9.Iwo
:)
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Tymczasem wszystkim rozgrywającym się wydarzeniom przypatrywał się ktoś, kogo można z pewnością zaliczyć do grona osób, które powinny się zapisać w dziejach ludzkości, a o których historia jednak milczy. Czasem chodzą o nich tylko pogłoski. Osoba jednak, o której zaraz się szanowni państwo dowiecie, miała lat około trzydziestu. Ściślej mówiąc- był to szczupły mężczyzna, odziany od stóp do głów w czerń tak wydatną, że nikt spośród żyjących takiego jej odcienia nie widział. Czerwone usta, nie za duże ani też za małe, doskonale komponowały się z gładką, jasną cerą, a butelkowo zielone oczy, pozbawione jakiegokolwiek wyrazu, obserwowały beznamiętnie okolicę. Wiatr rozwiał mu półdługie, czarne włosy, które zazwyczaj z nieziemską gracją opadały na czoło, odsłaniając cieniutką linię brwi, zadartą nieco ku górze. Warto nadmienić, że fryzura dodawała mu nonszalancji i uroku, którego nie powstydziłby się sam diabeł. Co ciekawe (i co z pewnością powie trochę o pochodzeniu postaci) nie był do końca istotą ziemską. Iwo, bo tak jegomość miał na imię, nie wiedzieć dlaczego znalazł się właśnie w mieście, gdzie przed kilkoma dniami Diabelska Drużyna (a raczej jej część) wyratowała z opresji Natalię. Odwiedziny Iwa, gdziekolwiek tylko się pojawił, były opłakiwane przez mężów, żony, dzieci, kochanków, kochanki i wiele jeszcze osób, których wymienić nie zdołam. Fakt faktem- lekkie poczynania bohatera, były dotąd niezrozumiałe dla ludzkości. Przywykł do przekleństw pod swoim adresem, a jego ulubionym było „idź do diabła”. Kiedy słyszał owe słowa uśmiechał się nieco, unosząc w górę lewy kącik ust. Czemu- nikt nie wiedział. Iwo zazwyczaj chodził bez broni. Rzadko zdarzało się, aby ktoś odezwał się do niego lub najzwyczajniej w świecie zaczepił na ulicy. Był tam, gdzie akurat coś się działo, rzadko jednak miał ochotę na bijatyki, samowolne wymierzanie kary czy inne rozrywki. Tym razem było inaczej. Jak już wspomniałem, szedł spokojnie jedną z ulic, na której nie widać było żywego ducha. Nic dziwnego, ludzie bali się wychodzić po zmierzchu. Po kamiennych płytach odbijał się tylko głuchy odgłos kroków. Bezpański pies, który zazwyczaj gryzł przechodniów, na widok nieznajomego zapiszczał, podkulił ogon i uciekł. Krzyki. Rozbity dzban z mlekiem. Płaczące dziecko. Pionek zbija wierzę. Ostatnie krople moczu spadają do miednicy. Wystarczyło jedno spojrzenie na otaczające go domy, a Iwo doskonale wiedział, co dzieje się w środku. Tak było od zawsze, od kąd pamiętał. Jeszcze kilka kroków dzieliło go od wyjścia z ulicy. Zatrzymał, zmarszczył brwi i zawrócił. Chwilę później stanął przed drzwiami czyjegoś domostwa. To tu. Zapukał kilka razy delikatnymi palcami w drzwi i czekał. Chwilę później w okienku piętro wyżej zapaliło się światło, czyjaś twarz pojawiła się na kilka sekund w brudnej szybie po czym zniknęła. Dało się słyszeć czyjeś kroki, a chwilę później przywitał go bardzo gruby jegomość, który był totalnie nagi. Nie krępowała go to jednak, pociągnął lekko nosem, przetarł oczy i zapytał grubym głosem: -Czego? Iwo ukłonił się tak lekko, że prawie niedostrzegalnie, rzucił na gospodarza badawcze spojrzenie po czym zapytał: -Pan Jerremy Pocieszny? Grubas skinął lekko głową, jednak jego twarz wykrzywił grymas wściekłości. -Czego pan chcesz? Jest środek nocy, a ja nie zwykłem wpuszczać gości o tak późnej porze. Iwo uśmiechnął się, ukazując proste, białe zęby. -A to zabawne. Dokładnie czterdzieści cztery minuty temu wpuścił pan do swojego domu prostytutkę, która zagląda do pana regularnie i której płaci pan pięć miedzianych monet za noc. Wszystko to, rzecz jasna, pod nieobecność pana żony. Blondwłosa kurtyzana ma znamię na lewym udzie, które szpeci ją nie mniej jak niewyjściowa twarz i krzywe nogi. Ale dość o tym.Uprzejmie pragnę jednak poinformować, że kobieta ta jest nosicielką syfilisu, na który umarłby pan za dwieście czterdzieści osiem dni, po wieczornej mszy. Ważniejszym jest jednak fakt, że trzydzieści sześć minut temu poczęło się dziecko, o którym- rzecz jasna- nic pan jeszcze nie wie. Pańska żona cierpiałaby z powodu tej zdrady tak bardzo, że targnęłaby się na własne życie ze skutkiem śmiertelnym. Grubas stał w progu, tak bardzo przerażony słowami nieznajomego, że nie mógł wydobyć słowa. Nie czuł chłodnego wiatru, który owiewał jego ciało. Nie był zdolny nawet na pytanie, które zadałby w takiej sytuacji każdy człowiek- „skąd pan to wszystko wie”. Stał i patrzył przerażony na nieznajomego i zielone oczy, które bez wyrazu wpatrywały się w niego. -Prawie zepsuł mi pan zabawę- kontynuował nieznajomy- Wydał pan rozkaz spalenia kobiety, Natalii. Dodam, że jest bezpieczna i podróżuje w poszukiwaniu skarbu z Diabelską Drużyną, o której w mieście głośno. Pewno pana ciekawi, dlaczego zjawiam się z wizytą u pana. Właściwie sam nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie, wiem tylko, że znajdę w pańskim domu coś bardzo ważnego. Nie wiem tylko, co to jest. Pozwoli pan, że przejdę. Nieznajomy ukłonił się lekko, a Jerremy upadł na podłogę, trzymając się kurczowo za coraz bardziej czerwoną głowę. Chwilę później upadł martwy zrozumiawszy wszystko, o czym mówił nocny gość. Iwo zaś przeszedł obojętnie koło ciała i wspiął się schodami w górę, prosto do sypialni byłego gospodarza. Prostytutka, która chyba zdążyła już ochłonąć po nocnych romansach, spojrzała wymownie na pięknego nieznajomego, nie pytając nawet, gdzie podział się jej poprzedni klient. -Jesteś w ciąży- rzucił niedbale Iwo, patrząc na znamię, znajdujące się na lewym udzie nieurodziwej dziewczyny.-Zabiłbym cię, ale za chwilę sama to zrobisz. Miał rację. Przerażona blondynka wyszła powoli z łóżka, jakby bojąc się, że nieznajomy zaraz zrobi jej coś złego i zaczęła powoli cofać się w tył. Na schodach straciła równowagę i upadła, łamiąc kręgosłup. Iwo tymczasem stanął w bezruchu, zamykając oczy. Przez głowę przemknęło mu kilka myśli: prześcieradło, jeszcze ciepłe, mały dzbanuszek z miodem, znajdujący się w kuchni, halka w torbie jakiegoś podróżnego i mała skrzynka, znajdująca się pod łóżkiem. I na tym wizje się urwały. Jego zielone oczy powędrowały w stronę brudnego prześcieradła, schylił się z gracją, pomacał chwilę pod łóżkiem, a zaraz po tym przyciągnął do siebie małą szkatułkę. Była zamknieta, jednak Iwo zręcznie poradził sobie z przeszkodą- potraktował przedmiot butem, iście po szlachecku, a żelazne zawiasy szczękneły i upadły na podłogę. Mężczyzna otworzył wieko, rzucając spojrzenie na jej zawartość. W środku znajdowały się przeróżne rzecz- od starych listów, aż po złote, srebne i miedziane monety. Przesunął dłonią delikatnie nad szkatułką, wyciągając duży, srebrny pierścień z dużym rubinem. Przyjrzał mu się dokładnie, to przybliżając przedmiot do oczu, to oddalając go znacznie. To właśnie pierścienia szukał, był tego pewien. Nie wiedział jednak, jak przedmiot może pomóc mu w dalszej wędrówce. Tak czy siak schował go głęboko do kieszeni, rozejrzał się uważnie po pokoju, szukając czegoś jeszcze. Gdy nic nie przykuło jego uwagi poprawił płaszcz, kopnął niedbale szkatułkę i zszedł po schodach. Mijając trupa dziewczyny, która patrzyła pustymi oczyma gdzieś w przestrzeń, powiedział: -Lepiej dla dziecka. Zmarłoby przy porodzie. Narzucił kaptur na głowę i wyszedł z domu, nie troszcząc się nawet o to, aby zamknąć za sobą drzwi. Mężczyzna szedł wzdłuż uliczki, skręcił w lewo, to znów w prawo, po czym skierował swoje szybkie kroki w stronę bramy miasta. Kiedy wreszcie dotarł do celu, powitał go gruby głos strażnika pilnującego porządku: -Kogo diabli niosą? Iwo uśmiechnął się pod nosem zastanawiając się, dlaczego ludzie zawsze, na własną niekorzyść, nadużywają przekleństw. Nie odpowiedział, spojrzał tylko z pogardą na delikwenta, który w taki sposób raczył się do niego odezwać. -Ach, to ty, przybłędo- odetchnął z ulgą strażnik, poznając bruneta- I jak spędziłeś te kilka dni w naszym mieście? Myślę, że ciekawie. Nie ominęło cię też widowisko, o którym huczy całe miasto?-na widok nieprzeniknionej miny Iwa, strażnik roześmiał się. - No, chyba widziałeś, co się wydarzyło? Nie sposób zapomnieć...- dopytywał się natarczywie. -Widziałem co nieco- odpradł sceptycznie Iwo. Nie chciało mu się wyjaśniać, że właśnie te wydarzenia sprowadziły go do miasta. Czekał na nie z niecierpliwością. Wiedział, że coś się wydarzy, a jego wątpliwości zostały rozwiane dokładnie pięć dni temu. To również spowodowało, że powziął plany spotkania się z Diabelską Drużyną. Dlaczego? Choćby dlatego, że podobała mu się sama nazwa. Co więcej, zainteresował go rycerz, który nieco nierozważnie pospieszył z pomocą wiedźmie, którą mieli spalić na stosie. Zdawał sobie sprawę, że chłopak jest osobą, która wplątała siebie i znajomych w jakieś wielkie kłopoty. Nie wiedział tylko w jakie, co go wybitnie irytowało. Obraz, który tak usilnie próbował przywoływać, był rozmyty, a Iwo nie mógł sklecić z niego jednej całości. Był jednak pewien, że rycerz szukał legendarnego skarbu, o którym wiedział co nieco. Błyskotki jednak nie interesowały go tak bardzo, jak sama osoba chłopaka, który okazał się osobą bardzo złożoną. Sam nie chciał się przed sobą przyznać, ale wrodzony instynkt podpowiadał mu, że wreszcie podąża dobrą drogą do znalezienia sensu w tym, co robi. Spuścił wzrok, wpatrując się w kamienną drogę, a po chwili ponownie znalazł się na środku rynku, gdzie właśnie palono wiedźmę. Czarnowłosy chłopak stoi od niego w odległości dziesięciu kroków. Podtrzymuje go kilku dobrzezbudowanych mężczyzn. Serce pochwyconego bije szybko, oczy wypatrują kogoś w tłumie. Z pewnością jest to ktoś dla niego bliski, źrenice rycerza rozszerzają się gwałtownie, oddech urywa. Ze strachu o siebie tylko trochę. Chłopak właśnie uświadomił sobie, że sprowadził śmierć na towarzysza, który z nim jest. Pot występuje mu na czoło. Iwo wciąga nosem powietrze, czuje pot, brud i zapach palonych gałęzi. Nagle popycha go ktoś z tłumu. Przez ułamek sekundy czuć nikłą woń ogrodu. „Przepraszam” mówi jakaś niebieskooka dziewczyna, przepychając się obok niego. Nie zauważa nikogo oprócz czarnowłosego chłopaka, którego właśnie pochwycili. Dziewczyna stoi pośrodku tłumu, nie wie co powiedzieć, zaciska ręce, aby ukryć ich drżenie. Spojrzenie chłopaka mówi „uciekaj!”, ta jednak stoi. Jeden mężczyzna pada trupem, jego serce nie wytrzymało napięcia. Zupełny przypadek, dziewczynę jednak okrzyknięto czarownicą. Wkrótce ktoś ją pochwycił, związali ich razem grubym sznurem i wrzucili do palącego ognia. Brunetka przywiązana do pala już nie żyje, para umiera właśnie w przymusowych objęciach. Niebieskooka krzyczy, rycerz mimo ogromnego bólu zaciska zęby tak mocno, że pękają. Tłum wiwatuje z radości. Iwo otrząsnął się, wizja zniknęła. Przygryzł lekko dolną wargę. Tak miało się to skończyć. -Co nieco?-przerwał ochryple strażnik rad, że znalazł sobie rozmówcę.-Swoją drogą, całkiem niezła była ta panienka, którą palili. Ta brunetka. Ruda też niczego sobie. Szkoda, że wiedźmy. Iwo pokiwał lekko głową, myśląc o czymś zupełnie innym. -Zgadzasz się ze mną, czyli też chciałbyś taką laleczkę mieć dla siebie -splunął.-Wyglądasz na takiego, co nie daje sobie w kaszę dmuchać. Nie próbowałeś im pomóc? -Próbowałem- odpowiedział po chwili Iwo, marszcząc lekko cienkie brwi, a widząc pytające spojrzenie, dodał : -Sprowadziłem deszcz. Strażnik spojrzał na bruneta uważnie i- nie wiedząc jak się zachować- roześmiał się głośno, biorąc wszystko jako doskonały dowcip. Spoważniał jednak, widząc jakiś dziwny błysk w oku przybysza. Odchrząknął nerwowo. Było pewne, że przybysz jest jednym z tych, którym Bóg odebrał rozum, a dodał w zamian bogatej wyobraźni. Sprowadził deszcz, a to dobre! Mężczyzna podrapał się po niedokładnie ogolonej twarzy. Bądź co bądź deszcz zaczął padać, mimo że nic nie wskazywało na to, aby piękna pogoda miała ulec zmianie. Dziwne. Pewnym jest jednak fakt, że obcy duby smalone bredzi. Strażnika zaintrygowała poważna mina nieznajomego, który najwyraźniej otwarcie mówił to, co myślał. Biedny wariat. Nie mógł się jednak oprzeć wrażeniu, że coś jest w słowach nieznajomego. Coś, co przyprawiało go o dreszcze. Postanowił jednak zignorować odpowiedź i sprowadzić rozmowę na inny tor, niż rzekome przywoływanie deszczu. -Wszyscy będą wisieć. Ściga ich król, a Natalię (tą, co ją uratowali od stosu) papież. Dziwna historia, nikt nie wie o co chodzi dokładnie. Wiem tylko tyle, że ten chłopak to jeden z rycerzy gwardii królewskiej. Zbuntował się, knuł podobno spisek ze swoją siostrą i jej przyjaciółką, niejaką Anetą. Ruda to wiedźma, nikt jej w Laymenoy wcześniej nie widział. Całe szczęście, że jesteśmy oddaleni od tego przeklętego miasta o kilka dni drogi, wrze tam jak w ulu. Król przesłuchuje wszystkich, którzy mogliby mieć jakikolwiek związek z tą sprawą. Wysłał nawet kilku rycerzy, w tym Radomira von Em, aby ich złapali. Działo się to...- strażnik zamyślił się- trzy tygodnie temu, jednak nie dam sobie głowy uciąć. W każdym razie najgorszemu wrogowi nie życzę spotkania z katem, jednak prędzej czy później ich to dopadnie. Już raz prawie ich mieli, kiedy wrócili nie wiadomo po co do tej tawerny, którą obsługuje Sandra. Co to za mina, nie znasz Sandry? Poznasz kiedyś, młodyś jest, będzie pewno chciała cię zdybać, jak połowę okolicznych dziadów. Radzi sobie kobieta jak może...Ale wracając. Już prawie ich mieli, tam, „pod wiedźmią kiecą”, jednak ruda jakieś czary odprawiła, wieśniacy zaklinają się na wszystkie świętości, że pakt z diabłem zawarła. Wleźli do podziemi i ślad po nich zaginął, aż do pojawienia się w naszym mieście. Dziwne to wszystko. Ciekawe, gdzie teraz są- dodał strażnik po namyśle- nie mogli uciec nigdzie daleko, konie mają sfatygowane, przemęczeni są podróżą, nie mają co jeść. Zresztą wiesz, jak to jest z babami. Narzekają na niewygody, a nocowanie w lasach, ze świadomością, że wilcy ich zeżrą, przyprawia nawet mnie o mdłości. Co tam wilcy! Zbóje. Oni nawet z kobietami potrafią się nieludzko obchodzić, byle tylko zdobyć łup. Strażnik zakaszlał kilka razy, po czym wyciągnął z torby zakurzoną butelkę, odkorkował i pociągnął kilka łyków, a na jego twarzy przez chwilę gościło błogie rozmarzenie. -Wybacz, musiałem przepłukać gardło. O czym to ja mówiłem? A, o zbójach. Ano, grasują w okolicy, czekając na jakiegoś zbłąkanego wędrowca. Szczególnie upodobali sobie kupców, z wiadomych zresztą przyczyn. Dawno nie działo się tyle rzeczy, co teraz. Ale może to i dobrze, przynajmniej jakaś rozrywka. Żona przynajmniej nie narzeka, że jej się nudzi. Głupia kwoka, biadoli tylko, jak jej to źle w życiu, a ja haruję jak wół, żeby miała na te swoje ciuszki, błyskotki... Bab nigdy nie zrozumiesz. A ty- zapytał po chwili namysłu- Masz jakąś? Iwo przecząco pokręcił głową. Strażnik zaśmiał się z niedowierzaniem. -Nie może być! Nie to, żebym kobitek nie lubił, ale wyglądasz na takiego, co się za tobą oglądają. Ile właściwie masz lat? -Dwadzieścia pięć. -Dwadzieścia pięć? Nie wyglądasz na tyle. Może ty jaki wampir jesteś, hę? Od ilu lat masz dwadzieścia pięć lat?- strażnik zaśmiał się z własnego dowcipu, jednak znów spoważniał pod ostrym spojrzeniem nieznajomego. -Widzę- zaczął ostrożnie- że weszliśmy na drażliwy temat. Nie przejmuj się, z babami tak jest, że przebierają, przebierają, a później, jak wiek już nie ten sam, to biorą, co popadnie... Iwo spojrzał uważnie na księżyc i doszedł do wniosku, że pora już iść. Strażnik to zauważył, bo powiedział: -Przykro mi kolego, ale zabroniono mi otwierać bramy. Robię to zazwyczaj o świcie. -Nie trudź się, dam sobie radę- odparł powoli Iwo i spojrzał na wielki kołowrót, który podtrzymywał drewniane drzwi. Grube łańcuchy puściły nagle, a brama opadła na ziemię z hukiem, który obudził mieszkańców miasta. Strażnik stał jak oniemiały, nie mogąc wykrztusić słowa. Iwo zaś przeszedł koło niego z gracją, skinął lekko głową i opuścił miasto bez żadnych turbacji. Droga, którą szedł, skręcała lekko na wschód, prowadząc Iwa na wzgórze, gdzie kilka dni temu Diabelska Drużyna ukrywała się przed światem. Kiedy wreszcie doszedł na miejsce zaczęło się powoli przejaśniać. Rzucił okiem znawcy na ślady znajdujące się na polanie, aby chwilę później stwierdzić, że poszukiwane przez niego osoby uciekały w pośpiechu. Nie ma co się dziwić, lepsze to niż śmierć na szubiennicy. Brunet przyjrzał się uważnie śladom krwi, które zauważył pod stopami i na trawie, której nie zdążył opłukać deszcz. Czyżby ktoś z ściganych był ranny? Po krótkich oględzinach jednak stwierdził, że to krew jakiegoś zwierzęcia. Jego uwagę przykłuł podłużny kamień, którym zazwyczaj ostrzono nóże. Teraz już był pewny, że ktoś podążał za rycerzem Piotrem i jego wesołą kompanią. Radomir von Em i jego świta. Iwo uniósł wysoko brwi i parsknął śmiechem. Głupcy. Twierdzą, że potrafią przechytrzyć dzielnego rycerza Piotra, który teraz właśnie...Chwila. Gdzie on jest? Brunet zobaczył kilka obrazów, które pojawiły mu się nagle przed oczami. Rzeźba kobiety bez rąk. Łaźnia. Kurz unoszący się w pomieszczeniu. List gorączkowo tłumaczony przez jakąś dziewczynę. Skała. Chłód i mroźny wiatr. Iwo otworzył oczy, uśmiechając się sam do siebie. Bębniący zamek. Jak mógł się nie domyślić. Wstał energicznie z kamienia i szybkim krokiem skierował się drogą na zachód.
-Wilcy nam skóry wżarli- przeklął pod nosem herszt bandy zbójów, który pierwszy obudził się z kilkugodzinnego snu- Wstawać, no już! Banda zerwała się jak oparzona, budzona mocnymi kopniakami obitych w żelazo trzewików. -Rozpanoszyły się, bestie piekielne, skóry wżarli w nocy, do ognia bali się podejść. Psiekrymskie...-zaklął, wściekły na siebie, że nie dopilnował cennego towaru. Ogniska, które chroniły ich przed dzikimi zwierzętami dogasały, tląc się lekko. Zbój kopnął ze złością w sosnę, z której opadła masa igieł. Kilku mężczyzn ze zbójeckiej kompanii podrapało się ze zdziwieniem po głowach szukając skór, które zdobywali rzetelnie przez kilka tygodni. Rzetelnie, rzecz jasna, okradając kupców, którzy udawali się drogą do miasta, by zbić dobry interes. Jak widać, nie wszystko poszło po ich myśli. Herszt ze swoją bandą znali las tak dobrze, że nikt niepostrzeżony nie mógł ujść ich uwadze. Herszt, który zbójował już tak długo, że sam zapomniał swojego imienia, poszedł na stronę, aby załatwić swoje potrzeby fizjologiczne. Wino, które wypił w nocy, cisnęło niemiłosiernie na pęcherz. Kiedy wyszedł zobaczył, że jego towarzysze z kwaśnymi minami nadal szukają zaginionych skór. Wściekły kazał zaniechać poszukiwań przekonany, że nie zdadzą się one na nic. -Nic to. Skóry i tak chuja warte. Zdybamy kogosik innego. Trza poczekać. Może jutro nadarzy się jaka okazja... Przerwał, wytężył słuch i zamarł w bezruchu. Chwilę później obrócił się do towarzyszy, drapiąc się po długiej, zmierzwionej brodzie: -Bóg dał, nie będziem musieli tyle czekać. Patrz ta. Zbóje chwycili grube kije i noże, które służyły im za broń. Chwilę później ich oczom ukazał się mężczyzna, który samotnie podążał przez las. Szedł energicznym krokiem, z wysoko uniesioną głową, nie świadom tego, że zaraz spotka go śmierć. Ku zdumieniu zbójeckiej bandy nieproszony gość zatrzymał się, rozejrzał uważnie dookoła jak zwierze, które wyczuwa niebezpieczeństwo i odezwał się dźwięcznym głosem: -Witam szanownych panów. Podążam do zamku, już kilka dni podróżuję, nie mogąc znaleźć drogi. Zbóje spojrzeli na herszta który wyszedł zza drzewa i spojrzał uważnie na nieznajomego. Młodzieniec wyglądał na lat około trzydziestu, a prosty nos i szlachetne rysy zdradzały jego pochodzenie. Starannie ogolony, czysty, od razu wzbudził podziw w bandzie. Nie wyglądał bynajmniej na człowieka, który (jak sam oświadczył) podróżował od kilku dni. Na dodatek pieszo, bez torby, w której mógłby mieć pożywienie. I pieniądze. Herszt splunął na mech, nabrał powietrza i krzyknął: -Przyjdź pan do nas, my dżentelmeny,nic złego nie zrobiom! Iwo, którym okazał się nieznajomy, uśmiechnął się pod nosem doskonale zdając sobie sprawę z tego, z kim na do czynienia. Podszedł jednak bliżej zbójów, schodząc z drogi. Herszt wyszedł z ukrycia, uśmiechając się chytrze. -Łapać panisia!- rozkazał, a podwładni otoczyli bruneta z każdej strony. Po chwili zbóje usłyszeli rozkaz- Zabrać sićko. Nikt jednak nie kwapił się, aby podejść do młodzieńca. Bądź co bądź budził w nich jakiś dziwny lęk, którego nie potrafili określić. Herszt, który też nieco spuścił z tonu, próbował nadrabiać groźną miną, dziwnymi odgłosami i machaniem nożem. Iwo, nieco rozbawiony, powtórzył pytanie: -Panie dżentelmenie, pytam ponownie, którędy do zamku? Zbój, wczuwając się na chwilę w rolę wielkiego paniska, skłonił się szyderczo w pas i odpowiedział: -Jak kto na koń wskocy, cy dni drogi prosto, potem na lewo bagno, w górę,w górę i juści panicek na zamecku, hej! Zbóje zarechotali, herszt natomiast spochmurniał, powracając do normalności i pogroził nieznajomemu nożem. Iwo skłonił się nisko. -Dziękuję za informację- powiedział zimno, a gruby konar spadł z trzaskiem prosto na głowę herszta, przygniatając go do ziemi. Bandyci uciekli w popłochu, patrząc z przerażeniem to na groźnego nieznajomego, to na trupa przywódcy, który leżał na zielonym mchu, z którym kontrastowała czerwona krew zbója. Iwo wrócił na drogę i ruszył przed siebie. Przez kilka dni maszerował, odpoczywając tylko nocą. Wyczerpany podróżą i brakiem pożywienia szedł coraz wolniej. W końcu jednak udało mu się złowić w pobliskiej rzece kilka ryb, które usmażył. Ten prymitywny posiłek wystarczył mu, aby częściowo odzyskać siły i móc ruszyć w dalszą drogę. Tak, jak mówił herszt, Iwo doszedł do rozdroża, skręcił w lewo i wszedł na bagna. Cuchnęło tu stęchłymi liśćmi i ziemią. Wilgoć w powietrzu sprawiła, że zaczął kaszleć. Nie przerywał jednak podróży czując, że coś niebezpiecznego dzieje się z Diabelską Drużyną. Jedno było pewne- nie zagrażał im Radomir von Em. Zdrajca, razem ze swoją świtą, zgubił trop, którym podążał. Iwo przyspieszył kroku, nakrywając się szczelnie płaszczem, zaczął bowiem odczuwać przenikliwe zimno. Bez szwanku wyszedł z bagien. Znalazł się u podnóża góry, która na tym płaskim terenie wydawała się być nie na miejscu. Wędrowiec usiadł na jakimś większym kamieniu i oparł głowę na rękach, przymykając oczy. Był śmiertlenie zmęczony. Podkrążone oczy same się zamykały. Ostatnią siłą woli, którą zdołał z siebie wykrzesać wstał i poszedł wąską ścieżką w górę. Dzień powoli zaczął się kończyć, ustępując miejsca nocy. Mroźne powietrze przynosiło orzeźwienie, jednak im wyżej się wspinam, tym szczelniej otulał ciało płaszczem. Jeszcze tylko chwila... W końcu Iwo znalazł się na samym szczycie góry, na którym znajdował się wielki zamek. Ponury wygląd wcale nie przypadł mężczyźnie do gustu. Starym zwyczajem nie skierował się prosto do wielkich wrót, które były wejściem do twierdzy. Poszedł w lewo chcąc sprawdzić, gdzie się tak naprawdę znajduje. Jego czujne oczy badały uważnie każdą ścianę, okno, wyłom w murze. W końcu, po dokładnych oględzinach doszedł do wniosku, że całkiem nierozważnie było budować siedzibe w takim miejscu. Szczyt góry, na którym znajdował się Bębniący Zamek, okazał się po prostu płaszczyzną o średnicy trzystu sążni, niczym nie ogrodzoną. Iwo podszedł do samego skraju góry, który nie był niczym zabezpieczony. Nie bał się, jednak widok nagich skał, na które mógł wpaść nieostrożny zwiedzający, przyprawiłby o dreszcze nawet najdzielniejszego śmiałka. Nagle podniósł głowę w górę, cofnął się kilka kroków w tył i począł nasłuchiwać. Albo mu się wydawało, albo usłyszał kobiecy krzyk. Bzdury, to z pewnością świst wiatru, próbował sobie wmówić mężczyzna, jednak przeczucie niebezpieczeństwa nie dawało mu spokoju. Krzyk znów się powtórzył, dostatecznie wyraźnie, aby Iwo zaczął biec w kierunku lewego skrzydła zamku. Stanął jak wryty (chyba pierwszy raz w życiu) patrząc na rozgrywającą się scenę. W oknie wieży, wysokiej na sto łokci, stała w białej koszuli sięgającej kolan kobieta. Usilnie zapierała się rękami o mur, nie chcąc spaść w bezdenną przepaść. Krzyczała, wzywając pomocy, nikt oprócz Iwa jej nie słyszał. Sytuacja wydawałaby się nieco dziwna gdyby nie fakt, że za plecami kobiety stanął nagle mężczyzna i popchnął kobietę, która z mrożącym krew w żyłach krzykiem spadła w ciemność. *** Przez kolejne dni pobytu w zamku moi towarzysze stopniowo tracili dobry humor. Czas gonił, a nic nie wskazywało na to, abyśmy szybko znaleźli legendarny skarb, który- jak zarzekała się Natalia- był tu, w Bębniącym Zamku.W szczególnie złym humorze była Anka, która podjęła się tłumaczenia dwóch obcych nam tekstów- listu, który Royeques obiecał nam dostarczyć i kartki, którą znalazł Lesniaques w skrytce otworzonej w wiadomy sposób. List, który przyjaciółka tłumaczyła z łaciny (i który był naszą ostatnią nadzieją), okazał się zwykłym przepisem na... rosół. Wyglądało na to, że cwany jak lis Eugeniusz starszy wodził nas za nos, przewracając się w grobie ze śmiechu. Drugi dokument okazał się jakimś skomplikowanym równaniem matematycznym na środku i z sentencjami łacińskimi po bokach. Mimo usilnych trudów dziewczyny zostawał nadal nie przetłumaczony. Za każdym razem kładąc się spać myśleliśmy o tym, że Radomir von Em depcze nam po piętach. Świadomość, że skarb jest blisko, nie dawała zasnąc rycerzowi, który podjął nieco bardziej drastyczne metody poszukiwań. Dzień w dzień (kiedy tylko miał czas pomiędzy ćwiczeniami) chodził po korytarzach, opukiwał ściany i... ciągnął za kikkiety, będąc święcie przekonany, że zamku jest ukryte jakieś tajemne przejście. Jego metody, głośno zresztą potępiane przez siostre, przyniosły więcej szkody, niż pożytku. Najbardziej, rzecz jasna, cierpiały kinkiety i nasze poszarpane nerwy. Rycerz nie dawał sobie przemówić do rozumu do momentu, aż Royeques dość stanowczym tonem powiedział, że nie życzy sobie takiego zachowania. Wypowiadał się oczywiście w imieniu pana zamku, Jacquesa, który ciągle chodził z głową w chmurach. Ni-chan obijał się jak tylko mógł, schodził tylko na posiłki, tyle go widziałam. Aneta, w przeciwieństwie do blondwłosego kompana nie traciła czasu- szykowała broń z przekonaniem, że już niedługo będziemy musieli brać nogi za pas. Czas spędzała razem z Natalią, która pomagała jej w pracowni byłego alchemika, która znajdowała się lochach. Znalazły tam kilka rzeczy, które mogły być- według blondynki- przydatne w dalszej drodze. Z lochów ciągle wydobywały się kolorowe opary. Coś trzaskało i iskrzyło się w szklanych naczyniach, w których dziewczyna sporządzała mikstury. Natalia w wolnych chwilach czytała książki. Zajęcie to, według brunetki, było pożyteczniejsze od reszty czynności. A ja? Pisałam pamiętnik. Oprócz tego zajmowałam się rzeczami typowo kobiecymi- brałam długie kąpiele, czesałam włosy, a w garderobie ( o której dowiedziałam się od biednego Bembenka) przymierzałam piękne, wyszywane złotem i srebrem suknie. Słowa „marnujesz czas!”, wykrzyczane mi w twarz przez rozeźlonego rycerza, zostały skwitowane tylko pogardliwym uśmieszkiem i zdaniem „za to wyrywanie kinkietów ze ścian jest wielce użyteczne”. Piotrek, który jak wspominałam na samym początku był wybornym matematykiem, nie mógł wybaczyć siostrze, że sama próbuje rozwiązać
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Chantico
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…