Wróć do katalogu

Anonimowa opowieść

Rzecz nieco surrealistyczna w ujęciu, nieco groteskowa w formie, a tragiczna w treści... Uprzedzam że ciężka i przestrzegam przed racjonalną analizą - to taka fin de siecle´owa impresja...

Matador, opublikowano , 12 min czytania, 4,3 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

"Bądź panem siebie."

Napoleon Bonaparte (1769-1821)

Czas upływał nielitościwie wolno. Wolfgang Amadeusz Kułko siedział skulony w kącie swej celi i grał na harmonijce ustnej dla szczura. Ten zaś, nic sobie nie robiąc ze starań towarzysza, biegał w tę i z powrotem w poszukiwaniu zagubionego przed laty, a może nigdy nieposiadanego sensu życia. Długa broda Kułko stanowiła schronienie dla wielu pokoleń pcheł, nie brak w niej było także gnid w warstwie przyskórnej, wszy oraz rozmaitego robactwa, którego przeciętny mieszkaniec jakiejkolwiek dzielnicy slumsów, w którymkolwiek z miast Brazylii, mógłby tylko pozazdrościć. Od wszelkiej maści brudu, kurzu, przybrała ona brunatny kolor, miejscami przechodzący w czarnawy. Oczy ukryte pod zamkniętymi powiekami, zdawały się być nieobecne, zawieszone gdzieś w przestrzeni na innym planie bytowania, gdzie podziwiać mogły wydłużone, arcyrachityczne nogi słoni, przeniesione żywcem z sennych wizji Dalego, rozmaitych jazd jego fallusa oraz kobiet. Co więcej, naprawdę tak było.

Pewnego razu Wolfgang uciekając przed wielkim mrówkojadem, trafił na rozległy płaskowyż, gdzie zobaczył takiego słonia, identycznego z tymi, z obrazów surrealisty. Słoń niósł na grzbiecie wieżę Babel i kilka małych budyneczków, było nań też kilka nagich kobiet, które wiły się jakby skute niewidzialnymi pęty. Nogi słonia miały dobre kilkadziesiąt metrów wysokości, im bardziej w dół natomiast, tym bardziej stawały się wątłe i chude, tak, że przy powierzchni były cienkie niczym igły. Mimo tej pozornej niestabilności, wszystko zdawało się prezentować zgodnie z odgórnym zamierzeniem.

- Co jest do cholery? – zapytał Kułko słonia, gdy ten podszedł niebezpiecznie blisko.

Wielki ssak nic nie odpowiedział, jeno odwrócił się na jednej z kończyn i odszedł w przeciwnym kierunku, podrygując spazmatycznie w rytm hipnotycznej muzyki. Nigdy już nie wrócił.

Wniosek, jaki wyciągnął z owego zajścia Wolfgang, był jednoznaczny – nigdy nie próbować nawiązać konwersacji ze słoniami, jakiekolwiek by nie były. Kułko trzymał się tej zasady tak silnie, że stała się ona jedną z jego żelaznych reguł.

A było ich wiele! Wykształcały się przeważnie jako wynik podróży więzionego. Nigdy nie łowił ślimaków na inne ślimaki, nigdy nie podpalał sobie genitaliów, nigdy nie jadł nic, co wyglądało jak zrobione z drewna. Wystrzegał się także spoglądania na zegary bez wskazówek; po tym, gdy został wtrącony w tunel czasowy, na sam widok zegara dostawał gęsiej skórki. Zawsze bił w twarz wąsate ekspedientki i krzyczał w niebogłosy zobaczywszy jakiegokolwiek świętego, choćby był największym męczennikiem. Nie używał nigdy południowoamerykańskiej damskiej bielizny z okresu prekolumbijskiego, gdyż taka nie istniała i nie ma tu czego ukrywać.

Otworzył oczy i nie przestając grać spojrzał na zimną posadzkę, gdzie harcował jego towarzysz niewoli. Kamienna szachownica podłogi była dla niego od lat i ziemią i niebem, trawą i taflą jeziora, w którym letnimi wieczorami przegląda się czerwieniejące z rozleniwienia słońce…

Nagle szczur zatrzymał się. Na ten widok więzień odstawił harmonijkę od spierzchłych ust i przyjrzał się mu badawczo.

- Znalazłem! – krzyknął szczur.

- Co znalazłeś? – zapytał Wolfgang, co było zresztą zupełnie naturalną reakcją w tej sytuacji.

- Sens życia, chujku! – odpowiedział gryzoń piskliwym, typowym dla jego rodaków głosem.

Kułko wydąwszy delikatnie usta, pokiwał z uznaniem głową.

- Słuchajno… - zaczął nieśmiało.

- Co tam?

- A jak to zrobiłeś?

Szczur podrapał się po głowie.

- W sumie to biegałem w kółko. – powiedział nieco zmieszany – Jakbym był głupi, albo… kurwa, albo jakiś nienormalny.

Gdzieś głęboko w korytarzu rozległy się nadciągające kroki. Szczur uciekł pod stertę siana, Wolfgang jął natomiast rozmasowywać przykutą do wystającego z owej przeklętej posadzki haka nogę. Robił przy tym minę cierpiącego z bólu błazna i oddychał ciężko, wszystko po to, by zmylić nadchodzącego doktora Kwadrata.

Po chwili zza rogu wychynęła postać odzianego w biały fartuch człowieka. Był to mężczyzna dość tęgi, o zielonych chyba oczach i bezładnie związanych ryżych włosach. W ręku dzierżył jakąś miskę, przy pasie dyndał pejcz.

- Znowu nawijacie sami do siebie Kułko? Kubełek zimnej wody w ryj?

- Ja? O co panu…? Ja nic nie mówiłem…

- Dobra, dobra Kułko. Już ja wiem swoje.

- Ale…

- Nic nie panikujta Kułko. Dziś święto, nie wiecie? Wielkanoc staruchu, Wielkanoc! Z tej okazji dostaniecie dziś specjalne żarcie!

To rzekłszy Kwadrat otworzył kluczykiem kratę do celi i postawił obok siedzącego Wolfganga miskę z papką niesprecyzowanego koloru, do której sporządzenia musiano użyć nieporównywalnie bardziej niesprecyzowanych składników. Następnie karmiciel stanął spoglądając na nogę Kułko.

- Dobrze wiem, że was ta noga nie boli, nie silta się, by mnie oszukać. – powiedział, a twarz więźnia przybrała wyraz rozczarowania.

Tymczasem pod sianem szczur dzielił się swym odkryciem z rodziną.

- Wiecie co znalazłem patałachy?

- Mięso! – powiedział z dostrzegalną bardziej niż gwiaździste niebo nad Immanuelem Kantem nutką nadziei w głosie młody szczurek.

- Nie, gdzie tam mięso…! – odparł poirytowany ojciec – coś znacznie cenniejszego!

- Znalazłeś nowy dom dla nas? – zapytała żona.

- Nie, nie! Żaden dom. Ja pierdolę, czy wy jesteście idiotami? Co mogłem znaleźć?

- Pewnie HIV, albo dżumę, jak zawsze. – domniemywała jak zawsze pesymistyczna starsza córka wylegiwując się nieopodal.

- Ech, z kim ja tu do kurwy nędzy żyję! Sens życia znalazłem niewydarzone psy! Sens życia…!

Doktór patrzył na Wolfganga zmrużonymi oczyma. Na jego twarzy malował się subtelny uśmieszek pożałowania. Dmuchnięciem poprawił sobie rude włosy, które spadły mu na oczy.

- Nie bójcie się Kułko. Przecie ja was chcę wyleczyć, a nie zabić. Ale wierzcie mi, nie możecie gadać sami do siebie, bo to wam nie służy. Dziś święto, to batów nie będzie. Ale na przyszły raz…

- R

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych