7.Dwie wiedźmy, jeden stos
:)
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Zaraz po tym, jak Eugeniusz dowiedział się o kradzieży kluczyka przez Natalię, postanowił się zemścić. W zaistniałej sytuacji nie mógł pozwolić sobie na to, aby jakaś tam zwykła dziewoja sprzątnęła mu sprzed nosa skarb. Udał się więc czym prędzej do króla, aby zawiadomić go o tym, co spotkało go przed kilkoma godzinami. Król, wściekły z niepowodzenia swoich rycerzy, zdążył wydać dziesięć dekretów, w których oświadczył, że ktokolwiek zobaczy na swej drodze jednego z czterech łotrów Diabelskiej Kompanii (jak nazwano czwórkę uciekinierów w wiosce Cardiff), ma niezwłocznie pojmać ich żywych, a po tym wszystkim- zaprowadzić przed oblicze króla. Wszystko zaczęło znów układać się po myśli Eugeniusza, oprócz jednego, małego szczegółu. Okazało się, że o skarbie wie więcej osób, niż mu się wydawało. Kompania ukradła szkatułkę oraz dziennik, który należał do jego dziadka. O tym, że książeczka była zapisana przez Eugeniusza Starszego, wiedział tylko on, prawowity potomek rodu. Na niego też spadła powinność odnalezienia skarbu i życia w luksusach. Z tajemnicą o swoich pochodzeniu nie zdradził się przed nikim- wiedział bowiem, że trzech rycerzy króla zabiłoby go szybciej, niż zdołałby odmówić Zdrowaś Mario. Modlitwy tej zresztą, warto dodać, już nie pamiętał. Trzema rycerzami, którzy wyruszyli natychmiast w pogoń, byli- jak łatwo się domyślić- Radomir von Em, Tylnosuw i Barnaba, o którym dowiemy się więcej w trakcie dalszej lektury. Obdarowani hojnie przez króla w pieniądze, nowe, ciepłe ubrania, silne konie i broń, wyruszyli natychmiast w pogoń za ofiarą. Nie było to łatwe, gdyż z tego, co mówiono we wsi, Diabelskiej Kompanii dopomagały siły nieczyste. Eugeniusz doskonale wiedział, że to bujdy, jednak utrzymywał króla skrupulatnie w jego teorii, którą z kolei wtłukł mu do głowy chytry Radomir. Von Em wiedział bowiem, że stary i naiwny król pała uwierzy we wszystko, zaślepiony nienawiścią do zdrajcy, którym rzekomo był Piotr herbu Rogal. W tej sytuacji, jak bystro zauważył Eugeniusz, nikt nie będzie się przejmował jego zniknięciem. Ulotni się niezauważony, pojedzie w ślad za Kompanią i drużyną Radomira, po czym zdobędzie skarb. Nie wiedzieli oni bowiem, że pamiętnik jego dziadka, jest przydatny tylko do pierwszego etapu- odnalezienia zamku, w którym znajduje się sekretna komnata. Dziennik zawierał więc tylko drogę do budowli i wskazówki, jak odnaleźć komnatę. Reszta to tylko przepisy na wyborne dania. Nikt przecież nie wiedział, że jego dziadek był kucharzem. Eugeniusz na samą myśl o skarbach zatarł ręce, jednak po chwili po jego plecach przebiegł niemiły dreszcz. Nie mógł sobie przypomnieć, jaką rolę w całej tej historii odegrać miała mała, czarna szkatułka, do której klucz miała Natalia. Dziadek coś kiedyś wspominał, jednak Eugeniusz nie mógł sobie za nic przypomnieć, co to było. Pamiętał tylko, że mapa, którą teraz posiadała kompania, jest tylko częściową wskazówką – wskazuje drogę do zamku. Reszta to tylko zmyłka dla tych, którzy nie potrafią myśleć logicznie. W efekcie- skarbu nie odnajdą. Eugeniusz Starszy znalazł jego malutką część, schował ją pod wielkim dębem, a dopiero lata później (już po śmierci dziadka) odnaleźli go Maurycy z wnuczkiem. Co mogli to przejedli, przepili, opłacili kurtyzany. Resztę, którą teraz niósł Eugeniusz w kieszeni, zachował Maurycy. Złoto i drogocenne kamienie były doskonałym przykładem na to, że skarb istnieje i leży gdzieś ukryty, nie wiadomo gdzie. I, jak mówił dziadek, odnajdzie go tylko człowiek o nieprzeciętnej inteligencji. Swoją drogą, dlatego staruszek zwariował. Pod koniec życia krzyczał coś o wybuchających żabach i komnacie, w której człowiek znajduje to, o czym marzy z całego serca. Eugeniusz pamięta słowa dziadka, który krzyczał przez sen „nieobecny traci!”, nie wiedział jednak, co one oznaczają. Nie było to teraz najważniejsze. Ksiądz biegł szybko do swojej celi w męskim klasztorze, a kiedy wreszcie tam dotarł, wyciągnął jedną z lepszych kart papieru jakie miał, zamoczył gęsie pióro w czarnym atramencie i począł pisać list do papieża. Treść przedstawiała się następująco:
Przewielebny, najjaśniejszy, najwspanialszy ojcze Gniewomirze!
Jak zapewne wiesz, jestem jednym z Twoich uniżonych sług. Wiem, że doszły Waszą gniewość słuchy, że w naszym mieście doszło do okrutnych rzeczy. Otóż w tawernie „Pod wiedźmią kiecą”, która jest znana w okolicy nie tylko ze wspaniałej obsługi, ale też z wyśmienitych trunków, doszło do kradzieży, która z kolei poniosła za sobą okrutne konsekwencje. Rycerz Piotr herbu Rogal, razem z dwoma towarzyszkami, okradli naszą barmankę i trzech rycerzy naszego najjaśniejszego (zaraz po szanownej ekscelencji), najwspanialszego (również po Waszej gniewości) króla. Uciekli, a w pogoń za nimi wyruszyli trzej rycerze -Radomir von Em, o którym z pewnością Wasza gniewość słyszał, Tylnosuw i Barnaba. Trzeba dodać, że kompania Rogala została nazwaną, nie bez przyczyny, diabelską. Rogalowi towarzyszy pewna ruda wiedźma, która pała się czarną magią i wszelkimi okropnymi rzeczami z tym związanymi. Ludzie widzieli, jak jej oczy płonęły szatańskim blaskiem, a spod płaszcza widać było ogon. Uciekli oni dokładnie kilka godzin temu. Jednak nie to jest głównym powodem mojego listu. Natalia, która była wychowywana przez siostry Dyzmianki, uciekła dwa dni temu. W pogoni za nią siostra Mauryca straciła swoje życie, ociekające świętością. Umarła, całkiem na śmierć. Pogrzeb odbył się po cichu, aby uczcić dobrą sławę, jaką cieszyła się świętej pamięci Mauryca. Ręczę, że po żadnej z sióstr przeoryc nie płakano tak rzewnie, jak po niej. Pragnę prosić, o przewielebny, abym mógł udać się w pościg za Natalią i oddać ją w ręce Waszej mściwości. Nie możemy przecież dopuścić, aby Natalia wpadła w ręce szatana, do czego niechybnie mogą doprowadzić jej niecne postępki. Mam nadzieję, że Wasza przewielebność zważy na to, że koszta pogoni są wielkie. Z uszanowaniem i tysiącem ukłonów Eugeniusz
Odpowiedź na list dotarła do Eugeniusza dnia następnego rankiem. Była krótka, zwięzła i na temat- otrzymał on wypchaną sakiewkę, pełną złotych monet, w sakiewce zaś znajdował się liścik o treści „Znajdź Natalię i przyprowadź ją do Mnie. Ja napiszę do króla, aby wyjaśnić twą nieobecność. Ruda czarownica oraz jej towarzysze mają zostać pojmani- życzę sobie tego Ja oraz z pewnością król. Kiedy już będą w naszych rękach, zobaczymy, co począć dalej.”
Zamiast podpisu widać było wielką, papieską pieczęć. -...zobaczymy, co począć dalej...- przeczytał z obleśnym uśmiechem na ustach Eugeniusz, potrząsając sakiewką pełną złota.- Ano, pewno coś się pocznie. Wypowiedział te słowa, po czym szybko skierował swoje kroki do domu publicznego „Pod dzikim kozłem”. Zapukał do drzwi, a po chwili otworzył mu wysoki szatyn, z długim, czerwonym nosem i kilkoma małymi bliznami na twarzy. -Tak, płoszę pana? Czym mogę służyć? -zapytał grzecznie. Eugeniusz spojrzał na młokosa groźnie, wszedł bezceremonialnie do środka, po czym odpowiedział: -Ty niczym nie możesz służyć, młokosie, nie przepadam za chłopcami. Przyszedłem na dziwki. Chłopak poczerwieniał na twarzy, nerwowo skinął głową kilka razy, aż w końcu opanował się i zaczął spokojnie: -Oczywiście, łozumiem. Ja jestem tu tylko w zastępstwie. Załaz powinny zjawić się kułtyzany. Rzeczywiście, miał rację. Do przedsionka weszło kilka niezadbanych kobiet, różnej urody. Wysokie, szczupłe, brunetki, blondynki, z małym biustem, inne z wielkim. Eugeniusz spojrzał na nie okiem znawcy, w końcu wybrał niską blondynkę z potężnymi udami i dość dużym biustem. Dziewczyna bezceremonialnie poszła do pokoju, nie patrząc na swojego nowego klienta. -Dwa złote pieniążki- powiedział chłopak speszony, starając się nie patrząc na wdzięki koleżanek z pracy. Eugeniusz rzucił dwie monety w powietrze, a chłopak niezdarnie złapał je w powietrzu, rumieniąc się jeszcze bardziej. W końcu zdołał się opanować, włożył pieniądze do szuflady i usiadł na krześle. Ksiądz tymczasem wszedł do malutkiego pokoju, gdzie czekała na niego naga, blond włosa wybranka. Mężczyzna, nie posiadający na całe szczęście święceń kapłańskich, rozebrał się do bielizny, a kurtyzana spojrzała na niego lekko znudzona, a kiedy ściągnął bieliznę i stanął przed nią nagi, poruszyła się lekko i powiedziała: -Ale pan nie ma przyrodzenia. Eugeniusz zdążył już przywyknąć, że za każdym razem dziwki pytały go o to, dlatego rutynowo odpowiedział „od tyłu”, wymownie patrząc na pustą butelkę po winie, która znajdowała się koło łóżka. Kobieta bez większych emocji ujęła wąską butelkę w dłoń i zaczęła nią zaspokajać nietypowe zachcianki klienta. Ten zaś wzdychał, jęczał, w końcu zaczął krzyczeć jakieś dziwne słowa, których blondynka nie rozumiała. Kiedy Eugeniusz właśnie miał osiągnąc spełnienie, stało co się, co wydarzyć się nie powinno. Butelka pękła, a na twarz kurtyzany trysnęła krew. Jej krzyk spotkał się w powietrzu z krzykiem mężczyzny, tak potężnym, że chłopak z bliznami na twarzy stanął na baczność, przerażony tym, co usłyszał. Chwilkę później przybiegła naga blondynka, cała zapłakana, a z jej urywanych słów chłopak mógł wywnioskować, że to nie jest jego szczęśliwy dzień. Pobiegł więc szybko po lekarza. Ten, gdy przyszedł, opatrzył rannego, rzucając przy tym jednoznaczne komentarze odnośnie zachowania kleru. Wyjazd Eugeniusza, z powodu ran nabytych, musiał się opóźnić. -Moja kałjeła...-zawył cicho czerwono nosy chłopak, patrząc na obandażowany zad klienta. *** Dokładnie pół miesiąca minęło od czasu, gdy uciekliśmy z Wiedźmiego Lasu, uratowani przez tajemniczego blondyna. Nie powiedzieliśmy mu dokładnie, co nas sprowadza w te strony, jednak jego bystry umysł podpowiedział mu, jaka jest prawda. Przyparci (można powiedzieć) do muru, opowiedzieliśmy mu całą historię, ze wszystkimi szczegółami. Muszę stwierdzić, że niezmiernie polubiłam się ze swoim Ni-chan, braciszkiem, a on za punkt honoru powziął opiekę nade mną. Dziwnym było, że przez te pół miesiąca zdążyliśmy poznać siebie nawzajem lepiej, niż można by było pomyśleć. Zawsze wysłuchał moich babskich narzekań, opowiadań o wiecznie nieudanych miłościach i wszystkim, co akurat ślina na język mi przyniosła. Odnosił się do tego wszystkiego z dziwnym spokojem, cierpliwie wsłuchując się w moje opowiadania i wybuchając śmiechem raz za razem, kiedy nieistotna rzecz w moich ustach stawała się wielką tragedią. Jego jedyną wadą było chyba tylko to, że był niezmiernie leniwy, a wszystko naokoło (delikatnie mówiąc) mało go obchodziło. Ignorował ludzi, którymi nie był zainteresowany, świat, obowiązki. Liczyło się tylko „tu i teraz”, chwila obecna i...jedzenie. A jadł dużo. Tego właśnie dnia, siedząc na jakiejś górce w cieniu drzew, rozmyślaliśmy nad tym, jak otworzyć małą, czarną skrzyneczkę, w której coś stukało. -Hmm...-zamruczał Ni-chan, potrząsając szkatułką- Już dobre dwa tygodnie próbujemy sobie z tym poradzić i nici. Wydaje mi się, że trzeba będzie użyć trochę drastyczniejszych środków. -Próbowaliśmy- odpowiedziałam, nerwowo gryząc kłos jakiegoś zboża.-Nie da się otworzyć tej przeklętej szkatułki. Ni-chan podrapał się po głowie, rzucił na mnie chytre spojrzenie, po czym wstał i pobiegł gdzieś. Chwilę później wrócił z rycerzem, który wyglądał na lekko znudzonego i z naszymi końmi, które trzymał za uzdy. Gestem pokazał, abyśmy wskoczyli na siodła i pogalopowali za nim. Tak też zrobiliśmy. Po kilkunastu minutach drogi galopem, zbliżyliśmy się do jakiegoś małego miasteczka. Zostawiliśmy konie przed bramą miasta, przywiązując je do drzew, aby nie uciekły. Ja i rycerz przeszliśmy koło strażników lekko zdenerwowani, Ni-chan natomiast wyprostował się lekko, mijając uzbrojonego strażnika z nieludzkim spokojem. Przez te kilka chwil zdążyłam się spocić, rycerz Piotr też nie wyglądał na zadowolonego. -Po coś nas tu wyciągnął?-zapytałam blondyna ze złością, przeciskając się przez tłum. -Widzisz, siostrzyczko, dzisiaj w tym mieście odbywa się na targ. Mam tu znajomego, który handluje różnymi rzeczami, które nie są zbyt dozwolone. Sama rozumiesz- znajdę coś odpowiedniego, aby otworzyć szkatułkę. Proszę uważać- powiedział ostro do brodatego mężczyzny, który go potrącił. Brodacz natomiast zamachnął się, aby go uderzyć, jednak blondyn szybko odparował cios, złapał mężczyznę za rękę, po czym kilkakrotnie uderzył nim o ścianę. Po chwili puścił
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Chantico
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…