Wróć do katalogu

A nie mówiłem! Rozdz. III i IV

Dalsze perypetie warszawskiego nastolatka w sarkastyczno-ironizującym sosie. Zapraszam!

andron, opublikowano , 1 godz. 1 min czytania, 4,8 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

ROZDZIAŁ III

Szalenie

Kilka minut po południu otworzyłem sklejone oczy i ujrzałem mój pokój zatopiony w szarzyźnie, dochodzącej zza okna. Słyszałem jedynie szum mojego komputera, którego zapomniałem poprzedniego dnia wyłączyć. W normalnych okolicznościach zupełnie by mi to wisiało, ale tego „ranka” szum komputerowego wentylatora wwiercał mi się w głowę jak 99 tytanowych wierteł z {i}TVMarketu{/i}. Do tego horrendalnie chciało mi się pić i jeść, a pęcherz błagał o litość. Drzwi były zamknięte. To znaczy nie tak na zamek, tylko na klamkę. I wiedziałem, że jeśli choć na chwilę opuszczę moją twierdzę, to w mig zjawią się rodzice. A spotkanie z nimi raczej nie będzie w tych okolicznościach przyjemne. Nie potrafiłem sobie z początku przypomnieć, dlaczego czułem się jak Mufasa rzucony prosto pod stado pędzących antylop, czy bizonów – nie pamiętam już co to było, bo płakałem podczas tej sceny. Ale kilka sekund wytężonej pracy skacowanego umysłu i w głowie zaczęły mi się pojawiać obrazki z poprzedniego wieczora. Scenki co najwyżej zamazane, albo samo audio, to z kolei samo wideo. I co chwila pojawiała się ta sama wizja: ja stojący przy barku i nalewający sobie czegoś nieokreślonego do szklanki, zapalający kolejne fajki. I gdy tylko to wszystko zmaterializowało się we wnętrzu mojego mózgu, znów poczułem straszne pragnienie i kapcia, który tworzył mi się w buzi przez całą noc. Musiałem stamtąd wyjść. Chociażby do kibla. Mój pęcherz parł, a przełyk domagał się najdrobniejszej kropli wilgoci. O zejściu do kuchni po {i}Nałęczowiankę delikatnie gazowaną{/i} nie było nawet mowy – pozostawała woda z miejskich wodociągów. Z trudem wyczołgałem się z łóżka i podszedłem do drzwi. To trzeba było zrobić szybko, bez zastanowienia i niepostrzeżenie. Chwyciłem za klamkę i otworzyłem drzwi. Wyjrzałem na korytarz. Był pusty – z dołu dochodziły tylko głosy moich starych. Wyszedłem z pokoju i jak najciszej się dało przedostałem się do łazienki, którą na szczęście mam tuż obok. Załatwiłem się i odkręciłem malutki strumyk wody w umywalce, tak, aby rodzice niczego nie usłyszeli. Ach, co za ulga. Wypłukałem kilka razy usta, wziąłem kilka łyków wiślanej wody i wyszedłem na korytarz. Na schodach stała matka. Kiedy mnie zauważyła, obrzuciła mnie pełnym pogardy spojrzeniem i wycedziła przez zęby: - Zupa na stole. Nie było innego wyjścia. Ubrany w bokserki i jakąś koszulę minąłem na schodach matkę w weekendowym dresie i zszedłem na dół, aby stawić czoło ojcu, który przy stole w kuchni jadł pomidorową. - Dzień dobry – powiedziałem cicho. Ojciec wyjrzał zza talerza, mruknął pod nosem coś niezrozumiałego i powrócił do spożywania zupy. Usiadłem naprzeciwko niego, przy talerzu, który przygotowała mi mama i w ciszy zacząłem jeść. Chciałem to zrobić jak najszybciej, by jak najszybciej wrócić do pokoju i się odciąć od bożego (a w szczególności rodzicielskiego) świata. Życie byłoby w tej chwili dla mnie o niebo łatwiejsze, gdyby rodzice również pracowali w niedzielę – wtedy nie byłoby tej sytuacji, o której powiedzenie, że jest niezręczna to karygodne niedomówienie. Rodzice mają w sobie coś takiego, że nawet kiedy są całkowicie cicho i kompletnie się nie odzywają, to dobrze wiesz, o czym w danej chwili myślą. Albo co by powiedzieli, gdyby właśnie nie jedli zupy, albo coś. Chodzi o to, że są cholernie przewidywalni. Wiesz, co zrobią jak coś przeskrobiesz, wiesz, jaka będzie ich reakcja na dowolną informację… Znasz każdy ich ton, każdy grymas twarzy, możesz z dokładnością do ułamka sekundy określić, jakie reakcje po sobie nastąpią, w jakim natężeniu, itede itepe. Życie z rodzicami, to tak, jakbyś puścił na discmanie jedną płytę w kółko. Taka płyta, która non-stop gra tak samo. {i}Day by day, year by year{/i}, aż do usranej… Gdy przechylałem talerz, by nabrać na łyżkę resztki zupy, odezwał się tata. - No i co ja mam z tobą zrobić? – spytał z nutką rozgoryczenia w głosie. – Co? Milczałem, bo dobrze wiedziałem, że były to pytania retoryczne, których stawianie tata w szczególności sobie upodobał. - Myślałem, że można cię traktować jak dorosłego. Ale niestety nadal jesteś dzieciakiem, którego trzeba traktować jak takowego. Dlatego… – zaczął dramatycznym tonem, co prawdopodobnie miało wzbudzić we mnie strach i niepokój - … daję ci szlaban na wychodzenie z domu do końca roku i blokuję ci konto w banku. No cóż, to było do przewidzenia, teraz płyta znów wygrała fragment {i}I’m Gonna Think Of A Punishment That’ll Make You Soooooo Upset{/i}. Piękny tytuł dla jakiegoś metalowego utworu… Odszedłem od stołu w milczeniu i wróciłem do pokoju. Usiadłem przed komputerem i włączyłem monitor. O ile szlaban na wychodzenie na imprezy jest dość problematyczny, to jeśli chodzi o konto, to nie będzie z tym żadnych problemów. Wystarczy, że wstąpię jutro rano w przerwie śniadaniowej do banku i je całkowicie wyczyszczę, zanim zablokuje je mój ojciec. Sprawdzamy, kto jest dostępny na gadu… Czarek, Pati, Stefcio, Pepe, Paulinka nie, Antoś nie, Dziwka nie… Przydałby mi się jakiś dołujący opis. Czarek napisał: {i}Łeb mnie nawala{/i}. Kochany, jak Ciebie łeb nawala, to wyobraź sobie, co ja teraz czuję! Dobra – dołujący opis. Uch… Po chwili myślenia wpisałem w okienko {i}Chryzantemy złociste{/i}. Tak. Ta piosenka pasowała idealnie. Piosenka idealna. W tych okolicznościach of kors. Bo ta Kurwa po prostu mnie zdradziła. Gdybym teraz rzucił się z wysokości, to z pewnością bym się nie połamał {i}bo mam, kurwa, gumowe kości!{/i} Tylko co z tego, że mam gumowe kości, jak mózg w tym okropnym momencie też. Pogoda nie nastraja do dobrego samopoczucia, a ta Kurwa właśnie teraz pewnie migdali się z tą beczką kiszonego bigosu. Mój mózg (gumowy, przypomnę) płonie w tej chwili, wydzielając odór. Odór, który mnie dusi. Odór frajerstwa, który zarazem dusi mnie i nie dusi, a stan pomiędzy byciem duszonym, a ostatecznym rozwiązaniem, jakim byłoby uduszenie, to najgorszy stan, jaki sobie można wyobrazić. Nie ma cię tu, nie ma cię tam. Jesteś po środku przez tę dziwkę, a ta Dziwka liże się z pudłem testosteronu w proszku TERAZ. W tej chwili, jak się patrzy. I nie jest, {i}kurwa{/i}, dostępna. Bym jej napisał… podsumował tą kretynkę. Pewnie z radości, że mnie tak wyrolowała ustawiła se w rowerze siedzonko na sztorc i jeździ po dołkach, wyjąc spazmatycznie. - Ale wykręciłam frajerowi numer, cha cha – wrzeszczy na cały zajebany Esełżet. – Dzień dobry pani sąsiadko, właśnie wyrolowałam frajera… - Jakiego frajera, kochaniutka? – pyta sąsiadka. - A, takiego jednego sakera… Wyrolowałam go, że hej! - To dobrze mu tak, jak frajer był – odpowiada sąsiadka, uśmiechając się swoją parą zębów. I Ziemia kręci się dalej, Dziwka liże się i jeździ z siodełkiem na sztorc na zmianę, a Andron Zygmuntowski siedzi w pokoju, zadręczając się przez jakąś wygoloną… {i}Fiujujujułip{/i}. Pojawia się informacja, że Czarek chce ze mną rozmawiać na gadu. Otwieram okienko. {b}Czarek 14:52:34{/b} jesteś? {b}Ja 14:53:02 {/b}no {b}Czarek 14:53:20 {/b}a żyjesz?? {b}Ja 14:53:45 {/b}jeszcze tak. ale zaraz umrę. mam kaca. dziwne nie?? {b}Czarek 14:54:02 {/b}w sumie nie bardzo ;). jak starzy? {b}Ja 14:54:22{/b} oprócz tego, że obrzygałem mercedesa, przekląłem kilka razy do ojca, a dzisiaj dostałem szlaban do końca roku na wychodzenie i blokadę konta to luz. {b}Czarek 14:54:56{/b} aha {b}Czarek{/b} {b}14:55:03{/b} ale jakieś boleśniejsze reperkusje? {b}Ja 14:55:37{/b} mój ojciec boi się pogłaskać mnie po głowie, a co dopiero dać mi w pysk. {b}Ja{/b} {b}14:55:49{/b} oczywiście, jeśli o to ci chodziło ;) {b}Czarek{/b} {b}14:55:59{/b} o to. a jak się czujesz… w sensie duchowym?? {b}Ja{/b} {b}14:56:34{/b} całkiem spoko… no dobra… parszywie, czy to coś zmienia? ta kurwa mnie zdradziła. Zdradziła mnie i ofrajerzyła!!!!! moja męskość została draśnięta bardzo głęboko… boli, jeśli potrafisz to zrozumieć {b}Czarek{/b} {b}14:56:56{/b} załóżmy, że potrafię. Wiesz co? nie chcę ci mówić, że wszystko będzie ok, bo to takie zjechane, nie? I pospolito-banalne. {b}Ja{/b} {b}14:56:34{/b} to nie mów. znowu jestem sam. i wolny. {b}Czarek{/b} {b}14:57:01{/b} Właśnie – jesteś wolny. znowu możemy wyruszyć na łowy. {b}Ja{/b} {b}14:57:41{/b} Taa, jasne :/ a świstak… {b}Czarek{/b} {b}14:58:33{/b} Ale jazda! {b}Czarek{/b} {b}14:58:39{/b} włącz eskę {b}Czarek{/b} {b}14:58:56{/b} już! {b}Ja{/b} {b}14:59:22{/b} ale o co chodzi? {b}Czarek{/b} {b}14:59:49{/b} Włączaj!!!!!!!!! Podszedłem do radia i włączyłem {i}Eskę{/i}, której nie trawię. Leciała jakaś piosenka z nurtu arenbi; jakaś laseczka podśpiewywała sobie zwrotkę. Zastanowiłem się, o co chodzi Czarkowi, ale nagle coś jakby mnie powaliło. Znam ten głos. Znam go, tylko skąd? Skąd ja go znam? Moja nawalająca głowa, zaczęła pracować na przyśpieszonych obrotach. Zaczął lecieć refren:

{i}Kocham Cię szalenie I tańczyć nie przestanę, Ten rytm jest przecież we mnie, Wiem dobrze o tym sama.

Kocham Cię szalenie I śpiewać o tym chcę. Gdy serce kocha przecież, Ten beat nie skończy się! {/i} Dziewczyna, poznając po głosie dość młoda, przeciągnęła sylabę {i}się{/i} bardzo po amerykańsku, a potem dodała do tego jeszcze z chórkiem równie amerykańskie {i}jee{/i}. I wtedy coś mnie strzeliło. To niemożliwe, a jednak! To była…

- Ryckowska Basia! – wykrzyknęła Taczka w poniedziałek na lekcji geografii. – Jest Basia? – zapytała po chwili ciszy. - Jestem! – odpowiedziała cicho Basia Ryckowska, niewysoka blondynka w dość widocznym i mało naturalnym mejkapie. - {i}… i śpiewać o tym chcę…{/i} – dodał złośliwie Stefcio z ławki przede mną. Siedzący obok Wojtek zaśmiał się lekko. Od rana wszyscy cytowali nową piosenkę Basi Ryckowskiej, która od dwóch dni masakrowała co popularniejsze polskie stacje radiowe. Nikt nie wiedział o planach muzycznych tej siedemnastoletniej góralki z Rytra koło Krynicy. Okazało się, że kontrakt z {I}BMG{/I} podpisała już pół roku temu, a płytę nagrała przed trzema miesiącami. Do Warszawy przeniosła się, by tu chodzić do liceum. Mieszka ze swoja kuzynką na Gocławiu. Jest dość zamknięta w sobie. Uczy się nieźle. A tu proszę! Kariera muzyczna przed nią! O swoich planach nikomu w klasie nie powiedziała - wszyscy mieli jej to za złe. Nie zmieniało to faktu, że jej piosenka była oczywiście komercyjnym kretyństwem i bełkotem, z którego jeszcze długo będziemy się śmiać. Ale była to chyba jedyna osoba publiczna, którą w tej chwili znałem… no może oprócz syna Janusza Pidziały, słynnego aferzysty, który chodził (syn, nie Pidziało) ze mną do gimnazjum. Stronę biednej Basi, z której wszyscy się podśmiewali, a w głębi duszy cholernie zazdrościli, wzięła oczywiście Kasia Majewska. - To wszystko zawiść! Nie martw się, Basiu i idź dumnie do przodu! Przed tobą wiele sukcesów i nie musisz się przejmować tymi tutaj, frajerami, którzy w życiu niczego nie osiągną – powiedziała, gapiąc się ze wstrętem na Stefcia, który wykonywał dziwny taniec i wrzeszczał do piórnika imitującego mikrofon, jak szalenie kogoś kocha. Nawet kretyńskie występy Stefcia na nauczycielskim biurku nie zdołały mnie wyciągnąć z doła, w jakim byłem od piątku. Czułem się tak bezczelnie wykorzystany i oszukany… dobra, może się powtarzam, ale tak było. Znowu byłem sam, sam, zraniony, jak jelonek nadziany na kłusownicze pręty i druty w lesie, piszczący w pustą puszczę o ratunek. Nie wiem, czy jelonki potrafią piszczeć, ale na potrzeby metafory… wiecie. I jeszcze ten przypał ze starymi. Konto wyczyściłem. Znajdowało się tam około czterystu złotych i to miało mi wystarczyć do końca roku. Ale zakaz wychodzenia to totalna masakra. I to teraz, kiedy rozrywka bardzo by mi się przydała… - Nieprawda – rzekł Czarek. - Co? – spytałem zdumiony. - Nieprawda, że wyjścia by ci się przydały. Nie pamiętasz, mam ci przypomnieć co się działo w piątek? Trudno by było mi zapomnieć, co się działo w piątek, ale to nie był aż taki hardkor. Gorzej by było, gdybym na przykład… zresztą oszczędzę sobie te szczegóły, bo to nie jakiś erotyczny harlequin. Czaruś nie rozumiał, że teraz jestem sam i to jeszcze udupiony w domu na resztę tej najobrzydliwszej pory roku. Dni dłużyły się cholernie, moja depresja się pogłębiała, w radiu {i}Szalenie{/i} leciało z coraz większą częstotliwością, że przestałem w ogóle go słuchać i włączyłem stare dobre Linkin Park na przemian z Green Dayem. Do tego dochodziło jakieś kretyńskie wypracowanie na polski o {i}Cierpieniach Młodego Wertera. {/i}Lektura krótka, więc nawet przeczytałem w całości, ale bez streszczenia i tak by się nie obeszło. Ten Werter to nawet trochę przypomina mi Antosia, którego {i}światopogląd wydaje się być dość ponurym – według niego człowiek skazany jest na męki, czyli goethe’owski {/i}Weltschmerz {i}(ból istnienia), którego źródłem jest własne wnętrze – {/i}jak to ładnie ująłem we wspomnianym wypracowaniu. Dostałem za niego zasłużoną piątkę. Piątka należy się też po części pani Anieli Czwartek – autorce opracowania. Ale {i}weltschmerz{/i} chyba miał nie tylko Antoś. U mnie też się przejawiał. Potrafiłem siedzieć przy biurku nawet kilka godzin, kontemplując swoje frajerstwo. Obudził mnie kilka dni później w jakiś ciemnoszary czwartek budzik w wieży. - {i}… a osiągniesz to, co zaplanowałeś. Teraz dzisiejszy horoskop dla ryb. Uważajcie, ryby, bo dzisiaj przed wami bardzo nerwowy dzień. Na waszej drodze dużo stresu i denerwujących osób. Postarajcie się zachować rozsądek i spokój, a nie spotka was żadna przykra sytuacja {/i}– powiedział jakiś pseudoprorok, jakbym nie wiedział, że przydarzy mi się dziś przykra sytuacja – przykre sytuacje zdarzają mi się od dwóch tygodni, więc kolejny dzień nie byłby wielkim zaskoczeniem. Wyczołgałem się – jak codzień z wielkim trudem – z łóżka i poszedłem do łazienki. Obmyłem twarz i wróciłem do pokoju się ubrać. Następnie zszedłem na dół do pustego salonu i włączyłem telewizję. W {i}Poranku TVN24{/i} jakaś baba gadała o kolejnym ataku terrorystycznym w kraju, którego nazwy nie potrafiła wymówić i przez dziesięć sekund biła się z językiem, powtarzając co chwilę {i}przepraszam{/i}, aż reżyserka postanowiła puścić materiał i nie przejmować się biedną Podanke, czy-jak-jej-tam. W kuchni zrobiłem sobie kawy i dwie kanapki z szynką i serem polane solidną porcją keczupu. Usiadłem na kanapie w salonie, a na ekranie telewizora ukazała się teraz mapa Polski cała w szarych chmurkach. - {i}Bahdzo niekorzystna sytuacja dla meteopatów{/i} – zaczęła jakaś laska, mająca wyraźne problemy z wymawianiem językowego {i}r{/i} - {i}za sphawą ciśnienia. Można spodziewać się bólów głowy, zmęczenia, rozdhażnienia. I tak niestety będzie w phawie całym khaju. {/i}Nic nowego – pomyślałem. W sumie pogoda {i}bahdzo niekorzystna dla meteopatów{/i} utrzymywała się od jakiegoś miesiąca. Ludzie chodzili jak ostatnie dupy, denerwując się i bucząc na wszystko z dezaprobatą. Babka w metrze zagadnęła do mnie, tego czwartku właśnie, mało przyjaźnie: - Daj pan się też rury przytrzymać, pan taki młody a się rury trzymać musi! – Nawet mimo, że po drugiej stronie drzwi były jeszcze dwie takie rury, to musiał się babsztyl złapać akurat za tą, przy której ja właśnie stałem. Odpowiedziałem jej, że jak sobie tak upodobała te rury, to mogę jej podać adresy kilku fajnych najtklubów, gdzie rur jest pod dostatkiem. Prychnęła coś o chamstwie i przeniosła się na drugi koniec wagonu. W szkole było jak zawsze. Czyli tak, że po pięciu minutach po wyjściu już nic nie pamiętałem. W ten szary czwartek wyszedłem ze szkoły sam. Nie wiem – może dlatego, że zerwałem się z ostatniej lekcji, jaką była przedsiębiorczość? Czarek tym razem nie protestował. Przeważnie – kujonek – wpada w szał jak tylko wspomnę o wagarach, ale dzisiaj moje oświadczenie przemilczał. Wyszedłem wcześniej, bo szkoła mnie przygnębia. Pewnie wielu przygnębia, ale ja wtedy miałem oczywiste powody, by być bardziej przygnębionym niż zwykle. Poszedłem do {i}Maca{/i}. Zamówiłem loda w waflu z polewą czekoladową. - Z paragonem toaleta gratis. Życzę smacznego! – uśmiechnęła się kasjerka. Chciałem być w stanie odwzajemnić uśmiech. Wszedłem na górę i usiadłem z tyłu, w kąciku dla dzieci. Tam prawie nigdy nikt nie siada. Czasami jak pojawiają się gnoje, to się przesiadam. Ale w ten piekielny czwartek nie było tam nikogo. Tylko ja. Z głośników leciało {i}Szalenie{/i}. Niesamowite, jaką karierę robiła ta piosenka. Baśkę coraz rzadziej widywano w szkole. Pewnie miała sesje, wywiady i inne takie duperele. Gdybym ja był sławny, to kim bym był? Na pewno nie piosenkarzem. Moje zdolności wokalne są równe zeru. Aktorem? Może… co mógłbym zagrać?… Nie… w sumie to nie mógłbym zostać aktorem, bo nawet nie wiem, co bym miał zagrać. Chętnie zostałbym prezenterem telewizyjnym. Na przykład w jakimś programie informacyjnym. - Dzień dobry państwu. Andron Zygmuntowski. Rozpoczynamy {i}Fakty/Wiadomości/Wydarzenia{/i}. Czwórkę małych dzieci znaleziono w beczkach w podwarszawskim mieszkaniu… Taa… to by była sława. A nie darcie ryja, jak się szalenie kogoś kocha, że się nie przestanie, dopóki nie skończy się beat. Politykiem bym raczej nie mógł być – to nie na moje nerwy. Nie dla mnie użeranie się z czterysta pięćdziesięcioma dziewięcioma bezmózgami, którzy zaprzedaliby swoje dusze diabłu, byleby tylko być w stanie pospłacać kredyty pobrane przed kadencją. Nie będę sławny. Skończę zapomniany w jakiejś kancelarii notarialnej, nosząc papierzyska jakiemuś mecenasowi od siedmiu boleści. - Mysio Pysio? Ty nie w szkole? – usłyszałem piskliwy głosik za sobą. Serce mi zamarło i odwróciłem się gwałtownie. Za mną stała Beatka Kołdonkiewicz, trzymająca czerwoną tacę z shake’m i szczerząca zęby zza blond loczków. Wstałem. Chciałem stamtąd natychmiast wyjść, bo przeczuwałem, czym to może się skończyć. Ale nie mogłem. - Jak możesz się jeszcze do mnie cieszyć, ty tania i łatwa… tania i łatwa… – To słowo najwyraźniej nie mogło przejść mi przez gardło. - To nie jest śmieszne, Andruś – powiedziała, już się nie uśmiechając. -A czy ja się, kurwa, dobrze bawię? Czy staram się być śmieszny, czy ja żartuję? Czy ja se, kurwa, jaja robię? Nie… jakoś mi nie do śmiechu… wręcz, kurwa, przeciwnie! – Słowa same wypełzły mi z ust, zanim zdołałem je powstrzymać. - Co się stało, Andruś? – spytała niewinnie. Niewinność to ostatnia rzecz, o jaką mógłbym ją posądzić. - Co się, kurwa, stało, się pytasz? Co się stało, hę? A to się stało, że się wszystko widziało. Myślałaś, że jestem frajer, że Misio Pysio to głupi saker, który ma oczy na dupie? - Ale… - Nadal nie wiesz, o co chodzi? To ja ci chętnie odświeżę pamięć! Widziałem cię ostatnio, jak się lizałaś z jednym z tych twoich, kurwa, {i}kolegów z przedszkola{/i}. Jak się namiętnie obściskiwałaś z tym kretynem, któremu anabole wyżarły mózg… - Ale to nie jest tak, jak… - Nie jest tak, jak myślę, hę? Jest, kurwa, DOKŁADNIE tak, jak myślę. Jesteś puszczalską, tanią, łatwą… {i}dziwką{/i} – powiedziałem głośno i z naciskiem. Kilka osób w {i}Macu{/i} się obejrzało, ale kompletnie to zignorowałem. Beata miała niewyraźną minę, ale było pewnym, że w tej chwili rozważała różne scenariusze. - Tak – powiedziała w końcu pewnym głosem. – Spotykam się z Marcinem. Dlatego, że… że… on mi daje to, czego ty mi nie potrafiłeś dać – powiedziała, bo wydawało jej się, że to zabrzmi bardzo filmowo i dramatycznie. - Ach tak… a cóż on takiego ma, czego ja nie mam? – spytałem prześmiewczym tonem. – Oprócz pięćdziesięciu kilo więcej i zjebanej facjaty? - Wszystko ma… wszystko ma… lepsze. Jest lepszy od ciebie we wszystkim – odpowiedziała takim tonem, jakby pragnęła zadać mi jak najgorszy ból. Nie mogę powiedzieć, aby się to jej w tym momencie nie udawało. - Lepszy jest chyba w… - MAM JUŻ DOŚĆ! Dość ciebie, dość tych twoich pseudointeligenckich żarcików, dość twojego egoizmu, pokazywania na każdym kroku jaki to jesteś fajniejszy i mądrzejszy od wszystkich innych. Dość twoich dowcipów, docinek, aluzji na… na… {i}różne tematy{/i}, dość szczeniackiego narzucania się… Nienawidzę cię! – Teraz już krzyczała. – Nienawidzę, nie mogę na ciebie patrzeć, jesteś obrzydliwy! Jak mogłam cię kiedyś uważać za przystojnego, błyskotliwego…? Jesteś zafajdanym, zapatrzonym w siebie nieudacznikiem… nic nie potrafisz! Marcin jest kochany, czuły, przystojny… może nie potrafi się tak kretyńsko wygłupiać, ale też ma cele w życiu… jest mądry… o wiele mądrzejszy od ciebie. I fajniejszy… chociaż nie wiem, jakbyś się starał, to jest LEPSZY i fajniejszy od ciebie. Każdy facet jest na pewno lepszy od ciebie, ty… ty jełopie, żałosny złamasie! Oczy zaczynały mi się szklić. - TAK?! To ja ci zaraz powiem kim {i}ty{/i} jesteś. – Złość bulgotała we mnie od palców nóg po sam czubek głowy. – Jesteś, oczywiście oprócz bycia słodką idiotką, dziwką i to cholernie tanią. Gdybym wiedział o tym wcześniej, to nie straciłbym na ciebie ani sekundy. Nawet bym na taką cholerną bezużyteczną debilkę nie spojrzał. Ale ty jesteś żmiją. Nieźle się maskowałaś, kurwa, całkiem nieźle! A teraz wyszło szydło z worka. Wyszła ta niedowartościowana dupodajka, która z byle zafajdanym blokersem się puści, bo myśli, że to jej doda jakiejś wartości… – Beata płakała już, patrząc się na mnie z nienawiścią, a mi to zaczęło sprawiać jakąś chorą przyjemność. – Ale ty jesteś straconą, bezwartościową… Zobaczymy, gdzie będziesz za kilka lat z tym twoim Marcinkiem… co ja mówię… za tydzień będziesz miała kolejnego Piotrusia, którego numer buta kilkakrotnie przewyższa jego IQ! I za dziesięć lat, z czeluści dzielnicy czerwonych latarni będziesz wspominała gościa, który przynajmniej miał klasę i szukał w tobie czegoś więcej niż wielkich cycków i wygolonej szparki. I OCZYWIŚCIE NIE ZNALAZŁ! - Kutas! - Dziwka! - Jebany pozer! - Dziwka! - Stuknięty fagas! - Pieprzona dziwka! - Proszę natychmiast opuścić restaurację! Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że gapi się na nas cały {i}McDonald’s{/i}. Tuż przy nas stał teraz ochroniarz, który trzymał już mnie i Beatę za ramiona i miał zamiar – nie wiem – wyciągnąć nas stamtąd siłą? Zdziwienie i oburzenie malowało się na jego okołotrzydziestoletniej twarzy, ale reszta klientów była raczej rozbawiona naszą kłótnią. - Proszę wyjść – powtórzył ochroniarz. - Dobra, nie jestem głuchy – powiedziałem. – Puść mnie pan! – Wyrwałem ramię z jego uścisku. Beata, która miała teraz pod oczami rozmazany makijaż, zrobiła to samo. Wrzuciłem torbę na ramię i wyszedłem. Słyszałem tylko jak Beata uderza obcasami o podłogę za mną, a na sobie czułem wzrok całego zafajdanego {i}McDonald’sa{/i}. W wyjściu minęła mnie. - Z nami skończone – powiedziała dramatycznie. - Jasne, kurwa, że skończone… żebym cię więcej na oczy nie widział! - Taa? Bo co? – zapytała przez łzy Beata. - Odpierdol się ode mnie. Nie chcę cię więcej widzieć… - Nawzajem, fiucie! Beata pospieszyła szybkim krokiem do przejścia przez Marszałkowską; ja podążyłem wzdłuż Galerii. Jak na rozpad związku osób, które od kilku miesięcy tłumiły wzajemną do siebie nienawiść, to poszło całkiem nieźle. Łzy zdążyły mi już wyschnąć i czułem się dziwnie oczyszczony. Wyciągnąłem fajka, zapaliłem go, a potem odnalazłem w torbie komórkę. {i}Spis telefonów – Beata – Usuń{/i}… {i}So fuckin’ simple. {/i}

{b} {/b}ROZDZIAŁ IV

Odwiedziny

– Rozumiem. Pogoda, atmosfera i ten dzień, ale nie musisz nosić takiej skwaszonej miny – powiedziała babcia, kiedy szliśmy zaśmieconą liśćmi powązkowską alejką. Wszędzie krzątali się ludzie – nieśli znicze, kwiaty i wieńce, a nad nimi unosił się zapach topiącego się wosku. – Gdyby to było wszystko takie proste – westchnąłem. Na niektórych grobach zaczynało już brakować miejsca na nowe oznaki pamięci bliskich. – Kiedyś dostaniesz ode mnie, wnusiu, prztyczka w nos – powiedziała groźnym tonem babcia. Szła spokojnie, a jej beżowy płaszcz marszczył się z każdym jej spacerowym krokiem. Wzrok miała wzniesiony w górę, w korony pochylających się nad alejką powązkowskich drzew; dumnie trzymała z tyłu ubrane w brązowe rękawiczki dłonie. – Dlaczego? – Nie jesteś ze mną szczery – odpowiedziała spokojnie. Nawet na mnie nie spojrzała. – Jaki był dziadek? – Wiedziałem, że był to odpowiedni moment by zadać to pytanie. – Był łajdakiem i draniem – odpowiedziała babcia rozmarzonym głosem. – I za to go kochałam. – Kochałaś go za to, że był łajdakiem? – I był bardzo dobry w łóżku. – BABCIU! – Nie będę ukrywać, że była to jedna z jego ważniejszych, acz nielicznych zalet – dodała szybko babcia, widząc moje oburzenie zmieszane z podziwem. – Słyszałem… – zacząłem niepewnie. – Słyszałem, że was zostawił… ciebie i tatę… to dlatego tata tutaj nie przychodzi? – Nie wiem dlaczego twój ojciec tutaj nie przychodzi, wnusiu. I nie wiem dlaczego ja nie miałabym przychodzić na grób własnego męża. Chociażby w ten jeden szczególny dzień w roku. – Babcia westchnęła. – Tak… Hirek nas zostawił… po prostu uciekł… zatęsknił za wolnością, nie wiem… Ale po co ty mnie o to wszystko pytasz? – Czy dziadek cię…? Czy dziadek miał…? – Kochankę? Jasne. Doliczyłam się trzech – babcia wydawała się rozbawiona samym wspomnieniem. – Jedną znam do dzisiaj, ty też ją znasz. Pamiętasz, jak zawsze przyjeżdżałeś do mnie, to przychodziła pani Halinka spod czwórki i dawała ci swojego ciasta czekoladowego? Zawsze ci smakowało… – Jasne. Ciasto zawsze było przepysz… PANI HALINKA?! – wykrzyknąłem. Kilkoro ludzi przy grobach się obejrzało. – Ciszej, wnusiu! – Babcia przyłożyła palec do buzi. – Ale wy jesteście koleżankami, sąsiadkami, pijecie ze sobą kawę… – I co z tego? Hirek zmarł w dwa lata po tym jak nas zostawił. To było trzydzieści lat temu. Jakie to ma teraz znaczenie? – Tata wie o pani Helence? – Nie. Ale widać historia własnego ojca nie bardzo go obchodzi, skoro nie chce nawet na Wszystkich Świętych zapalić świecy na jego grobie… A ty coś się nagle tak zainteresował biografią swojego dziadka? – A tak jakoś – odpowiedziałem, odwracając wzrok. – Chcesz mi o czymś powiedzieć. – Tak… nie… tak… nie… no dobrze, powiem. I opowiedziałem przebieg ostatnich dni, których główną bohaterka była niestety Beata K. – To cudownie! – powiedziała uradowana całą historią babcia. – Cudownie? Nie wiem co w tym cudownego – odpowiedziałem z jeszcze bardziej skwaszona miną iż wcześniej. – Wreszcie, nareszcie to się skończyło. Pamiętasz jak ją raz do mnie przyprowadziłeś…? Bodajże w marcu…? – Tak. I co z tego? – Nie chciałam ci wtedy tego mówić, ale wydała mi się… no… totalną idiotką? – powiedziała babcia, zmieniając twierdzenie w pytanie, co miało chyba załagodzić przekaz. Ja się tylko roześmiałem. – Trzeba było mi to wtedy powiedzieć! – powiedziałem. – Jakoś, wnusiu, nie miałam serca. Wydawałeś się taki szczęśliwy. No ale dobra. Było, minęło. No to, która ci się tam teraz podoba? – spytała babcia prowokacyjnie. – Babciu, błagam cię. Mówisz jak wujek Jarek… – To bardzo miły dżentelmen, nie wiem co do niego masz… – uśmiechnęła się babcia, gdy wychodziliśmy przez bramę.

* * *

W tę listopadową sobotę po raz pierwszy spadł śnieg. Nie był to jeszcze gruby, ciężki puch, jaki spada na przykład w połowie stycznia, ale cieniutka warstewka białego lukru, która od razu się topiła. I się chyba pierwszy raz od kilka tygodni ucieszyłem. Koniec z tą okropną późną jesienią, z tym błockiem, ciemnymi nocami… Kiedy spada śnieg, wszystko jest jakby jaśniejsze i od razu kojarzy się ze Świętami. Chociaż w sumie to wszystko mi się kojarzy ze Świętami odkąd obowiązującymi dekoracjami na Święto Niepodległości są choinki i amerykańskie ostrokrzewy na każdym budynku. Siedziałem właśnie przy komputerze w pokoju, gdy usłyszałem przez otwarte drzwi dźwięk domofonu. - Aaaaaaandroooon! Odbierz domofon! – krzyknęła z dołu mama, sądząc zapewne – błędnie – że się nudzę. Sama pewnie siedziała sobie na kanapie, czytając jakiegoś brukowca i gryząc zczerstwiałe w szafce herbatniki. Wstałem od komputera i wyszedłem na korytarz. Tam, na ścianie, wisiał biały domofon, dzwoniący jak opętany. - Halo? – powiedziałem do słuchawki.{i} - Andron, ch’opie! Otwieraj! Wujostwo przyjechało!{/i} – usłyszałem niski głos mojego wuja i zamarłem ze słuchawką w ręku. – Cześć, wujku. Już wpuszczam. – Całkowicie zrezygnowany wcisnąłem przycisk. Srebrny Land Rover zatrzymał się przed furtką. Zaczynały się trzy godziny… trzy koszmarne godziny z wujkiem Jarkiem i ciocią Wiesią – Państwem Obciach. Jarosław Dziuk jest bratem mojej mamy, ale różni się od niej diametralnie. Do dziś nie wiadomo, czy skończył liceum, jest prezesem firmy browarniczej – producenta piwa {i}Kop{/i} znanego w całym kraju. Są tak bogaci, że właściwie mogliby kupić niezły kawał Warszawy, łącznie z moim osiedlem i mną samym. Mają wypasioną willę w Konstancinie, cztery samochody oraz domek letniskowy na Minorce. Mimo to, staram się z nimi mieć jak najmniej wspólnego. Najbardziej współczuję ich córce – dwudziestosześcioletniej Anastazji. Na szczęście wyprowadziła się z domu i znalazła pracę od razu po maturze. Już na studiach nie musiała mieć z nimi zbyt wiele wspólnego. Przeważnie do nas z nimi przyjeżdża. Ciekawe, czy tak też się stało i tym razem? Mama otworzyła drzwi. Pierwszy do mieszkania wszedł brzuch wujka, a za nim on sam z poczerwieniałymi policzkami i wiecznym uśmiechem, który nie wiem co wyrażał – uwielbienie dla własnej pracy, bogactwa, czy wychudziałej, zasuszonej żony, która jest moją ciotką, a która po chwili również weszła do przedpokoju w świecącej, różowej bluzce od {I}D&G{/I}. W ręku trzymała złotą torebkę od {i}Gucciego{/i} (oczywiście z ogromniastym, złotym napisem {i}Gucci{/i} – jakby ktoś miał jakieś wątpliwości, co do marki), a na twarzy miała z trzy litry fluidu, który poukrywał się w zakamarkach jej pomarszczonej cery. Wujek podszedł do mnie i, mimo, że byłem o połowę od niego wyższy, poczochrał mnie po włosach swoimi parówkowatymi palcami, jakbym był jeszcze w przedszkolu. Następnie weszła Anastazja. Wysoka brunetka w porównaniu ze swoją mamusią wyglądała dość… skromnie. Ale przy cioci Wiesi nawet Klejnoty Królewskie wyglądały, delikatnie mówiąc, skromnie. Anastazja miała minę pod tytułem „jak ja nienawidzę moich starych” i uśmiechnęła się tylko, kiedy całowała się z moją mamą i witała ze mną. – Gdzie mój drogi szwagier? Pewnie w tym gnoju w ogródku, co? – spytał wujek, zanosząc się ordynarnym śmiechem. – Tak, szczególnie w śniegu – odpowiedziała Anastazja. – Wchodźcie, wchodźcie! – Mama zaprosiła gestem ręki gości do salonu. Wujek rozsadził swój brzuch przy stole, ciotka usiadła obok, Anastazja po jej lewej stronie, ja obok. – Jacek siedzi w biurze przy komputerze, zaraz powinien zejść. Pójdę po jakieś ciasteczka i kawkę, co? – powiedziała mama i skierowała się w stronę kuchni. – Oj, tak kawa, przydałaby…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych