białą tablicę z napisem „Witamy w Lipcach!” i cała złość mnie opuściła. Nieznacznie zwolniłem, aby przypatrzeć się rodzinnej wsi. Krajobraz na trasie, którą przemierzyłem dotychczas był podzielony: szare odcinki miast gdzieniegdzie przetykała wątła zieleń dróg międzymiastowych. Kiedy w dzieciństwie wracałem z rodzicami z jakiegoś festynu w okolicznym mieście, jechaliśmy między szpalerami dziko rosnących drzew, sprawiających niekiedy wrażenie naturalnego tunelu. Drzewa te wyrastały z obrzeży rozległych przestrzeni pól i łąk. Pola złociły się dojrzewającym zbożem, a na łąkach zieleniejących się pełnią lata pasły się czarno-białe krowy. W ostatnich latach w całej Europie drastycznie ograniczono produkcję roślinną, a zwłaszcza uprawę zboża. Proces ten rozpoczął się już w dwa tysiące pięćdziesiątym piątym, kiedy Zdrowa Europa ogłosiła pierwszy spis produktów zakazanych, znalazły się na nim: alkohol, tytoń i mięso. Stopniowo zlikwidowano wszelkie hodowle, rzeźnie, przetwórnie i wszystko, co wiązało się z mięsnym przemysłem. Stowarzyszenia wegetariańskie triumfowały, a babcia załamywała ręce, kiedy przedstawicie Zdrowej Europy zabierali nam garstkę kur i młodą, brązową jałówkę. Nabiał stał się towarem deficytowym, lecz Zdrowa Europa wkrótce wprowadziła na rynek jego substytut o nazwie „egglux” z powodzeniem zastępujący zarówno jajka, żółty ser, jak i masło. Ponieważ nie produkowano już paszy dla zwierząt hodowlanych, ograniczono uprawę zbóż o niemal pięćdziesiąt procent, jednak zamiast posadzić na wolnej od siewu ziemi drzewa, pozwolić jej się zazielenić, rozpoczęto urbanizację. Powoli zaczynały się sprawdzać niewesołe wizje futurystów z ubiegłego wieku. Betonowa dżungla wciąż rosła wzwyż i wszerz. Wielopiętrowe bloki pojawiały się jak grzyby po deszczu, a pnącza bezdusznej szarości miasta sięgały coraz dalej, coraz ciaśniej oplatały Polskę, Europę, a może i cały świat. Wiedziałem o tym, wierzyłem jednak, że Lipce Reymontowskie nie uległy zmianie, musiały zostać takie, jakimi je zapamiętałem z dzieciństwa: zielone i piękne. Podświadomie spodziewałem się, że nic się nie zmieniło, że, gdy tylko minę zieloną tablicę z nazwą wsi, przywita mnie ptasi śpiew, otoczy różnorodna zieleń; że pojawię się w rodzinnym gnieździe, jakby nic się nie zmieniło, jakbym nadal miał kilkanaście lat, a moi najbliżsi wciąż żyliby i czekali na mnie. Kiedy ujrzałem nową tablicę, straciłem złudzenia. „Witamy w Lipcach”! Równie dobrze mógłby się tam znajdować napis z dantowskiego piekła – „Lasciate ogni speranza”. Pan Miłek miał rację: miejsce większości domów jedno i dwurodzinnych zajmowały bloki. W rejonie dawnej łąki, na której lubiłem się bawić, ujrzałem małe, betonowe osiedle; tam, gdzie kiedyś pasły się lipeckie krowy, budowano jakąś fabrykę czy hipermarket; na dobrą sprawę zmieniło się wszystko. Nawet niebo wydawało mi się inne, zasnute ponurą mgłą szarości. Patrzyłem na te obrazy zimno, nie dopuszczając do siebie przejmującego bólu, który wywoływały. Nie mogłem sobie na to pozwolić. - Straszne, prawda? Widzisz teraz, Marcinie, przybywasz, jak to się dawniej mówiło, rychło w czas. O! Spójrz, to ten Futur, akurat naprzeciwko mojego sklepiku! – zawołał pan Miłek. - Chciałbym tam wejść. Otworzy pan dla mnie na chwilę, prawda? – uśmiechnąłem się lekko, lecz nie spojrzałem mężczyźnie w oczy. Prawda była taka, że nie czułem się gotowy do ujrzenia domu, w którym spędziłem pierwsze kilkanaście lat mojego życia. Bardzo wątpiłem czy człowiek może kiedykolwiek przygotować się do takiej konfrontacji, robiłem jednak wszystko, co w mojej mocy, aby maksymalnie odsunąć w czasie chwilę mającą, czułem to wyraźnie, rozedrzeć mi serce. Postanowiłem sobie, że cokolwiek nastąpi, będę trzymać emocje na wodzy jak przystoi profesjonalnemu dziennikarzowi, za jakiego pragnąłem uchodzić. Zaparkowałem przed sklepem. Wyglądał jakoś inaczej, pomyślałem, że musi być po remoncie. Mimo to przy Futurze, a nawet sąsiednich sklepach, sprawiał wrażenie ubogiego krewnego. Pan Miłek mówił coś, odwrócony do mnie plecami szukając klucza, lecz ja nie słuchałem. Powiodłem smutnym wzrokiem po okolicy. Nowoczesne budynki, szarość, kilka wątłych drzew, które można by policzyć na palcach jednej ręki… Porównałem zastany stan rzeczy z tym, co było dawniej i potrząsnąłem z niedowierzaniem głową. - Proszę bardzo, zapraszam – odezwał się pan Miłek, otwierając na oścież drzwi swojego sklepiku. – W ubiegłym roku przeprowadziłem generalny remont, zobaczysz, jak teraz jest ładnie, bardziej funkcjonalnie i… Wszedłem do wnętrza. Wbrew słowom mężczyzny nie zmieniło się wiele: stare, drewniane półki na artykuły spożywcze zastąpiono nowoczesnymi, metalowymi konstrukcjami, a ściany, jak pamiętałem z młodości pomalowane na ciemnozielono, pokrywała teraz jaskrawa fototapeta. Innych zmian nie zauważyłem, układ pomieszczenia pozostał ten sam. - Widzisz, to się nazywa design – rzekł pan Miłek z niesłuszną dumą. – A mimo to z dnia na dzień ubywa mi klientów. Jak myślisz, Marcinie, co powinienem jeszcze zrobić? „Przyjąć propozycję dyrektora Futura” – pomyślałem, ale nie odważyłem się powiedzieć tego głośno. - Ileż to razy przybiegałeś tu jako mały chłopiec! – rozczulił się nagle sklepikarz. – Przychodziłeś z pośpiechem, trzymając w ręku karteczkę z listą zakupów, od drzwi wołałeś: „Babcia prosi…” Zacisnąłem zęby. Nie mogłem dopuścić do siebie tych wspomnień, nie mogłem dopuścić do siebie żadnych wspomnień. - Czasem przychodziłeś z własną sprawą – mówił pan Miłek, bardziej do siebie niż do mnie – Kładłeś na tej ladzie (to znaczy innej, poprzedniej) zepsute autko lub inną zabawkę i poczciwym głosikiem prosiłeś o pomoc. Zresztą obojętnie w jakiej sprawie przekraczałeś próg mojego sklepu, zawsze dawałem ci cukierki lub częstowałem czekoladą. Pamiętasz? – zapytał prawie tkliwie. - Tak – odparłem krótko, nie patrząc na swojego rozmówcę. Podszedł do mnie na odległość ramienia i przyglądał mi się w milczeniu. - Właściwie wiele się nie zmieniłeś przez te dwadzieścia lat – powiedział i znów zapadła cisza. Podniosłem wzrok i na chwilę nasze oczy się spotkały. Zastanowił mnie wyraz jego twarzy… badawczy, nieufny, pełen wahania. Wtem pan Miłek zdecydowanym krokiem podszedł do drzwi i zamknął sklep od środka, później skierował się ku zapleczu, jednocześnie dając mi znać gestem, żebym podążył za nim. Zaintrygowany przekroczyłem próg ciasnego pomieszczenia służącego za magazyn oraz prowizoryczną łazienkę. Mężczyzna pochylał się nad dużym kartonem wypełnionym jakimiś papierami (fakturami czy czymś takim) i najwyraźniej czegoś szukał. - Panie Adamie – odezwałem się po kilku minutach obserwowania jego wysiłków. Nie zwrócił na to najmniejszej uwagi. - Jest – powiedział jakby do siebie i wyjął ze stosu papierzysk płaski prostokąt pokryty kolorowym, choć nieco wyblakłym, foliowym opakowaniem. – Podejdź tu. Podszedłem, ze zdumieniem wpatrując się w przedmiot, który trzymał. Nie wierzyłem własnym oczom. Pan Miłek wyprostował się i z lekka drżącymi rękami połamał tabliczkę czekolady, następnie powoli otworzył opakowanie. Spojrzał mi w oczy i wyciągnął w moją stronę dłoń z czekoladą. - Proszę, poczęstuj się – padły z jego ust te same dobroduszne słowa, które zapamiętałem z dzieciństwa. Na chwilę zapomniałem, w jakiej sprawie przybyłem w rodzinne strony, pojęcie czasu przestało obowiązywać, wszystkie zegary stanęły w miejscu, a ja jakimś magicznym sposobem przeniosłem się w połowę lat pięćdziesiątych, kiedy przybiegałem tu jako trzynastoletni chłopiec. „Przecież nic się nie zmieniło – mówiłem sobie, usilnie pragnąc w to uwierzyć. – Lipce Reymontowskie, sklep pana Miłka, czekolada, ja”. Wyciągnąłem rękę po apetyczną, brązową kosteczkę i włożyłem ją sobie do ust. - Śmietankowa, moja ulubiona – powiedziałem mimowolnie, poczuwszy dawno niezaznaną słodycz. Mężczyzna tylko błysnął z satysfakcją zębami, po chwili znów mnie poczęstował. - Są rzeczy, które nigdy się nie zmieniają – stwierdził z zadowoleniem. – Proszę, weź jeszcze. Ale ja już otrząsnąłem się z uroku wspomnień, tymczasowo pokonałem wzruszenie. Znów byłem dorosłym mężczyzną, pewnym siebie dziennikarzem. - Nie boi się pan dekonspiracji? – zapytałem rzeczowo. Pan Miłek wzruszył ramionami w odpowiedzi. - Nigdy nie miałem kontroli, nikogo nie wtajemniczam… Ty przecież mnie nie wydasz – powiedział tonem twierdzącym, lecz w jego oczach dostrzegłem pytanie. Jakiś chochlik szeptał mi do ucha, żeby jeszcze jakiś czas pozostawić dawnego sąsiada w niepewności, przybrać surowy wyraz twarzy i rzucić coś w rodzaju: „A skąd pan wie, że nie jestem przedstawicielem Zdrowej Europy i nie przyjechałem na przeszpiegi?”, lecz szybko odrzuciłem tę myśl. - Oczywiście, że nie – odparłem. – Dziękuję, nawet nie wiem, kiedy ostatnio czułem w ustach ten smak. Bardzo dawno, chyba jeszcze zanim stąd wyjechałem. Cieszę się, że mogłem ponownie zobaczyć pana sklep. Pojechałbym już do babci, to jest do domu, w którym mieszkaliśmy – poprawiłem się zmieszany. Musiałem uciekać; w obecności tego życzliwego mężczyzny częstującego mnie ulubioną czekoladą, rojącego sobie, że jestem w stanie wstrzymać postęp i urbanizację, czułem specyficzne zagrożenie. Za wszelką cenę chciałem uciec przed wspomnieniami i przed jego pełnym nadziei spojrzeniem. Nie łudziłem się, że pobyt w moim dawnym domu przyniesie mi jakiekolwiek ukojenie, wręcz przeciwnie, czułem, że sprawi mi wiele bólu, lecz z dwojga złego wolałem się rozkleić na osobności, nie mogłem zrzucić maski przed panem Miłkiem, nie mogłem odsłonić swojej rozdartej duszy, zdekonspirować się. - To jedź, Marcinie. Ja jeszcze muszę tu coś załatwić. A oto i klucze – odłożył czekoladę na krzesło, po czym wyjął z kieszeni pęk kluczy i zsunął z metalowego kółka dwa z nich. – Wpadnę do ciebie wieczorem, jeśli nie masz nic przeciwko. - Właściwie to… Będę zajęty, odwiedzę pana jutro – rzekłem. - Rozumiem, rozumiem - wymamrotał, lecz wątpię, czy naprawdę cokolwiek rozumiał. Wziął z krzesła opakowanie z czekoladą i podał mi je. - Dziękuję, ale nie – tego mi jeszcze brakowało: nie dość, że spędzę noc w domu swojego dzieciństwa, to jeszcze mam jeść czekoladę jak za dawnych, beztroskich lat… W gardle by mi stanęła. - Weź, nie rób mi przykrości – powiedział dobrodusznie. Nie oponowałem dłużej. Schowałem zakazany rarytas do wewnętrznej kieszeni kurtki, pożegnałem się i szybko opuściłem sklep.

Wolniutko jechałem przez wieś (wieś, która wsią była w zasadzie tylko z nazwy i to już niedługo), przyglądając się zmianom. Zmianom na gorsze. Dawniej z każdej strony uderzała obserwatora intensywna zieleń, gdzie nie spojrzał, widział rozmaite jej odcienie: tutaj szmaragdowe jezioro, tam gęsty las, gdzie indziej znów barwne ogródki mieszkańców domów jednorodzinnych, pobocza prostych, żwirowych dróg porośnięte trawą i starymi drzewami, pamiętającymi jeszcze czasy Reymonta. Teraz dominującym kolorem była szarość. Z chodników i kamiennych placów pokrywających niemal całą okolicę wyrastały brzydkie, szarobure budynki; te niższe sprawiały wrażenie złośliwych, tłustych karłów, wyższe pięły się wyniośle ku zachmurzonemu niebu, niemalże zlewając się z nim. Znajdowałem się w pułapce, w wielkiej kuli szarości, w bolesnej karykaturze miejsca mojego dzieciństwa. I jak ja miałem o tym wszystkim napisać? Wiedziałem dobrze, czego oczekiwał ode mnie szef, doskonale znałem upodobania dyrekcji MMM – tej bezlitosnej machiny współczesności, gloryfikującej postęp razem ze wszystkimi jego wadami; każdy trybik w tej machinie musiał działać bez zarzutu, to jest podzielać przekonania zarządu korporacji, być ich entuzjastą, więcej: wyznawcą. Nigdy nie byłem czcicielem współczesności, nie wielbiłem postanowień Zdrowej Europy, nie cieszyła mnie też myśl o nadmiernej urbanizacji, lecz to nie przeszkadzało mi być sumiennym i lojalnym pracownikiem… aż do dzisiaj. Teraz Mass Media Maxi żądały ode mnie osobistego poświęcenia – spodziewano się, że będę opiewał urbanizację ostatniej polskiej wsi, zachwycał się nowymi blokowiskami, kinopleksem, hipermarketem… Gdyby chodziło o jakiekolwiek inne miejsce na Ziemi, spełniłbym te oczekiwania, może z pewnym niesmakiem, lecz napisałbym artykuł zgodnie z niepisanym wymogiem korporacji. Jednak chodziło o Lipce Reymontowskie, o moje Lipce, moją utraconą krainę szczęścia, moje dzieciństwo... Zwolniłem jeszcze bardziej, wjechawszy na swoją dawną ulicę. Po kilkunastu sekundach zatrzymałem się przy dwóch starych domach jednorodzinnych, zbudowanych najprawdopodobniej u schyłku wieku dwudziestego. Były bardzo podobne do siebie, niemalże bliźniacze; poza niewidocznymi na pierwszy rzut oka szczegółami architektonicznymi, różniły się jedynie kolorem ścian i ogródkiem. Spuściłem wzrok na kierownicę, nie mając jeszcze odwagi na pełną konfrontację obecnego stanu rzeczy z przeszłością. Oczami duszy ujrzałem dom babci pomalowany na ciepły miodowy kolor, otoczony rozmaitymi kwiatami i kilkoma drzewami owocowymi. Zobaczyłem siebie biegającego boso po miękkiej, ciemnozielonej trawie i pana Miłka, który podśpiewując, przycinał jakieś krzewy za płotem. Kontemplowałem jakiś czas ten sielski obrazek, aż zdobyłem się na odwagę i wysiadłem z samochodu. Spojrzałem. Z odległości dziesięciu metrów nie dostrzegłem drastycznych zmian. Sam dom wyglądał tak, jak go zapamiętałem, może nieco ciemniejszy (w końcu czas robi swoje); w ogrodzie natomiast rozpanoszyły się chwasty, jakieś podstępne pnącze próbowało nawet opanować ścianę domu. Pośród brzydkiej szarozielonej gęstwy rzucały się w oczy dwie jabłonie. „Było więcej” – skonstatowałem sucho. Zrobiłem krok w kierunku domu i przystanąłem. Nie wiem, czy w końcu zdecydowałbym się na wejście do środka, gdyby nie pogoda. Gwałtowny podmuch wiatru zatargał koronami babcinych jabłoni, a zaraz potem poczułem na twarzy pierwsze krople deszczu. Przemogłem się wreszcie i wolno podszedłem do zardzewiałej furtki. Otworzyłem ją ostrożnie, jakbym bał się obudzić uśpione wspomnienia. Na próżno, furtka zaskrzypiała, a minione chwile otoczyły mój udręczony umysł, z każdego kąta ogrodu dochodził mój dziecięcy, beztroski śmiech, orzeźwiający smak antonówek, a przede wszystkim łagodny głos babci i jej pełne ciepła spojrzenie. Usta mi zadrgały i przyspieszyłem kroku, aby jak najszybciej znaleźć się w środku i w końcu dać upust dławiącym mnie uczuciom. Wyjąłem z kurtki klucze – te same, które otrzymałem od babci w pierwszym dniu szkoły, a które już po śmierci bliskich, przed wyjazdem na studia oddałem panu Miłkowi. „Nie martw się, Marcinie, będę dbał o ten dom jak o swój własny. Zawsze będzie na ciebie czekał” – oświadczył wtedy sąsiad, wyciągając do mnie dłoń na pożegnanie. Spuściłem głowę i westchnąłem, bo znów ogarnęło mnie poczucie winy. - Marcin? – usłyszałem za plecami czyjś pytający głos. Na moment znieruchomiałem, z lękiem zastanawiając się, kto jeszcze mnie rozpoznał. Doprawdy we własnej wsi czułem się jak złodziej, jak zdrajca. Jadąc w rodzinne strony, jakoś nie zastanawiałem się, co zrobię, jeśli spotkam kogoś znajomego. W ogóle nie brałem takiej możliwości pod uwagę. Myślałem: przyjadę, rozejrzę się, napiszę artykuł i wyjadę. Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że powrót do Lipiec przysporzy mi wiele bólu, że widok ukochanych kątów zrani mnie mocno; nie byłem jednak przygotowany na spotkanie z panem Miłkiem, a tym bardziej na stawienie czoła jego naiwnym nadziejom. Tymczasowo udało mi się uciec od sąsiada i jego złudzeń, lecz znów ktoś wołał mnie po imieniu. Kto? Nie byłem tego ciekaw. Wybrałem odpowiedni klucz, włożyłem go do zamka i przekręciłem – ale tylko do połowy, dalej mechanizm odmawiał posłuszeństwa. Zakląłem w duchu, usłyszawszy za plecami stukot damskich obcasów i skrzypienie furtki. - Marcin! – tym razem w głosie zabrzmiało więcej pewności ...i uporu. Dłużej nie mogłem udawać, że nie słyszę. Odwróciłem się, przybierając zawodowy, nieprzenikniony wyraz twarzy. Kilka kroków od siebie ujrzałem szczupłą kobietę po trzydziestce. Ubrana była w czarną, tweedową garsonkę i nieprawdopodobnie wysokie szpilki. Proste, pofarbowane na czarno włosy ożywiało wściekle rude pasmo, biegnące przez środek głowy niby niedorzeczny przedziałek. Pomarańczowe były także jej usta, rozchylone teraz w szerokim uśmiechu. - Nie poznajesz mnie, co? – zapytała z ledwo dającym się wyczuć obcym akcentem. - Nie, proszę pani – odparłem chłodno i odwróciłem się do drzwi, bo deszcz padał coraz gęściej. - To ja, Katarzyna – powiedziała szybko, jakby ze wstrętem. – No, ja, twoja Kasia. Spojrzałem na nią pełen niedowierzania. Ta ekscentryczna osoba miałaby być moją przyjaciółką z dzieciństwa, tą skromną, spokojną dziewczynką z jasnym warkoczem? Przewróciła oczami ze zniecierpliwieniem. - Spotkajmy się w naszym miejscu pod starym kasztanowcem. Mam ci coś ważnego do powiedzenia – wyrecytowała z nieukrywanym lekceważeniem. To musiała być ona, nikt poza nami dwojgiem nie wiedział o tej kryjówce. Przyjrzałem się uważniej twarzy kobiety. Istotnie, dostrzegłem pewne podobieństwo, lecz moja przyjaciółka miała oczy szare, nie brązowe. - Soczewki – wyjaśniła. – I korekta nosa. Uśmiechnąłem się niewyraźnie, przepełniony sprzecznymi uczuciami. - To skoro już mnie rozpoznałeś, może zaprosisz mnie do środka? – zapytała swobodnym tonem, jednak jej wzrok był więcej niż naglący. – Zaraz rozpada się na dobre. - Wolałbym, żebyśmy raczej gdzieś pojechali – odparłem. – Na przykład do pijalni soków. - Nie znoszę tego typu miejsc – skrzywiła się pogardliwie. – Zapomniałeś już, że nie cierpię marchewki? - Nie musisz pić akurat... - Do jasnej cholery, Marcin! – przerwała mi gniewnie. – Otwórz te pieprzone drzwi! Zaskoczony wykonałem rozkaz i, rzecz osobliwa, tym razem zamek zadziałał bez zarzutu. - Przepraszam, ale denerwuje mnie brak zdecydowania, zwłaszcza u facetów – powiedziała, przekraczając próg mojego dawnego domu. Z duszą na ramieniu podążyłem za nią. Przesunąłem wzrokiem po starych meblach, czerwonym, wyblakłym dywanie, znajomych domowych sprzętach i coś ścisnęło mnie za gardło. Wszystko było takie samo jak w dniu, kiedy wyjechałem na studia. - Nic się nie zmieniło. Brakuje tylko twojej babci – skonstatowała, jakby czytała mi w myślach. - Umarła szesnaście lat temu – wyjaśniłem z trudem. - Przykro mi. Zawsze ją lubiłam – powiedziała bez emocji. – Mieszkasz tu sam? - Właściwie to... – zacząłem i umilkłem, bo nie potrafiłem wyjawić jej prawdy. Jakich słów powinno się użyć, wyznając, że kala się własne gniazdo, zdradza swoje korzenie, czerpie korzyści z ruiny rodzinnej miejscowości? - Jesteś jakiś spięty – zauważyła, zerkając na mnie spod oka. – Dawniej byłeś energiczny i gadatliwy, wprawiałeś mnie wręcz w zakłopotanie. - Cóż, zmieniliśmy się oboje – bąknąłem przykro dotknięty. - Tak, czas robi swoje – mruknęła, siadając na sofie. – Zrób mi herbatę, dobrze? Doskonale wiem, że nie jestem tą samą osobą co w pięćdziesiątym trzecim. Tak bardzo nie chciałam wyjeżdżać z Lipiec i z Polski. Płakałam wiele tygodni, buntowałam się. Planowaliśmy nawet, że ukryję się u ciebie w piwnicy, pamiętasz? No, ale nie było rady. Ojciec dostał awans i trzeba było jechać na drugi koniec świata. Długo za tobą tęskniłam... Ale później... sam wiesz, zanik kontaktu telefonicznego, coraz rzadsze spotkania on-line... Z czasem jednak zrozumiałam, że taka jest naturalna kolej rzeczy, że ta rozłąka – z tobą, z krajem – okazała się dla mnie błogosławieństwem. Co osiągnęłabym, mieszkając w tej dziurze? Stałem jak skamieniały w kuchni, dokąd automatycznie poszedłem, gdy poprosiła o herbatę. Nie pamiętałem, czy wyjeżdżając przed laty, zostawiłem jakiekolwiek produkty spożywcze. Zamiast to sprawdzić lub choćby wyjąć szklankę trwałem nieruchomo wpatrzony w linoleum pod swoimi stopami. Zastanawiałem się ponuro, czy kobieta, którą wpuściłem do domu, rzeczywiście była kiedyś moją przyjaciółką, rozpaczającą z powodu rozstania z lipecką przyrodą, Polską i ze mną. - Dasz mi tę herbatę czy nie? – zapytała zniecierpliwiona, a ja uświadomiłem sobie, że od dłuższego czasu obydwoje milczymy. - Szczerze mówiąc, nie wiem, czy mam herbatę. Dawno mnie tu nie było – powiedziałem nieostrożnie. Spojrzała na mnie nieco zaskoczona, więc wyjaśniłem – Dziś dopiero przyjechałem. Po szesnastu latach. - No, proszę... Co za zbieg okoliczności. Tylko mi nie mów, że też przebywałeś za granicą! – zadrwiła. - Nie, w Tricicie – odparłem, patrząc na czubki swoich butów. Kobieta podająca się za Kasię wstała i podeszła do mnie na odległość ramienia. Nie podniosłem na nią wzroku, lecz czułem, że bacznie mi się przygląda. - Właściwie niewiele się zmieniłeś, przynajmniej zewnętrznie. Wewnętrznie jesteś... Nie wiem, nie umiem czytać z twojej twarzy jak dawniej. Gdzie się podziała twoja radość, ta rozbrajająca otwartość? – jej pytanie było rzeczowe, pozbawione jakiegokolwiek smutku czy rozczarowania. Bolał mnie ten chłód. Nie widzieliśmy się wiele lat, to prawda, ale coś…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych