Arktyka
Kolejne tekst z kategorii podróże/przygoda. Trudny i pokrętny w odbiorze, od razu uprzedzam!
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Światła. Mdły, martwy blask oświetlonego korytarza. Blask, półmrok, znów blask – hipnotyczna powtarzalność. Jeszcze słyszę huk zarejestrowany w ostatnim ułamku chwili. Później zapach, słodkawy zapach tlącego się życia. Nie czuję bólu, nie czuję strachu, tylko na przemian ciepło i chłód na twarzy. Niebieskie błyski, cienie o dziwnych kształtach – ludzie? Nie widzę zbyt dobrze, głowę mam opuszczoną na piersi, powieki półprzymknięte. Chciałbym zamknąć oczy, tak zapaść się w ten ciepły mrok, ale nawet tyle nie mogę. Dźwięki rozciągają się w dziwnie pogłosy, echa - słowa rozpisane na nuty? Tajemnicze, jakich nigdy nie słyszałem. A te cienie –mrok transparentny, płomienie przechodzą przez nie, formy wypełnione ogniem jak żywe pochodnie przemykają gdzieś z boku, na granicy tego co mogę dostrzec. I coś więcej – jakieś tajemnicze wołanie w głowie, dziwne drgnięcia czasu – coraz wolniejsze, nieuchwytny ruch dookolnej pustki. Suchość w ustach – piję ziemię długimi łykami, jej smak... Skąd? Kiedy? Jaki on jest? Cierpki może, jak smak pozostawiony na języku przez zimny zardzewiały łańcuch? A może bardziej jak stary pergamin? Lekko się oddycha, nie wiedziałem dotąd jaką męką był każdy oddech, zimny metal wlewany w płuca. Perspektywa zmienia się, wypacza w jednej chwili – w dół najpierw, by przejść z lewej w prawo i zatrzymać się. Szarość pół tonu jaśniejsza tylko od czerni smolistej – cienie cieni. Osiadają miękkim welonem pleśni na oczach. Obraz na chwilę nabiera ostrości - pochylone twarze. Strach na tych twarzach, lęk w ich oczach, nieznane skrada się tam cicho, rozlewa lepko gdzieś na ich dnie. I nagle rozpadają się obrazy, nie ma ciągłości, nic nie wiąże ich ze sobą. Wszystko co w centrum oddala się szybko, tylko na skraju obraz jeszcze uchwytny. Dalej kształty przechodzą we wstęgi skupiające się w jednym punkcie. Coś je zasysa, coś pochłania, pożera – coraz szybciej, łapczywiej. Pięciolinie dźwięków rozpisane na dzwony; głuche, powolne bicie – nieznośny ucisk odzywa się gdzieś pod czaszką, szuka wyjścia drgając w infradźwiękach. Jednocześnie z paczącą się przestrzenią i dudniącym pogłosem wzmagają się zapachy. Rozlewają się wilgocią po podniebieniu, zimna rosa traw, kamień, niebo, mrok. Ktoś szarpie mnie za ramię...
-Proszę Pana? Proszę się obudzić, jesteśmy już w Reykjaviku – melodyjny głos stewardesy dociera do mnie niczym z głębi studni. Nawet teraz, zaniepokojona moim letargicznym snem, nie potrafi pozbyć się tonu profesjonalnej uprzejmości. Czuję jakby głowa przyrosła mi do zagłówka fotela. Z trudem otwieram powieki, świat postrzegany wyostrza się po kilku następnych sekundach ukazując mi jadowitą zieleń jej oczu. Ból zamazuje mi na sekundę obraz, gdy prostuję plecy dotąd wykrzywione w niewygodnej pozycji. Drgnęła. Widok mojej twarzy nie pozostawia jej obojętną, mała rysa na profesjonalnym krysztale zieleni, Wenus Frasobliwa... puste szkło wypada ze zdrętwiałej dłoni. - Już... tak. – gardło, ściśnięte jak po każdym koszmarze, z ledwością przepuszcza dźwięki. Wstaję i ruszam powoli powłócząc nogami - ku czarnemu owalowi wyjścia, prosto w chłód polarnej nocy.
- Na Grenlandię? – kapitan łodzi nie ukrywa zaskoczenia moją propozycją – No tak, zawiniemy do Nuuk przed rozpoczęciem połowu, zabieram stamtąd kilku ludzi, a przydzielony akwen w pobliżu – zerka na mnie z zaciekawieniem, choć nie z powodu mojego wyglądu. To raczej mój skromny ekwipunek budzi jego zainteresowanie. Ciepłe ubrania, narty, lekkie sanie z włókna – cały mój dzisiejszy dorobek życia. A jednak milczy. - Znam się na silnikach wysokoprężnych, mogę pomóc trochę w maszynowni. Poza normalną opłatą za dostarczenie mnie do Nuuk – zawieszam na chwilę głos i dorzucam atu. – Przecież i tak brakuje panu ludzi. Coś nadal go niepokoi, coś w moim zachowaniu nie jest dla niego normalne, lecz ani on ani ja nie potrafimy tego określić. Patrzy na mnie przenikliwie spod tych krzaczastych, białych od soli brwi, gdy w końcu mówi. - Wsiadaj, dodatkowa para rąk zawsze się przyda na morzu. Jak ci na imię? - Niech pan coś wybierze – wzruszam ramionami – Cokolwiek. Nawet go to nie zaskoczyło. Dziwny człowiek. Mam teraz na imię Thor. Z początku myślałem, że to od imienia tego podróżnika, Thora Heyerdala, lub z mitologii skandynawskiej. Ale wczoraj mechanik wyjaśnił mi, że tak miał na imię syn kapitana. Zaginął w okolicach Spitsbergenu, jakoś tak dwa lata temu. Nikt mnie nie pyta o cel mojego rejsu, po prostu tylko patrzą i od razu wiedzą. Wczoraj wieczorem, gdy paliłem przy lewoburtowym relingu podszedł do mnie bosman, stanął obok, zapalił skręta. „Na Grenladię, tak? – bardziej stwierdził, niż zapytał – Zmęczyła nas cywilizacja? Mnie z takim łapskami – pokazuje czerwone od odmrożeń dłonie – też by nikt nie posadził do pracy za biurkiem”. Sam już więc nie wiem, czego tak naprawdę szukam, a w każdym razie nie potrafię tego określić słowami. W Nuuk zabawiłem kilka godzin. Dowiedziałem się tylko, że w tym samym kierunku udaje się pięcioosobowa wyprawa glacjologiczna. Widziałem ich z daleka – sześć osób, w tym chyba kobieta. Nie ma problemu – ominę ich. Nikt nie odwrócił w moją stronę głowy gdy mijałem ostatnie zabudowania.
Jak opisać trzy sekundy dnia – od świtu do zmierzchu? Więc najpierw krew, krew buchająca gejzerem gdzieś za horyzontem, powoli rozlewająca się po jego linii. Jaśnieje powoli nasycając się chłodem powietrza, nasycając powietrze, burząc monument nocy. Zaciska się ta czerwień - ten róż wpierw na fragmencie nie większym niż wyciągnięta na wprost dłoń, dłonią można go zgasić. Po chwili jednak rozpływa się lepkimi smugami na boki, niczym skażony barwnikiem olej; powoli, nisko, w ciszy lodowca. W zimnym, przeraźliwie suchym powietrzu odgłosy trzasków, gdy pojedyncze promienie światła tną lód przebijając go ostrymi pchnięciami purpury. Inne odbijają się od gładkości chłodu uderzając mnie w twarz, tnąc skórę aż do kości. Szeroko otwarte oczy rejestrują cud jednej sekundy światła, ten ułamkowy błysk, krzyk idealnej próżni w ściętym mrozem powietrzu i nagle giną refleksy, promienie, kolory. Pięść nocy przyciska umykające światło do linii horyzontu. Jeszcze tylko jeden oślepiający błysk. I mrok. Mrok niczym najgłębsze otchłanie oceaniczne, niczym próżnia najodleglejszych zakątków wszechświata. Siada na piersi ciężarem kilometrów lodu na którym stoję a może leżę, bo sam już nie wiem, jak jest; brak w tej smole punktu oparcia. Na niebie eksplodują gejzery fioletów, zorza polarna zachłannie pożera czerń, rozpinają się na niebie kurtyny boskich dominiów – tam, powyżej. Arktyka. W tej jednej chwili tylko moja.
Po dwóch dniach/nocach wędrówki dotarłem do fiordu. Właściwie bardziej wyczułem to niż zarejestrowałem wzrokiem. W ciemności rozświetlanej tylko błyskami naniebnego chaosu zimnych barw bardziej polegało się na podejrzeniu, które w miarę trwania polarnej nocy przekształcało się w przeświadczenie o istnieniu pewnych zjawisk i miejsc. Tak więc najpierw dźwięki – te ze świata materii a czasem te ze świata urojeń – nie do rozróżnienia w pierwszej chwili. Potrzebny jest dotyk, który stanowi tu substytut wzroku. Gdyby nie dłonie, coraz czulsza na wszelkie bodźce skóra nie potrafiłbym nawet powiedzieć, czy otacza mnie cokolwiek innego niż próżnia. Cienki pergamin skóry odbiera też każde drgnięcie powietrza, dzięki tym delikatnym jego wahnięciom wiem, że jeszcze istnieje, że jeszcze mnie otacza. Słychać jak mój oddech ścięty w kryształ opada na szklisty lodowiec tuż przed moimi stopami kurzawą lodowych igieł. Choć nie widzę, to wiem jednak, że od urwiska opadającego karkołomną ścianą prosto w dół, ku wodzie, co nie zamarza choć powinna, dzielą mnie najwyżej trzy kroki – trzy kroki i gęsty chłód. Skalny fiord, teraz pokryty lodowcem. Kiedyś były tu dni, gdy kwitły okołobiegunowe kwiaty jednego dnia – dziś biel kłująca oczy w ciemności. Lodowe kominy wznoszące się na dwieście, trzysta metrów. Odpadają od nich co kilkaset lat wielkie bloki. Dziś właśnie jest taka chwila; najpierw obraz osuwającego się maleńkiego kawałka szklistej wody – setki tysięcy ton. Z tej odległości ledwie widać ruch chociaż dzieje się to z ogromną prędkością, gdybym stał na tym opadającym bloku pęd powietrza zerwałby pewnie ze mnie ubranie. A przecież to okruch tylko, maleńki skrawek oderwany od całości sunie ku idealnie gładkiemu zwierciadłu lustra wody, w którym nie przeglądają się nawet gwiazdy. Za obrazem idzie ruch mrozu; to ledwie wyczuwalne drgnięcie powietrza – tylko jedno. Składa pocałunek odmrożeń na twarzy, by utopić się wraz z pokonaną grawitacją masą białej czerni. Gdy już ostatnie zmarszczki rozpływają się po gęstej rtęci wody dobiega mnie gniewny głos. Arktyka niespokojna. Coś dziwnego dzieje się z też z moimi myślami. Nie biegną linearnie, rozlewają się szeroką falą. W jednej chwili potrafię zarejestrować niebywałą ilość zjawisk w tym pozornie pustym krajobrazie. Otwieram oczy i wiem, że stoję na skraju fiordu; tylko trzy kroki, trzy kroki i gęsty chłód. Pokusa lotu.
...szybciej, na intensywną z nim. Gdzie do jasnej cholery jest anestezjolog?!! Przecież zaraz nam tu zejdzie od samego szoku! – podniesiony męski głos. I drugi spokojny. – I tak nie wytrzyma, jego szczęście, że patrol autostrady wypadł nam dziś akurat na tym odcinku... – Nie filozofuj mi tu szczeniaku! – znów ten donioślejszy – Cholera, sanitariusz będzie się mi tu jeszcze panoszył. Dlaczego ta sala nie jest gotowa?! Chryste Panie!! Co za burdel... Siostro!!! - O kurwa, on taki cały? - Nie, tylko dłonie i twarz - a i to niecała. - Można by mu skórę z twarzy zdjąć jak maskę... - Zamknijcie się, gość jest przytomny
Nie krzycz; nic nie boli, nic. Gdyby jeszcze cisza... Coraz rzadziej miewam takie koszmary, lecz teraz, po każdym z nich czuję jeszcze ten sam strach. Może dlatego, że koszmary te są jednocześnie wspomnieniami? Teraz, gdy nie widzę ludzi, wydaje mi się, że potrafię przeniknąć ich naturę głębiej. Motywy postępowania stają się przejrzyste niczym tafla cienkiego lodu. Podążam na północ, kompas już do niczego nieprzydatny na tych szerokościach - korzystam więc z dobrodziejstwa techniki jakim jest GPS. Przykryta kloszem półmroku nieskończoność lodowej równiny pobudza wyobraźnię. Dopiero tu można dowiedzieć się czym jest tęsknota za nieokreślonym. Samotność i chłód. Czyżbym w końcu znalazł?
Czy jesteśmy towarzyszami? Nie potrafię odpowiedzieć; zawsze biegł gdzieś po linii granicznej, tam gdzie noc dotykała ziemi. Spotkaliśmy się jakiś czas temu – przypadek, zrządzenie losu; tak dla niego jak i dla mnie. W czas najgęstszej zamieci, gdy zmierzałem wprost na północ wyczułem nagle to wybrzuszenie, tą nierówność na twarzy gładkiego pola kilka kilometrów wcześniej. Zatrzymałem się węsząc, nie było zapachów – wiatr nie pomagał wiejąc mi w plecy. Pozostałe zmysły też bezpośrednio niczego nie podpowiadały. Zatoczyłem jedno koło i drugie, nim zdecydowałem się zbliżyć. Poszarpane płótno namiotu wściekle grało smagane pejczem lodowego podmuchu. Gdy spojrzałem do wnętrza dostrzegłem go. Leżał tak już chyba od kilkudziesięciu lat; twarz zmumifikowana mrozem, tylko oczy jak żywe, patrzące gdzieś w narożnik płóciennego schronienia. Cofnąłem się powoli, rozejrzałem się w zamieci. Wtedy za moimi plecami dźwignął się z lodu On. Cichy chrobot kruszącego się lodu, jeden trzask i oto stoi. Czuje jego wzrok na swoich plecach. Odwracam się powoli, wieki ruchu; ale nic, stoi nadal – patrzy; grają mu pod sierścią tylko mocarne mięśnie, jedno oko białe jak lód, drugie czarne niczym najmroczniejsze zakątki jaskiń. Zaiste – olbrzym, na oko sądząc sto dwadzieścia funtów żelaznych mięsni i ścięgien. Patrzę mu w te oczy, te dwa wszechświaty tak różne a w głowie tysiące myśli. Niemożliwe, przecież nie powinien żyć. Na tym skraju gdzie morze pokryte wiecznym lodem spotyka się z lądem obciążonym tysiącletnim lodowcem nie ma schronienia, nie ma pożywienia. Zresztą – ileż żyje pies? Piętnaście? Dwadzieścia lat? A ten namiot ma co najmniej pięćdziesiąt, to po prostu niemożliwe, niemożliwe... Nie drgnął, gdy w końcu odwróciłem się znów ku północy. Gdy jednak ciche szrrr, szszrr nart prawie stłumiło echo wspomnienia tego miejsca, kątem oka dostrzegłem, jak wśród zamieci, gdzieś po prawej, cicho podążał za mną krok w krok. Zatrzymałem się, odpiąłem linkę sań od uprzęży i zacząłem szperać w zapasach obserwując go kątem oka - No, chodź. – wyciągam w stronę psa rękę, w której trzymam otwartą puszkę – Śmiało, bierz. Nie chcesz? – wkładam sobie do ust skrawek mięsa, by jakoś go zachęcić, ale moje wysiłki najwyraźniej nie przekonują go –Trudno, nie to nie. Radź sobie sam, bo następną konserwę otworzę jutro. Hmm... –przeżuwam powoli – Trzeba by cię jakoś nazwać - ale jak? Może jakoś adekwatnie do sytuacji? Albo nie, skoro ja Thor, to ty będziesz Fenrir. To chyba też coś ze skandynawskich podań. Nie pamiętam tylko czy to była dobra, czy zła postać. Nieważne – prostuję się, dopinam uprząż sań – Moja droga na północ. A twoja? Jakiś czas później nasze przymierze usankcjonowało się ostatecznie. Dotarłem do obszarów dryfującego lodu. Co pewien czas w oddali, wśród nieforemnych brył prześwitywała tafla morza, a przy brzegach tych oczek napotykało się foki. Nie widziałem ich co prawda – uciekały dużo wcześniej spłoszone odgłosem nart zgrzytających po lodzie, pozostawały tylko ich ślady, mokre…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil seeman6
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…