Babia Góra
W miarę możliwości, co roku w majówkę staram się odwiedzać góry, które kocham. Te opowiadanko jest właśnie o jednej z moich wypraw. Miała ona miejsce w 2002 roku, oczywiście w maju :))
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
{b}Gdy byłem niedawno na rowerze z kumplem, późnym wieczorem, to nasunęła mi się taka myśl: fajnie by było znaleźć się w górach. I postanowiliśmy coś zaplanować. Kumpel powiadomił dwóch swoich kolegów i ekipa do wyjazdu się znalazła. Miał to być wyjazd pod namioty a celem miała być Babia Góra. Wszystko zostało uzgodnione i zaplanowane. Budzę się, jest przed piątą rano, pierwszy maj. Mam pół godziny, by dopakować ostatnie rzeczy do plecaka i spotkać się z kumplem (którego znam z podstawówki) na przystanku autobusowym, z którego powinniśmy zajechać do Katowic. Tak się składa, że przystanek mam niemalże na przeciw okien i nie miałem kłopotu ze zdążeniem. Po jakimś czasie zjawił się Banan. Wsiedliśmy do autobusu i odjechaliśmy. Moje samopoczucie było fatalne, gdyż przechodziłem pewien kryzys. Do tego nie miałem pojęcia z kim tak naprawdę jadę, bo znałem tylko Banana. No nic, zajechaliśmy do tych Katowic, gdzie poznałem współtowarzyszy podróży. Stamtąd wyjechaliśmy Seatem Cordoba w stronę gór. Zawsze chciałem przejechać się Seatem, bo to hiszpański samochód(a ja lubię hiszpańskie kluby piłkarskie i stąd ten sentyment). Jechaliśmy tak sobie a z głośników leciała jazzowa muzyka. W końcu zbliżały się Ujsoły a w efekcie i Glinka, gdzie był koniec jazdy a początek szlaku. Właściciel samochodu Andrzej, ja, Banan i Damian wyruszyliśmy na szlak a Gucio odjechał z powrotem, gdyż musiał zdążyć do pracy. Miał przyjechać po nas dopiero następnego dnia lecz w nieco innym miejscu i na życzenie tzn. Na komórkę. Jeśli chodzi o pogodę, to była bardzo słoneczna a niebo było bezchmurne. Szlak zaczął się dosyć ostro, bo już po kilku minutach czekało nas strome podejście. W efekcie zrobiliśmy sobie pięć minut przerwy. No ale nie ma to tamto, trzeba było iść dalej. I szliśmy tak poprzez góry, lasy, rzeki a po drodze mijaliśmy innych turystów i wzajemnie się pozdrawialiśmy, co było bardzo miłe. Panorama była piękna, podobnie jak zapach lasu. Niestety nie miałem ze sobą aparatu, ale i tak będę miał fotki. Jak to możliwe? Otóż Andrzej miał aparat ;) Wysiłek fizyczny dawał się nam we znaki z każdą chwilą, toteż wypadało robić przerwy. Jednym z pierwszych naszych osiągnięć był szczyt Trzy Kopce. Kiedyś już tam byłem... A gdy znaleźliśmy się w jakimś schronisku, to zamówiliśmy coś do jedzenia - ja np. fasolkę po bretońsku i czekoladkę do popicia. Podczas jednej przerwy Banan zapytał Andrzeja -ile jeszcze nas czeka trasy? A ten mu odpowiedział: -k..., nie pytaj. I o ile wiem, to, to się nagrało na dyktafon i być może będzie z tego mp3. Ale to tak zabawnie zabrzmiało, że troszkę się z tego śmialiśmy. A gdy szliśmy w kierunku Hali Miziowej, to... Ujrzeliśmy śnieg... Na początku usiłowaliśmy iść jakoś bokiem, ale jak wpadliśmy po kostki kilka razy, to już nie zważaliśmy na to. Podobnie było z błotem i kałużami. W butach istna powódź - szkoda, że miałem tylko jedną parę. No i gdy tak szliśmy w „strefie zimy”, to po drodze był taki mały wodospadzik, po przez który trzeba było jakoś przejść, po tych śliskich kamieniach(wokół biało). Niestety Bananowi się to nie udało... Zleciał z niego do wody, na kamienie. Na szczęście nic poważnego mu się nie stało, tylko troszkę się poobijał. Dreptaliśmy tak i dreptaliśmy aż doszliśmy do przejścia granicznego (tak w ogóle, to ciągle szliśmy wzdłuż granicy) i zastanawialiśmy się gdzie rozbić namioty. W przygranicznym sklepiku kupiłem sobie dwa lody, by się ochłodzić. Szliśmy drogą w kierunku Korbielowa i szukaliśmy miejsca na rozbicie. Po drodze podjechał do nas motor Enduro, na którym siedział strażnik graniczny i zapytał czego szukamy. Gdy mu powiedzieliśmy, to odradził nam się tu rozbijać, gdyż można zapłacić mandat. Robiło się coraz ciemniej a my bezskutecznie, poszukiwaliśmy miejsca. Jednak wszyscy odmawiali. Andrzej zadzwonił więc do znajomego górala z Korbielowa i ten po nas przyjechał samochodem. Pozwolił nam się rozbić na terenie swojego gospodarstwa. Byliśmy bardzo zmęczeni. Jednak jeszcze rozpaliliśmy ognisko - dosyć szybko, ponieważ benzyna się dobrze pali i zjedliśmy kiełbaski. A potem patrzyłem w gwiazdy a było ich bardzo wiele. Było też mnóstwo satelitów, nawet po kilka jednocześnie. Widzieliśmy też pewne ciekawe zjawisko, taki jakiś dziwny błysk... Ale na szczęście obcy nas nie uprowadzili ;-) Szukałem wszędzie księżyca, ale jakoś nigdzie nie było go widać. Pewnie się skrył gdzieś za górami i drzewami. Potem dogasiliśmy ognisko i poszliśmy spać. Inne miejsce, bliższy kontakt z naturą, ta cała atmosfera... No właśnie... To często skłania do refleksji na temat życia - przynajmniej mnie. Przemijanie, ten cały świat, to się wszystko wydaje takie dziwne i tajemnicze. Zamiast jechać na tę majówkę, powinienem się uczyć na maturę. Ale czy matura jest najważniejsza? Owszem, jest ważna ale czy jest najważniejsza? Przecież świat się nie zawali jeśli zdał bym ją później. Wielu ludzi jest zabieganych w swoje obowiązki, ciągle się spieszą i tracą to, co najważniejsze. A co jest najważniejsze? Myślę, że wiesz. A jeśli nie, to wyjedź w góry i popatrz w gwiazdy, zbliż się do natury... No i tego typu rozmyślania m.in. były w mojej głowie przed snem. A jak zasypiałem, to słyszałem jeszcze szum strumyczka, który płynął sobie nieopodal. Nadszedł nowy dzień. Znów obudziłem się w fatalnym nastroju i jak sobie jeszcze pomyślałem, ile czeka nas dziś drogi, że najgorsze przed nami, to mi się odechciewało. Pogoda, podobnie jak dzień wcześniej, była pełna słońca. Górale byli bardzo gościnni, rano poprosili nas do stołu na herbatę. Poza tym zapewnili nam miejsce na nocleg a nawet po nas przyjechał gospodarz. Rano podczas śniadania jedna starsza góralka opowiadała nam różne historie dotyczące mieściny. Np. o jakimś ćpunie, który kogoś zabił na jakiejś dyskotece, albo o znajomych na Śląsku, czy o miss Podbeskidzia, mieszkającej dom dalej. No i zanim poskładaliśmy namioty i spakowaliśmy się w dalszą podróż, to była gdzieś godzina 11. Pożegnaliśmy się z góralami, podziękowaliśmy im za gościnę i wystartowaliśmy dalej. Znów zaczęło się ciężko. W efekcie oddzieliliśmy się z Bananem od reszty, gdyż nasze tempo było szybsze. Były tam takie podejścia, że zwątpienie dosięgało nas coraz częściej. Stopy obdarte, szczypiące, obolałe, podobnie barki a słońce przypiekało, byliśmy zlani potem i zmęczeni. Podobnie jak dzień wcześniej, mijaliśmy mnóstwo turystów i mimo wysiłku, wszyscy mówili sobie „cześć” z uśmiechem na twarzy. To naprawdę jest piękny zwyczaj. Do nas dołączył się jeden turysta, który też zmierzał na Babią. I mimo, że był z Łodzi, to o górach wiedział bardzo wiele. Szliśmy tak to z nim, to bez niego. Albo on nas doganiał, albo my z Bananem jego. Doszliśmy do jakiejś przełęczy i tam postanowiliśmy sobie zrobić pół godziny przerwy, żeby coś zjeść, troszkę wypocząć, ponieważ zbliżała się najtrudniejsza część wyprawy. Poczęstowałem biszkoptami tych, którzy też tam wypoczywali, po czym sam…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Lucjan
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…