Wróć do katalogu

Apollo 4311

Bełkotliwa mieszanka grafomańskiego patosu i odrażającej wulgarności, w dodatku bez sensu. Napisana nudno, ciężko i bez polotu. Zapraszam.

vvv, opublikowano , 20 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

APOLLO 4311

"(...)a gdy do niego doszło, słońce okazało się tylko zwiędłym słonecznikiem." Georg Büchner "Woyzeck"

Miejsce akcji: nigdzie w Afryce Czas akcji: przeszły Bohaterowie: Smith, oraz zapomniane plemię murzyńskie Przyczyna: starcie cywilizacji Skutek: fatalne nieporozumienie

Apollo urodził się na wyspie Delos. W szkole koledzy przezywali go "Φοῖβος", co znaczyło "jaśniejący". W greckiej tragedii Apolla reprezentował chór, dialogi zaś jego wielkiego rywala- Dionizosa. Nagle ktoś to wszystko poodwracał. Potem Smith zlał się potem. Doskonale zdawał sobie sprawę, iż zgubienie się w samym sercu dżungli nie było dlań korzystne. Jak mógł być tak lekkomyślny by oddalić się od bezpiecznego, bo uzbrojonego i zmechanizowanego, konwoju? Poczuł się samotny w tej florze pierwotnej, chyba nawet bardziej samotny niż mógł się czuć pierwszy człowiek na Księżycu, bo temu kroczył przecież tuż za plecami jego wierny towarzysz- drugi człowiek na Księżycu. - I co ja tu robię? - zagubiony dziwił się sam swojej głupocie, ale i głupocie losu i całego świata. Od początku podchodził do tej misyjnej hecy z dużą rezerwą, ale dał się skusić lukratywnemu stypendium jakie miał dostawać dożywotnio za te 3 krótkie (jak mu się wcześniej zdawało) miesiące na Czarnym Lądzie. Tak, to mamona wyrwała Smitha z ciepłego fotela gdzieś za siedmioma morzami i umieściła tu, w tej dżungli, by niósł tubylcom jaśniejący postronek cywilizacji. W ładne szambo się tym wpakował był.

Od dołu korony drzew zdawały się tkwić jeszcze wyżej niż sam we własnej osobie niebieski firmament- ten sposobił się powoli do zmierzchu, zalewając lekką, łososiowatej barwy poświatą. Nieszczęśnik Smith drgającymi rękoma wypuszczał w to niebo kolorowe race dymne, lecz większość z nich nie zdołała przebić się przez atmosferę lesistych gałęzi, a pozostałe zgasły na tyle szybko, iż tylko cud zamieniłby je w pomoc współrodaków. Ci mogli być już bardzo, bardzo daleko. Cudu nie było (jeszcze nie wtedy) - Niech to osrają psi i koci oszczają! - zaklął sobie przez zaciśnięte zęby Smith, rozważając czy opłaci się wystrzelać ze sztucera ostatnie naboje, co mogło, ale nie musiało, przywołać ziomków, czy też należało je raczej zachować na wypadek wizyty gości niepożądanych, person non grat takich jak tutejsze pantery czy inne drapieżniki. Ostatecznie, w nerwowym geście, cisnął strzelbą gdzieś w krzaki i następnie wlegnął na ziemię zakrywając oczy. Z racjonalnego punktu widzenia było to najmniej opłacalne z działań możliwych w tym momencie, ale w końcu nie znajdował się w królestwie racjonalistów.

Ciężkie i gęste powietrze wręcz wpychało się do gardła samą siłą ciążenia.Choć zanosiło się na zmierzch, choć lada chwila mógł wzejść srebrzysty Księżyc, to łeb Smitha gotował się w ukropie, robiąc nieprzyjemne bul-bul-bul. Nie wiedział (łeb ów) czy to gorąc czy gorączka, tj. czy ciepło które go ogarnia pochodzi z zewnętrza czy z wewnątrz, czy istnieje fizycznie czy li tylko w sferze imaginacji. Raczej to drugie, bo z czasem, pojawiały się kolejne halucynacje, "halucynacje muszą być". Halucynogenne są z natury tutejsze rośliny, choć na swój specyficzny sposób. Nie trzeba ich żuć, ni wtykać pod język i nawet spalać nie trzeba, nawet do żył ich wprowadzać nie warto- zażywa się to przez samo patrzenie w ich gąszcz, samym wysiłkiem wejścia w ich komplikującą się z każdą sekundą wpatrywania strukturę prostych, krzywych i zawijanych konturów, wypełnianych barwami tak różnorodnymi, że nie powstydziłaby się ich najprzedniejsza tęcz. Smith postanowił zerwać się na równe nogi, ale jego rozszalały i jednocześnie rozlazły błędnik to uniemożliwiał. Skończyło się przeto na desperackim i bezsensownym czołganiu w tę i wewtę, które nie dawało nic prócz zniszczenia drogocennych ubrań. Szympansy na drzewach buchały ironicznym śmieszkiem na ten widok beznadziei- długotrwałe wiszenie na drzewach musiało ich poczucie humoru uczynić wisielczym znacznie ponad granice możliwości pojmowania przez zwykłe homo sapiens sapiens sapiens, etc., etc.

Smith w małpach zamiast małp widział motyle, a następnie wyobraził sobie krwiożerczość, która motyle przemieniała w kolorowe nietoperze. Kreśliły nad nim spiralę, systematycznie powiększając jej zasięg. By nie dostać oczopląsu, i nie skołować się jeszcze bardziej, postanowił zwiesić wzrok na jednym, nieruchomym punkcie i nie odrywać go już nigdy. Tak, na wieczność wtopić się tym sposobem w krajobraz, stać się jednym z leśnych duchów i zakląć się w nieruchomy, acz uduchowiony kamień czy baobab. Zabrakło jednak ku temu tegoż uduchowienia, jak i obiektu godnego. W końcu, zrezygnowany, wybrał przypadkowy zbitek paproci. Ostatecznie uszłoby i to, gdyby niespodziewanie nie zaczęło się poruszać także, wraz z ruchem obrotowym Globu. Paprocie drgały i obrastały kolejnymi kwiatami we wszelkich możliwych odcieniach i barwach, rozbrzmiewając także muzyką, a raczej potworną kakofonią. Wyszli z tego Murzyni, zgraja na wpół, ba, na 9/10 dzikich Murzynów, wojowników. Byli, co zrozumiałe, w większości czarni, niektórzy tylko niebiescy jak anieli, za to wszyscy bez wyjątku- nadzy. Ich długie, obwisłe penisy moczyły się w parującej z ziemi wilgoci. - Czego chcecie? Do U speak English? Precz! - zawrzeszczał osaczony grotami ich włóczni Smith, po czym całkowicie zatracił przytomność.

***

Obudził się dopiero nazajutrz, albo tak przynajmniej mu się zdawało, związany i zamknięty w drewnianej klatce. Drewniana, bo drewniana, ale jakie to, proszę państwa, drewno! Bardziej czarne niż smoła, twardsze niż diament, bardziej drewniane od konia na biegunach. Sytuacja wydała mu się tak beznadziejną, że samo zawołanie o pomoc miałby za niedorzeczność. - Biurko, papiery, posadka - mamrotał tylko pod nosem, ale własne mamrotanie mierziło go swą rozlazłością. Zaraz zresztą podeszło do klatki dwóch Murzynów, ale już nie całkiem nagusieńkich, jedynie półnagich, tj. w jakichś słomianych plecionkach zarzuconych na tors, za to wciąż bez butów, spodni i majtek. Większy i silniejszy miał krwawe ryby wydziergane na policzkach i wargi poprzekłuwane kostnymi gadżetami i błyskotkami. - Mówi ktoś z was po ludzku? - pytał drżący Smith - Nie jedzcie mnie, bestie! - Ja znam wasz język - odezwał się mniejszy Murzynek, ten mniej ozdobny. - Super. - Ukorz się, pędraku, bo nie wiesz przed kim stoisz. - To mi powiedz. Kim jesteś? - Jestem Bede Łedebede. - Nie znam, pierwsze słyszę. Kim jesteś? - Nikim. Tylko tłumaczę. - To dlaczego miałbym się przed tobą korzyć?! - wykrzyczał zbulwersowany Smith, ale zaraz potem dopowiedział sobie w myślach - Bo jestem w klatce? - Nie przede mną, mośku. Ten co stoi koło mnie to Łede Bedełede, nasz wielki wódz, taki president. Cały bush drży przed nim. Smith pokornie ukłonił się nowo-poznanemu wodzowi, oddając mu co należne, co wodzowskie. Wprawdzie nigdy wcześniej nie słyszał imienia Łede Bedełede, ale uznał, że świadczyć to może jedynie o jego własnej ignorancji, w niczym zaś nie umniejsza majestatu władcy. Naprawdę poczuł respekt. - No bo kimże np. był w swych czasach ów sławiony przez Biblię król Salomon Wielki - tłumaczył sobie własny konformizm - jeśli nie takim właśnie, lokalnym watażką? - Po tym jak oddajesz cześć naszemu wspaniałemu wodzowi, wnioskuję że chciałbyś wyjść z tej opresji żywy. - Zdumiewające! On chyba czyta w moich myślach! - pomyślał Smith. - Wódz chce zawrzeć z tobą układ. Puści cię wolno, odda ci na żony tyle swych córek ile sobie zażyczysz, z tym że, nie więcej niż 4311 od ręki, bo więcej tymczasowo nie posiada (przejściowe problemy z wytryskiem). Musisz jednak wyświadczyć nam pewną, małą przysługę - gdy gość określający się mianem "tłumacza" mówił, wódz tylko kiwał potakująco głową i ten ruch szyjny był jedynym jaki prezentowało wówczas jego, zdawałoby się granitowe, ciało. - Super. W czym wam pomóc? Mogę was trochę pocywilizować, od tego jestem. - Milcz, chlebojadzie! Wódz chce byś przyjął zaszczyt uczestnictwa w jego wyprawie. - Wyprawie? - przeraził się Smith - Prowadzicie z kimś wojnę? - Co najwyżej z naszą ograniczonością - pauza. - Chodzi o to, że my, czarni ludzie, nigdy nie byliśmy w stanie dolecieć na Księżyc, ale ja wiem, bo byłem kiedyś w waszych państwach, że wy macie taką zdolność. Widziałem nawet wasze malowidła to przedstawiające, widziałem na nich kijek i chorągiewkę jakie tam postawiliście. Nasi naukowcy podejrzewają, że wystarczy jeden biały człowiek na pokładzie, abyśmy wzbili się na Srebrny Glob, gdzie zły duch ukrył dusze naszych wojowników. Gdyby udało się tam dolecieć, sprowadzilibyśmy dusze ponownie. Obecność białego człowieka przepłoszy złego ducha, który w konfrontacji z takim monstrum jak ty nie będzie już dość straszny, umożliwiając oderwanie się od Ziemi. - No tak, ale... - Co ale?! - Jajco ale! Przecież chyba macie dusze- chodzicie, mówicie, myślicie... Bede Łedebede niespodziewanie wybuchnął śmiechem, łapiąc się za brzuch padł na wilgotne podłoże. Usiłował coś powiedzieć, ale tylko chichot wydobywał się z jego ciała, zmuszając w końcu wodza do pierwszej interwencji. - Umala utala ubala! - powiedział groźnie Łede Bedełede do swego poddanego, na co ten się opanował, wstał, otrzepał i streścił mu mniej więcej wypowiedź cudzoziemca. Atak euforycznej wręcz śmiechawy tym razem poraził wodza. - To chyba jednak prawda, że wy, biali, jesteście 100 lat za żółtkami - w końcu odezwał się do Smitha Bede Łedebede. - Wy naprawdę nie wiecie jeszcze, że to ciało odpowiada za wasze ruchy, myśli i czyny? Myślicie, że da się, bez uciekania od specjalistycznych czarów, odróżnić…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych