Wróć do katalogu

Abaddon

Temat oklepany, ale za to świeże podejście ^^

Makropheagein, opublikowano , 40 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Jakub Makropheagein Krystek (DR2612821818J)

Abaddon

Jeśli bohater wybierze dobrze - jest wielki. Jeśli źle - już nie jest bohaterem. JMK

==Prolog

[Podstawowym celem bytu istoty jest przekazanie swego DNA dalej, aby jej rasa przetrwała i była ponad innymi. Celem bytu istoty wyższej jest również zniszczenie wszelkich innych istot... Zgładzenie ich... Pozbycie się ich za wszelką cenę.. Czy był istotom wyższą? Najprawdopodobniej tak, niszczył bowiem wszystko inne, bez znaczenia na płeć, wiek, kształt czy umiejętności. Formatował świat. Przemierzał go pozostawiając po sobie pył i krew, a żadna siła nie była w stanie go zatrzymać. Był niewątpliwie mężczyzną. Wysoki facet odziany w długi czarny płaszcz. Miał sięgające pasa jasne włosy i lodowate zimne oczy. Nic nigdy ze sobą nie niósł bo spał tam gdzie chciał i jadł to co tylko akurat nawinęło się pod rękę Nie unikał też i ludzkiego mięsa. Czego więc używał do walki? Czym zabijał tak szybko i sprawnie? Golemem. Jeff był jedynym istniejącym golemem, mimo czego ludzie wiedzieli dobrze jak nazwać to monstrum. Jeff miał ponad dwa metry wysokości, posiadał ręce miażdżące wszelką napotkaną materie, prędkości większą niż światło i był zupełnie pozbawiony wszelkiej litości. Robił to co mu nakazano dokładnie i bez ociągania. Poza tym prócz swej wielkości i rąk mógł obrać każdą formę bez względu na prawa fizyki. On kierował go myślą. Każda jego myśl brzmiała pewnie i twardo. Ale nie pozbawiono go przecież wszystkich uczuć. Miał jedno uczucie. Uczucie że robi dobrze, że przecież o to chodzi w życiu. Znienawidzony syn apokalipsy - Abaddon.]

==1 Obudź się, wstań, rozejrzyj Co widzisz, Hisano? - Widzę wnętrze sześcianu. Bok ma 3y metry. Ściany są gładkie. Jedne metalowe drzwi. Zamknięte na klucz. To co powiedziałaś Hisano, czym było podyktowane? - Zmysłem wzroku. Opisałam to co widzę. A gdybyś nie miała wzroku Hisano, co byś powiedziała? - Że widzę ciemności. Hisano, masz do mnie pytanie? - Tak, dlaczego codziennie rozmawiamy o tym samym? Bo nadchodzi czas gdy nas tu nie będzie. - Wypuszczą nas? Podoba mi się twoja nadzieja w głosie. Ale wypuszczą tylko ciebie. - Dlaczego? Jestem tym sześcianem o gładkich ścianach. Ja jestem tymi wieziącymi cię drzwiami. Tymi drzwiami zamkniętymi na klucz. To na mnie śpisz Hisano, po mnie chodzisz i tańczysz. - Dlaczego mówisz mi coś takiego? Gdy pytam co widzisz tak naprawdę pytam czy wciąż jestem obok ciebie. - A mogłoby być inaczej? Tak, Hisano. Mogli mnie zabrać. Ty mnie widzisz zmysłem wzroku, ale to oni kontrolują to co widzisz. - Kontrolują widzenie? Kontrolują. Chcę byś nauczyła się w e j ż e n i a i na nim tylko polegała, Hisano. To bardzo ważne. Jeśli to zrobię, oni mnie zniszczą. Uratuje jednak ciebie. Chcę byś mogła wejrzeć - Nie rób tego. Czy chcesz by cię zniszczyli? Czy umiejętność wejrzenia naprawdę ma taką moc? Nie możesz powątpiewać, Hisano. Pozbądź się wątpliwości. Wtedy wejrzysz [Hisana nauczyła się.] Hisano, udało się. Wejrzyj na to co jest wokół ciebie. - Widzę łakę, a na niej starca siedzącego na krześle. Niebo błękitne ponad mną i zielona trawa u mych stóp. A gdzie ty? Jestem tym starcem. Siedzę tu całe swoje życie, a byłem dla twego wzroku sześcianem o gładkich ścianach i metalowych, zamkniętych na klucz drzwiach. - Przecież oni nie trzymali mnie dłużej jak kilka lat! Nie, Hisano. Pozbawiono cię rachuby czasu. Oddałem swój ż a r za twoją młodość. Mam w tobie nadzieje Hisano. Dałaś mi siłę bytu. Oni zaraz tu przyjdą. - To szybko! Uciekajmy! Pomogę ci! Nie, Hisano. Niewątpliwie udałoby się nam, ale ja nie chce. Ja nie mam po co uciekać. [Hisana uciekła, a oni przyszli i zniszczyli starca.] Hisano, czego się boisz? - Co? Jak? Kto ty?! Co ty?! Jesteśmy nimi, a właściwie jestem nim. Bo jestem jeden. - Zostaw mnie! Nie dość że mnie więziłeś? Odejdź ode mnie, zostaw mnie... [W panice powtarzała to kilkakrotnie.] Wiem że masz mnie za całe znane sobie zło. Wymazałem z twej pamięci wszystko co było przed sześcianem. Pamiętasz tylko sześcian. Pamiętasz spokojny jego głos i jego nauki. Co najlepiej pamiętasz z nauk sześcianu, Hisano? - Wejrzenie! Umiem od ciebie uciec bo umiem wejrzeć Tego nauczył mnie sześcian na przekór tobie. Nauczył mnie zanim go zniszczyłeś! Sześcian był tworem idealnym, nie mógł nauczyć cię czegoś czego mu nie kazałem Hisano. - A jednak... Nie rozumiesz. Ja mu kazałem nauczyć cię wejrzenia Zrobiłem to na przekór jemu, by mieć powód aby go zniszczyć. -… Chciałem też by za oddany ci swój żar chociaż raz poczuł, że zrobił coś wspaniałego. Żeby poczuł, że zrobił coś z własnej woli. - NIE NAWIDZĘ CIĘ!!! To zrozumiałe. - NIE NAWIDZĘ, NIE NAWIDZĘ, NIE NAWIDZĘ!!! ZDYCHAJ, ZDYCHAJ, ZDYCHAJ... [Tak krzyczała aż rozbolało ją gardło. Potem płakała długo, płaczem nieutulonego bólu.] Hisano, musisz być silna. -... To oczywiste że nie chcesz aby żar i śmierć twego przyjaciela poszły na zmarnowanie. Jestem tylko ja, Hisano. Ufaj tylko mi, bądź tylko dla mnie. Nie szukaj zgubnych ścieżek, chodź ze mną. Dam ci sens. - Sens? [Zerwał się wiatr. Wył pomiędzy budynkami starego osiedla. Dźwięki przyprawiające o drżenie wdarły się do jej świadomości. Do nozdrzy uderzył odór fekaliów, a przez przerażające zimno całe ciało pokryło się gęsią skórką. Kilka mdłych lamp tworzyło cienie kryjące się w kątach.] Widzisz tego człowieka w bramie naprzeciw, palącego papierosa? - Widzę.. Widzę człowieka w długim czarnym płaszczu, który wiruje pod wpływem podmuchów. Nie widzę jednak jego twarzy ukrytej pod długimi włosami. Tym człowiekiem jest Abaddon - znienawidzony syn apokalipsy. Abaddon jest wszelkim złem wierzącym tylko w przekonanie, że dobrze robi niszcząc wszystkich na tym świecie prócz siebie. Abaddon przemierza świat poszukując też odpowiedniej partnerki. - Szuka partnerki? Żeby mieć potomstwo. Abaddon jest nieśmiertelny, ale chce zaludnić świat tylko istotami swego gatunku. Wiem Hisano, że stwierdzenie "szuka odpowiedniej partnerki" nasuwa okropne skojarzenia. Racja. Abaddon szuka konkretnej kobiety. On szuka ciebie. [Zdumiona zastygła wpatrzona w Abaddona powoli przykładającego papierosa do ust i zaciągającego się dymem. Wiatr rozwiał jego jasne włosy. Ujrzała jego lodowate oczy.] - Nie podoba mi się ten człowiek. Abaddon nie jest człowiekiem, Hisano. Abaddon nigdy też człowiekiem nie był i z pewnością nie będzie. Jest istotom wyższą. Nie dba zupełnie o to co myślą inni, czego chcą i szukają. On jest przeklęty. - Czyli musiała istnieć osoba która go przeklęła... Kto mógł zrobić coś tak okropnego?

==2

Ja. Ja przekląłem Abaddona. [Znów słychać było tylko jęki wiatru.] Podejdź do niego, Hisano. Nic ci nie grozi z jego strony. Wiedz, że jesteś jedyną osobą na tym świecie jaką oszczędzi. Lepiej, będzie cię chronił bardziej niż własne życie. - Dlaczego wybrałeś mnie?! Dlaczego ja?! Co jest we mnie takiego co on poszukuje?! Kto powiedział że musiałem cię wybierać. Nie, Hisano. Ja wcale cię nie wybrałem, z tego prostego powodu, że ty jesteś moim tworem. Ja cie stworzyłem. Chce byś powstrzymała Abaddona. - Sam nie możesz? Ty go przekląłeś! I właśnie dlatego nie mogę Hisano! Nie wyobrażasz sobie nawet jak bardzo bym chciał sam to naprawić. Teraz idź. Żegnaj. On poszukuje kobiety w której płynie ten jeden, jedyny żar. [Głos ucichł i nie powracał mimo nawoływań. Wreszcie Hisana wstała i podszedła delikatnym, ostrożnym krokiem do Abaddona.] To ci nagadał. Nagadał ci pierduśnik o Abaddonie. Przeklęty. - Świat wokół mnie jest taki dziwny. Sama już nie wiem co mam robić. Połóż się. Umrzyj. Powinnaś zrezygnować z darów jakich nie jesteś w stanie unieść. - Nazywasz to "darami"?! [Podniesiony ton jej głosu nie zrobił na nim najmniejszego wrażenia.] Tak tylko sobie powiedziałem. Brak w tym sensu. - Nie chcesz mnie dla siebie? Pozwalasz mi umrzeć? Nie bierz słów za pewnik. Zwłaszcza słów Abaddona. Za oczywiste przyjąłem, że jednak się nie położysz by umrzeć. [Kiwnęła głową, rozumiejąc w pełni.] Nie będziemy tu długo. Zaraz odejdziemy dalej. To miejsce jest nieme, nie czuje jego wołania. Każde miejsce woła do Abaddona, ale nie to. Zaraz odejdziemy. - Na co czekamy? Masz racje. Ruszajmy. [Szedł długą, szeroką ulicą. Hisana przerażona stąpała z tyłu, jakby w każdej chwili miała nadepnąć na minę Nad ulicą wisiały olbrzymie budynki jarzące się neonowymi reklamami. W kawiarenkach i sklepach grała wesoła muzyka i szumiały cicho wentylatory.] - Co to za miasto? Gdzie są wszyscy ludzie?! Jestem Abaddonem. Zabiłem ich. [Jeff wyłonił się nagle z asfaltu w pobliżu nóg Abaddona. Jako pierwsze pojawiły się jego ręce a dopiero potem bezkształtna reszta. Abaddon zatrzymał się w miejscu i z niesamowitą lekkością wskoczył na jego grzbiet.] Choć, Przeklęta. Nie będziemy przecież długo na ciebie czekać. [Podbiegła i chwytając wyciągniętą ku niej rękę niezgrabnie wpełzła na golema. Ten natychmiast ruszył unosząc się metr ponad ziemią.] - Nie zabiłeś ich. Nigdzie nie widziałam zwłok. Wszak uczono cię wejrzenia Wejrzyj proszę w dzieło Abaddona, a następnie powiedz: "Nie zabiłeś ich." [Wejrzała Nie powiedziała jednak: "Nie zabiłeś ich." Wejrzywszy w dzieło Abaddona nie była w stanie nic powiedzieć.]

==3

[Opuściwszy miasto trafili na olbrzymi płaskowyż. Słońce płynęło leniwie ponad nim, a jego promienie szukały schronienia w drobnych kotlinkach i wśród gałęzi wyschłych krzaków. Wiatr ustał zupełnie i nie czuli podmuchów nawet mimo niesamowitego pędu. Świat wydawał się uroczy.] - Gdzie zmierzamy? Daleko, daleko stąd. Do kolejnego miasta. Byt przeklętego Abaddona to jedno wielkie zmierzanie. Nie, Jeff? [Jeff wydał z siebie przerażający wrzask.] - Znów będziesz zabijał? Zabijesz wszystkich ludzi w mieście? [Abaddon spojrzał na nią parą swych lodowatych oczu z wyrazem jakiego nie była w stanie rozszyfrować. Patrzył długo i wnikliwie. Chwila płynęła, nawet nie zdała sobie sprawy kiedy odwrócił od niej głowę i syknął.] Abaddon zabija wszystkich. Gdy raz zaczniesz - nie kończ. - Jak?! Możesz to zakończyć w każdym momencie! Możesz się nawrócić! Naprawić zło jakie wyrządziłeś! [Zaśmiał się paskudnie] To byłoby nie fair wobec tych których już zabiłem. Poza tym naprawia się to co się zepsuło. Ja teraz naprawiam. Abaddon jest dla świata jak płukanie żołądka. - Zdajesz sobie więc sprawę, że "wypłukujesz" nie tylko same złe rzeczy? Nie ma skali według której powiesz że jedne rzeczy są dobre, a drugie nie. Abaddon szykuje miejsce godnym. Uznaje, że to co spotykam godnym nie jest. - Mnie oszczędzasz, jestem więc godna. Bluźnisz, przeklęta. Ciebie, tylko potrzebuje. Gdy już wypełnisz swoją zadanie, pozbędę się i ciebie. Dla Abaddona nie ma wyjątków. Żadnych. [Lecieli przez kolejnych kilka godzin nieustannie. Wreszcie dotarli w pobliże następnego miasta.]

==4

[Był to człowiek który przeciwstawił się Abaddonowi. Wysoki, przystojny, trochę melancholijny ale przeważnie wesoły. Używał techniki jakiej jak dotąd nie znano.] Wstawaj, wstawaj śpiochu. Musimy podążać dalej, nie możemy się zatrzymywać na tak długo. - Tak, masz racje. Jednak nie zdajesz sobie sprawy jak bardzo jestem zmęczony. Podróżujemy już tak długo! [Pokracznie siedział w ruinach domu i rozmawiał do czarnej kulki calowej średnicy, leżącej na jego dłoni] Abaddon również niewiele odpoczywa! Musimy go dogonić! - Tak, ale na co mi spotkanie z Abaddonem jeśli nie będę w stanie z nim walczyć? [Przez moment wydawało się, że kulka błyszczy.] Będziemy mieli nad nim przewagę gdy dotrzemy do miasta, ale teraz musimy się spieszyć. [Kiwnął głową w milczeniu, wstał i przemaszerował pomiędzy zniszczonymi budynkami] - Nigdzie nie widzę zwłok ludzi, jak to możliwe? Abaddon zabija w sposób zupełnie inny niż ludzie, zwłoki tu są, ale my... ty ich po prostu nie widzisz. - A ty? Widzisz je? Tak, i nie masz mi czego zazdrościć. [Człowiek ten miał na imię Sam i tylko on przeciwstawił się Abaddonowi. Lepiej - przeżył spotkanie z nim, chociaż za to olbrzymią cenę zapłaciła jego siostra Julia stając się małą, czarną kulką calowej średnicy. Było to krótko po tym jak On przeklął Abaddon i ten przybył na ziemię by ją sobie ujarzmić. Ludzie znikali, lecz Sam stanął naprzeciw dziecka apokalipsy stawiając mu czoła…]

==5

[Zanim dotarli do miasta po drodze napotkali kilka mniejszych wiosek i mieścin. Abaddon nawet nie zsiadał z golema, a ludzie znikali jak po dotknięciu magiczną różdżką. Hisana nie odważyła się by na to patrzeć. Odwróciła wzrok i płakała.] Spójrz na to z innej strony, Hisano. Ci ludzie umierają, ale umierają niemal bezboleśnie. Ich bliscy giną obok nich, czyż to nie najszczęśliwszy rodzaj śmierci? - Żadna śmierć nie może być nazwana szczęśliwą! Oh, Hisano! Czy wolałabyś żebym zsiadł z Jeffa i zabijał każdą osobę po kolei, tak aby konała w okropnych męczarniach? - Jak możesz w ogóle pytać o coś takiego? Widzę, że wciąż za mało mnie znasz… - A ty mnie! Muszę się nie zgodzić, albowiem znam cię lepiej niż ty sama siebie znasz. Ja wiem co robiłaś przed sześcianem… [Później już było miasto. Wojsko, samoloty i okropne wrzaski ludzi miażdżonych przez walące się budowle. Poprzednie miasto, w którym szalał wiatr, nie było tak zniszczone. Tamto miasto nie wołało Abaddona, nie szukało wyzwolenia, ale to i owszem.] Ludzie są wspaniałymi istotami. Mimo, że każdy z osobna chce żyć, gotowi są poświęcić się w imieniu społeczności! - To chyba normalne, nie? Właśnie że nie, Hisano - moja wybranko. Na ich miejscu spieprzałbym gdzie pieprz rośnie, albowiem to wiadome, że ze mną żaden człowiek nie ma szans… Żaden prócz jednego… - Tak?! [Dziewczyna podniosła na niego zapłakane oczy, w których błysła nadzieja.] Tak… [Abaddon zaśmiał się, a jego śmiech był zimny jak zimne były jego oczy.] Ten młokos i jego zabawka już tu zmierzają, jeszcze dzisiaj was poznam Hisano, to naprawdę fascynujący człowiek. Jego upór sprawia, że mam ochotę jeszcze raz darować mu życie zanim go zabiję, ale chyba tego nie zrobię. Apokalipsa to nie zabawa, jak wszyscy to wszyscy. - Twoje słowa wzbudzają we mnie obrzydzenie… [Zeszli z Jeffa jaki miażdżył budowle, a pojazdami rzucał niczym chusteczkami do nosa. Dziewczyna była przerażona, ale kroczyła za plecami Abaddon. Wierzyła, że niema bezpieczniejszego miejsca w czasie apokalipsy jak u boku istoty, która ją niesie.] Nie masz się czego bać, przeklęta, póki żyje Abaddon to i ty będziesz żyła. - Czyli, że jestem teraz nieśmiertelna? Nie do końca… [Jakiś pocisk uderzył w niego, ale odbił się. Dziewczyna wstała z klęczek.] Będę cię bronił bardziej niż siebie, więc zginiesz dopiero po mnie. - Nie byłabym tego taka pewna! [ Mówiła z wyniosłością, ale i tym razem Abaddon nie pokazał żadnych uczuć.] Ale ja jestem. [Miasto osłabło szybko, ale dziewczyna nie widziała zwłok, nie próbowała wejrzeć wspominając co wtedy ujrzała. Dotarli do wielkiego placu w środku miasta, tam Abaddon siadł na kamiennej ławeczce i sięgnął do kieszeni płaszcza po papierosa. Zapalił go i z uśmiechem patrzył na dym wynurzający się z żaru. Dziewczyna siadła obok.] - Jak możesz tak spokojnie palić z uśmiechem, kiedy wokoło ten stwór morduje ludzi! To nie on morduje. - Nie on? Ty? Tak. On jest tylko narzędziem w mym władaniu. Do jego działania pcha go moje przekleństwo. [Dziewczyna spuściła oczy ku zniszczonemu brukowi, potarła czoło i głośno westchnęła.] Mam nadzieje, że tym razem walka będzie ciekawsza. - Ciekawa będzie dopiero, gdy cię pokona. [W jej głosie zadźwięczała nuta nadziei] Nadzieja jest matką głupców, ale to naprawdę byłoby ciekawe. [Po jakiejś godzinie huki ustały, a budynki przestały się palić. Jeff jednak się nie pojawił.] - Co się stało z Jeffem? On cały czas tu jest. Przeklęta, broni Abaddona nie musisz widzieć, ażeby istniała. Podobnie jest z Abaddonem, będę istniał póki ktoś będzie wierzył, że istnieje. Jeśli umrę, odrodzę się wcześniej czy później… [Hisana patrzyła na niego szeroko otwartymi oczyma.] - Przecież… Zawsze ktoś będzie wierzył w twoje istnienie! [Abaddon odpowiedział jej uśmiechem.] Zbliżają się! [Wstał i zrobił kilka kroków w kierunku uliczki którą przyszli. Hisana również wstała, ale zatrzymała się metr za jego plecami. Zbliżał się do nich wysoki i przystojny młodzian. Kroczył spokojnie, przyczajony jak kot.] Cześć Sam, witaj Julio, jak tam zdrowie? Nogi nie bolą od marszu, co Sam? -- Nie, nic to ból nóg kiedy trzeba pokonać zło. Co racja to racja. -- Gdzie jest twój golem, Abaddonie? Czyżby nie przetrwał? [Abaddon wybuchnął śmiechem, lodowato zimnym i przerażającym. Hisana zadrżała, ale Sam nie wyglądał na przerażonego. Dziecię apokalipsy wyciągnęło ręce w kierunku ziemi] Jeff! [Ziemia u jego stóp zafalowała, dziwna szara masa wyskoczyła w kierunku jego dłoni, a po chwili zamieniła się w dwa miecze o bardzo nieregularnym ostrzu. Mężczyzna chwycił je i skrzyżował sobie na plecach.] Mam go zawsze przy sobie. -- Kto jest z tobą? Dlaczego jej nie zabiłeś? [Abaddon położył rękę na ramieniu Hisany.] Nie czytałeś przepowiedni, Sam? To ona da mi potomstwo… [Sam uniósł nagle rękę, z której wystrzelił niemal niewidoczny pocisk i pomknął w kierunku Hisany, ale odbił się od miecza Abaddona i wrócił do Sama z piskiem.] To nie było ładne, ale spodziewałem się tego po kimś tak nieokrzesanym. Teraz mój ruch! [Abaddon skoczył tak szybko, że Hisana niemalże nie dostrzegła w którym momencie, ale Sam był na to przygotowany. Mężczyzna zasłonił się i sparował cios. Zaatakował. Jego niezwykła broń błysła i świsnęła, ale Abaddon uchylił się i znów zaatakował zmuszając swego przeciwnika do niebezpiecznego uniku. Przeklęty wykorzystał sytuację i pchnął go z potężną siłą, aż Sam uderzył z hukiem o pobliski blok. Mężczyzna uniknął jednak następnego cięcia i ostrze Abaddona przecięło betonową ścianę jak kostkę masła, a ta runęła. Obaj przeciwnicy umknęli jednak spadającym gruzom i znów stali naprzeciwko siebie.] Dobrze! Dobrze, Sam! Walcz! Pokonaj mnie! -- Nie wywołuj wilka z lasu! [Walka rozewrzała na nowo. Budynki padały od ciosów i uników, ale Sam walczył bardzo dzielnie, chociaż Abaddon najwyraźniej bawił się z nim.] -- Walcz na serio, przeklęta kreaturo! [Abaddon nie odpowiedział. Pokręcił głową i uśmiechnął się szyderczo.] Wedle życzenia. [Dziwny błysk rozjaśnił ulice. Sam trysnął krwią i padł kilka metrów dalej.] - Nie! [Hisana podbiegła do niego. Tamten odepchnął ją i bardzo niepewnie wstał.] -- Możesz mnie zabić, ale nie odbierzesz mi już nic cenniejszego niż życie! Jesteś pewien, Sam? Może jednak jest coś jeszcze? [W ręce trzymał małą czarną kulkę.] -- Julio! Nie!!! [Było już za późno. Kulka rozprysła się z chrzęstem w ręce Abaddona. Sam z łzami w oczach natarł, krzyknął, ale przeklęty chwycił go za kark jak gęś gotową do oskubania.] Jednak nie jesteś godnym mnie przeciwnikiem! [Nie minęło nawet kilka sekund jak jedyny człowiek gotowy przeciwstawić się zagładzie ludzkości padł martwy i zniknął. Dziewczyna drżała, a po jej policzkach płynęły łzy wielkości grochu. Spojrzała na Abaddona z lękiem i nienawiścią. Nie wiedziała co zrobić. Klękła w pokruszonym asfalcie chowając twarz w dłoniach.]

==6

[Wędrowali dalej na grzbiecie Jeffa. Miasto zniknęło za ich plecami już godzinę temu, a w pobliskich wioskach nie było ludzi, jakich można by zabić. Dziewczyna nie odzywała się od czasu jak Abaddon zabił Sama. ] Jesteś bardziej ludzka niż wcześnie zdawałaś sobie z tego sprawę, wybranko. [Prychnęła i odwróciła od niego twarz.] Dopiero kiedy coś dotknie cię osobiście, zdajesz sobie sprawę jak bardzo to boli. - To wcale nie dotknęło mnie osobiście! Nie do końca. Powierzałaś nadzieje w tym chłopaku. - Dziwisz się mi? Ależ skąd. [Zaśmiał się.] Abaddon nie jest kolonizatorem, doskonale wiem z czym przyszło mi walczyć. [Była późna jesień, pola mieniły się złotem, a chłodny wiatr rozwiewał włosy Abaddona i Hisany. Jeff poruszał się niezwykle szybko, lecz mimo to w ogóle się nie męczył.] - On cię przeklął, co oznacza że kiedyś nie byłeś przeklęty… Tak, zgadza…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych