Wróć do katalogu

Andrzej - jego historia

"Nikt tutaj nie czyta książek..."

Sylwianaopublikowano 9 lutego 201713 min czytania 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Już na starcie pociąg był spóźniony, zanim wjechał na dworzec Centralny w Warszawie miał czterdzieści minut opóźnienia. Nie zdziwiło mnie to, zima, śnieg, a jechał aż z Gdyni. Czekając, rozglądałam się po zatłoczonym peronie. Okres ferii, wyjazdy w góry. Gdy kupowałam bilet nie było już kuszetek, pozostały tylko miejsca siedzące. I na tak niekomfortową noc się nastawiłam.

Spokojnie nasłuchiwałam kolejnych komunikatów o rosnącym opóźnieniu. Nie zauważyłam kiedy na sąsiedniej ławce usiadł mężczyzna w czerwonej puchowej kurtce. Poczułam smród. „Bezdomny” - pomyślałam. Założył nogę na nogę, wyjął z białej reklamówki grubą książkę i z pochyloną głową zaczął czytać. Tak intensywnie, jakby wokół niego świat nie istniał. Jakby nie było gapiących się na niego z odrazą ludzi, z ich zimnymi, wszechwiedzącymi spojrzeniami. Czytał tak, jakby siedział w przytulnym fotelu, pod jasną lampą i w ciepłym kącie własnego pokoju. Pochylony nad książką, palcem ślinił kolejne strony. Aż w końcu ją zamknął i ruszył przed siebie. Zniknął za rogiem kiosku tak cicho, jak się pojawił. Znikąd.

Wreszcie nadjechał pociąg. Z ciężkim plecakiem i nartami popędziłam za swoim wagonem. Odnalazłam miejscówkę przy korytarzu i zawitałam do krainy dwóch głośno witających mnie dziewczyn. Tłumaczyły, że ktoś rozlał sok na podłodze, dlatego tak się klei. Dla mnie nie był to zapach soku, tylko czegoś mocniejszego. Położyłam narty na półce, plecak na jeszcze wyższej i usiadłam, nie chcąc blokować wejścia kolejnym współpasażerom, który pojawili się dosłownie po chwili. Było ich dwóch. Młodzi mężczyźni, jak Flip i Flap z postury, sporo po trzydziestce. W mig zwrócili uwagę na dwie młode, bardzo otwarte dziewczyny i dogadali się. Nie mogłam i nadal nie mogę zrozumieć jak właściwie ta znajomość się zaczęła. Co spowodowało, że tak szybko znaleźli wspólny język i cel. Alkohol? A może już od początku byli wstawieni, one i oni. Nie wiem, byłam tylko świadkiem tej dziwnej sytuacji.

Jeszcze wzajemnie bezimienni zaczęli dzielić się zapasami piwa i likieru toffi. Dziewczyny narzekały, że jest gorszy niż krówkowy (kto u licha wybrałby coś takiego do picia?), ale był tańszy o całe pięć złotych, dlatego go kupiły. Faceci pili Żubra. Tymczasem po korytarzu krążył, czasem zaglądając do naszego przedziału, wysoki chudy mężczyzna, o ciemnej karnacji, trochę starszy od nas wszystkich. Czwórka zgodnie wyrażała niechęć, aby przypadkiem do nas nie dołączył. On jednak, wbrew ich wzdraganiom, wszedł i zajął miejsce obok mnie.

Poczułam smród niemytego ciała, wymieszanego z trawionym alkoholem. Skórzana kurtka, czarne spodnie i buty. Brudne ręce i paznokcie oraz czarne, dawno nie strzyżone włosy. Gdyby o siebie zadbał, można by nazwać go przystojnym mężczyzną. Mówił coś pod nosem, bardzo niewyraźnie. Dziewczyny przeszły z nim od razu na ty, proponując likier. Faceci - inny trunek. Poczułam wyraźnie, że pod pozorem przyjacielskości, okazują mu wyższość, a on nie jest w stanie tego zauważyć. Cichy, skromny, zszargany przygodami i zmęczony życiem. Takie odniosłam wrażenie, patrząc na niego z boku, wtulona w swoją niebieską puchową kurtkę. Wiedziałam już, że ta noc spokojna nie będzie i następny dzień okaże się drogą przez mękę. Towarzystwo stawało się coraz głośniejsze, coraz zabawniejsze w swojej opinii, choć dla mnie byli wulgarni, przyziemni, płytcy, szczególnie dziewczyny. Jedna dwudziestopięciolatka, druga jeszcze młodsza, zachowywały się jak stare malutkie. Jak kurewki szukające okazji. Jakby przeżyły już wszystko i posiadły wszelką możliwą wiedzę. I to patrzenie z góry na przybysza, który niczym nikomu nie zawinił. Chciał tylko przejechać z punktu A do punktu B. Zakończyć swoją podróż w sobie tylko znanym miejscu.

Miał na imię Andrzej. Usłyszałam, gdy tamci wypytywali go o wszystko, nie bacząc na jego skrytość i cichość. Wracał do domu, z kilkutygodniowej pracy w Barcelonie. Tamci nie wierzyli, żądali dowodu. Już go ocenili, zaszufladkowali według swoich ograniczonych kryteriów pozbawionych wyobraźni i odrobiny empatii. Pokazał im zmięty bilet linii Ryanair. Uwierzyli, z nieukrywanym zdumieniem. Powiedział, że robi piece. Firma wysyła go na kilkutygodniowe kontrakty do różnych europejskich krajów. Hiszpanii, Portugalii, Niemiec, Finlandii, Anglii. Płaci za pobyt i transport. Oferuje opiekę medyczną i spore wynagrodzenie.

- Andrzej! To ty światowy człowiek jesteś! - krzyknął prześmiewczo jeden z młodych. - Powiedz coś po hiszpańsku – darły rozdarte japy dziewczyny. – Albo po portugalsku.

Robiły mu test z wiedzy, której same nie posiadały. Po co? Smutno było patrzeć, jak on brnie w tę znajomość. Jak ulega ich wścibskim, pozbawionym taktu pytaniom. Jak odzierają go z prywatności, którą nie zamierzał się dzielić. Czasem znikali, wszyscy czworo, nagle udając się do toalety. Na korytarzu ich śmiech się nasilał. Dobrze się bawili kosztem Andrzeja. Gdy zostaliśmy we dwoje, czułam na sobie jego wzrok. Nie bałam się. Nie był groźny. Biły od niego smutek i samotność. W jego spojrzeniu, które mówiło tak wiele, widziałam bezbronność i pustkę, był ofiarą… życia.

Gdy hałaśliwa czwórka wróciła, Andrzej zaczął opowiadać o pracy. W telefonie z pękniętą szybką pokazywał im zdjęcia pieców. Z pasją zdawał relację o wykonywanych w pracy czynnościach.

- A wiecie ile czasu potrzeba, żeby piec rozgrzał się do temperatury tysiąc dwustu stopni Celsjusza? – spytał z entuzjazmem, który z siebie wykrzesał. - Andrzej! Wiesz jaki jesteś nudny z tą pracą? – zaczął jeden z młodych. – Czy nie masz innych tematów? - Dwanaście godzin – wykrzyknął drugi. - Cztery minuty – odpowiedział Andrzej, chowając telefon do kieszeni kurtki.

Schylił się do plecaka i wyciągnął książkę Orhana Pamuka. Zauważyłam. Przez chwilę potrzymał ją w dłoni, zawahał się, mówiąc do siebie: „Nikt tutaj nie czyta książek…”, po czym schował ją z powrotem. To była niezwykła chwila. Przebudzenie dla innych myśli, moje otwarcie na drugiego człowieka. Na niego. Następnie wyciągnął perfumy.

- Ładne? - spytał dziewczyn. – Kupiłem dla córki? - Super! – wykrzyknęła jedna z zachwytem. – Kosztują pięćdziesiąt Euro. - Po co będziesz dawał

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych