Wróć do katalogu

ariess

'to nie koniec. to dopiero początek końca'

papryka, opublikowano , 38 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

/historie nigdy nie zaczynają się na pierwszej stronie i nie kończą na ostatniej/

Parę minut po północy a Królowa Mab nadal nie chce mnie zabrać w swe słodkie objęcia. Ciekawe jak wygląda? Czy jest to smukła, wyniosła i lekko złośliwa kobieta z kruczoczarnymi włosami, od której wprost bije duma? Czy może mała siwowłosa staruszka piekąca ciasta co sobotę dla swych pociech? W dzień zapewne jest sobą , a pod ciemnym płaszczem zimnej nocy przechadza się od domu do domu i sypie swym magicznym piaskiem wszystkim po oczach. Otula ich wtedy spokojny, błogi sen. Cóż, z tego co widzę to do mnie jej się zbytnio nie spieszy. Przewracam się tak z boku na bok, a sekundy wydają się być nieznośnie długimi godzinami. Nie mogąc tego dłużej znieść zwlekłam się z dwuosobowego łoża. O tak – łoża. Bo nie było to zwykłe łóżko – było niesamowite! Brązowe grube bale, zdobione przeróżnymi kwiatami i liśćmi w zielonych odcieniach pokrywała prawie przezroczysta (również zielona) jedwabna tkanina. Była strasznie chłodna, tak, że jak się jej dotykało przywodziła na myśl śliskie skały lodowców. Na grubej pierzynie znajdowały się sterty poduszek. Misiowate, drapiące ciało i z wełny. W kolorze soczystej trawy, która dopiero co postanowiła przywitać się z pierwszymi promieniami wiosennego słońca. Jak tylko umiałam najciszej wymknęłam się spod pierzyny i na palcach podbiegłam pod drzwi prowadzące na taras. Gdy je otworzyłam – zaskrzypiały przeraźliwie. Dźwięk poszedł echem po całym domu. Zamarłam bez tchu z ręką na pozłacanej mosiężnej klamce i szeroko otwartymi ustami. Odczekałam tak dwie minuty i nie słysząc żadnego odgłosu budzących się ze snu domowników, ostrożnie wyszłam na zewnątrz. Brnęłam bosymi stopami po mokrej trawie. Lekki wiatr nucił mi do ucha słodkie kołysanki, lecz teraz już nie chciałam usnąć. Nie chciałam ich słyszeć. Stanęłam jak wryta – oto, przed moimi oczyma gdzieś wysoko w górze wisiał księżyc. Księżyc w pełni. Był piękny. Ogromny, idealnie okrągły, przerażająco niesamowity. Spowity wielką tajemnicą, która się może zdawać trudną do odgadnięcia, ale podana nam jest na tacy, Przez najprzystojniejszego kelnera jakiego można sobie wyobrazić. -No tak! Wszystko jasne! - niemal krzyknęłam. Stało się proste czemu moja Królowa Mab nie chciała przyjść do mnie z wizytą. Na dzisiejszy wieczór były zaplanowane dla mnie inne rozrywki. Zaczęłam biec w dobrze znanym mi kierunku. Serce waliło jak oszalałe. Wydawałoby się,że żyje własnym życiem i próbuje mnie prześcignąć w dotarciu do tak ukochanego przeze mnie miejsca. Starą jabłoń na samym skraju posiadłości mego ojczyma. Nie przypominała ona w żadnym stopniu tych drzew, których pełno w sadach. O nie. Ogromna, z korzeniami tak potężnymi,że wydawać by się mogło, iż są wiecznie głodnymi boa dusicielami wijącymi się u twych stóp, parę sekund przed atakiem. W brązowym, grubym, lekko spróchniałym pniu mieściła się niewielka dziupla rudej wiewiórki, lecz ta odeszła niespełna rok temu. Wtedy po raz pierwszy go zobaczyłam. Bez zbędnych ceregieli pochowaliśmy ją w noc podobną do tej. Razem. MY. Tak, to właśnie do niego biegłam. To jego chciałam ujrzeć po prawie miesiącu rozłąki. To do niego ciągnęła każda komórka mego ciała. A przecież był tylko przyjacielem.. Przyjacielem, nikim więcej. Tak, jasne. Czułam,że zachowuje się jak zdesperowana panienka czekająca na swojego chłopaka – szefa mafii, chcąca mu zrobić awanturę o byle co. Ale tak naprawdę owa 'panienka' oddałaby życie za niego. Tak samo i ja. Normalna dziewczyna. Hm, no może nie do końca. Bo chyba nie każda NORMALNA dziewczyna widzi driady – postacie opiekujące się drzewami ? Jednak coś było ze mną nie tak. Może za dużo naczytałam się książek fantastycznych i miałam już zwidy przeszło rok? No cóż. Tak czy siak nie przestawałam biec. Do jabłoni czekało mnie jeszcze około pół kilometra, więc zwiększyłam nieco tempo. Wiatr już nie szeptał mi kołysanek do ucha. Rozszalał się na całego. Szarpał i miotał moimi czarnymi lokami. Mimo to biegłam dalej. W powietrzu unosiło się coś niepokojącego, jakby zapowiedź czegoś co nieuniknione. Jakby ktoś już podjął decyzję. Ale jaką? I czego dotyczącą? Zamyśliłam się tak bardzo,że nie dostrzegłam niewielkiej odległości między mną a drzewem,więc po prostu, najzwyczajniej w świecie – wpadłam na nie. Usłyszałam śmiech. Najpiękniejszy jaki można sobie wyobrazić. Podobny do śpiewu skowronka, lecz tysiące razy bardziej wdzięczny. Po niefortunnym zdarzeniu z jabłonią, ogłupiała leżałam nadal, spoglądając tępo przed siebie. Nie obchodziło mnie nic – chciałam tylko słyszeć ów dźwięczny śmiech. Lecz skończył się szybciej niźli mogłabym się tego spodziewać. Usłyszałam jak jego bose stopy stąpają po mokrej od rosy trawie. - Nnnic ci nie jeeest? - spytał niepewnie melodyjnym głosem. Przed oczami widziałam tylko ciemność. Po chwili jakieś rozmazane kontury ludzkiego ciała. Jego ciała. Nie byłam w stanie nic z siebie wydusić. -Paaaatrycjaa.. Słyszysz mniee?! - mówił coraz głośniej – Paaatrycjaa ! -Noo.. - wyjąkałam . Powoli wracało czucie do wszystkich odrętwiałych kończyn ciała. Jego szorstka dłoń napotkała moją i pomógł mi usiąść. Z każdą chwilą widziałam i czułam coraz więcej. Przede wszystkim jego cudowny, słodki, jabłkowy zapach. Objął mnie ramieniem i mocno przytulił do siebie. Dobrze wiedział,że jestem niezdarą. Dużo mu o sobie opowiadałam, a on zawsze chętnie słuchał. Czy to nie dziwne? Przyjaźnić się z duchem? Niby był z ciała i kości.. Ale driady.. To opiekunowie drzew przecież ! A widać je tylko w taka noc jak te. Przerażającą pełnię. -Ariess..- wyszeptałam, gdyż siły jeszcze nie całkiem do mnie wróciły. -Jestem tu, ty mała niezdaro. Nic ci się nie stało ? - spytał z troską w głosie. Troską! -Tylko trochę boli mnie głowa.. - bo bolało. Przeraźliwie. Teraz, gdy powróciło już całkowite czucie , wiem,że to był ból, który rzadko mnie spotyka. Z rodziny bólów pulsujących z całej mocy jakie posiada ciało. Zdawałoby się,że chciał rozwalić mi czaszkę od środka. Spojrzał na mnie swoimi wielkimi oczami. A oczy miał niesamowite! Jedno ciemnozielone – takie samo jak liście tej starej jabłoni w pełni lata, gdy wypuszcza dojrzałe owoce. Drugie zaś jasnoróżowe – identyczne jak kolor tych delikatnych kwiatów, które witają wiosnę. Jego bujna czupryna powiewała na wietrze, który się nią bawił. Skręcał, falował i prostował. Czerwone niczym dojrzałe owoce jego drzewa usta wykrzywiły się w lekkim półuśmiechu. Biła od niego jasna aura, czuć było magię w powietrzu. Zobaczyłam w jego oczach, że się waha, lecz po chwili jego słodkie wargi spoczęły na moim czole. Był to krótki buziak, lecz mym ciałem wstrząsnął tak potężny dreszcz,że dłuższą chwilę nie mogłam dojść do siebie. Ból przeszedł od razu. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Zmieszaliśmy się oboje i pogrążyliśmy w zwyczajnej rozmowie, lecz nadal nie wypuszczał mnie ze swoich objęć. I tak mijały nam nieubłagalnie szybko kolejne minuty. W końcu, gdy nikt nie wiedział co powiedzieć dalej, zebrałam w sobie całą odwagę i zadałam nurtujące mnie od początku naszej znajomości pytanie : -Ariess.. Opowiedz mi o sobie. - spojrzał na mnie pytającym wzrokiem, lecz nie był zaskoczony. Zapewne wiedział,że prędzej czy później o to spytam. - Nooo wiesz... Jutro mija rok od naszego poznania.. A ja nadal prawie nic o tobie nie wiem.. Milczał. Myślałam,że może jednak za wcześnie zadałam to pytanie i gdy już miałam za nie przeprosić. Odezwał się cichym, melodyjnym , przypominający szelest liści lekko dmuchanych przez wiatr głosem. -Kiedyś... Bardzo dawno temu.. Hmm.. Słuchaj. - tu spojrzał na mnie z oczami pełnymi bólu. Chciałam zrezygnować i po prostu skupić się na przytulaniu, ale czułam,że nie nadarzy się inna okazja do tej opowieści. Aż zapachniało tą całą niesamowitością. Lekko zdjął rękę z mojego ramienia i powoli, lecz stanowczo wstał. Nie patrzył już na mnie, ale w księżyc. Oparł nonszalancko lewą nogę o pień i kontynuował żywym tonem – wiesz, kiedyś.. Kiedyś byłem człowiekiem. Chłopcem, bo do mężczyzny mi wiele brakowało. Hm.. Wtedy były inne czasy.. Rok bodajże 1709.. Tak, wtedy skończyłem 18lat i grałem przed wszystkimi wielkiego chojraka, pana , któremu nikt i nic niestraszne. Miałem ogromne powodzenie u dziewczyn i wykorzystywałem to. Jedna, druga, dziesiąta,aż wstyd się przyznać. Ale pewnego dnia, heh.. Dwóch chłopców założyło się,że nie wejdę do lasu, w którym straszy i nie zetnę najstarszego drzewa, które w nim rośnie. A co ja zrobiłem, no co? Głupi byłem. Nie wierzyłem w żadne legendy, mity, bajki. Nimfy wodne czy drzewne. W nic. Nie mogłem pozwolić na zwątpienie w moją męskość, na pozbycie się tego władnego przerośniętego ego. O nie, nie, nie ja! Tak więc nie chciałem dłużej zwlekać, to poszedłem po siekierę do domu i wszyscy, którzy znajdowali się na placu oraz słyszeli zakład , ruszyli razem ze mną. Odprowadzili mnie tylko na skraj lasu. Ha! Tchórze! Szydziłem z nich, wyśmiewałem. Nie wiedziałem, że widzę ich po raz ostatni. To był dziwny, słoneczny dzień. Początek lata, jak teraz. Lecz gdy wszedłem do lasu znikąd pojawiła się ciemna, gęsta mgła. Ha! Ale czymże jest lekka mgiełka dla takiego odważnego poszukiwacza przygód jak ja?! Nie zwróciłem na nią najmniejszej uwagi i pognałem dalej. Ścieżka była wąska, po prawej i lewej stronie ledwo widoczne drzewa i krzaki kołysały się w rytmie wiatru. Brnąłem tak w wodzie około godziny, jak nie więcej. Czułem, po prostu czułem,że coś złego się stanie. Ale nie mogłem zawrócić. Oni tam czekali na mnie. Oczami wyobraźni widziałem jak wyśmiewają się ze mnie do końca swoich dni. Doszedłem w końcu do jakiegoś ciemnego stawu, lecz jego całość niknęła we mgle, która jak gdyby trochę się przerzedziła. I oto zobaczyłem drzewo. Od razu wiedziałem,że jest starsze niźli by sobie można było wyobrazić. Tak, było najstarsze. Hm.. O tym lesie krążyło wiele opowieści, nikt nie odważył się od wielu lat do niego wejść. I oto proszę – ja, Ariess Rivendel wchodzę i mam zamiar ściąć najstarsze drzewo, dla głupiego zakładu. Nie pozostaje mi nic więc innego, niż to, by to zrobić. I okryć się chwałą na najbliższe kilka lat. Podszedłem do drzewa – była to jabłoń. Jabłoń w środku lasu! Czułem jego dziwną woń,przesiąkłem nią cały, lecz wtedy nic nie było mi straszne. Uniosłem siekierę i nim zdążyłem nią uderzyć w pień wydarzyło się kilka rzeczy naraz. Zobaczyłem przeraźliwie jaskrawe światło, które mnie oślepiło i setki ogłuszających krzyków. Jakaś ogromna siła odrzuciła mnie w stronę jeziora. Uderzyłem głową o kamień, a dalej wszystko pamiętam jak przez mgłę – zmarszczył czoło próbując się skupić. Głęboko odetchnął, spuścił wzrok na trawę, ale po chwili znów zaczął wpatrywać się w księżyc i kontynuować po raz drugi przerwaną opowieść – Hm.. Pamiętam wodne nimfy wynurzające się ze stawu, malutkie skrzaty, srogie elfy i driady. Mnóstwo. Mężczyźni, kobiety, młodzież i dzieci. Robili coś.. Może śpiewali, tańczyli albo naradzali się. Rzecz w tym, że zamienili mnie w to coś ! Driada.. Pf.. Przecież to jest bajka, mit, bujda! - cały się trząsł. Targały nim ze wszystkich stron emocje, a ja bezczynnie siedziałam i wpatrywałam się w niego jak zahipnotyzowana – Ale w sumie.. Należało mi się. O tak. Mam za swoje. Ta jabłoń.. To trzecie drzewo, w którym goszczę. Opiekuję się nim, pielęgnuje. Przy pełni księżyca widzisz mnie, choć nie powinnaś... Sam do końca nie wiem czemu, może Oni.. Ci wszyscy tam zadecydowali,że potrzebuję trochę ludzkiego towarzystwa? Może myślą,że oni i driady pobliskich drzew mi nie wystarczą? Tkwię w tej 'robocie' trzysta lat. Owszem, pokochałem drzewa, ale brakuje mi człowieczeństwa. Tak bardzo żałuję,że nie mogę tego naprawić. Kiedy zwątpiłem już we wszystko możliwe i miałem powiedzieć 'stop! Koniec! Nie robię tego dalej!' nagle pojawiłaś się ty. Taka.. Zielona. Zielona, zapłakana Patrycja, która ma oczy bardziej niesamowite niż każda inna osoba na tym świecie. - w tym momencie moje serce zaczęło uderzać w przyspieszonym tempie. Łup, łup, łup, łup. Ono nie uderzało, ale waliło ! Upomniałam się w duchu,że może wziąć mnie za wariatkę, bo gdzieś na dnie tego głupiego serducha czaiła się iskierka nadziei. - I zapłakana z powodu tej słodkiej, rudej wiewiórki mieszkającej we wnętrzu mej jabłoni. Rozczuliłaś mnie tym niezmiernie i jakże wielka była ma radość, gdy uświadomiłem sobie,że mnie widzisz, że możemy razem rozmawiać ! Każda minuta spędzona z tobą była dla mnie swego rodzaju błogosławieństwem. Polubiłem samego siebie. Dziękowałem i dziękuję do teraz,że było mi dane Cię poznać. I tak w radości upłynął nam rok. Choć widywałem cię parę razy w miesiącu dawałaś mi nadzieję na lepsze jutro, na to,że być może zmienią zdanie i będę mógł zacząć nowe życie. Lepsze życie. Lecz jak bardzo się myliłem. Chodzi o to.. - wzdychnął. Zaczęły znów trząść mu się ręce. Widziałam,że strasznie się boi mi o czymś powiedzieć, ale musi. To zaboli. Wiedziałam o tym, po prostu. - Rzecz w tym.. - kontynuował niechętnie – Driady są złe z natury! Nienawidzą ludzi i tego co robią z nimi ! Jak niszczą lasy, stwarzają nowe maszyny! Do licha ! - krzyczał. Nie panował nad sobą. - Nie.. To takie trudne! Nie, nie, nie, niee.. - oderwał w końcu wzrok od księżyca. Powoli, takk jak gdyby była to ostatnia rzecz, jaka jest mu dana zrobić na ziemi , spojrzał na mnie. Po jego różowym policzku spłynęła jedna wielka, samotna łza. Wyszeptał : -Nam nie wolno kochać Patrycja.. Nie wolno.. Siedziałam cicho bojąc się poruszyć choćby o milimetr. Było coraz jaśniej, więc pozostawały nam minuty. Krótkie minuty spędzone z Nim. Serce biło mi coraz szybciej, nie wiedząc czemu... W uszach jak oszalałe dudniły mi słowa: 'nam nie wolno kochać Patrycja, nie wolno...' Nie wolno... Ale po co mi to mówi.. ? Jego oczy natrafiły mój wzrok. Pragnęłam nauczyć się Go na pamięć, zapamiętać każdy najdrobniejszy szczegół. Nie wiem czemu,ale bałam się, bałam,że Go stracę. A tracąc Jego.. Straciłabym siebie. I zaprzedałabym duszę chociażby diabłu, by Go odnaleźć.. Czego się nie robi dla Przyjaciela. Przyjaciela..?! Ale te oczy... Takie.. Pełne bólu bijącego na wszystkie strony i nagła zmiana. Z chmur wyjrzało słońce. Koniec deszczy, zaraz nastanie tęcza. Tęcza mieniąca się milionami różnych kolorów. I jest, oto jest – tak uwielbiany przeze mnie uśmiech. Ta tęcza, na końcu której znajduje się wielki gar ze złotem. Podszedł do mnie i ujął za ręce. Jego dłonie były szorstkie, chropowate niczym kora jabłoni, którą się opiekuje. Nachylił się, i powoli, powolutku szepnął mi do ucha : -Nam nie wolno kochać... Musnął swymi wargami moje ucho, po czym schodząc coraz niżej zaczął bardzo delikatnie całować moją szyję. Drżałam na całym ciele nie mogąc zdobyć się na odwagę i poruszyć chociażby troszeczkę. Nie chciałam by przestawał ! Powoli, z mego obojczyka wznosił się ku górze. Pocałował moje oczy, czoło, policzki, nos i w końcu... Nastąpiło to, co pragnęłam całą sobą od początku naszej znajomości nie zdając sobie nawet z tego sprawy ! To, czego tak strasznie, przeraźliwie się bałam! Drżałam coraz bardziej, a on muskał swymi wargami moje własne. Błogość, po prostu wszechogarniająca wszystko, zalewająca cały świat błogość. Liczył się tylko on – od zawsze, na zawsze. On i jego usta. Słodko – kwaśne. Były tak soczyste i tak miękkie jak można sobie to tylko wyobrazić. Całował mnie z taką pasją, że ogłupiała, bez użycia słów prosiłam o więcej. Koniec. Nagle. Nagle koniec. Nie. Ma. Go. Nie. Księżyc. Zniknął. Koniec.

***

-Poostrachooowa! - dobiegł do mej głowy dziwnie oddalony głos. -Auć! - krzyknęłam machinalnie łapiąc się za głowę. No tak, kreda. Jak zwykle na matematyce. Ulubiona rozrywka osoby, która jej naucza? Rzucanie kredą w biedne, śpiące dzieci. A jakże. -Nie spać, zwiedzać ! -Ja nie śpię, ja śnię. - czy to była cięta riposta? Raczej nie. Ale podziałało, gdyż zajęła się Anią stojąca przy tablicy i rozwiązującą jakieś pokręcone zadanie. Cyferki i literki porozrzucane po całej tablicy. Eee.. Czyżby to było Twierdzenie Talesa? Nie wiem. Moja głowa odmawiała posłuszeństwa. Majaczyły mi przed oczami sceny z dzisiejszej nocy. Czy tam poranka. Czułam te usta na moich własnych. Ale ból głowy powrócił. Od pory, w której wzeszło słońce. Z każdą minutą, ba! Sekundą! Staje się coraz mocniejszy. A lekka drzemka go tylko spowalnia. -Postrach ! Trzydzieste ze sto ósmej ! Do tablicy ! - Super. Lece, biegnę. Już. Wstaje, po czym wszystko dzieje się w ułamku sekundy. Widzę Anię przy tablicy, a zaraz potem jak przerażona biegnie w moją stronę. Wszystko zachodzi mgłą. Tylko krzyki, krzyki, krzyki i szept... A w końcu cisza... ***

Jedno oko. Powolutku. Drugie. Ałaaaaaaaa.

***

No dobra. Wypisali mnie z tego obskurnego szpitala z białą, śmierdzącą pościelą do domu. Ale oczywiście nie obyło się bez jęków, krzyków i gryzienia. A i zapewnienia,że nic mnie nie boli. Co oczywiście nie znaczy,że tak jest. Boli. Straszliwie. Aż pulsuje od środka jakby mózg chciał się uwolnić i iść na kawkę z uroczą blondynką z dwu metrowymi nogami. Okej, może i leże przybita do mego łoża, które teraz w żadnym stopniu nie wydaje mi się tak piękne, wspaniałe i wygodne jak kiedyś. Tak, już matka, przyrodni brat i ojczym nie stoją nade mną i nie pytają co chwilę czy czegoś mi nie potrzeba, co w sumie nie było takie złe. Realizowali każda moją zachciankę. Ale co, do cholery mam teraz zrobić?! Teraz, gdy czuję,że On tam jest i na mnie czeka. Teraz, gdy wiem,że Go kocham ! Kocham całą sobą ! Kocham, kocham, kocham ! Ale ptaszki nie śpiewają, Amor nie lata mi nad głową, nie widzę serduszek unoszących się w powietrzu ! Nic! Zeroooo! Kompletne dno.. Jak w tej piosence.. ' Nie ma cię, nie ma cie, zimna jest noc...' . Aaaaaaaa. Raz, dwa trzy. Puk puk. Jesteś trup. Koniec, nie wytrzymam. Biegnę. Do mej miłości. Mego ducha, Niczym Romeo do swej Julii. Już mnie nie ma w łóżku. Potykam się. Leżę, lecz wstaję. I idę, idę powoli. Powolutku. Co za nieznośnie wolne tempo ! Nie usłyszą, śpią. Bardzo dobrze. Lewa stopa, prawa. Już za drzwiami. Zimne, wręcz lodowate powietrze muska mi twarz. Nie jest tak jak wczoraj. Rozglądam się w poszukiwaniu tej kuli na niebie, lecz jej nie ma. Mimo to idę dalej. Nie spodziewałam się dzisiaj pełni, ale co innego mogę począć? To co zdarzyło się wczoraj.. Pf.. Dzisiaj rano.. To magia. Najzwyczajniejsza, lecz najbardziej niesamowita. Nie może kochać, ale mnie pocałował. Ja kocham Jego. Czego chcieć więcej? To, że jest Driadą ? To nic. Miłość, miłość, miłość. Co ja pieprzę? Tralalala. Jedna kropla, druga. Kap kap. I nagle, a co nagle to po diable – deszcz, wichura, burza. Nie wiem, w która stronę

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych