6. W klasztorze sióstr Dyzmianek
:)
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
W małej, ciasnej izdebce, na poddaszu klasztoru sióstr Dyzmianek leżała na wznak stara zakonnica, trzymając w ręce garnuszek, do którego raz za razem spluwała obficie. Obok niej siedziało kilka sióstr, każda odziana w czarny habit, wystraszonym spojrzeniem bacznie obserwując dokonującą żywota przeorycę. Bo na łóżku, co trzeba dodać, leżała siostra Mauryca, lat około siedemdziesiąt, będąca postrachem w tutejszym klasztorze. Leżąc nawet teraz, w godzinie śmierci, na łóżku, wcale nie wyglądała na bezbronną osóbkę. Muskularne ramiona, wyrzeźbione wieloletnią pracą, przez wiele lat wymierzały kary siostrzyczkom zakonnym. Zimne, zielone oczy siostry spoczęły teraz na garnuszku. Zacharczała, pociągnęła nosem, po czym splunęła obficie. -Dajcie wina- zarządziła, wściekle mierząc wzrokiem zebrane przy niej uduchowione kobiety. Młodziutka, niewinna siostryczka Antonina pobiegła do przedsionka, wyciągając potężny gąsiorek z winem. Nalała sporo do szklanki, którą podała siostrze przełożonej. Mauryca wypiła go kilkoma potężnymi łykami, po czym gestem nakazała nalać sobie drugi i trzeci, w końcu czwarty i piąty, aż gąsiorek był totalnie pusty. Siostra Antonina przeżegnała się wymownie, w myślach przyzywając świętego Marcina. Przekonana była, że siostra przełożona nie wie, co robi- tyle razy przecież spotykali się z utratą zmysłów u umierających. Przeoryca czknęła, splunęła do ganuszka, po czym zarządziła: -Możecie iść po księdza. Siostrzyczki wybiegły z ciasnego pomieszczenia, zupełnie jakby żadna z nich nie chciała zostać ze staruszką sam na sam. W drzwiach minęły starego księdza, który z pobożną miną przekroczył próg dusznej izdebki, skinął głową na siostry i zamknął za sobą drzwi. Siostra Mauryca uniosła się nieco i w uśmiechu wyszczerzyła żółte zęby. -Cholera, chyba umieram- zaklnęła pod nosem, drapiąc się wielkimi rękami po policzku.-Ten wczorajszy upadek z konia przeważył szalę. -Słyszałem co nieco- odpowiedział kapłan, uśmiechając się zwłowieszczo, po czym zaśmiał się ochryple.-Diabli wiedzą, dlaczego akurat teraz ci się to przytrafiło. Teraz, kiedy jesteśmy tak blisko... -Bredzisz, Eugeniusz- stara splunęła do garnuszka- Za starzy jesteśmy na takie zabawy. Martwi mnie jedno- ta cholerna diablica ukradła mi list do ciebie, niech ją szlag... -Widzę, siostro- przerwał szyderczo ksiądz, marszcząc nos w uśmiechu- że chcesz się wyspowiadać? Mauryca potrząsnęła z niesmakiem głową, splunęła, zacharczała, po czym odparła powoli: -Raczej, kurwens, opowiedzieć ci wszystko od początku. Eugeniusz przysunął sobie stare, drewniane krzesło, które zaskrzypiało pod jego ciężarem. Położył brudne nogi na łóżku, podrapał się po brzuchu, po czym znieruchomiał, wbijając chytre oczy w siostrę. -Dobrze więc. Przenieśmy się osiemnaście lat wstecz, kiedy pewnej zimy wydarzyła się rzecz dla naszego klasztoru niezwykła. *** Dzień 30 grudnia był tak zimny, jak tylko można sobie wyobrazić. Wszystkie okoliczne rzeki w pobliżu Laymenoy zamarznięte były na kość, a wiatr tak zimny, że nawet najdziejlniejsi wieśniacy nie wychylali nosa ze swoich chałup, jeśli nie musieli. Niestety- minusowa temperatura zmusiła bardziej zahartowanych mężczyzn do nazbierania drzewa na opał. Z tej samej przyczyny wybrał się do lasu wieśniak Maćko, nieświadom tego, jaka czeka go tam przygoda. Założył na nogi grube, wełniane skarpety, trzewiki, na plecy zarzucił kożuch,a na głowę czapkę z lisa. W takim stroju wyszedł z chałupy na siarczysty mróz. Po kilku minutach drogi zdążyły mu zamarznąć wąsy i broda. Chuchał w dłonie, aby choć trochę rozgrzać skostniałe palce. Kiedy znalazł się na skraju lasu, usłyszał jakieś dziwne odgłosy. Maćko stanął jak wryty, ściągnął czapkę i zaczął wsyłuchiwać. Faktycznie, nie mylił się- coś darło się w lesie w niebogłosy. Pobiegł więc szybko, kierując się niezawodnym słuchem w stronę, z której owy głos dochodził. Im bliżej znajdował się od celu, tym większe było jego zdziwienie- śnieg splamiony był krwią, która początkowo z kilku kropel przerodziła się w sporej wielkości krwawe plamy. Jakież było zdziwienie Maćka, kiedy pośrodku największej z plam zobaczył niemowle, które było przyczyną krzyku. Kilka stóp od dziecka stał wilk, warcząc groźnie, jakby z zamiarem pożarcia łatwego kąska. Wieśniak miał wrażenie, że wilk przypatruje się wrzeszczącemu dziecku, a tylko ów wrzask go odstrasza. Maciek, nie czekając na nic, chwycił gałąź i zaczął okładać wilka po pysku. O dziwo, dzikie zwierze uciekło z piskiem, podkulając ogon. Mężczyzna podbiegł do niemowlaka, wziął go na ręce i natychmiast schował pod kożuch, jedną ręką przytrzymując mu główkę, po czym udał się czymprędzej w stronę pobliskiego klasztoru sióstr Dyzmianek. Kiedy wreszcie, po wszelkich trudach przemieszczania się w śnieżnej zamieci dotarł do celu, zakołatał do bram klasztoru, czekając niecierpliwie na odpowiedź. Nikt nie odpowiadał, a dziecko darło się wniebogłosy, jakby przeczuwając, do jakiego miejsca zostaje oddane. Wierzgało małymi nóżkami i rączkami, protestując ze wszystkich sił przeciw decyzji mężczyzny, jednak nie dawało to skutku. Wśród gwizdów wiatru i śnieżnej zamieci Maciek usłyszał jakiś zgrzyt, a przez okienko, które się otwarło zobaczył parę zielonych, rozbieganych oczu. -Kogo diabli niosą?- usłyszał przez drzwi mężczyzna, skostniały już z zimna. -Maćko, proszę mnie wpuścić, siostrzyczko, w lesie dziecko znalazłem, umarło by z głodu i zimna albo rozszarpaliby je wilcy...-odezwał się wieśniak, przebierając nogami. W powietrzu rozległ się głośny zgrzyt otwieranej bramy. Zerdzewiałe zawiasy zaskrzypiały, a Maciek wślizgnął się przez utworzoną szparę na teren zakonu, po czym truchtem podążył za siostrą, dzielnie brnąc przed nieodgarnięty śnieg. Drzwi do klasztoru otworzyło kilka sióstr, które z zaciekawieniem wypatrywały obcego przybysza. Siostryczka, która otwierała maćkowi bramę, okazała się wybitnie brzydką, starą kobietą z dość pokaźnym wąsikiem. Jak wywnioskował mężczyzna (po plotkach, które krążyły w mieście) była to przeoryca klasztoru, Mauryca, postrach wszystkich uduchowionych kobiet na tych terenach. Nie była ona darzona ani dobrą opinią, ani sympatią. Wśród swoich podwładnych budziła lęk nie tylko samym wyglądem, ale zachowaniem. W mieście krążyły plotki, że przeoryca ma romans z niejakim bratem Eugeniuszem. Maciek nigdy nie dowierzał w te pogłoski, a teraz, patrząc na wybitnie niewyjściową aparycję Maurycy, tylko utwierdził się w swoim przekonaniu. Maciek rozpiął kożuch i wyciągnął spod niego małe niemowle, które teraz – o dziwo!- nie wrzeszczało już tak głośno. Dziecko od razu znalazło się w czułych rękach sióstr, które odpowiednio się nim zajęły. -Do izby- powiedziała z niechęcią Mauryca, żwawym jak na swój wiek krokiem wychodząc po drewnianych schodach na poddasze. Otwarła drzwi do swojej izdebki i gestem zaprosiła do niej Maćka, który wszedł nieśmiało do środka. Siostra usiadła niedbale na łóżku, podciągnęła habit, a oczom mężczyzny ukazały się długie, kręcone brązowe włosy, porastające mocno zbudowane łydki. Wieśniak odwrócił wzrok, zawstydzony wbijając wzrok w wielką kutą skrzynię, która leżała u nóg łóżka. Po chwili zaczął opowiadać o przygodzie w lesie, a kiedy skończył, siostra przysunęła do ust garnuszek i splunęła do niego obficie. “Wygląda na to, że bachor będzie musiał z nami zostać, cholera” zaklęła w duchu, wykrzywiając się, głośno zaś powiedziała: -Zostawia pan dziecko pod dobrą opieką, będzie tu miało wszystko czego zapragnie. Później, jak Bóg da- ty wykrzywiła się nieznacznie- przyjmie święcenia i zostanie Dyzmianką. Jakieś szczególne imię mam nadać? Maciek zastanowił się chwilę, ruszył głową i przypomniał sobie imię swej kochanki, która nieszczęśiwym trafem umarła, zadławiając się ością pstrąga. -Natalia- odpowiedział, drapiąc się po brodzie. Mauryca przyjrzała się mu spod oka- imię wybitnie jej nie pasowało, jednak skinęła głową i gestem nakazała mężczyźnie aby wyszedł. Tak też zrobił i nigdy już nie miał sposobności spotkać dziecka, które uratował. Przeoryca podrapała się po włochatej łydce, splunęła do garnuszka, podłubała w zębach, po czym zaklęła siarczyście pod nosem. Jeszcze tylko tego brakowało, żeby w klasztorze, już na samym początku jej kariery, dziecko narobiło problemów. Zarządziła więc wszem i wobec, aby siostry ustanowiły sobie przy dziecku dyżury, ona bowiem nie miała do dzieci całkiem podejścia. Chcąc nie chcąc nie mogła pozwolić sobie, aby dziecko z klasztoru usunąć. Popsuło by to nieskalaną opinię sióstr Dyzmianek. Kosztami się nie przejmowała- pieniądze zwrócą się podwójnie, kiedy dziewczyna zacznie pracować. W klasztorze przecież roboty nie brakuje- może sprzątać, prać habity, gotować, na zewnątrz zajmować się klasztorną stajnią czy choćby ogrodem. Zawsze jakieś zajęcie się znajdzie. Jakieś dwa miesiące później przyszedł czas na to, aby mała dziewczynka, która stawała się coraz bardziej nieznośna, przyjęła chrzest. Mauryca wezwała brata Eugeniusza i- w kaplicy, znajdującej się w piwnicach klasztoru- odbyła się uroczystość. Przeoryca, nie wiedzieć czemu zdenerwowana, zajęła miejsce w zakrystii, z niepokojem rozmawiając szeptem z bratem. -Cholera, trzeba odprawić mszę...- zaklął mężczyzna, wykrzywiając usta- Zawsze najgorsza robota musi trafiać się mi. -Och, zamknij mordę, Eugeniusz- urwała przeoryca, marszcząc nos- Dostaniesz większy udział w zyskach. A teraz rusz tłuste dupsko na ambonę, wygłoś jakieś kazanie i po zabawie. Po skończonej mszy pójdziemy się napić. Eugeniusz popchnął zakonnicę na ścianę, tak, że na chwilę straciła dech w płucach. Mauryca nie zdążyła się zrewanżować, bo braciszek wyszedł już z uduchowioną miną na ambonę. -In nomine Patris, et Filiilili, et Spirytus Sancti- zaczął koślawo ksiądz, wykonując znak krzyża. -Amen- odpowiedziały dźwięcznym chórem siostry, spuszczając głowy. Eugeniusz odchrząknął nieznacznie, z wyczekiwaniem spoglądając na Maurycę, której widać było głowę zza drzwi zakrystii. Znakami pokazywał, że nie wie, co mówić dalej- z nerwów nie wziął ze sobą księgi, z której zazwyczaj odprawiał mszę. -Gracie, Domina nostri...Ekchem...Iesu Christi, et...et...- zająkał się znów, patrząc wyczekujące na Maurycę. Siostra przerażona wytrzeszczała oczy, machając rękami i przekazując bezgłośnie, aby Eugeniusz coś powiedział. -Et...Spirytus- wydukał w końcu brat, a po kaplicy przebiegły szmery. Poczerwieniał jak burak, zbiegł z ambony prosto do zakrystii, wyciągnął butelkę wina mszalnego i wychylił ją kilkoma potężnymi łykami. Otarł usta rękawe, bęknął, po czym wrócił żwawym krokiem na ambonę. -I co, skurwysyny- zaczął ironicznie- myslicie, że nie umiem odprawiać mszy? To dobrze myślicie. A teraz, uwaga, siostrzyczki niewydymki- machnę takie kazanie, jakiego ten jebany świat nie słyszał. -Diabeł go opętał...-szeptały zakonnice, czyniąc znak krzyża po raz setny. Mauryca obserwowała to wszystko przymrużonymi z wściekłości oczami. Teraz wszystko weźmie w łeb. Siostry dowiedzą się o jej prawdziwym pochodzeniu, zostanie wydalona z klasztoru i ścięta, innego wyjścia nie ma. Jedyna wesoła myśl w tym wszystkim była taka, że Eugeniusza zetną razem z nią. Brat natomiast odprawiał mszę po swojemu, drąc się, bluźniąc i skazując niczemu winne zakonnice na wysłuchiwanie jego wywodów. Mauryca wyciągnęła zrobionego przez siebie wcześniej skręta, owiniętego w jakiś zasuszony liść łopianu, po czym odpaliła go od kadziła i zaciągnęła się gęstym, szarym dymem. Zakaszlała kilka razy, spluwając pod nogi. Siostry, słuchające z przerażeniem “mszy”, zaczęły z niepokojem spoglądać na zadymiona zakrystię. -I co- zaczął odważnie Eugeniusz- Boicie się dymu? To tylko Mauryca pali to swoje gówno... Przeoryca, słysząc słowa księdza, podwinęła rękawy sutanny, po czym tygrysim skokiem znalazła się przy mówcy. Powaliła pijanego brata na ziemię, siadła na nim okrakiem po…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Chantico
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…