Adept
Co przydarzyło się temu małemu chłopcu? Dlaczego musiał tak szybko wydorośleć? Dlaczego zachował się tak lekkomyślnie, ufając piratom? Przekonajcie się sami!
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
***
Dla mnie życie na Dantooine, zwłaszcza po zmroku, było prawdziwą szkołą przetrwania. Często uciekałem, bo bałem się ojca, lecz mimo to mogłem liczyć na pomoc całkiem sporej liczby osób. Odkąd zniknęła mama, wszystko się zmieniło. Czasami leżałem na trawiastym stepie, nieopodal jeziora, wpatrując się w chmury i słuchając śpiewu ptaków. Pewnego dnia na niebie nie było ani jednej chmurki, pogoda była bezwietrzna i nawet ptaki przestały śpiewać. Leżałem akurat na trawie, patrzyłem w niebo i mówiłem, rozmawiałem z mamą. Pamiętałem bowiem, jak tego samego wieczoru kiedy zmarł dziadek, wzięła mnie na ręce i posadziła tuż przy oknie. - Popatrz w gwiazdy Gachiee. - Mama wskazała na granatowe niebo. - Tam właśnie trafił dziadek. Ja i tata także tam trafimy. Ty i każda inna istota w Galaktyce także. W końcu wszyscy się spotkamy, zobaczysz. Dlatego nie powinieneś się smucić, rozumiesz? - Po policzkach spłynęły mi łzy, choć czułem jak wysoka trawa łaskocze mnie w stopy. - Nigdy nie bałem się tak bardzo, mamusiu... - Wymamrotałem. - Tęsknię za tobą... - Otworzyłem oczy, a gdy tylko zorientowałem się, że wszędzie panuje podejrzana cisza, wszystkie moje zmysły od razu się wyostrzyły. Usiadłem na trawie i przysłoniłem twarz dłonią, ponieważ nagle zostałem ośplepiony jasnym rozbłyskiem światła. - Mamo? - Słowo to wyrwało mi się z ust mimowolnie. Było jednak całkowicie uzasadnione. Przed sobą zauważyłem postać kobiety, otoczonej jasną poświatą. - Mamo! - Krzyknąłem, zrywając się na równe nogi. - Gachiee. - W tym jednym słowie było zawarte tyle czułości, ile otrzymałem jej od ojca przez całe moje życie. Już miałem do niej podbiec, wyściskać ją i wycałować. Zatrzymałem się jednak w ostatniej chwili, gdyż wszystko do mnie dotarło - postać ta była zjawą, duchem zrodzonym przez Moc. Na mojej twarzy malowało się rozczarowanie. Dotarło bowiem do mnie, że nigdy już nie będę mógł złapać jej za rękę i pójść z nią na spacer, że nigdy jej nie obejmę ani nie ucałuje jej bladych policzków. - Co się stało, mamusiu...? - Dopytywałem drżącym głosem. - Musisz być ostrożny Gachiee. Ktoś kogo dobrze znasz sprowadzi na ciebie niebezpieczeństwo. Będzie on w zmowie z młodym chłopakiem, pamiętaj. Obiecaj mi, że będziesz ostrożny, Gachiee... - Postać zaczęła powoli rozpływać się w powietrzu. - Nie! Mamo! Zaczekaj! - Pokrzykiwałem ze łzami w oczach. - Bądź ostrożny... - Dało się słyszeć gdzieś w oddali. Upadłem na kolana i energicznie uderzyłem pięściami o ziemię. Zęby miałem zaciśnięte, a po policzkach spływałi mi słone łzy.
***
Miałem jedynie dziesięć lat i trudno mi było poradzić sobie z tym wszystkim. Postanowiłem jednak udać się do enklawy Jedi, położonej kilka kilometrów od mojej wioski, i porozmawiać o tym niecodziennym zdarzeniu z kimś doświadczonym, z jakimś rycerzem Jedi, takim jakim była mama. Pewnego ranka, kiedy tata jeszcze spał, ukradkiem wymknąłem się z domu i ruszyłem na południe, wprost do enklawy. Nie miałem ani czasu, ani ochoty iść okrężną drogą, więc postanowiłem przejść przez las. Z perspektywy czasu wiem jakim głupim pomysłem okazało się to posunięcie. Biegłem przez las, na plecach miałem stary, zniszczony, wojskowy plecak ojca, do którego spakowałem najpotrzebniejsze przedmioty. Ręce miałem rozłożone na boki, w taki sposób, że przypominały one skrzydła szybowca bądź jakiegoś ptaka. Połowę drogi miałem już za sobą, gdy natrafiłem na niewielki obóz oraz dość spore lądowisko. Wokół ogniska siedziało kilkunastu Weequayańskich piratów. Pili piwo, śmiali się i śpiewali, a ja stałem kilka metrów dalej, przyglądając się temu beznadziejnemu obrazkowi. - Hej, co tu robi ten smarkacz!? - Pokrzykiwał jeden z piratów, chwiejąc się na boki. Ubrany byłem w czarne spodenki, sięgające do kolan oraz białą koszulkę z czerwonym logo jakiejś nieznanej mi firmy produkującej części do statków kosmicznych. Biała czupryna powiewała mi na wietrze, a niebieskie oczy czujnie obserwowały bandę piratów. - Wynoś się stąd, mały! No już! - Pokrzykiwali Weequayowie, lecz ja stałem jak wryty w ziemię, całkowicie ich ignorując. - Nie słyszałeś co mówiłem?! - Jeden z piratów sięgnął po swoją strzelbę. - Odłóż tę broń, idioto. To tylko dzieciak, a poza tym nie potrzebny nam rozgłos. Ktoś na pewno by go szukał. - Nagle poczułem jak ktoś kładzie mi dłoń na głowie i mierzwi mi włosy. Spojrzałem za siebie, łapiąc nieznajomego za rękę. Okazał się on przywódcą piratów. Ich szefem i pracodawcą. - Nazywam się Gachiee. - Wypowiedziałem dumnie prężąc pierś i spoglądając w górę, prosto w roześmiane oczy młodego Weequaya. - Ślicznie, mój mały przyjacielu. - Pirat ponownie zmierzwił mi czuprynę, a mnie nagle ogarnął niesamowity niepokój. Mimo to, nie chciałem dać po sobie tego poznać i starałem się udawać oburzenie. Oczy jednak mi błyszczały, a nogi miałem jak z waty. - Co tutaj robicie? W środku lasu? Potrzebna jest wam pomoc? - Dopytywałem, gdyż naprawdę przejąłem się losem tych łotrów. Jedyne co dostałem w odpowiedzi to szczery, pełen pobłażliwości i dezaprobaty śmiech. - Chodź no tutaj, mały! - Przywódca piratów zaśmiał się raz jeszcze, wziął mnie na ręce i postawił na nieopodal stojącym stole. Wtedy, kiedy nasze spojrzenia w końcu skrzyżowały się na równym poziomie, dotarło do mnie, że ci piraci wcale nie mieli zamiaru dać mi odejść w spokoju. - Muszę iść... - Wymamrotałem pod nosem, lecz chyba nikt nawet tego nie usłyszał. - Trzymaj! - Lider Weequayów podał mi kufel z piwem, a na twarzy ciągle miał ten arogancki uśmieszek. - Pij! Posmakuje ci, zobaczysz! - Piraci siedzący wokół stołu zaczęli głośno się śmiać. Zlekceważyłem to. Usiadłem na krawędzi drewnianego stolika i za jednym razem wypiłem niemalże połowę kufla. Nieco mnie zamroczyło, lecz po wzięciu orzeźwiającego oddechu, wróciłem do picia. Po chwili kufel był pusty. Piraci śmiali się ze mnie jeszcze głośniej, choć tak naprawdę nie zwracałem na to najmniejszej uwagi. Zrobiło się już ciemno, a mi było strasznie niedobrze. Kręciło mi się w głowie i strasznie chciało mi się pić. Dziś wiem, że trzeba było zaprzestać na tym jednym, pełnym kuflu. Dzięki temu nikomu nie stała by się krzywda.
***
Kilka dni później już niemalże całkowicie zapomniałem co było celem mojej wędrówki. Siedziałem na skrzyniach, wypakowanych jakimś żelastwem i wraz z Jevrayem obserwowałem jak szajka piratów przygotowuje się do odlotu. - Gdzie polecicie? - Dopytywałem. - Najpewniej udamy się na Zewnętrze Rubierze, do Sektora Arkanis. - Burknął młody przywódca piratów, odpalając kolejnego papierosa. - Tatooine? - Rzuciłem. - Dokładnie, mały. Tam na pewno dostaniemy niezłą cenę za tych nędznych rolników. - Jevray uśmiechnął się do siebie. - Zaraz... Co? - Tu niedaleko jest wioska. Mieszkają w niej głównie rolnicy. Jabba słono nam za nich zapłaci. Kilku z nich pójdzie z nami dobrowolnie, reszte zaciągniemy siłą, a tych którzy zostaną... No cóż... - Weequay mówił to z takim spokojem. Bez przejawiania jakichkolwiek emocji, tak jak gdyby robił to już po raz setny. - Nie możesz! - Zeskoczyłem ze skrzyni. - Tam mieszkają moi bliscy! Ja tam mieszkam! Proszę! - Błagałem ze łzami w oczach. - Ach tak...? W takim razie musisz dokonać wyboru. Zostajesz tutaj z nami, albo lecisz w ładowni z tymi, którzy przeżyli. - Jevray wskazał na chmurę gęstego, siwego dymu, unoszącą się kilka kilometrów od obozowiska. - Wybieraj, mały. - Warknął nieco groźniej młody pirat. Milczałem. Byłem w szoku, byłem wściekły, byłem pełen nienawiści. Sięgnąłem do bocznej kieszeni mojego plecaka i wyjąłem z niego miecz świetlny o podwójnym ostrzu i złotej klindze. - Skąd to masz, maluchu? - Zapytał pobłażliwie Jevray. - To niebezpieczna zabawka, oddaj mi ją. - Zarządał pirat, a ja wiedziałem, że robi on dobrą minę do złej gry. Czułem jego strach. - To miecz mojej mamy. Nikt, nigdy go nie dostanie. - Oznajmiłem z determinacją w głosie, uruchamiając jedno z ostrzy. Weequayowi zrzedła mina. W obozie było raptem kilka osób, gdyż większość z piratów, zapewne zajmowała się tępieniem populacji mojej rodzimej wioski. - Nie wygłupiaj się, dzieciaku. Jakoś to załatwimy. - Dłoń młodego pirata znajdowała się niebezpiecznie blisko kabury z jego blasterem. Rozejrzałem się dookoła, ze zdziwieniem stwierdzając, że oprócz nas w obozie znajduje się raptem jeszcze dwóch, może trzech piratów. - Zostaw ich w spokoju. - Wymówiłem przez zaciśnięte zęby. Nigdy dotąd nie miałem okazji użyć miecza w prawdziwej walce. Tamtego dnia wszystko czego nauczyła mnie mama podczas treningów, bardzo mi się przydało. Jevray sięgnął po blaster i w ułamku sekundy, wycelował prosto we mnie, naciskając równocześnie za spust. W ostatniej chwili udało mi się przeskoczyć Weequaya, mocno go tym samym zaskakując. Refleks miałem znakomity, godny rycerza Jedi. Nim Jevray zdąrzył się obejżeć, po jego skroni spływała struga krwi. Podczas skoku, delikatnie drasnąłem go przy lewym uchu, choć jednak przez chwilę się zawahałem. Ta chwila mogła zdecydować o tym, który z nas wygra to starcie. - Od początku wiedziałem, że coś jest z tobą nie tak. Jesteś zwykłym ścierwem, jesteś nikim... - Mówił ze spokojem i z uśmiechem na ustach młody pirat. - ...bo jesteś Jedi. Nie musiałem tego słuchać, nie chciałem tego słuchać. Co on mógł wiedzieć!? Padła kolejna seria strzałów, które jakimś cudem udało mi się odbić za pomocą miecza świetlnego. Podczas treningów z mamą nie wychodziło mi to za dobrze, więc byłem z siebie bardzo dumny. Duma ta dodawała mi pewności siebie, a pewność siebie dodawała mi odwagi. Ta pomogła mi zdecydować się na uruchomienie drugiego ostrza. Pomogło mi to w obronie, gdy do Jevraya przyłączyło się jeszcze kilku jego popleczników. Machałem mieczem we wszystkie strony, starając się nie dopuścić do siebie żadnego strzału z blastera, lecz w pewnym momencie poczułem, że wyraźnie zaczyna brakować mi sił. Moim ostatnim bastionem była Moc, której użyłem niczym koła ratunkowego. Dezaktywowałem miecz świetlny, przykucnąłem i wziąłem głęboki oddech. Wszystko to działo się tak szybko... W dłoniach zacząłem formować kulę, złożoną z czystej, kinetycznej energii. Cisnąłem nią o ziemię, co wytrąciło piratów z równowagi. Korzystając z okazji, udało mi się uciec. Biegłem ile tylko miałem sił w nogach, lecz kiedy dobiegłem do rozwidlenia ścieżek... Musiałem wybrać. Czy pobiec do enklawy Jedi i tam odnaleźć schronienie i zrozumienie, czy pobiec w stronę wioski, skazując się tym samym na żywot niewolnika lub co gorzej rychłą śmierć.
***
Wiele złego widziałem w swoim życiu, lecz to co działo się tamtego wieczoru w wiosce, przerosło moje najśmielsze obawy i lęki. Wszystko spowijały płomienie, większość domów była zniszczona, zburzona, zdewastowana... Na placu głównym leżało mnóstwo ciał. Byli to głównie mieszkańcy, choć w śród ogromu zwłok rozpoznałem także kilku piratów. "Nie poddali się. Walczyli." powtarzałem w myślach niczym mantrę. Skoro walczyli, to gdzie się podziewali? Brnąc poprzez zgliszcza spalonych straganów, starałem się określić swoje dokładniejsze położenie względem mojego domu. Musiałem dowiedzieć się, co stało się z moim ojcem. Cisza panująca dookoła była przeraźliwa. Zdziwiłem się, gdy z ogarniającej większą część wioski mroku, wyłonił się mój dom. Był w niemalże nienaruszonym stanie, jedynie okno prowadzące do mojej sypialni było wybite. Drzwi były uchylone, więc bez zastanowienia wszedłem do środka. W domu panował nieład, całkiem tak jakby przeszło przez niego torando. Po policzkach ciągle spływały mi łzy. Byłem wściekły, że nie wróciłem do domu wcześniej, że nie ostrzegłem ich przed tymi piratami. Wiedziałem, że to malutka, złożona zaledwie z kilku zabudowań wioska, ale czy naprawdę nikt tego nie zauważył? Nikt nie zechciał pomóc tym biednym rolnikom? - Tato? - Zawołałem. Wszedłem do pokoju ojca. Chciałem zapalić światło, lecz żarówka zwisająca z sufitu, była pęknięta. Powoli podszedłem do dużego, małżeńskiego łóżka i zapaliłem lampkę, stojącą na szafce nocnej. Usiadłem na skraju posłania i wziąłem kilka orzeźwiających oddechów. Byłem zmęczony, wystraszony, głodny i brudny od unoszącego się w powietrzu pyłu i piachu. Położyłem się w łóżku rodziców i czekałem na tatę, licząc na to, że zaraz wbiegnie do pokoju, weźmie mnie na ręce i pocałuje w czoło, tak jak robiła to mama. Wygodnie ułożyłem głowę na poduszce, a mój szloch przerodził sie w płacz. Lamentowałem tak dotąd, aż nie zasnąłem ze zmęczenia, wtulając się w poduszkę, na której zwykle sypiała mama. Wczesnym rankiem obudził mnie znajomy mi głos. - Przeszukajcie jeszcze tamten dom! Muszę mieć pewność, że ten dzieciak jest martwy, jasne!? - Pokrzykiwał Jevray do swoich podwładnych, którzy przeszukiwali każdy nawet najmniejszy zakamarek wioski. - Cholera. - Wymamrotałem, przecierając zaspane oczy. Zerwałem się na równe nogi i dykretnie zbliżyłem się do okna. Kilku piratów właśnie wchodziło do domu przez drzwi frontowe. Jevray stał na podwórzu, bacznie przyglądając się oknom. Ręce miał założone, a głowę zabandażowaną materiałem oderwanym z rękawa płaszcza. - No nie... - Usłyszałem jak jeden z piratów wchodzi na górę. Postanowiłem spróbować czegoś zupełnie nowego. - Ty szczeniaku! - Wrzasnął pirat gdy tylko stanąłem naprzeciw niego. - Zejdziesz na dół i powiesz im, że mnie tu nie ma... - Sztuczki Jedi. Mama użyła ich kiedy tata popadł w długi, a Waticcka trzeba było przekonać, że ojciec wcale nie jest winien mu 2 tys. kredytów. - Zejdę na dół i powiem im, że cię tu nie ma... - Pirat dał się
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Kamila
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…