Wróć do katalogu

8. Bębniący zamek

:))

Chantico, opublikowano , 41 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Barnaba, jako najstarszy z trzech rycerzy wysłanych w pogoni za Diabelską Kompanią, mierzył sobie o łokieć więcej niż przeciętny mężczyzna w jego wieku. Ważył tez nie mało, bowiem składał się prawie wyłącznie z mięśni, które dostrzec mógł nawet najsłabszy obserwator. Kwadratowa szczęka pokryta gęstym zarostem oraz małe, czarne, świdrujące oczka, dawały każdemu człowiekowi (który Barnabę spotkał) ostrzeżenie, że lepiej trzymać się od niego z daleka. Stąd też nigdy nie miał przyjaciół, mimo to, że jaknie musiał, nie walił nikomu w zęby. Problem był taki, że- w jego mniemaniu- zazwyczaj musiał karać ludzi, ot tak, profilaktycznie. Przez nadluzką siłę i nietuzinkowy wzrost, został nazwany Goliatem. Niestety nie znalazł się jeszcze Dawid, który naszego Barnabę pokonał. Mimo swojej dużej masy łotr był nadludzko sprytny i zwinny. Niektórzy mówili, że ma dar przewidywania ludzkich ruchów, posunięć. Ile było w tym prawdy, nikt się nie przekonał, bo nikt nie wyszedł ze starcia z herosem żyw. Czy przeszkadzało to Barnabie, że jest na świecie całkiem sam, jak palec? Nie, miał to głęboko w dupie. Od momentu, gdy umarła jego matka (miał wtedy może kilka lat) nauczył radzić sobie sam. Z dzieciństwa w pamięci pozostały mu tylko przebłyski. Może i dobrze- nie przywiązywał wagi do miłości, przyjaźni ani żadnych pozytywnych uczuć. Dlatego też Radomir von Em był rad, że Barnaba dołączył do ich drużyny i pomaga im ścigać zbiegów. Goliata nie obchodziło wcale pochodzenie poszukiwanych, ich stan społeczny ani nawet to, czy są źli, czy dobrzy. Za wykonaną robotę dostanie pieniądze. Dużo pieniędzy. Dużo złota. To motywowało go tak, jak nic innego, dlatego skrupulatnie podczas kilkunastodniowego pościgu zbierał wszystkie ślady. Co do pochodzenia Barnaby, trzeba nadmienić jedną, ważną rzecz- był chłopem, czyli nikim. Przed przyłączeniem do pościgu trudził się robotą w polu, częściej jednak polowaniami. Z łuku strzelał wybornie, a przez ciągłe polowania na grubego zwierza, wzrok i słuch wyostrzyły mu się na tyle, na ile człowiekowi można było owe zmysły rozwinąć. Goliat siedział teraz na szerokim kamieniu, oprawiając upolowane zające, które miały posłużyć jako obiad. Szło mu szybko, bo szeroki nóż, jaki zazwyczaj nosił przy sobie, był idealny do tej roboty. Długi, ostry, lekko zakrzywiony, wbijał się nie tylko w brzuchy zwierząt, wypruwając flaki. Wszystko to robił beznamiętnie i- jak wyżej wspomniano- bez większych uczuć. Przeciągnął się mocno, prężąc mięśnie i obrócił opaloną twarz ku słońcu, zamykając oczy. Siedział tak kilka chwil, gdy ciszę przerwał czyjś głos. -Wiesz już coś gdzie oni są? Tylnosuw poszedł do miasta zebrać potrzebne informacje. -Niepotrzebnie-odparł grubym i spokojnym głosem Barnaba, spoglądając na Radomira von Em spod oka- Byli tu jakieś trzy dni temu. Patrz na ślady i na łajno w lesie, lekko już zaschnięte. -Ich łajno?- zapytał z obrzydzeniem Radomir, wzdrygając się. Goliat odburknął tylko „ich koni” i nie przerywał wcześniej wykonywanej czynności patroszenia zajęcy. Von Em kilka razy otarł rękawem ślinę wyciekającą z ust, zatoczył kilka razy koło, dumając. Barnaba obserwował go uważnie i zauważył, że szef jest lekko poddenerwowany. Rzucał pod nosem krótkie, urywane słowa, pluł obficie na ziemię, to znów łaził w kółko, totalnie bez celu. Ptaki siedzące na drzewie ćwierkały beztrosko, jednak przepędzone kamieniem rzuconym przez Radomira, odfrunęły. Rycerz wyjął z kieszeni pomiętą halkę, przyłożył ją no twarzy i wciągnął ze świstem powietrze przez nos. -To jej-warknął w końcu, rzucając halkę na ziemię.-Czujesz ten zapach? Barnaba otarł jedną rękę z krwi, wziął przedmiot z ziemi, powąchał i powiedział sceptycznie: -Delikatny. Radomir z wściekłością kopnął w kamień, aż zawył z bólu. -Tak, jej. I musisz to czuć, pachnie jak łąka majowa i wszystkie najpiękniejsze zapachy świata razem wzięte. Dlatego muszę dorwać jej właścicielkę i sprawić jej ból, psychicznie i fizycznie. Będzie cierpiała, płakała, prosiła o litość. Ja w zamian dam jej tysiąc takich halek, które będą tak pachniały,a nawet po tysiąckroć mocniej. Widzisz to?- zapytał Radomir, zbierając z halki długi, rudy włos- To jej. Barnaba od niechcenia rzucił przelotne spojrzenie na Radomira, po czym ponownie zajął się robotą. -Miałeś kiedyś ochotę złapać w ramiona jakąś kobietę, mieć ją tylko dla siebie i czuć jej zapach, smak, dotyk? Dorwać i nigdy nie puścić, trzymać w jakiejś małej, ciasnej i wilgotnej komórce w zamku (który kupię za moje pieniądze), nie pokazywać świata? Zastraszyć, pognębić? Zobaczysz, będzie krzyczała „Tak, jesteś moim panem!”, a ja będę ją bił, jak niewolnicę. Bo zrobię z niej niewolnicę, nie będzie miała nic oprócz tony takich pachnących halek. No, Barnabo, miałeś kiedyś na to ochotę...? -Nie- odpowiedział po chwili Barnaba, drapiąc się po brodzie- Ale się zakochałeś. Wybuch gniewu Radomira został przerwany przybyciem Tylnosuwa, który niezdarnie zeskoczył z konia, podbiegł prosto do swoich kompanów i oznajmił: -Byli w mieście. Uwolnili jakąś czarownicę, narobili zamętu, uciekli. Barnaba uśmiechnął się lekko pod nosem, odcinając zającowi łeb. *** Dokładnie w tym samym czasie, podążając za wskazówkami zawartymi w mapie i poradami Natalii, dotarliśmy do podnórza góry, na szczycie której widniał potężnych rozmiarów stary zamek. Okolica, w której widać było same lasy i bagna, wytwarzała nieprzyjemną aurę. Mdły, bagienny zapach czuć było tym mocniej, że dzień znów był upalny, ale tym razem nie zapowiadało się na burzę. Jechaliśmy ostrożnie wąską ścieżką, która wspinała się wyżej i wyżej, prowadząc nas do celu. Cel się jednak nie zbliżał, a upiorne widoki rozwartych przepaści wprawiały mnie w stan paniki. Nie tylko mnie- Anka, która od zawsze bała się wysokości, trzymała się mocno łba swojego konia, zaciskając mocno oczy. Dzielny rycerz jechał wyprostowany na swym rumaku, nie okazując strachu. Na pozór. Gdyby bliżej się przyjrzeć, można by zauważyć, że lekko zaciska usta, a żyła niespokojnie pulsuje na jego szyi. Ni-chan raz po raz spoglądał na Natalię z niepokojem, Aneta zaś skupiała uwagę na swoich paznokciach. Gdyby się okazało, że to niewłaściwa droga, wszyscy by się zapewne wściekli- trzy dni uporczywej, szybkiej jazdy dały się we znaki. Wycieńczeni, głodni, nie mówiliśmy więcej, niż było trzeba. Euforia po otwarciu szkatułki zanikła. Były setki pomysłów, co może być w środku, jednak żaden z nich nie okazał się trafny. Co więc było przyczyną naszego rozczarowania? Żaba. Wielka, tłusta, zasuszona ropucha, twarda jak kamień, jednak jak na swoje rozmiary lekka. Wyglądało na to, że ktoś zrobił sobie z nas niezły dowcip. Ktoś musiał przecież wczesniej szkatułkę otworzyć. Pytanie- jak? Tego nie wiedzieliśmy. Co śmieszniejsze- na żabie, wielkimi, czarnymi literami było napisane zdanie „Używaj mądrze”, które wyprowadziło nas wszystkich z równowagi. Rycerz chciał nawet żabę wyrzucić, jednak schowałam ją i szkatułkę do torby w siodle, nie mając absolutnie żadnego przeczucia, że nic w życiu nie dzieje się przypadkowo. Tak, ot, lubiłam kolekcjonować dziwne rzeczy, zupełnie bez wartości, z sentymentu. Te kilkanaście dni spędzanych na próbie otwarcia szkatuły niewątpliwie były powodem, dla którego wstrętnej żaby nie wyrzuciłam. Po tej dygresji, wrócę jednak do sedna- podróży do Bębniącego Zamku, jak nazywała się ogromna forteca, odstraszająca wyglądem. Zaczęło się już ściemniać, kiedy po długiej podróży dotarliśmy do drewnianych wrót zamku, okutych grubym żelazem. Zamku nie otaczały mury, tylko urwisko, na którego dnie widać było strerszące czubki drzew wielkości trawy. Natalia pewna, że jesteśmy we właściwym miejscu (podsłuchała rozmowę Eugeniusza z przeorycą), ujęła w delikatną dłoń żelazną klamkę, po czym zastukała kilka razy z drzwi. Nikt nie otwierał, Natalia jednak zarzekała się, że zamczysko nie jest opuszczone. Staliśmy, zniecierpliwieni, spoglądając co chwila na siebie. Po chwili usłyszęliśmy zgrzyt otwieranego zamka, a między szczeliną drzwi ujrzeliśmy głowę, której posiadaczem był jakiś chłopak o mysich włosach, szczupłej twarzy i wielkich szkłach, wyglądających jak denka od butelek na oczach, oprawionych w żelazne oprawy. Aneta wciągnęła ze świstem powietrze, krztusząc się. -O jasna cholera!-krzyknęła- Bembenek! Co ty tutaj robisz?! Chłopak nazwany Bembenkiem wbił wzrok w ziemie, wyszczerzył w uśmiechu krzywe uzębienie, po czym odpowiedział: -Jak to co? Mieszkam, razem z moim panem, który nazywa się Jacques Lesniaques. Nie wiedziałaś? W ogóle, czemu zawdzięczamy tę miłą wizytę? Pedro- krzyknął do jakiegoś garbatego sługi- zaprowadź konie do stajni , ja tymczasem wprowadzę miłych gości do środka, bo chyba są zmęczeni. Weź państwa torby i wnieś do Panie Jacques, panie Jacques! Mamy gości! Panienka Aneta ze znajomymi odwiedziła nasze progi! Usunął się lekko w tył, wpuszczając nas do środka. Kiedy przechodziłam przez próg, potknęłam się, jednak Bembenek złapał mnie, czerwieniąc się jak burak. Podziękowałam krótkim skinieniem głowy, patrząc na Ni-chan'a, który nie wiedzieć czemu dusił się ze śmiechu. Weszliśmy do obszernego hallu, oświetlonego świecami osadzonymi w srebrnych kinkietach. Panował lekki półmrok. Naprzeciw nas znajdowały się wielkie schody, prowadzące z pewnością na górę, do sypialni. Na lewo od nas znajdowały się małe drzwiczki, które (jak zdołaliśmy się później dowiedzieć) prowadziły do lochów. Hall był pięknie urządzony- bogate marmurowe posągi skutecznie przyciągały uwagę ludzi, którzy po raz pierwszy odwiedzili to miejsce. Wielkie obrazy w szczerozłotych ramach podkreślały bogactwo pana zamku, Lesniaques'a, ukazując go jako wielkiego pana. Kolorowe szkiełka w wielkim witrażu, znajdującym się nad schodami, błyszczały, oświetlane ostatnimi promieniami słońca. Całość prezentowała się bajecznie. Bembenek podszedł szybko do jakichś drzwi znajdujących się na prawo od nas i otworzył je, a naszych nozdrzy dopadł ostry zapach dymu. Natalia uniosła wąskie brwi w górę ze zdziwieniem, patrząc na coś, co właśnie wypełzło zza drzwi. „Coś” okazało się mężczyzną ubranym w bogate, czerwone szaty, obszywane złotem. Bembenek skłonił się lekko i uroczystym tonem powiedział: -Oto pan Bębniącego Zamku, wielki Jacques Lesniaques! Stanęliśmy jak wryci. Jacques uśmiechnął się głupkowato, pełznąc powoli po kamiennej posadzce. Aneta uśmiechnęła się szeroko, kiwając głową z wyrozumiałością. -Najarany- skwitowała blondynka krótko, patrząc na błogi uśmiech wymalowany na twarzy znajomego.-Dziwi mnie tylko, że są tu we dwójkę. Zazwyczaj był z nimi jeszcze Royeques... Jakby na potwierdzenie jej słów, zza gęstego dymu wyszedł wysoki czarnowłosy mężczyzna i wyszczerzył się radośnie na nasz widok. -Anetka przyprowadziła nam gości, no proszę!- uścisnął dziewczynie rękę, jednocześnie przyglądając nam się uważnie. -Całkiem przystojny...- szepnęła mi Natalia do ucha, szturchając łokciem w bok. Razem z dziewczyną zmierzyłyśmy go spojrzeniem od stóp do głów, uśmiechając się pod nosem. Jak gdyby słysząc nasze słowa, Royeques spojrzał w naszą stronę i przygładził lekko kręcone włosy. Bembenek natomiast, jakby zazdrosny o przystojnego kolegę, odchrząknął kilka razy, gestem wskazując, abyśmy weszli do zadymionego pomieszczenia. Kiedy koło niego przechodziłam, spojrzał w podłogę, rumieniąc się. Anka uniosła brwi, z ciekawością przypatrując się służącemu Lesniaques'a. Na jej ustach pojawił się szyderczy uśmieszek: -No, ruda, chyba komuś wpadłaś w oko... Zignorowałam tę uwagę- nie wierzyłam jej słowom, które wydawały się tak beznadziejnie głupie. Szare kłęby dymu unosiły się nad wielkim, drewnianym stołem, suto zastawionym. Pomieszczenie, do którego weszliśmy, okazało się wielką salą balową, długą pewnie na pięćdziesiąt metrów i na tyleż szeroką, ozdobioną bogato płaskorzeźbami i freskami, które przedstawiały głównie naturę. Sklepienie zaś, pokryte granatową farbą, przywodziło na myśl niebo w nocy, które mieniło się wszystkimi odcieniami srebra i złota. Rycerz westchnął, oparł się o marmurową rzeźbę, przedstawiającą półnagą kobietę, która zachwiała się i z hukiem upadła na posadzkę. Rycerz zdążył tylko wyjąkać „przepraszam, nie chciałem”. Natalia skrzywiła się, patrząc na zniszczenia, które poczynił chłopak. Piękna kobieta, przedstawiona na rzeźbie, została (chcąc nie chcąc) pozbawiona rąk. O dziwo- nie protestowała. -Pogwałciłeś sztukę, pajacu- warknęła do rycerza jego siostra- To wygląda na stare, a nawet bardzo stare. Widać, że przeżyło grubo ponad dziesięć wieków, ale oczywiście musiał się znaleźć idiota, który nawet dzieło sztuki potrafi zniszczyć. Rycerz spurpurowiał na twarzy i już próbował coś powiedzieć, gdy dostojnym tonem odezwał się Royeques: -Proszę się nie przejmować, mamy tego dużo. I gestem zaprosił nas do stołu. Zajęliśmy tylko kilka z kilkudziesięciu wolnych miejsc, opierając się wygodne o obite jakimś czerwonym materiałem krzesła. Royeques, który chyba tymczasowo zastąpił nam niedysponowanego pana, gestem wskazał, abyśmy zaczęli jeść. Nikt nie pytał o źródło gęstego dymu- byliśmy zbyt zajęci jedzeniem, aby skupiać uwagę n czymkolwiek innym. Stół uginał się pod ciężarem pieczonego mięsa, zup, warzyw, owoców morza, dzbanów z winem i miodem pitnym. Wszystko podane w srebrnych zastawach , przywodziło na myśl królewskie uczty, na których bywali tylko nieliczni. Wydarzenie to zapamiętaliśmy więc na tyle, na ile pozwalały nam zmęczone głowy, aby kiedyś, po latach, móc się pochwalić, jak przyjęto nas w Bębniącym Zamku u wielkiego pana Jacquesa Lesniaques'a. Było to prawie tak ekscytujące wydarzenie, jak wylanie przez Rogala zupy na własne spodnie. Pierwsza wstałam od stołu i poprosiłam Royequesa, aby ktoś wskazał mi miejsce do spania. -Bembenek! Odprowadź panią do komnaty! Bembenek, gdy zobaczył, o którą panią dokładnie chodzi, poczerwieniał, wbijając wzrok w podłogę. Royeques uniósł lekko brwi, obserwując uważnie poddanego. Towarzysze wbili we mnie wzrok, śmiejąc się do siebie. Opuściłam szybko salę, nie chcąc się dowiedzieć z czego. Bembenek prowadził mnie po długich korytarzach, zdobionych bogatymi arrasami i malowidłami, gdzieniegdzie postawiono jakąś rzeźbę. Nasze kroki stłumione byłu przez perskie dywany, ciągnące się wzdług każdego korytarza. Cisza zamku, mimo całej jego okazałości, wydawała się złowroga. Po ramionach przebiegł mi niemiły dreszcz strachu, jednak starałam sobie racjonanie wytłumaczyć, że był efektem zimna.W końcu znaleźliśmy się w korytarzu pełnym drzwi, ciągnącym się chyba wzdłuż całego zamku. Bembenek stanął przed drzwiami, pchnął je lekko i wszedł do średniej wielkości pokoju, w którym znajdowało się duże łoże z baldachimem i duża, ciemnobrązowa szafa. Koło szafy zaś, na ścianie, zawieszone było wielkie zwieciadło, na którym wysiało kilka starych, zakurzonych pajęczyn. Przekroczyłam powoli próg, wpatrując się w speszonego chłopaka. Służący dalej uporczywie wbijał wzrok w podłogę, nie patrząc mi w oczy. W końcu poruszył ustami, jak gdyby chciał coś powiedzieć po czym, speszony do granic możliwości, wybiegł z pokoju. Wzruszyłam ramionami, przyglądając się swojej torbie, która leżała u nóg łóżka. Ściągnęłam buty, czując niemałą ulgę, wzięłam torbę i zaczęłam w niej szperać w poszukiwaniu nocnej halki, za którą sporo zapłaciłam. Czarna skrzynka. Zapasowa koszula. Atrament. Jakieś stare kawałki jedzenia. Kartki papieru. Dziennik.Wszystko na swoim miejscu, halki jednak nie było.Musiałam jakimś cudem zostawić ją gdzieś na polanie. Znużenie wzięło górę nad dalszymi poszukiwaniami nocnej bielizny. Ściągnęłam więc wierzchnie odzienie i- w samej koszuli- położyłam się spać. *** Znów, nie wiedzieć czemu, znalazłam się na polance, tym razem pełnej żab. Żaby były wszędzie- rosły na jabłoniach, jak dorodne owoce. Kumkały w stawie, który nie wiedzieć czemu, znajdował się na samym środku polany. Niektóre z żab fruwały w powietrzu. Ktoś stwierdziłby, że to wszystko działo się za sprawą czarów, nie myliłby się wiele. Na polance pojawił się ktoś, kogo znałam dobrze. Obcy sterował żabami, które wybuchały raz po raz, tworząc miliardy kolorowych błysków. Inne pękały z głuchym stukiem, który odbijał się od drzew otaczających polanę. Wiedziałam, że osoba, która stała kilka kroków przede mną jest czarodziejem. Był to on, osobnik płci męskiej, o czym świadczyły pięknie wyrzeźbione mięśnie. Twarzy opisać się nie da, bo wcale nie można było jej dostrzec. Im usilniej próbowałam dostrzec rysy czarodzieja, tym bardziej bolały mnie oczy. Nieważna twarz, bo, jak mawiała Aneta „worek na łeb i jedziemy”. Tylko- gdzie jedziemy? Nie znałam odpowiedzi na to pytanie. Śmiech nieznajomego odbił się tysiącem głosów, a drzewa ukłoniły się w pokorze. Udskoczyłam przed sosną, która zaczęła mnie gonić. Mimo że od nieznajomego dzieliło mnie kilka kroków, biegłam do niego wieczność, goniona przez sosnę. „Sosna mnie goni” próbowałam krzyczeć, jednak żadne słowo nie wyszło z moich ust. Mężczyzna ze świetlistą twarzą gestem wskazał, aby drzewo wróciło na swoje miejsce- tak też się stało. Głupie. Sosny nie gonią ludzi. Nieznajomy wiedział o tym doskonale, dlatego zaśmiał się, a po chwili dało się słyszeć głos „Oluś, jesteś taka głupiutka”. Słowa te wypowiedział wielki sokół, który wylądował na ramieniu czarodzieja. Ptak wpatrywał się we mnie ostro, kłapnął kilka razy dzióbem i nastroszył brązowe piórka. Wszystkie żaby zaczęły uciekać, a mężczyzna śmiał się, jak gdyby zobaczył coś, co wybornie go rozbawiło. Byłm pewna, że nigdy nie słyszałam tego śmiechu, jednak był mi jakoś dziwnie bliski. Nic dziwnego- był to mój śmiech, wydobywający się z moich ust. Kolejne głupstwo- jak mógł się śmiać ktoś, kto stał ode mnie kilka kroków, poruszając moimi ustami? Żaby, chowające się za drzewami, ponownie zaczęły pękać, wydając dudniące odgłosy. Głupiutka. Głupiutka. Głupiutka. Żaby pękały ze śmiechu, w dosłownym tego słowa znaczeniu. Wydawały przy tym całkiem ludzkie odgłosy, wołając „Głupiutka mała Oluś”. Upadłam na kolana, bo nogi zrobiły się niesamowicie ciężkie. Mężczyzna chwycił żabę, ścisnął ją mocno, a z jej środka wyleciały białe piórka. Piórka w żabie? Co za głupek mógł to wymyślić? Znów szczypiący w oczy dym zaburzył moje zmysły. Wszystko było zamazane. Nagle obraz się wyostrzył. Żaby zniknęły z polanki, nie było również sokoła, zniknęły wszystkie drzewa. Nawet sosna, która wcześniej mnie goniła. Obrazy w zwolnionym tempie pojawiały się przed moimi oczami. Ściana. Pochodnia. Żaba. Wybuch. Tysiąc kolorów. Diament. Rubin. Naszyjnik z pereł. Pożądanie. Westchnęłam, przerzucając kosztowności z ręki do ręki. Komnata pełna złota. Rubinów. Diamentów. Szmaragdów. Śmiech. Ciepły, dodający otuchy śmiech. Nagle jakaś tkanina, mieniąca się tysiącem barw, porwała mnie i uniosła w powietrze. Krzyknęłam. Znów ciepły śmiech i wielka żaba skrzecząca „Oluś, jesteś głupiutka”. Koło mnie siedział czarodziej, odziany w rzymską togę. Zatrzęsłam się z zimna, a on szybko wyczarował jakiś ciepły koc, owinął mnie w niego i znów zaczął się śmiać. Na kocu były dziwne napisy, w nieznanym mi języku. -Rusz głową- powiedział czarodziej, przyglądając mi się uważnie. Skąd wiedziałam, że mi się przyglądał, skoro nie miał twarzy? Lecieliśmy na magicznej tkaninie, obserwując z góry lasy, rzeki, doliny. W końcu zatrzymaliśmy się w powietrzu, a ja byłam pewna, że czarodziej patrzy, patrzy i patrzy, zielonymi oczami w kształcie rubinów. Wreszcie zobaczyłam jego oczy. Zielone, jak rubiny. Dziwne. Przecież on nie ma oczu. Czarodziej pierwszy raz od dłuższej chwili zamilknął, spoważniał i zaczął się przysuwać coraz bliżej i bliżej. Poczułam zapach, który znałam aż za dobrze. Zapach męskiego ciała, tak delikatny, że go nie czułam. Boże. Jak czułam, gdy nie czułam? Tkanina zapłonęła żywym ogniem, czarodziej uśmiechnął się tylko, zaśmiał po raz ostatni i nagle wszystko ucichło. Tylko zimny wiatr, którego szmeru nie słyszałam, owiewał moje ciało. Spadałam. Ktoś wołał do mnie z góry, coraz głośniej i głośniej. Przyspieszone bicie serca. Ucisk w klatce piersiowej. Jakaś chmura zaczęła mnie dusić. Ktoś krzyczał. Uderzyłam plecami o ziemię, aż zabrakło tchu. Przez chwilę nic nie bolało, później ból zaczął narastać, aż krzyknęłam.

-Cholera, Nee-chan, wstawaj!-krzyknął ktoś, potrząsając mną mocno. Otworzyłam oczy i zorientowałam się, że leżę na zimnej podłodze. Serce waliło

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych