Baśń 1002 nocy
Opowiadanie porusza kwestię samobójstwa, mimo to mam nadzieję, że jest pokrzepiające. Nastolatka w trudnym momencie życia otrzymuje pomoc od niezwykłej, trudnej do zdefiniowania istoty.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Dobry wieczór. Nie jestem jedną z postaci tej opowieści. Żadna z postaci nie zgodziła się być narratorem, a autor się uparł, że narrator musi być. Tak oto zostałem, jak to mówią pompatycznie, narratorem wszechwiedzącym. Pierwszy raz występuję w tej roli, więc z góry proszę o wybaczenie mi wszelkich wpadek i niedociągnięć. Postaram się też zbytnio nie epatować swoją wszechwiedzą. Wiem na przykład, jaki będzie wynik losowania w Lotto za tydzień, ale nie będę wam zawracał głowy takimi głupotami. Przejdźmy zatem do naszej opowieści. W okolicach Rijadu, jest prześliczna oaza, a w jej centrum niezwykle luksusowa rezydencja należąca do równie bogatego co podłego arabskiego biznesmena. Nie jest on podły dlatego, że jest bogaty. Majątek odziedziczył po ojcu, a ten był szlachetnym, honorowym człowiekiem i Arabem, więc arabskie pochodzenie też nie ma tu nic do rzeczy. Zwłaszcza że matką naszego niegodziwca jest Amerykanka. Religia też nie jest tu winna, bo ów biznesmen nie jest religijny. Wierzy jedynie w pieniądze i siebie. Jest podły, ponieważ jest mu tak wygodnie. Ma tyle na głowie, że przejmowanie się innymi przerosłoby jego delikatne ego. Tacy ludzie po prostu się zdarzają, jak trzęsienia ziemi, tajfuny i epidemie. Zamiast to analizować, lepiej nauczyć się z tym żyć. Na dachu tej uroczej rezydencji stała młoda dziewczyna. Ubrana była w nocną koszulę, a jej bose stopy wychylały się nieco ponad krawędź. Trwała tak już dłuższą chwilę podziwiając rozgwieżdżone niebo. Wierzyła, że jest to ostateczny cel jej podróży, ale żeby go osiągnąć, musiała wykonać ten ostatni krok. Taka formalność, niczym pieczątka w paszporcie przed podróżą w zaświaty. Jej życie i tak już się skończyło i nie było sensu ciągnąć tej egzystencji tylko ku uciesze innych. Gwiazdy były doprawdy hipnotyzujące. Z jednej strony kusiły obietnicą rozwiązania wszystkich problemów, z drugiej powstrzymywały, bo ich widok był ostatnią rzeczą, z którą trudno było się rozstać. Ten ostatni krok nie był łatwy. Jej rozpędzone myśli szukały rozpaczliwie innej ścieżki, ale żadna nie wiodła ku ukojeniu. Wątpliwości, jedna po drugiej odpuszczały niczym liny trzymające ogromny ciężar. I gdy już wszystko wydawało się przesądzone, odniosła wrażenie, że nie jest tu sama. Nagle przyczyna, dla której przyszła tu o tak późnej porze zeszła na dalszy plan. Bo jak to tak, skoczyć i już nigdy nie dowiedzieć się, kto jest świadkiem tego ostatecznego czynu. Jednak jeśli będzie się dłużej wahała, nieoczekiwany przybysz może zniweczyć jej plany i do listy udręk, od których chciała uciec, dodać wstyd z jakimi będzie się musiała zmagać po nieudanej próbie samobójczej. W jednej chwili nogi jej zmiękły, porażone niespodziewanym atakiem lęku wysokości. Bała się nawet obejrzeć, by nie zakręciło jej się w głowie,. - Stój bo skoczę! – wydusiła z siebie drżącym głosem. Usłyszała kroki tajemniczego towarzysza. Nie szedł w jej stronę, lecz trochę z boku. Kątem oka ujrzała intruza. Nie była w stanie go rozpoznać, jednak niemal na pewno był to mężczyzna. Podszedł do krawędzi i spojrzał w dół. - Skoczyć? No co ty? Przecież… ile to… dwa, trzy piętra w dół? Możesz się zabić. Głos na pewno należał do mężczyzny, ale nie przypominał nikogo znajomego. - Chyba o to właśnie chodzi, prawda? – odparła. - No nie wiem. Przyznaję, nie jestem ekspertem. Młodzież znajduje teraz dość oryginalne sposoby na samorealizację. Ciekawość zdominowała jej emocje, a konsekwencją tego był lęk. Poczuła nagły dyskomfort z faktu przebywania na krawędzi dachu. Bała się spojrzeć w bok, a nawet zrobić krok w tył, by nie stracić równowagi. Poczuła, że jest w pułapce. Mężczyzna nie zachowywał się jak przystało na świadka samobójstwa. Wprawdzie nie wiedziała do końca, jakie zachowanie jest naturalne w takiej sytuacji, ale spodziewała się jakiejś próby negocjacji. Tymczasem wyglądało to tak, jakby dwoje nieznajomych spotkało się przypadkiem w środku nocy na dachu prywatnej rezydencji. Ona próbując się zabić i on po prostu spacerując. - Dobrze, to ja nie przeszkadzam. Chociaż… - Tu nieznajomy zrobił długą pauzę. - Nie, nie.. bo nie chcę wyjść na takiego, co to podcina skrzydła. Poczekaj tylko aż się nieco oddalę, bo osobiście nie lubię widoku krwi. Niechybnie będzie jej dużo, nawet jeśli ci się nie uda… Co ja gadam? Co ma się nie udać? W ogóle mnie nie słuchaj. Co ja tam wiem o skakaniu. Zwłaszcza z dachu. Masz swoje plany, marzenia, a tu zjawia się malkontent i udaje mądralę. Przepraszam, pewnie cię tylko rozkojarzyłem i potem będziesz wszystkim opowiadała, że to przeze mnie ci nie wyszło. No dobra. Miło było poznać, szkoda, że nie będzie okazji, poznać się bliżej. Bo wiesz, nie zostanę tu długo i zanim się wyliżesz, pewnie mnie już nie będzie… – Przybysz znowu przerwał wypowiedź, jakby zakłopotany. - No nie, odzywa się mój pesymizm. Żadnego wylizywania, no bo niby z czego, prawda? Te sztachetki to przecież żaden problem. Na pewno wzięłaś je pod uwagę, więc nie będę się wymądrzał. Nieznajomy wziął głęboki oddech, uspokoił nieco tempo wypowiedzi i kontynuował: - Nie zawracaj sobie głowy moją skromna osobą. Plotę trzy po trzy. Tak już mam. Zwłaszcza w obecności pięknych dziewczyn. Ale już się zamykam, obiecuję. - Nie wiem nic o żadnych sztachetkach. Żartujesz sobie ze mnie? Kim ty w ogóle jesteś? Co tu robisz? To rezydencja Ahdhara Min Alkalba. Jeśli wszedłeś tu bez zaproszenia, a na to wygląda, to masz poważne kłopoty. - Nie śmiałbym żartować sobie z ciebie. Zwłaszcza w tak przełomowym momencie twojego życia. – Głos nieznajomego bynajmniej nie brzmiał sarkastycznie. Mówił to z przejęciem, które zupełnie nie pasowało do treści wypowiedzi. - Przykro mi, że tak to odebrałaś – kontynuował. - Mimo iż znamy się nieznośnie krótko, wiedz, że z każdą chwilą nabieram do ciebie coraz większego szacunku. Przyznaję, że zwabił mnie tu głównie twój niezwykły urok i przez to teraz czuję się przy tobie prostacki i małostkowy. A ty... Ty tymczasem odsuwasz swoje plany, by choć przez moment ze mną porozmawiać i w ostatnich chwilach swojego życia, przejmujesz się moimi problemami, choć własnych zapewne ci nie brakuje. To znaczy… – Tu znowu nastąpiła delikatna zmiana tonu głosu. - Ze względu na wspomniane sztachetki, nie do końca to pewne, że te chwile są twoimi ostatnimi, ale ty tak je właśnie postrzegasz, nieprawdaż? Nieznajomy zamilkł na krótką chwilę, po czym dodał: - I ta twoja godna uznania ciekawość. Tyle pytań. Przeciętna głodna śmierci osoba powiedziałaby po prostu „dobry wieczór, żegnam” i hop. Dziewczyna drżała już na całym ciele. Nie widziała tylko, czy powodem był chłód wieczoru, lęk wysokości czy irytujący gość. - O czym ty mówisz? Uważasz, że nie skoczę? O co chodzi z tymi sztachetkami? - Co do skoku, twoja decyzja. Kim ja jestem, żeby mówić ci co możesz, a czego nie? Sama najlepiej wiesz, na co cię stać. A co do sztachetek… - Nieznajomy powoli podszedł do niej. Objął ją lewą ręką w pasie, a prawą pokazał coś poniżej. - Widzisz tam w dole? Mogłaś się ich nie spodziewać, bo wiesz… drewniany płotek w tak ekskluzywnej posiadłości? Mniejsza o to. Jest niewielka szansa, że upadniesz właśnie na te sztachetki. Paradoksalnie, nadziewając się na nie zamortyzujesz nieco swój upadek i przekierujesz swój lot na ten gęsty krzak. Przyznaję, po ciemku nie widzę tak dokładnie jak za dnia, ale to chyba róża. Tak, czy inaczej złagodzi upadek. Bardzo prawdopodobne, że i tak w końcu skonasz. Nie od uderzenia, rzecz jasna, ale wykrwawiając się powoli i w cierpieniu, ale co to za różnica. Przecież liczy się skutek, a wielkie czyny wymagają poświęceń. Chociaż ze skutkiem też może być problem. Widzisz tego miłego pana z bronią? – Tu przybysz wskazał na jednego z ochroniarzy. - Może się tak zdarzyć, że usłyszy twój upadek, a tacy ludzie nie podzielają młodzieńczych pasji. Ruszy z pomocą i istnieje niewielka, doprawdy tycia szansa, że sztachetki nie uszkodzą żadnych ważnych organów, miły pan okaże się być mistrzem pierwszej pomocy, pogotowie przybędzie w porę, postawią na nogi najlepszych chirurgów w pobliskim szpitalu i zniweczą twoje ambitne plany zachowując cię przy życiu. Ze złamanym kręgosłupem i poharatanymi kośćmi twarzy, przez resztę życia będziesz jadła przez słomkę, ale będziesz żyła. Niestety stan zdrowia utrudni ci samorealizację w skakaniu, czy innym umieraniu. Ku swemu zaskoczeniu, dziewczyna poczuła ulgę. W objęciach nieznajomego była bezpieczna i choć nie taki był plan, była wdzięczna, że nie jest teraz sama. W jednej chwili zeszły z niej wszystkie emocje: strach przed śmiercią, równie silny strach przed życiem, niepewność, wahanie. Pojawiła się wdzięczność z delikatną nutką nadziei. Nie mając chwilowo lepszego pomysłu, zalała się łzami. Oboje odsunęli się od krawędzi dachu. Obróciła się by na niego spojrzeć. Łzy nie pozwoliły jej przyjrzeć się dokładnie, ale była pewna, że to nikt kogo zna. Znajomy, czy nie, wtuliła się w niego i płakała. - * - Była teraz w swojej sypialni. Nie pamiętała jak się tu znalazła. Wciąż zanosiła się płaczem i powoli zaczynała wątpić, że kiedykolwiek przestanie. Nieznajomy wciąż był przy niej. Czuła jego obecność, choć twarz miała wtuloną w poduszkę. - Inaczej wyobrażałem sobie początek naszej znajomości. Zawodzenie, łzy i to zanim mi się dobrze przyjrzałaś. Nie wiem, co zrobiłem nie tak. Nie przejmuj się moimi czarnymi wizjami. Sztachetki i słomka są niczym wobec uporu i konsekwencji w działaniu. Zawsze możesz spróbować ponownie. Wystarczy, że spadając skręcisz nieco w prawo i wszystko skończy się dobrze… czyli źle… tak jak chcesz, żeby się skończyło. Możesz przecież skoczyć z innego miejsca. Nauczona doświadczeniem zrobisz dokładne rozeznanie na dole. Narysujesz to sobie i obliczysz trajektorię. Są też inne dachy, albo w ogóle wymyślisz inny sposób by się zabić. Póki żyjesz, możesz się zabić na wiele różnych sposobów, naprawdę. Po śmierci, będzie to już raczej niemożliwe. Wiem, że własne doświadczenie lepsze niż cudze ględzenie, ale w tym wypadku mogłabyś wyjątkowo uwierzyć mi na słowo. - Przestań wreszcie - wykrztusiła z trudem walcząc ze szlochem. - Przestań się ze mnie nabijać. - To ty przestań wreszcie szlochać! – Nieznajomy krzyknął tak, że aż podskoczyła. - Nie wiem co robić, gdy dziewczyna przy mnie płacze! Chcę dobrze, ale skąd mam wiedzieć, co dla ciebie jest dobre? Jestem prawie wszechmocny, a czuję się zupełnie bezsilny! Dziewczyna usiadła na łóżku, otarła łzy i spojrzała na niego. W końcu miała okazję przyjrzeć mu się dokładnie. Był młodym mężczyzną, a właściwie niewiele starszym od niej chłopcem. Miał bujne, całkowicie białe włosy, długie do ramion i w lekkim nieładzie. Twarz miał łagodną z delikatnym zarostem. Pachniał przyjemnie, ale nie był to zapach, który można kupić. Przypominał raczej świeżo wykąpane niemowlę. Najbardziej niezwykłe były jego turkusowe oczy. Kryła się w nich jakaś magiczna dobroć i mądrość pasująca bardziej do starca niż młodzieńca. Obdarzał ją spojrzeniem, któremu ufa się instynktownie i bez namysłu. Na pewno widziała go pierwszy raz w życiu, bo takich osób się nie zapomina. Nie miała pojęcia, ani kim jest, ani jak się znalazł w domu jej ojca. - Wszechmocny!? Uważasz się, za Boga? Kim ty w ogóle jesteś i co tu robisz? Nieznajomy wstał i strzepnął niewidoczny kurz ze swojego kremowego prochowca. Potem powtórzył ten ruch, tym razem powoli tak jakby chciał go przeprasować. - No tak, nie przedstawiłem się. Pewnie stąd te perturbacje na początku znajomości. Bogiem raczej nie jestem. Może ewentualnie jakimś bogiem z małej litery. Niewykluczone, że rodzice nie powiedzieli mi wszystkiego. Wyprostował się i wyciągnął rękę, ale po chwili cofnął ją zmieszany, uznając, że to zbyt śmiałe. - Jestem Bartolomeo Ebenezer Northpoleton. Dla przyjaciół Ben. A kim jestem? Nie wiem. Kiedyś miałem w życiu taką fazę, że zastanawiałem się kim jestem i jaki jest sens tego wszystkiego, ale od takich rozważań można finalnie zwątpić w siebie, dlatego dałem sobie z tym spokój. Dość powiedzieć, że jestem tak wyjątkowy, że ludzie nie wymyślili jeszcze dla mnie nazwy. - Słuchaj Ben... - Hola, dziewczyno. Dla ciebie Bartolomeo Ebenezer Nortpoleton. - Mężczyzna splótł ramiona i uniósł dumnie głowę. - W końcu znamy się niecałą godzinę. - Bartomeo Emezerze, czy jak ci tam. Nie wiem za kogo się uważasz, ale jak dla mnie jesteś zwykłym chłopakiem i… Bartolomeo Ebenezer Nortpoleton poczerwieniał tak, że aż się wystraszyła. Wydawało jej się, że zaraz wybuchnie, ale zapanował nad tonem głosu i powiedział nachylając się ku niej. - No tak. Przepraszam pannę z wyższych sfer. Pannie zapewne każdy zwykły chłopak wydaje się pospolity. Więc spieszę poinformować, że fakt iż wieczorem błąkam się po cudzym dachu, nie oznacza, że nie mam własnego domu. Może i mam niewiele, ale wszystko to zawdzięczam sobie. Ja w przeciwieństwie do co poniektórych, nie zmieniam postanowień jak rękawiczki. Potrafię przewidzieć skutki upadku z dużej wysokości. Nie płaczę bez powodu jak baba i przede wszystkim jestem na tyle kulturalny, by się przedstawić. - Mówiąc to załamał nieco głos, pociągnął nosem i ukradkiem przetarł rękawem oczy. Dziewczyna patrzyła na niego z niedowierzaniem. Próbowała przez chwilę rozpoznać, czy to żart, czy szczery foch. Nie miała jednak już siły, by zgłębiać ten fenomen, ani ochoty by przedłużać tę rozmowę. - Dobrze więc. Doceniam, że uratowałeś mi życie. Przyznaję, że mówienie o tobie „zwyczajny” to duże nadużycie. Ja mam swoje problemy, a ty swoje. Najwyraźniej z głową. - Moje problemy z głową, to nie twoja… - Chłopak znów powstrzymał emocje. – Zdarza się, że po przebudzeniu nie mogę jej znaleźć, ale lekarze mówią, że to z czasem minie. Słysząc to dziewczyna położyła się na łóżku tyłem do niego. Nastała niezręczna cisza. - Helena – powiedziała po długiej przerwie. - Rety! - Chłopak aż podskoczył. - Ale mnie wystraszyłaś. Myślałem, że wreszcie zasnęłaś. Puściła mimo uszu tę zaczepkę. Wprawdzie nie była w nastroju do jałowych dyskusji, mimo to była wdzięczna, że ktoś jest przy niej. Nawet ktoś tak nieznośny. W dodatku cały czas otaczała go tajemnica, rozbudzając jej ciekawość i choć na chwilę odwracając uwagę od problemów, które zawiodły ją na krawędź dachu. - Tak mam na imię, Helena. Wiesz, dlaczego chciałam skoczyć z dachu? Jutro odbędzie się mój ślub. Rozumiesz teraz? Bartolomeo milczał przez chwilę, a potem odparł znienacka: - Teraz rozumiem. Czyli to były zapewne łzy szczęścia. Nie pozostaje mi więc nic innego, jak pogratulować. Chociaż oczywiście to pan młody jest tu największym szczęściarzem. Zdobył serce dziewczyny o nieprzeciętnej urodzie i niezwykłej pogodzie ducha. Trochę burzliwa ta pogoda ducha, ale to chyba normalne przed ślubem. A ten skok z dachu? No tak, mężczyźni zazwyczaj organizują nudne wieczory kawalerskie. Dziewczyny pewnie chcą to uczcić jakoś inaczej. Nie oceniam. Nauczona doświadczeniem nie oczekiwała jakiejś mądrości życiowej. Ponownie usiadła i spojrzała na niego. - „Pan młody”? „Zdobył serce”? Nie masz pojęcia, jak bardzo te wyrażenia nie pasują do mojej sytuacji. Nikt nie zdobył mojego serca, a już na pewno nie pięćdziesięcioletni Rajul Eajuz Munharif. - Pięćdziesięcioletni? To jest problem? Nie przejmuj się, ja przez pierwsze sto lat też miałem pstro w głowie. - Ale ja mam dopiero 15 lat. - Wiem, dziewczyny szybciej dojrzewają. – Zamyślił się na chwilę, a potem dodał: - A nie możecie wstrzymać się z tym ślubem, aż wasze uczucie nie zagłuszy wątpliwości? - O jakich uczuciach ty mówisz? Ten ślub to nie była moja decyzja, tylko mojego ojca. - Ojciec? To tak się teraz mówi? Ojciec? Ja do swojego mówiłem tato. Tatuś… Pamiętam jak zabierał mnie na ryby, ale że byłem mały to się ześlizgiwałem. Jest tyle rzeczy, które chciałbym mu powiedzieć – tu westchnął. - Niestety od tygodnia nie odbiera ode mnie telefonu. - Wybacz, ale nie nazwę tatusiem kogoś, kto dowiedział się o moich narodzinach od księgowego. Wiesz co? Zaczynam się zastanawiać, czy ja sobie ciebie nie wymyśliłam. Mężczyzna zadumał się przez chwilę, tak jakby próbował sobie przypomnieć, kiedy mogło się to zdarzyć. - Nie, na pewno nie. – Odparł po namyśle. - Pamiętał bym. Poza tym mam trochę więcej niż 15 lat, więc o ile nie wymyśliłaś mnie przed urodzeniem, to musiał to być ktoś inny. - To ile masz niby lat? - W listopadzie skończę 6459. Chyba. Przez te wszystkie zmiany kalendarzy, trudno się liczy. Helena położyła głowę na poduszce. Zmęczenie w końcu dało się we znaki, więc zamknęła oczy. - Wyglądasz najwyżej na 18 – powiedziała już prawie przez sen. - Staram się jak mogę, choć to niełatwe. To trochę jak wciąganie brzucha dla efektu. – Usłyszała w odpowiedzi. I zasnęła. - * - Rano Helenę obudził krzyk. W drzwiach stała służąca Dhueir i wrzeszczała w niebogłosy. Helena rozejrzała się, by odkryć, co było powodem tej histerii i zobaczyła leżącego obok Bartolomeo. Mężczyzna przeciągnął się ospale i już po chwili siedział na łóżku po turecku. - Dzień dobry miła pani. Dziękuję, już nie śpię, - a zwracając się do Heleny zapytał – Rety! Codziennie tak tu budzą? Dhueir upuściła ubrania, które przyniosła i wybiegła wciąż krzycząc. - Bartolomeo, co ty tu jeszcze robisz?! - Spałem tu. Miałem szukać hotelu w środku nocy? Niby gdzie? Do bramy rezydencji jest ponad kilometr, a dalej pustynia. – Bartolomeo wzruszył ramionami. - Spałeś w jednym łóżku ze mną? – Helena była bliska paniki. Bartolomeo uśmiechnął się beztrosko. - A widzisz tu jakieś inne? Nie panikuj, dziewczyno. Do niczego nie doszło. - W dniu mojego ślubu, w mojej sypialni, w moim łóżku leży mężczyzna, a ja jestem w koszuli nocnej. W dodatku widziała cię Dhueir, największa dewotka na wschód od Morza Czerwonego. Nie chcę cię martwić Bartolomeo ale, jesteś już trupem. Bartolomeo popatrzył uważnie na ręce, a potem badawczo dotkną twarzy. - Dziwne, bo się tak nie czuję. A co, wyglądam ciut blado? – powiedział z powagą pasującą może do sytuacji, ale nie do własnej wypowiedzi. - Jesteś trupem i ja zapewne też. Uciekaj! Albo schowaj się! O rany! O rany! - mówiła z przejęciem. - Już za późno. Dhueir nas zobaczyła. Nie uda ci się wyjść z rezydencji. Dlaczego do tego dopuściłam? Bartolomeo uśmiechnął się zawadiacko. - Myślisz, że Rajul będzie zazdrosny? - Przestań, głupi jesteś?! Nic nie rozumiesz! - Głupi tak mają. Nie ma się co obrażać. Trzeba tylko wolniej tłumaczyć. Helena wstała z łóżka, podeszła do drzwi i rozejrzała się na zewnątrz. Nie oglądając się, przyzwała Bartolomeo ręką. - Musimy przejść do kuchni – powiedziała. - Wyśmienity, pomysł! – odpowiedział zacierając ręce. Wolała nie drążyć tematu. Jeśli w jakiejś dramatycznej sytuacji istnieje jakaś najmniej adekwatna wypowiedź, to właśnie takiej można spodziewać się po Bartolomeo. Helena chwyciła go za rękę i pobiegli do kuchni, ale tam spotkała ich niemiła niespodzianka. Był tam Mutanamir, jeden z ochroniarzy. Na szczęście Mutanamir najwyraźniej nie był na służbie. Miał na sobie szlafrok i sandały, co oznaczało, że prawdopodobnie przed chwilą wyszedł z kąpieli i postanowił się posilić. Przez chwilę cała trójka patrzyła na siebie w milczeniu analizując sytuację. Ciszę przerwało stojące na stole walkie-talkie. - Podobno w sypialni u panny młodej jest jakiś mężczyzna. Sprawdzi to ktoś? Mutanamir wziął do ręki radio i nacisnął nadawanie. - Zajmę się tym – powiedział, odstawił walkie-talkie i ruszył w stronę Bartolomeo. Ten jednak nie czekał na przeciwnika. Zrobił unik przed potężną ręką, która próbowała go chwycić, obkręcił się dookoła i stanął za plecami ochroniarza. Helena przyglądała się temu z przerażeniem. Mutanamir był chyba najpotężniej zbudowanym członkiem ich ochrony. Bartolomeo wyglądał przy nim jak dzieciak. Jednak w miarę jak walka się przedłużała, jej strach przeradzał się w zdumienie. Bartolomeo ruszał się tak szybko i zwinnie, że ochroniarz nie był w stanie ani go złapać, ani zadać skutecznego ciosu. Za to ciosy Bartolomeo, choć sporadyczne, były bardzo szybkie i celne. Mutanamir potrzebował zwykle kilku sekund, by dojść po nich do siebie. Bartolomeo wykorzystywał ten czas, by przeglądać wyposażenie kuchni. Po jakimś czasie, w ogóle przestał zwracać uwagę na przeciwnika. Robił uniki i uskoki, jakby znał jego zamiary wcześniej niż ten je zaplanuje. Ruchy Bartolomeo przypominały raczej taniec niż walkę, a jego długi prochowiec nadawał im dodatkowej gracji Po chwili uwagę chłopca przykuła tacka z przyprawami. Chwycił za niewielka karafkę i kontynuując swój „taniec” powąchał zawartość. - Oliwa. Przednia, ale póki co się nie przyda. – Mówiąc to wylał zawartość karafki na podłogę. Kolejną przyprawą, która wpadła mu w ręce była sól. Bartolomeo sypnął nią w przeciwnika. Ten syknął i zaczął się ocierać. Gdy skończył i otworzył załzawione oczy, dostał porcję kolejnej przyprawy, tym razem chili. Ochroniarz przeklął i z zamkniętymi oczami ruszył w stronę Bartolomeo, ale jego już tam nie było. Otworzył szufladę ze sztućcami i grzebał w niej wyjmując różne widelce i rzucając za siebie. - Do ryb, do mięsa, do deserów. Helena, którego widelca użyć do sandałów? - Co? – Helena zaskoczona pytaniem, nie zdobyła się na więcej. - Mniejsza o to, użyję noży. Bartolomeo chwycił w obie ręce solidne noże i stanął naprzeciw Mutanamira. O dziwo ochroniarz uśmiechnął się. Uznał zapewne, że teraz walka potoczy się w stylu, w którym ma większe doświadczenie. Mężczyźni ruszyli na siebie. Helena drżąc na całym ciele śledziła scenę jak w zwolnionym tempie. Gdy starcie wydawało się być nieuniknione, Bartolomeo nagle przeszedł z biegu do ślizgu i z całej siły, z niezwykłą szybkością i precyzją wbił nóż pomiędzy palcami ochroniarza, przybijając jego prawy sandał do podłogi. Mutanamir wyrwał nogę z obuwia, ale nie był w stanie zachować równowagi. Runął na podłogę i sunąc uderzył w kredens. Oswobodzone talerze posypały się na jego głowę. Próbował wstać, ale chłopak był już przy nim i przybił do podłogi jego drugi sandał. Przeklinając, ochroniarz uwolnił nogę i wstał. Był w opłakanym stanie. Zapluty, zasmarkany, oczy wciąż mu łzawiły, a szlafrok nie zakrywał tego, czego Helen nie powinna oglądać. Mutanamir ruszył na Bartolomeo, ale był już trochę zmęczony i obolały, gdy tymczasem chłopak poruszał się równie sprawnie jak na początku walki. W pewnym momencie ochroniarz stanął w kałuży rozlanej oliwy. Chłopak jakby na to czekał. Upadł i kopnął jednocześnie obie nogi przeciwnika tak, że ten zrobił szpagat. Mutanamir zawył z bólu trzymając się za krocze. Bartolomeo stanął przy nim triumfując, jednak chwila jego nieuwagi sprawiła, że ochroniarz chwycił go za nogę i już chwilę później chłopak leżał na plecach, a potężna dłoń Mutanamira przyciskała go do podłogi. Ochroniarz potrzebował jednak czasu by dojść do siebie i to była ostatnia szansa dla Bartolomeo, by wyjść z tego cało. - Heleno, czy mógłbym cię prosić o wino? - Co? – Helena stała całkowicie zdezorientowana. - Tam w barku stoi butelka wina, czy mogłabyś mi ją podać, proszę. Helena otrząsnęła się, podbiegła do barku, chwyciła wino i ruszyła, by podać je Bartolomeo, ale ten zapytał: - Poczekaj, jakie to wino? - Nie wiem, a co to za różnica. - Rzuciła okiem na etykietę - Domaine de la Romanée rocznik 1995. - Domaine nie. A w tej karafce to może whisky jest? Helena wróciła do barku, odstawiła wino i powąchała zawartość karafki. - Raczej koniak. - Nie ważne. Poproszę. Dziewczyna wzięła kieliszek i drżącymi rękami zaczęła nalewać trunek. - Wiem, że jest jeszcze wcześnie, ale czy mógłbym prosić o całą karafkę – powiedział Bartolomeo wyciągając rękę w jej stronę. Mutanamir już prawie doszedł do siebie i przyjął wygodną pozycję, by ostatecznie rozprawić się z intruzem. Helena podbiegła i podała karafkę chłopcu, a ten ułamek sekundy później rozbił ją na głowie ochroniarza. Mutanamir runął na podłogę nieprzytomny. Bartolomeo wstał i powąchał ochlapane ręce. - Domaine de la Romanée to strasznie drogie wino. Koniak na pewno był tańszy i jak widać uderza do głowy znacznie szybciej. Helena patrzyła na leżącego ochroniarza z niedowierzaniem. - Pokonałeś Mutanamira. To były komandos, a ty go pokonałeś i to bez wysiłku. Można powiedzieć, że się nim bawiłeś. – Mówiąc to Helena dyszała, jakby to ona właśnie stoczyła walkę. - Nie bądź taka skromna. Bez twojej pomocy nie dałbym rady. – Bartolomeo wystawił dłoń do przybicia piątki, ale po chwili opuścił ją wobec braku reakcji dziewczyny. - Heleno, – chłopiec przybrał dostojną postawę – może to niezbyt taktowna propozycja jak na dzień twojego ślubu, ale skoro nie lubisz tego całego Rajula, to może ucieknij ze mną? Nie będziesz się nudziła. Obiecuję ci mnóstwo wrażeń i emocji. Życie pełne przygód. I trąbkę. - Przy tobie na pewno nie można się nudzić. - Można, ale do tego potrzebna jest cierpliwość i spryt, których to cech najwyraźniej ci brakuje, młoda damo. - Ja nie wiem, kiedy ty żartujesz, a kiedy mówisz serio. - Kiedyś miałem taką lampkę, ale się popsuła. To jak będzie? - Bartomeo… - No dobra, mów mi Ben, ale na razie jako inicjały, a nie jako zdrobnienie od Ebenezer. - Słuchaj Barto… Ben. Ja… - przerwała, bo usłyszała czyjeś kroki na korytarzu. Wyjrzeli i zobaczyli grupę ochroniarzy. - Uciekamy! – krzyknęła Helena chwytając go za rękę. - Dziękuję. Zobaczysz, nie będziesz żałowała. – Chłopak najwyraźniej uznał to za zgodę. Pobiegli korytarzem, nie oglądając się nawet. Jednak po kilku susach Ben zatrzymał się. - Poczekaj tu na mnie. Zapomniałem o czymś – krzyknął i zawrócił. Zza zakrętu wyłoniło się trzech ochroniarzy. Chłopak mijając ich krzyknął: - Przepraszam panowie, za chwilę wracam! Ochroniarze stali zdezorientowani zastanawiając się, kto ma go gonić, a kto zostać. Nim się namyślili, Ben spieszył już z powrotem. W ręku trzymał sandał Mutanamira. Potraktował nim pierwszego napastnika, który próbował go chwycić. Uderzył go sandałem w twarz. Drugiemu pomógł upaść, gdy ten po nietrafionym ciosie stracił równowagę. Trzeciego powstrzymał grożąc palcem i mówiąc: „Nooo!”. Chwycił Helenę i pobiegli dalej. Po kilku metrach jednak znowu się zatrzymał. - Czy my właśnie minęliśmy czerwony pokój? – zapytał. - Nie wiem. Tak, to chyba… - Chodź. I znów wbrew zdrowemu rozsądkowi podążyli na spotkanie ochroniarzy. Zatrzymali się na wprost wejścia do czerwonego pokoju. Ochroniarze już prawie byli przy nich. - Musimy przeskoczyć przez próg. Rozumiesz? Przekraczając próg nie możesz dotykać podłogi. To ważne. Znowu wywinął się prześladowcom, w dodatku sprytnie osłaniając przed nimi Helenę. Pobiegli w stronę czerwonego pomieszczenia, a trójka mężczyzn za nimi. - Teraz! – krzyknął. Dziewczyna podskoczyła i razem przelecieli nad progiem. Helena opadła na podłogę i szybko się obejrzała. Ochroniarze za nimi jakby rozpłynęli się w powietrzu. Wyjrzała ostrożnie, ale na korytarzy nikogo już nie było. - Co z nimi zrobiłeś? - Z nimi nic. Prędzej z nami. Chyba wskoczyliśmy do jutra. - Jak do jutra? Teraz potrafisz nagle przenosić w czasie? - Nie ja. To ten pokój. Co to jest? - Taka czytelnia, ale co ona ma do jutra. - Skąd mam wiedzieć? – Ben wzruszył ramionami. - To ty tu mieszkasz. Dziewczyna chodziła z kąta w kąt, sprawdzając, czy na pewno jest tam, gdzie myśli, że jest. Wszystko wskazywało, że tak. Czerwone ściany, regały z książkami, biurko, fotel, lampa, zegar. Wszystko było takie jak pamiętała. - Zaraz, zegar – pomyślała i podeszła bliżej, by uważnie mu się przyjrzeć. To był piękny zabytkowy zegar z kalendarzem i faktycznie pokazywał 14 maja, a dzisiaj na pewno był 13. - Masz na myśli ten zegar? To twój dowód na podróż w czasie? Pewnie się popsuł. - To bardzo cenny zegar, solidna szwajcarska robota. Na pewno dbają tu o niego. Ponadto, gdyby się popsuł, pokazywałby przeszłość, a nie przyszłość. Chyba, że popsuł się 364 dni temu. No i gdzie są ludzie, którzy nas gonili? Najprostsze wyjaśnienie, to takie, że my przenieśliśmy się do jutra, a oni zostali dzisiaj, to znaczy wczoraj. Całe szczęście, że jutro, czyli dziś, nikogo tu nie ma. Możemy w końcu porozmawiać na spokojnie. - Najprostsze rozwiązanie? Najprostsze?! Podróż w czasie ma być „najprostszym rozwiązaniem”? Co może być bardziej skomplikowane? - Alternatywą jest, że trójka ochroniarzy po przekroczeniu progu stała się niewidzialna. Pomimo tego postanowili nie wykorzystywać tej nagłej przewagi. W zamian za to po cichu umówili się, że spłatają nam figla i przestawią zegar na jutrzejszą datę. Teraz zapewne śmieją się z nas, ale bardzo cicho, bo ja nic nie słyszę. Po namyśle: to się nawet klei. Helena musiała uporządkować myśli. Po raz pierwszy od pojawienia się Bena stało się coś, czego nie potrafiła wyjaśnić. Jego pojawienie się na dachu - dziwne, ale nie niemożliwe. Jego zachowanie – niemożliwe, ale może jest rozchwiany emocjonalnie. Fakt, że pokonał Mutanamira – niebywałe, ale nie ponadnaturalne. Zniknięcie ochroniarzy – nie do wyjaśnienia. Absolutnie nierealne. Nawet jeśli założyć, że nie przenieśli się do jutra, to i tak nie pomaga to w wyjaśnieniu tego fenomenu. Dziewczyna zamknęła oczy i wzięła kilka głębokich oddechów. Ben powtórzył jej gest. Nawet nie próbowała wnikać dlaczego. - Kilka pytań, jeśli pozwolisz? – zaczęła. - Chętnie rozwieję każdą twoją wątpliwość. - Kim, tak naprawdę jesteś? Skąd się wziąłeś na dachu? Gdzie nauczyłeś się tak walczyć? Po co ci ten cholerny sandał? Dlaczego do tej pory nikt, kto wchodził do tego pokoju nie przenosił się w czasie? Skąd pomysł, by się tu ukryć? - Już mówiłem. Nie mogę powiedzieć. W twojej kuchni. Obietnica dana staremu przyjacielowi. Zapewne dlatego, że wchodził, a nie wskakiwał. Od starego Chińczyka. Helena uśmiechnęła się nieszczerze, usiadła w fotelu, zapaliła lampę i skierowała ją w stronę Bena. Zrozumiał, że oczekuje więcej szczegółów. - Jestem Bartolomeo Ebenezer Northpoleton. Nie potrafię o sobie powiedzieć nic więcej. Mogę powiedzieć kim nie jestem, ale długo by wymieniać. Przybyłem z Mojego Świata. Nic ci to nie powie, póki go sama nie poznasz o ile nadal zgadzasz się na moją propozycję ucieczki, bo tam właśnie w pierwszej kolejności zamierzam cię zabrać. Zazwyczaj unikam walki. W kuchni robiłem to co uznałem za najbardziej skuteczne. Innymi słowy improwizowałem jak zawsze. Co do czerwonego pokoju. Jakiś czas temu, gdy pobierałem nauki w Chinach, spotkałem starego Chińczyka, który powiedział: „Jeśli kiedyś znajdziesz się z dziewczyną w opałach, wskocz do czerwonego pokoju”. Nie wiedziałem, że masz tu pokój przenoszący do jutra, ale cieszą się, że architekt wymyślił takie udogodnienie. - Zapomniałeś o sandale - stwierdziła. - Tak, to prawda, ale potem sobie o nim przypomniałem i dlatego po niego wróciłem. - Pobierałeś nauki w Chinach, może tam nauczyłeś się sztuk walki? - Nie. Uczyłem się fizyki u Dr. Wanga, znanego fizjoterapeuty. Sprawdzasz, czy nie mylę się w zeznaniach? - Historia ze starym Chińczykiem jakoś do mnie nie przemawia. - Wiedziałem, że tak będzie. Dlatego… - Ben uniósł na chwilę palec w górę i zaczął przeszukiwać kieszenie prochowca. Wyjął smartfona. Jakiś czas suwał palcem po ekranie, by w końcu pokazać Helenie krótki filmik, na którym stary Chińczyk siedział w pozycji lotosu i mówił: „Jeśli kiedyś znajdziesz się z dziewczyną w opałach, wskocz do czerwonego pokoju. Trzeci raz nie powtórzę” - Ha! Helena chwilowo nie miała pytań. Trwali tak w ciszy dłuższy czas. - I co teraz, chłopcze ze Swojego Świata? – powiedziała dość głośno. - Rety, ale mnie przestraszyłaś! Nic nie mówisz, a potem krzyczysz. To już nie pierwszy raz. Co „co teraz?” Jak mówiłem: Uciekasz ze mną, brak nudy, dużo wrażeń, życie… - Tak wiem, …i trabka. - Widzę, że na trąbce zależy ci najbardziej, ale musisz wiedzieć, że jest w pakiecie z resztą. Więc: uciekasz – trąbka, a jak nie to już nie wiem. Mogę też usiąść? – Nie czekając na odpowiedź usiadł na podłodze. Znowu zaległa cisza. Helena nie spuszczała go z oczu, ale wzrok miała już zmęczony. Głowę podpierała ręka. - Dobrze więc. – powiedziała prawie ziewając. - Serio? Super! Zobaczysz, że nie pożałujesz. – Wstał i podszedł do niej. - Już mi wszystko jedno. Co mam do stracenia? Ciekawa jestem, jak to rozegrasz. Mam się spakować? Zabierzesz mnie teraz do swojego pojazdu międzygwiezdnego? - Nie ma takiej potrzeby. Wstań i podaj mi rękę. Helena westchnęła. Wstała ociężale i wyciągnęła do niego ramię. Ben delikatnie ujął jej dłoń. Poczuła dziwne ciepło płynące po jej ciele. To było tak zaskakująco przyjemne, że bała się nawet pomyśleć, co by się stało, gdyby ją puścił. Nie było jednak o tym mowy. Trzymał ją mocno i pewnie, a płynące od niego ciepło wdzierało się w głąb jej osoby. Całe otoczenie powoli zanikało i widziała już tylko jego sylwetkę i uśmiechniętą twarz. Gdy przyjemność stała się prawie nieprzyzwoita, opadła w jego ramiona. Zdumiona zauważyła, że jest na jakiejś polanie pełnej dzikich kwiatów. Nieopodal było niewielkie jeziorko, a za nim nieprzenikniony gęsty las. Było całkiem jasno, a mimo to niebo pełne było gwiazd. - Gdzie ja jestem? - wyszeptała. - U mnie – usłyszała odpowiedź i straciła przytomność. - * - Jak zareagować na coś takiego? Jak się zachowywać, gdy spotyka cię coś, co widuje się tylko w filmach, albo czyta o tym w książkach? Czasem znajomi opowiadają niewiarygodne historie o zjawach, kosmitach albo wielkiej stopie, ale inny świat? Nie ma poradników, które pomogłyby uporać się z takim doświadczeniem. Helena przechadzała się w ciszy pośród kwiatów. Zastanawiała się, co powinna powiedzieć, albo zrobić, aby było to racjonalne i odpowiednie. - Czy ja postradałam zmysły? – spytała. Ben rozejrzał się dookoła, jakby czegoś szukał. - Nie tutaj. Może w kuchni zostały. Nie wiedziała, jak zareagować na zmianę świata, ale postanowiła w końcu rozprawić się z irytującym zachowaniem Bena. - Czy ty to robisz specjalnie? Czy nie ma w tobie krztyny współczucia? Jak można być tak nieustannie irytującym? Czy choć raz zaśmiałam się z twoich dowcipów? Nie, więc po co to robisz? Chcesz mnie za coś ukarać? Czy ty w ogóle bywasz poważny? Jedyną reakcją Bena na wybuch Heleny było westchnienie. Poklepał się po wszystkich kieszeniach. Przez chwilę pomyślał, po czym sięgnął do jednej z nich i wyciągnął książkowy kalendarz. - Owszem bywam – odpowiedział i zaczął wertować kartki. W końcu znalazł to czego szukał i pokazał Helenie wpis stukając palcem. „Będę poważny pomiędzy 18:16 a 18:49” Helena spojrzała na datę. - 13 października? To za 5 miesięcy. - Dokładniej mówiąc za trzy lata i 5 miesięcy. – Ben zamknął kalendarz i pokazał rok na okładce. - …a i pamiętaj, że wciąż mamy jutro, więc możesz odjąć ten jeden dzień. - Pomijając, że w Twoim Świecie, czy możesz doprecyzować, gdzie teraz jesteśmy? - Oczekujesz, że podam ci współrzędne GPS? Jesteśmy w Moim Świecie w Środku Wszechświata. Ben nachylił się do niej i dodał szeptem na ucho: - Tak naprawdę nie jest to dokładnie środek wszechświata. Środek wszechświata to dość szemrana okolica, ale nazwa chwytliwa. - I co będziemy robić przez ten czas? - Kochać się, mam nadzieję. Ta wypowiedź była jak szpila. Nagły strach zdominował wszystkie emocje. Była w obcym świecie. Jego świecie. Nie było stąd ucieczki, ani szansy na wezwanie pomocy, a o gospodarzu przecież nic nie wiedziała. Czy była tu gościem, czy raczej więźniem? Patrzyła na niego bacznie gotowa do ucieczki, albo obrony jeśli zajdzie potrzeba. Jednak Ben nie wyglądał jakby miał wrogie zamiary. Patrzył na nią z czułością i charakterystyczną dla siebie naiwnością. - To co zaczniemy? – spytał. - Ooo, nie! – odparła ostrożnie. - Za chwilkę? – kontynuował. - Nie! – Krzyknęła. - Jutro? - Czy słyszysz, co mówię? NIE! Ani dziś, ani jutro, ani pojutrze, ani za… - Może za rok? - Tysiąc lat. – Dokończyła. Ben zachował spokój ignorując nastrój dziewczyny. Wzruszył jedynie ramionami i westchnął. Usiadł po turecku pośród kwiatów i powiedział jakby nigdy nic: - Dobrze, to ja tu poczekam – i przymknął oczy. - Uciekłam sprzed ołtarza, a teraz mam być Różą na planecie jakiegoś przerośniętego Małego Księcia? Pokażesz mi klosz, pod którym mam zamieszkać? Helena chwyciła się oburącz za włosy, krzycząc przez zaciśnięte zęby. Odwróciła się i ruszyła przed siebie. - Dokąd idziesz? - Byle dalej od ciebie! - To weź sandał. - Na cholerę mi twój sandał? - Żeby nie było, że cię nie ostrzegałem. Dziewczyna znowu krzyknęła zniecierpliwiona, ale na wszelki wypadek wróciła, wyrwała z ręki Bena sandał i odeszła. Helena była przepiękną dziewczyną. Wiedziała o tym. Dziękowała losowi za każdym razem, gdy przed lustrem rozczesywała swoje długie, lśniące, czarne włosy. Nie była próżna. Widok jasnej nieskazitelnie czystej cery i zgrabnej sylwetki nie napawał jej dumą. Nie czuła się przez to lepsza od innych. Wiedziała, że nie ma w tym jej zasługi. To był dar i była za niego wdzięczna. Doceniała go, bo nie wypada nie doceniać czegoś tak pięknego. Jednak w dniu, w którym dowiedziała się, że będzie żoną dużo starszego od niej mężczyzny, którego nigdy nie spotkała, zaczęła się zastanawiać, czy na pewno ta uroda była darem dla niej. Nigdy dzięki niej nie wygra konkursu miss, nie uwiedzie księcia z bajki. Jej uroda, tak jak i cała ona, całe jej życie i wszystko co miała, należało do jej ojca. Miała się stać elementem biznesowej transakcji, niczym gadżet, który daje się klientowi na zachętę. Nie była zwyczajnie ładną dziewczyną, ale efektem hodowli z konkretnym przeznaczeniem. Czy Ben ją wyzwolił? A może ją ukradł? Wydawał się lepszą partią niż jej niedoszły mąż, ale to bez znaczenia, jeśli potraktuje ją jako zdobycz, ozdobę swojego samotnego świata. Jej uroda znowu stała się towarem, a ona, ta prawdziwa ona, jedynie zbędnym dodatkiem. Długo spacerowała. Z początku szła brzegiem jeziora, potem zawędrowała do lasu. Odgłosy ptaków i zapach drzew przyniosły jej ukojenie. Ścieżka z lasu zaprowadziła ją na piaszczystą plażę, a dalej było już tylko morze. Jego tafla była gładka, a woda tak klarowna, że ledwie widoczna. Zanurzyła bose stopy w morzu. Było przyjemnie ciepłe. Poszła wzdłuż wybrzeża. Plaża kończyła się pasmem wchodzących w wodę gór. Spacerowała wzdłuż skał, aż znalazła przesmyk. Nie potrafiła stwierdzić jak długo wędrowała, ale na koniec doszła do miejsca, które przeczyło prawom fizyki. Przed nią było urwisko, a poniżej nic prócz gwiazd. Tu najwyraźniej kończył się świat Bartolomeo Ebenezera Northpoletona. Usiadła na brzegu, nie wiedząc co dalej. Najwyraźniej nie było żadnego „dalej”. Tu kończyła się ścieżka i tu kończyły się jej pomysły. Może zbyt gwałtownie zareagowała na słowa Bena? Przecież nie był nachalny, ani nawet niemiły. W końcu ma prawo do swoich pragnień, o ile uszanuje jej wolę. Tylko co będzie, jeśli odmówi? Odstawi ją z powrotem na krawędź dachu? Czy musi wybierać między niepewną przyszłość z dziwną istotą, a pewnym brakiem przyszłości u boku starszego o 35 lat męża? Trudno powiedzieć jak długo tak siedziała. Nie było tu niczego, czym można by odmierzać czas. Wciąż było tak samo jasno, a gwiazdy wciąż tkwiły w tym samym miejscu. Musiała przyznać, że widok zapierał dech w piersi. Cały ten świat był piękny, pełen kojących dźwięków i upojnych zapachów. Otaczały ją nieznane rośliny, a wokół latały motyle, kolibry i krzątały się inne przyjazne stworzenia. Nagle poczuła jak coś szturcha ją pod pachą. Obejrzała się i zobaczyła dużego kudłatego psa. Nie zdążyła nawet się zdziwić, bo pies zaczął lizać ją po twarzy. - Hej, przestań! – powiedziała śmiejąc się. – Skąd ty się tu wziąłeś? Pies zaniechał lizania i zaczął ja obwąchiwać, jakby czegoś szukając. - Ej, co ty wyprawiasz? - Pies dalej szukał fukając zabawnie, aż w końcu namierzył cel poszukiwań. Cofnął się, usiadł i szczeknął zaczepnie. - Ach, o to ci chodzi. – W dłoni wciąż trzymała sandał, który dał jej Ben. To ten sam sandał, który miał na stopie Mutanamir. Ten, którego Ben przybił nożem do podłogi i po którego wrócił ryzykując życie. Przypomniała sobie słowa: „Obietnica dana staremu przyjacielowi”. Kiedy je usłyszała, nie miały dla niej żadnego sensu. Były jedną z wielu głupich, irytujących wypowiedzi Bena. Teraz nagle nabrały znaczenia. - Tego chcesz, prawda? To dla ciebie. – Pies szczeknął jakby na potwierdzenie. - Umiesz aportować? – Kudłacz znowu potwierdził typowym dla psa sposobem i przygotował się do biegu. Helena rzuciła sandał najdalej jak potrafiła. Gdy spadł na ziemię, pies był już prawie na miejscu. Chwycił swoją zdobycz nie przerywając biegu i już po chwili zniknął gdzieś w zaroślach. - Mogłam się tego spodziewać – powiedziała rozbawiona. Kiedy ostatnio tak się śmiała? Chyba w poprzednim życiu. I ta jedna myśl sprawiła, że znowu spoważniała. Nagle wszystko zaczęło się układać nie tyle w realne, co najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie. Łzy popłynęły jej po policzkach. - Czyli tak to wygląda? To nas czeka…? - pomyślała. Nie mogła narzekać. Świat Bena z pewnością bardziej zbliżony był do raju niż do piekła, a on sam… Może zbyt surowo go oceniła. Chyba już najwyższa pora, by do niego wrócić. - * - Ben siedział dokładnie w tym samym miejscu, w którym go zostawiła. Helena pomyślała, że może medytuje lub przynajmniej rozmyśla, ale nic z tych rzeczy. Śledził ją wzrokiem, gdy tylko pojawiła się w zasięgu. W ręku miał jakiś breloczek z czerwonym przyciskiem, który obracał na palcu to w jedną, to w drugą stronę. Usiadła naprzeciwko niego i spojrzeli sobie w oczy. - Ben, już wiem co się stało. – Czekała, na jakiś objaw zaciekawienia, ale chłopak nic nie powiedział. - Co robisz? – Spytała zniecierpliwiona. - Czekam, - odparł spokojnie. – Zostało mi jeszcze 999 lat 364 dni 21 godzin. - Skrócę ci ten wyrok do 100 lat, jeśli na chwilę przestaniesz czekać. Ben wstał momentalnie, podskoczył i zgiął prawą rękę w łokciu wykonując gest „YES”. - Warto być cierpliwym. 900 lat poszło jak z bicza strzelił. Helena bez emocji czekała, aż się uspokoi i powtórzyła: - Wiem co się stało. Ja umarłam. W jedne chwili Ben pobladł tak, że aż się wystraszyła. - Umarłam, prawda? - Jak to? Ale gdzie, na spacerze? Wiedziałem, że nie powinienem puszczać cię samej. Gdzie to się stało? W lesie? W górach? Choć, pokażesz mi to miejsce. Zobaczymy, może coś da się jeszcze zrobić. Helena po raz pierwszy uśmiechnęła się w odpowiedzi na jego słowa. Jeśli udawał przejęcie, to był w tym naprawdę dobry. - Uspokój się. - Tak mi wstyd. Zapraszam cię do mojego świata, obiecuję przygody, trąbki, a dopuszczam, byś umarła już pierwszego dnia. To było nad urwiskiem, prawda? Tam jest tyle niebezpieczeństw, motyle, koliberki i… No tak. Pewnie zgubiłaś sandał i Pini zalizał cię na śmierć. Helena uśmiała się tak, że prawie zapomniała, że nie żyje. Ben tymczasem odwrócił się w stronę lasu i zaczął nawoływać: - Pini, Piiiniii! Choć tu natychmiast i przeproś panią. Już po chwili z lasu wybiegło ogromne psisko, dopadło Helenę, przewracając na plecy i zaczęło lizać ją po twarzy. Dziewczyna chichrała w niebogłosy. - Mało ci bydlaku? Nie tak traktujemy gości. Pini posłusznie się wycofał i usiadł ograniczając emocje do merdania ogonem. Trwało chwilę, zanim Helena doszła do siebie i wytarła twarz z mieszanki psiej śliny i łez. - Nazwałeś największego psa na świecie Pini? - Mówiąc ściśle, to jedyny pies na tym świecie. Jakiś czas temu był tu jeszcze york Brytan, ale rozwinął skrzydła i odleciał. - Ale masz świadomość, że yorki nie mają skrzydeł i nie latają? - Czepiasz się szczegółów. Może nie był rasowy. Ja nie patrzę psom w rodowody. Dziewczyna przez chwilę usiłowała zachować powagę, ale się nie udało. Zaczęła tarzać się ze śmiechu, tak jakby w jednej chwili zeszły z niej wszystkie troski. - Może to niestosowne, co powiem, ale umieranie najwyraźniej ci służy. Ben patrzył na nią zmieszany. Helena podjęła kilka prób zapanowania nad sobą, aż w końcu jej się udało. Wstała, otrzepała się i spojrzała na Bena. Jego poważna mina tak bardzo nie pasowała zarówno do sytuacji, jak i do niego, że dziewczyna ledwo powstrzymała kolejną falę śmiechu. Zaciekawił ją breloczek, który obracał. Chciała o niego zapytać, ale postanowiła najpierw wyjaśnić kwestię jej domniemanej śmierci. - Wtedy na dachu, zanim cię spotkałam… Ja wtedy skoczyłam, prawda? Dlatego wszystko, co działo się później, było takie irracjonalne. Jak w jakimś śnie. A ty jesteś moim aniołem stróżem. Zabrałeś mnie do tego świata, który… Który chyba jest rajem. Ben patrzył na nią przez długą chwilę. W końcu łzy popłynęły mu po policzkach. Podszedł do Heleny i przytulił ją. - To co powiedziałaś, jest piękne i tak ujmujące, że… - Naprawdę wyglądał na wzruszonego. - Uważasz mnie za anioła, a mój świat… - urwał i zaczął pochlipywać. – Tak bardzo się bałem, że ci się nie spodoba, a ty… - znów zrobił przerwę, by złapać oddech. – Ty uznałaś go za raj już pierwszego dnia. Nawet jesteś gotowa wybaczyć mi, że jako anioł stróż dałem ciała. - Nieprawda. Spisałeś się. Cierpliwie znosiłeś moje kaprysy i pozwoliłeś, bym sama do wszystkiego doszła. - Co to za anioł stróż, który pojawia się po tym, jak podopieczna spada z dachu? Na kij komu takie stróżowanie? A wiesz, że kiedyś proponowali mi posadę anioła stróża? Całe szczęście, że odmówiłem. Ze wstydu bym się spalił. - Czyli to nieprawda? - Nooo nie, - powiedział zmieszany - ale… Helena wyzwoliła się z jego objęć i odepchnęła od siebie. - …co z tego, że nieprawda? Ta historia opowiada o tym, co czujesz, a to najważniejsze. Potępiłabyś Emily Brontë za to, że „Wichrowe wzgórza” nie trzymają się faktów? Jeśli chcesz, możemy udawać, że nie żyjesz. Nawet wyglądasz trochę blado. Zimno ci? Dziewczyna odwróciła się i chciała odejść, ale przypomniała sobie, że już raz odchodziła i nic to nie dało. Wróciła więc i żeby dać sobie czas na przemyślenia, zmieniła temat. - Co to jest? – Wskazała na breloczek. - To? To jest… Nie mogę ci powiedzieć. - Machasz mi tym przed nosem, od kiedy wróciłam i nie możesz powiedzieć? Do czego jest ten przycisk? Ben schował breloczek za plecami, nachylił się do niej i uśmiechnął tajemniczo. - Nie powiem, póki nie nauczysz się pluć. - Też mi trudność. – Helena odwróciła twarz w bok i próbowała splunąć, ale większość śliny spłynęła jej po brodzie. - Plujesz jak baba. - Jeśli nie zauważyłeś, jestem babą. - Nieprawda, jesteś dziewczyną i powinna nauczyć się pluć jak dziewczyna. Ben zaczął przeszukiwać kieszenie i po chwili wyciągnął z nich kilka zdjęć. - Popatrz. – Pokazał jej czarno białe zdjęcie dziewczyny na podium i z medalem. – To jest Czeszka, Paulina Spitkova. Mistrzyni świata w pluciu na odległość. Pokonała piętnastu facetów, a byli naprawdę dobrzy. Następna. – Kolejne zdjęcie było w sepii. Przedstawiało młodą dziewczynę z pucharem w ręku. – To słynna Brytyjka Emma Salivan. Światowa mistrzyni flegmy przez pięć lat z rzędu. Krążyły plotki, iż jej ślina była tak żrąca, że złoto rdzewiało. No i w końcu, legenda – Ben pokazał kolejne zdjęcie. - Norweżka Ingrid Ansiktson. Ilość jej śliny w jednym splunięciu zdumiewała nawet lekarzy. Nieraz badali ją pod kątem dopingu, ale zawsze była czysta. Niestety Ingrid zginęła tragicznie krztusząc się na treningu. Helena spojrzała na Bena z grymasem. - I to mają być te obiecywane przygody? Nauka plucia na odległość? - Zanim ruszymy ku przygodzie, musisz coś umieć. Nie zawsze będę przy tobie, by cię chronić. - Nie ma jak porcja śliny. Niedoceniana broń rodzaju żeńskiego. Wybawi z każdej opresji? - Nie tylko żeńskiego. Mnie plucie ocaliło kiedyś życie. Jakiś bandzior mierzył mi w twarz z pistoletu. Splunąłem i trafiłem go prosto w oko. Zaskoczony zaczął się wycierać i to mi wystarczyło. Odwróciłem się i uciekłem. - I żyłeś dalej długo i szczęśliwie? – zapytała z ironią w głosie. - Długo, nie. Bandzior strzelił mi w plecy i umarłem, ale to było prawie minutę później. - No brawo! Odwodniłeś się dla jednej minuty. Prawie. - W końcu każdy umiera. To splunięcie dało mi kilkadziesiąt sekund wolności i nadziei. Wiele osób przez cały dzień nie przeżywa tyle co ja przez te parę chwil. W życiu liczy się każda sekunda, o ile umiesz ją docenić. Helena splunęła ponownie, ale wyszło jej jeszcze gorzej niż poprzednio. Ben pokręcił głową. - Robisz to na odczepnego. Musisz zebrać się w sobie. Sięgnąć do głębi swych zatok i wyrzucić z siebie wszystko co w nich zaległo. Masz miesiąc, żeby się nauczyć. Potem ocenię, czy zasługujesz na przycisk. - Miesiąc? Żartujesz sobie ze mnie? Prze cały miesiąc mam znosić twoje nauki plucia dla jakiegoś przycisku, który… no nie wiem. Okaże się jakimś dzwonkiem na kelnera przynoszącego wodę? - Moje nauki? Umiem jako tako pluć, ale daleko mi do mistrzów. Sama musisz się nauczyć. Ten przycisk i otaczająca go zagadka to twoja motywacja. Gwarantuję, że nie będziesz zawiedziona. - Więc nie powiesz mi, co robi? - Nie. - Zaczynam wątpić w twoje huczne obietnice. Życie, pełne emocji i przygód? Cały miesiąc na naukę plucia. Co będzie później? Nauka kopania w tyłek? To ma być kara za to, że nie chcę się kochać? - Cierpliwości. Życie jest długie. Nie obiecywałem, że wszystkie przygody przeżyjesz w miesiąc. - A mogę się chociaż w coś ubrać, czy mam przez najbliższy miesiąc chodzić w tej samej nocnej koszuli, w której mnie wczoraj poznałeś? Ben oddalił się bez słowa i zniknął gdzieś w lesie. Po paru minutach wrócił ze szpadlem w ręku. - Ja bym kopał pod tym kamieniem. Helena spojrzała na niego z niedowierzaniem, ale wzięła szpadel i zaczęła kopać. Ziemia była miękka, więc szło dosyć szybko. Nie minął kwadrans, a szpadel zgrzytnął po uderzeniu w coś twardego. Zaciekawiona dziewczyna zaangażowała się bardziej i po jakimś czasie udało jej się wydobyć z ziemi niewielką skrzynkę. Otworzyła ją i wyciągnęła nowe ubranie, o dziwo z metkami. Ku jej zaskoczeniu, pachniało świeżością, ale niestety zupełnie nie było w jej guście. - T-shirt? Spódniczka w szkocką kratę? Tenisówki? Po co tyle trudu z ratowaniem jakiejś dziewczyny? Nie prościej było kupić sobie Barbie? Nie będę w tym chodziła cały miesiąc. - Jeśli ci się nie podoba, to czemu kopałaś pod kamieniem? - Bo tam mi kazałeś. - Powiedziałem tylko, że „ja bym kopał pod tym kamieniem”. Mnie się ten strój podoba. Chcesz inny, musisz kopać gdzie indziej. - A gdzie wykopię, powiedzmy, markowe jeansy i skórzana kurtkę? - Skąd mam wiedzieć. Dla mnie to w ogóle dziwne, że można wykopać ubranie spod ziemi. Kop gdzie chcesz, a dostaniesz to co chcesz. - Czy ty się na mnie gniewasz? – Spytała bliska łez. Ben spojrzał na nią zaskoczony i wzruszony. Podszedł do niej i przytulił delikatnie. - Jak mogłaś tak pomyśleć? Nie potrafiłbym się na ciebie gniewać – wyszeptał jej do ucha. – Wprost przeciwnie. Jestem pełen podziwu. Tyle ostatnio przeszłaś, a mimo to… Spójrz na siebie. Nie panikujesz. Działasz. Podejmujesz wyzwania. Znajdujesz fajne ciuchy tam, gdzie nikomu nawet nie przyszło by do głowy ich szukać. Gdybym nie wierzył, że podołasz z tym pluciem, nie zawracałbym ci głowy. Proszę, załóż tę spódnicę. Zrób to dla mnie, dobrze? Mnie się w tym podobasz, Pini i tak cię lubi, a nikt inny cię w tym nie zobaczy. Na głodnego nie wykopiesz nic poza bielizną. Przebierz się, a ja tymczasem wykombinuję coś do jedzenia. Dasz mi trochę czasu? Gdy będziesz głodna, kieruj się zapachem. Mówiąc to, chłopak pocałował ją w czubek głowy i ruszył w stronę lasu. Po chwili obejrzał się, uśmiechnął, pomachał jej ręką i zniknął za drzewami. - Ciekawe, czy jedzenie też będę musiała sobie wykopać – pomyślała Helena i zaczęła przyglądać się nowym ciuchom. Westchnęła, pokręciła głową i… przebrała się. - * - Nie miała kłopotu z odnalezieniem Bena. W końcu jego świat nie był zbyt duży. Po jakimś czasie dotarła do krańca lasu. Przedarła się przez girlandy kwitnącej glicynii i… stanęła jak zamurowana. Przed nią był piękny nowoczesny dom otoczony czarownym ogrodem. Prowadziła do niego aleja pomiędzy owocowymi drzewami. Nie były to jednak zwykłe drzewa. Na każdym z nich rosły różne zestawy owoców: Jabłka i banany zwisały z tej samej gałęzi. Obok konkurowały czerwienią czereśnie i truskawki. Jeśli ktoś mógł się zdziwić na widok truskawek owocujących na drzewie, to na pewno poddał by się widząc sąsiadujące z nimi jagody. Skosztowała paru owoców. Były soczyste i słodkie. Bez trudu mogłaby się najeść po drodze do domu, ale nabrała apetytu na coś treściwszego. Ben czekał na nią przy niewielkim stole pod bujnym platanem. Wokół zawieszone były kolorowe lampiony. Stół przyozdobiony był świeżymi kwiatami. Gdy przyjrzała im się bliżej, okazało się, że nie są w żadnym dzbanku. One po prostu wyrastały ze stołu. Jeśli idąc tu żywiła do Bena jakąś urazę, to wszystko poszło w zapomnienie na widok tego przepychu niesamowitości. Chłopak wstał i odsunął jej krzesło. - Głodna? – Zapytał. - Potwornie – odpowiedziała rozglądając się po zastawionym stole. Same dania nie były zbyt wykwintne. Daleko im do potraw, które oferowano w eleganckich restauracjach, ale za tym akurat wcale nie tęskniła. Ogromny hamburger otoczony mieszanką świeżych warzyw wyglądał obiecująco, a pachniał tak, że z głodu aż skręcało ją w żołądku. Pośrodku stołu stała ogromna misa z owocami i dużo małych talerzyków z drobnymi kawałkami różnych ciast. Usiadła i nie czekając dłużej zanurzyła zęby w puszystym pieczywie. Sos pociekł jej po brodzie, ale nie dbała o to. Danie było tak pyszne, że aż zamruczała z rozkoszy. - Doprawdy, nie wiem, co mam o tobie myśleć – powiedziała, gdy udało jej się przełknąć pierwszy kęs. - Jeśli ci to w czymś pomoże, jutro dostarczę ci listę. Do tego czasu możesz po prostu myśleć o kimś innym. Helena odłożyła na chwilę jedzenie i posmutniała. - Pomyślałam, o mojej mamie i siostrach. Bardzo się o nie martwię. Nie wiedzą, co się ze mną stało. Wiesz? Moja mama jest najmłodszą z pięciu żon mojego ojca. Jako jedyna pochodzi z Europy. Jej ojciec podobno prowadził interesy z moim. Coś mu nie wyszło i żeby ratować skórę, oddał moją matkę w zamian za długi. Miała wtedy 12 lat, a mój ojciec 48. Urodziłam się 2 lata później. 3 lata po mnie urodziła się moja siostra Sylwia, a 7 lat po niej Paulina. Nie uwierzysz, ale historię mojej mamy poznałam dopiero w dniu, w którym powiadomiła mnie o moim ślubie. Do tego czasu żyłam jak normalna nastolatka. Miałam wszystko, czego potrzebowałam. Czytałam te same książki i oglądałam te same filmy co inne nastolatki. Serfowałam w Internecie. Miałam plany na przyszłość i marzenia. Wściekłam się na mamę, że na to pozwoliła. Teraz jest mi przykro, bo przecież wiem, że nie miała nic do powiedzenia. Przez pół życia była grzeczną córeczką, a nim nadszedł czas na bunt nastolatki, była już żoną. Posłuszeństwo stało się sposobem na przetrwanie. Stała się ofiarą męskich rozgrywek, tak jak teraz ja. Mama starała się jak mogła, by zapewnić nam przynajmniej beztroskie dzieciństwo. Zapewne podobny los czeka też moje siostry. Boję się, że ojciec na nich skupi swoją złość. Nie sadzę, żeby odwołali ślub. Już prędzej zastąpią mnie Sylwią. Ben patrzył na nią zatroskanym wzrokiem. Wyciągnął ku niej swoje dłonie, a ona podała mu swoje. Znowu poczuła to hipnotyzujące ciepło, które w magiczny sposób uwalniało od wszystkich trosk. - A może twoja mama wraz z córkami uciekła? Zdobyła fałszywe paszporty i pod nowym nazwiskiem zamieszkała wraz z twoimi siostrami gdzieś w centralnej Europie. Mają niewielki domek nad jeziorem. Nie jest zbyt duży, ale nie tęsknią za luksusami, bo w końcu mogą cieszyć się wolnością. Nie wykluczone, że wkrótce twoja mama znajdzie pracę jako…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil arti
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…