Wróć do katalogu

,,Bezimienni"

zwykły świat, a jednak przesiąknięty manipulacją władz. Przeczytaj o niezwykłej walce ludzi o wolność, honor, historię i pzyszłość

Craio, opublikowano , 1 godz. 10 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

,, BEZIMIENNI" ,,Możesz zmienić przyszłość, ale nie wymażesz przeszłości"

Po wyblakłym od spalin niebie leci mały ptaszek z żółtymi skrzydłami. Przysiada na betonowym słupie i zaczyna pięknie śpiewać. To niespotykany widok. Państwo, w którym mieszkam jest pozbawione wszystkiego co piękne, inne. Natomiast ludzie upodobnili się do marmurowych posągów. Dumni, zimni, zapomnieli o uczuciach, chodzą z przyklejonym na stałe identycznym wyrazem twarzy. Czasem zdarza się jednak spotkać odmienną osobowość, wesołą, współczującą, nieuległą. Powoli idę ulicą, przyglądając się dobrze znanemu mi, surowemu krajobrazowi. Wysokie, stalowe budynki zastępują drzewa, szklane kopuły-chmury i ptaki, a betonowe place- trawę i wszelką zieleń. Trudno znaleźć tu coś niezwykłego. Moja mama mówi, że kiedyś było zupełnie inaczej, ale rząd zaczął wprowadzać liczne zmiany ,,dla dobra społeczeństwa", aż doprowadził nasze państwo do teraźniejszego ,,idealnego" stanu. Ludzie stali się kukiełkami posłusznie słuchającymi się władz. Wszelkie przejawy buntu i nie posłuszeństwa są skutecznie tłumione. Na szczęście jest ich niewiele, bo ludzie przyzwyczaili się do panującego ustroju i w większości nie zamieniliby go na żaden inny. Jedynie bardzo starzy ludzie wspominają stare dobre czasy. Robią to jednak z rzadka, po cichu, w obawie przed wygnaniem, bądź poniżeniem. Zza budynku słyszę śmiech. Na szeroką ulicę wychodzi grupka dzieci. Wszystkie są ubrane jednakowo i mają gładko związane włosy. Gdy tylko mnie zauważają uśmiechu znikają z ich twarzy, spuszczają głowy i szybkim krokiem idą przed siebie. Jednym z praw, które najbardziej nas dotyka jest zakaz publicznego okazywania jakichkolwiek emocji. Współczuję młodszym dzieciom, bo czym jest dzieciństwo bez beztroskich śmiechów wszędzie i zawsze. Nie mogę znieść widoku posępnych ludzi ze sztucznymi uśmiechami i wyuczoną uprzejmością. Zachowują się jakby byli przeznaczeni tylko do jednego i tego samego spektaklu, na wielkiej scenie. Szybko odłączam się od szarej rzeki ludzi i wchodzę do jednego z owalnych budynków. Mama stoi przy kuchence i gotuje zupę. Uśmiecha się, gdy widzi mnie w progu. Rzucam plecak na kanapę, a sama siadam na plastikowym stołku. - Czemu jesteś taka ponura? Co się stało?- pyta stawiając przede mną miskę z rosołem. - Przecież wiesz. - odpowiadam bawiąc się łyżką- Mam dosyć takiego życia. W kółko tylko szkoła, dom, prace społeczne...- zawieszam głos, bo widzę jak mama z brzękiem odkłada garnek do zlewozmywaka i opada ciężko na krzesło. Chcę mówić dalej, ale jej karcący wzrok mi na to nie pozwala. Milknę. Włączam telewizor, skaczę po kanałach i nagle widzę dobrze znają mi twarz kobiety o haczykowatym nosie, doskonale dobranej fryzurze, czarnych oczach i nieskazitelnie białej koszuli. Informuje swoim wysoce oficjalnym głosem, że wszyscy obywatele mają się zebrać na głównym placu, obok ratusza za dokładną godzinę. Pytająco spoglądam na matkę, ale ona tylko wzrusza ramionami. Gdy kończę jeść w milczeniu udaję się do swojego pokoju i cicho zamykam drzwi. Tylko tu czuję się naprawdę sobą, mogę zachowywać naturalnie, bez udawania kogoś kim nie jestem. Jednak, gdy staję przed dużym lustrem widzę zupełnie obcą dziewczynę. Blada twarz, nieruchome usta, niebieskie, matowe oczy, brązowe, starannie wyprostowane włosy do połowy szyi. Biała, nieco workowata sukienka. Jestem taka jak cała reszta ludzi, ale przecież tego nie chcę. Szybko zaczesuję palcami grzywkę do tyłu tworząc fikuśną falę, uśmiecham się przez co na policzkach pojawia się lekki rumieniec, a oczy nabierają blasku. Teraz przypominają kolorem ciemniejące, letnie niebo. Sukienkę natomiast przewiązuję w talii plecionym paskiem, przez co od razu zaczyna się lepiej układać. Nareszcie jestem sobą i czuję się o wiele lepiej. Zastanawiam się co by było gdybym wyglądała tak na co dzień. Czy ktoś zwróciłby mi uwagę lub skarcił za nieodpowiedni wygląd. Sądzę, że nie, bo ludzie są zbyt zajęci sobą. Taki drobny akt ,,buntu" nie powinien mi zaszkodzić. Więc postanowione, nie będę już więcej przypominać wyglądem lalki z maską zamiast twarzy, od dziś będę człowiekiem. Przynajmniej na tyle na ile dam radę. Spoglądam na zegarek, pozostało mi niecałe dwadzieścia minut więc schodzę do salonu. Mama już na czeka. Spogląda na mnie z dezaprobatą i lekko się krzywi. - Masz zamiar tak wyjść na ulicę?- spuszczam głowę, bo wiem, że nie warto się kłócić. Jednak ku mojemu zdziwieniu mama kiwa tylko nieznacznie głową i popycha mnie do drzwi. Too dziwne, bo niezwykle ściśle przestrzega zasad i wszelkich praw. Nie mam pojęcia dlaczego. Kiedyś się hehe pytałam, ale jak zwykle nie odpowiedziała. To samo jest gdy wspomnę o ojcu. Nie znoszę kiedy zbywa mnie milczeniem. Wychodzimy z domu i szybkim krokiem podążamy w stronę wysokiego budynku z wielkimi szklanymi oknami. Jest czwarta po południu, a słońce miło grzeje mnie po plecach. Dochodzimy na zatłoczony betonowy plac w ostatniej chwili. Na błyszczący taras wychodzi ta sama kobieta, którą widziałam dziś w telewizji. -Dziękuję,że przyszliście -wita nas usiłując ukryć lekko podekscytowany ton głosu-Jak wszyscy dobrze wiemy nasze państwo jest doskonałe, dorośli chodzą do pracy, a dzieci do przedszkoli i szkół, nikomu niczego nie brakuje. Wszyscy są szczęśliwi. Jednak po ostatniej naradzie postanowiliśmy wprowadzić nowe prawo mające na celu zapewnienie jeszcze lepszej przyszłości naszym dzieciom, a nam spokojnej starości. Mianowicie, młodzież w wieku od trzynastego do szesnastego roku życia będzie uczęszczała do specjalnych szkół, które nauczą ją zarządzać krajem, ale także go chronić. Nauczą się jak pozyskiwać bogactwa i umiejętnie nimi gospodarować. Za dwa dni, równo ze wschodem słońca wszystkie dzieci w tym wieku zostaną zabrane z głównego dworca w mieście do prestiżowej szkoły z internatem, gdzie będą się kształcić i poznawać świat. Jeszcze raz dziękuję za uwagę i życzę wszystkim udanego dnia-burmistrz odwraca się i ceremonialnym krokiem wchodzi do ratusza. Ludzie rozmawiają ze sobą i powoli się rozchodzą, a ja stoję na środku placu jak słup soli nie mogąc uwierzyć w to co przed chwilą usłyszałam. Znowu zasady. W dodatku takie, na które nie mam zamiaru się zgodzić. Nie opuszczę domu. Najbardziej uderza mnie to, że nie podano lokalizacji szkoły.Czy to nie dziwne? Nie chcę tam jechać, lubię swoją szkołę i wszystkich w niej znam, nie chcę opuszczać tego miejsca. Z transu wybudza mnie dopiero mama. Mam mieszane uczucia, z jednej strony chcę się wykrzyczeć i powiedzieć wszystkim jak bardzo nienawidzę ich ślepego posłuszeństwa, ale z drugiej strony jest to dosyć ryzykowne. Spuszczam więc głowę i idę do domu. W przeciwieństwie do mnie mama wydaje się być nieporuszona tym co zaszło. Siada na kanapie i karze mi spakować wszystkie niezbędne rzeczy. Czemu jest aż tak uległa zmianom? Idę do pokoju i siadam na łóżku. Zastanawiam się co by było gdyby ktoś nie przyszedł na zbiórkę. Nie, nie mogę nawet o tym myśleć. Nie ucieknę, mama by tego nie zniosła. Wyciągam spod biurka małą torbę i wrzucam do niej trochę ubrań i kilka drobiazgów. Schodzę na dół żeby coś zjeść, ale zatrzymuję się przed wejściem do salonu. Słyszę szloch. Czyżby moja mama płakała? Wyglądam zza ściany. Przy stole siedzi zgarbiona kobieta z twarzą w dłoniach. Skurczyła się i postarzała w ciągu kilku sekund. Prawie jej nie poznaję, od śmierci taty nigdy się tak nie zachowywała. Wracam do pokoju i kulę się na podłodze. Co teraz będzie? Dlaczego chcą nas oddzielić od rodzin? Chyba jednak zabardzo dramatyzuję. To przecież tylko szkoła. Jednak to wszystko nie daje mi spokoju, ale zostaje mi już tylko czekać. Całą noc nie mogę spać, myślę o tym co zobaczyłam wieczorem. Rano mam całe zapuchnięte oczy i co chwilę ziewam. Staram się nie myśleć co będzie jutro, usiłuję skupić się na tym co robię w danej chwili. Cały dzień spędzam na drobnych pracach domowych. Wieczorem udaje mi się zasnąć. Mama budzi mnie bardzo wcześnie rano, a właściwie jeszcze w nocy. Ubieram się i jem śniadanie. Gdy spoglądam na nią przy wyjściu z domu znów wygląda jak zawsze, chwilę słabości zdradzają tylko zapuchnięte oczy. mam wrażenie, że chce mi powiedzieć coś ważnego, ale ona tylko szepcze -Uważaj na siebie.-po czym zamyka drzwi, a ja szybko ruszam w stronę dworca. Torba ciąży mi w ręce, nogi mam ciężkie jak z kamienia. Miasto wydaje się być opuszczone i całkowicie bez życia. Jest cicho, wszyscy jeszcze śpią. Rozkoszuję się chwilą spokoju. Patrzę na szarawe mury i dostrzegam zieloną łodyżkę z białym kwiatkiem, to chyba stokrotka, ale nie jestem pewna. Dziwi mnie fakt, że nikt jej jeszcze nie zniszczył. Być może została niezauważona. Jej nikłe korzenie wbijają się w beton, jakby rozpaczliwie trzymały się ostatniej grudki ziemi. Taka mała, a taka silna. Dworzec Główny to gigantyczna, stalowa konstrukcja tworząca labirynt przejść i podjazdów. W ciągu dnia przewija się tędy bardzo wielu ludzi. Pasują tu. Jednak kiedy staję przy wejściu, jego wielkość mnie przytłacza do tego stopnia, że czuję się mała i zupełnie nieistotna. Na przystanku stoi grupka dzieciaków w moim wieku, rozmawiają z entuzjazmem. Młodzież jest jedną z nielicznych grup, która nie chce się nikomu podporządkować. Siadam sama na ławce. Nie mam zamiaru śmiać się z nimi. Mam dziś na to zbyt podły nastrój. Po chwili przyjeżdża autobus. Wygląda całkiem zwyczajnie nie licząc tego, że ma bardzo małe okna. Wszyscy podchodzimy żeby wsiąść. W przejściu ktoś mocno mnie popycha, tak że ląduję twarzą na zimnej, metalowej podłodze. Podnoszę się zdezorientowana i zajmuję pierwsze lepsze miejsce. Czuję jak autobus rusza. Jedziemy bardzo szybko. Zanim zdążam się zorientować jesteśmy poza miastem. Jest tu całkiem inaczej. Wszędzie wokoło panuje brud. Chude dzieci biegają po ulicach i bawią się kawałkami starych szmat, a dorośli smętnie siedzą w cieniu plastikowych płacht. Domy są zbudowane z byle czego. Przy dziurawej ulicy stoi kilka zrujnowanych kamienic pokrytych brudnym graffiti. Nie miałam pojęcia, że jacykolwiek ludzie mogą żyć w takich warunkach. Czyżby państwo nie dostarczało im środków do życia i nie zapewniało wykształcenia. Bardzo mnie to dziwi, bo od dziecka wpajano nam, że każdy zasługuje na normalne życie i każdy je otrzyma. Zastanawiam się czy to dlatego, że ci ludzie nie mieszkają w mieście. Ale przecież nikt im nie zabrania się tam przenieść. Wszyscy odsuwają się od autobusu i spoglądają z pogardą. Widzę nienawiść nawet w oczach najmłodszych dzieci. Odwracam głowę w drugą stronę, bo nie mogę dłużej znieść tego widoku. Obok mnie siedzi ciemnowłosa dziewczyna. Ma miłe, brązowe oczy i przyjaźnie się do mnie uśmiecha. Ale ja nie mam dzisiaj dobrego humoru więc spoglądam tylko na nią i udając, że jestem bardzo śpiąca opieram głowę o fotel. Przez przednią szybę widzę wysoki płot, a za nim szklany budynek z betonową dobudówką. Na teren szkoły wjeżdżamy wielką stalową bramą. Nie mam zamiaru się pchać więc wysiadam ostatnia. Kiedy tylko staję na żwirowym placu autobus odjeżdża. Przysadzisty mężczyzna podnosi rękę do góry, abyśmy byli cicho. -Witam wszystkich w nowym miejscu, mam nadzieję, że wam się tu spodoba, ale przede wszystkim, że wiele się nauczycie. Lecz zanim zaczną się lekcje poprowadzę was do pokoi abyście mogli się rozpakować.- Szybkim krokiem idziemy za nim do betonowej dobudówki. W szerokim korytarzu zostajemy rozdzieleni na grupy według nazwisk. Razem z trzema innymi osobami podążam do drzwi z napisem A1. Pokój jest mały i zimny. Pod blado niebieskimi ścianami stoją w rządzie cztery łóżka, szafa i niewielki stolik. To pomieszczenia w niczym nie przypomina mojego domu. Bardzo tego żałuję. Siadam na krześle i otwieram swoją torbę. Drobiazgi wkładam do szuflady, a ubrania chowam do komody stojącej pod oknem. No to chyba wszystko. Kładę się na łóżku i zamykam oczy. Po chwili coś wydaje dziwny, piszczący dźwięk. Ignoruję go. Ktoś lekko potrząsa moim ramieniem. To ta sama dziewczyna, która siedziała obok mnie w autobusie.Słońce pada na jej twarz pod takim kątem, że nadaje jej lekko brązowe zabarwienie. - Musimy iść -oznajmia wesoło. - Gdzie?- pytam zmęczona. - Na zebranie rozpoczynające rok szkolny oczywiście.- Wstaję i szybkim krokiem podążamy wielkim korytarzem. Co chwilę mijamy jakieś drzwi, duże i małe. Wchodzimy do tych największych i siadamy w pierwszym rzędzie metalowych krzeseł. Rozglądam się dookoła. Jesteśmy w gigantycznej, szklanej sali. Przez sufit widać dryfujące po niebie chmury. Musimy być dosyć daleko od miasta, bo jak widać dym z kominów przemysłowych jeszcze tu nie dotarł. Z przodu stoi podwyższenie, na którym siedzi kilku ludzi. Spośród nich wychodzi wysoki, wyżyłowany mężczyzna. Bardzo trudno stwierdzić w jakim jest wieku ,bo ma czarne włosy przetykane siwizną, kwaśny wyraz twarzy i całkowicie puste oczy. W niczym nie przypomina mi nauczyciela. Gdybym spotkała go na ulicy pomyślałabym, że jest członkiem jakiegoś gangu. Spogląda na mnie krytycznie jakby czytał w moich myślach, po czym odchrząkuje głośno, aby uciszyć panujący na sali gwar. - Witam. Nazywam się Worrs. Jestem dyrektorem. Na początek kilka zasad- oznajmia zimnym głosem.- Po pierwsze za chwilę odbędą się testy, które zdecydują o waszych predyspozycjach i przydzielą do odpowiedniej klasy. Po przydzieleniu nie będzie możliwość zmiany. W waszych pokojach czekają ubrania, w których będzie chodzić na zajęcia, kiedy już się przebierzecie macie zgłosić się do holu głównego. Na dzisiaj to tyle, o innych zasadach będziecie informowani na bierząco- Mężczyzna schodzi z podwyższenia i znika za drzwiami, chyba mu się spieszyło, bo nie był zbyt wylewny. Wszyscy się rozchodzą. Zaskakuje mnie czas w jakim to wszystko się odbyło. Minęło zalewie pół godziny odkąd tu przyjechaliśmy. Znów podchodzi do mnie ta sama ciemnowłosa dziewczyna. - A tak w ogóle jestem Liza, a ty?- pyta wesoło. Chwilę się wacham, ale stwierdzam, że dobrze będzie się z kimś zaprzyjaźnić. -Lotta - odpowiadam i podaję je rękę. Odwzajemnia niespodziewanie mocnym uściskiem dłoni jak na tak drobną osobę. Ruszamy razem do pokoju i siadami na łóżkach. -Jak myślisz co będzie na tym teście?- pyta z zainteresowaniem Lisa. Jest wyraźnie zadowolona, że tu przyjechała. - Nie mam pojęcia, ale chyba powinnyśmy się przebrać -spoglądam na równo złożone ubrania leżące na stole. Podchodzę i podnoszę jedną z koszulek. Jest cała szara. Tak, można było się tego spodziewać. Do kompletu jest jeszcze kurtka w takim samym kolorze tyle, że z białymi wstawkami. Szybko naciągam to na siebie i jestem gotowa do wyjścia. Lisa już na mnie czeka. Opuszczamy pokój i biegniemy do szklanej części budynku. Wszyscy już tam są. Stoją przy jakiś małych drzwiach. Przyłączamy się do nich. Wiem, że będą wołali w kolejności alfabetycznej więc będę druga. Wszystko działa tu jak w zegarku, a przynajmniej takie jest założenie. - Stella Aben proszona na salę - odzywa się tubalny głos. Przed tłum wychodzi wysoka jasnowłosa dziewczyna i znika za drzwiami. Wraca po około piętnastu minutach. Oczy szklą jej się od łez, ale zaciska usta i wchodzi pomiędzy innych uczniów. Teraz ja myślę i przeszywa mnie dreszcz. Co tam spotkam? Wiem, że na pewno nie będzie to zwykły egzamin, podczas którego siedzi się przy ławce. -Lotta Adow- przechodzę przez drzwi, trzęsą mi się ręce. Mam przed sobą długi korytarz. Idę szybkim, zdecydowanym krokiem. Zaczynam się zastanawiać co będzie na jego końcu. Ściany są tak intensywnie białe, że zaczynają łzawić mi oczy. Wydaje mi się, że idę całą wieczność, choć wiem, iż minęło zaledwie kilka sekund. Nagle gaśnie światło, coś łapie mnie za nogę i ciągnie po zimnej posadzce. Głośno krzyczę, ale ku mojemu zdumieniu z ust nie wydostaje mi się żaden dźwięk. Zaczynam gorączkowo myśleć, do głowy wpada mi jedno logiczne rozwiązanie. Kładę dłonie na ziemi i szukam czegoś czego mogłabym się złapać. Dotykam metalowej kratki. Chwytam ją z całej siły i pomimo szarpania nie ustępuję. Coś co mnie trzymało znika. Oswobodzona biegnę w stronę małych drzwi. Zdyszana wypadam na salę pełną ludzi. Wszyscy gapią się na mnie jak na zjawisko, zresztą nie dziwię się im. Na nic nie zwracam uwagi. Biegnę szybko do pokoju i rzucam się na swoje łóżko. Ciężko oddycham, co to właściwie miało być? Myślałam, że mają nas tu czegoś nauczyć, a nie zastraszać i przeprowadzać testy nie mające sensu. Czuję, że piecze mnie ręka więc ostrożnie na nią spoglądam. Na spodniej części mam odcisk wielkości piłeczki golfowej. Nie jestem z tego powodu zbyt zachwycona. W pewnej chwili słyszę szloch. Rzucam okiem na stertę pościeli pod oknem i siedzącą w niej dziewczynę. Wcześniej jej nie zauważyłam. Podchodzę i delikatnie kładę jej dłoń na ramieniu. Spogląda na mnie spod posklejanych, blond włosów. Jest zlana potem. - Wypadłam okropnie- zawodzi- Teraz na pewno mnie wyrzucą.- Stella wygląda żałośnie. Co mógł jej pójść nie tak? Odrywam od niej wzrok, bo do pokoju wchodzi Lisa. Jest jak zawsze uśmiechnięta od ucha do ucha. - Jak się stamtąd wydostałaś?- pytam zanim zdążam się powstrzymać. - Normalnie, po prostu się wyrwałam i uciekłam, a ty?- Pyta z nie krytym zainteresowaniem. - Stawiłam temu czemuś opór. - Odpowiadam i zmuszam się do uśmiechu. Nie chcę dalej o tym rozmawiać ze względu na Stellę, ale Lisa nic o tym nie wie więc pyta: - A tobie jak poszło? - Ja...ja nie wiem... Nie umiałam się uwolnić...- odpowiada cicho jąkając się. Lisa tylko spogląda na moją nie zadowoloną minę i milknie. W pewnej chwili znów słyszę ten sam piszczący dźwięk co po przybyciu tutaj. Dopiero teraz zauważam, że zaraz po nim następuje komenda. - Proszę,by wszyscy uczniowie zjawili się na dolnym korytarzu. Patrzę na koleżankę, która tylko wzrusza ramionami. W długim holu ustawiamy się w rzędzie. Na środek wychodzi drobna, siwa kobieta. Mam wrażenie, że już kiedyś ją widziałam, ale nie umiem sobie przypomnieć gdzie. - Dobry wieczór wam wszystkim. Jestem Jerma Ghalon.- Wita nas ochrypłym głosem. - przebieg egzaminów wstępnych jest już dokładnie zweryfikowany i każdy uczeń został przydzielony do klasy, która odpowiada jego umiejętnościom. Osoby posiadające dobre zdolności fizyczne trafiły do grupy Obrońców. Natomiast osoby ze zdolnościami umysłowymi do grupy Założycieli. Niestety jak to w każdych egzaminach bywa nie wszyscy wyszli z nich zwycięsko. Uczniowie, których nazwisk nie ma w żadnej z klas nie muszą się o nic martwić, ponieważ jeszcze dziś zostaną odwiezieni do domów. Na drzwiach wejściowych do wielkiej sali wiszą imiona uczniów, którzy zakwalifikowały się do grup. Wszystkim jeszcze raz dziękuję i życzę dobrej nocy. - kobieta kończy z udawanym, słodkim uśmiechem po czym wychodzi. Idę z Lisą i Stellą zobaczyć do jakich klas się dostałyśmy. Nazwisko Lisy znajduje się w grupie Obrońców pod numerem czternastym na dwadzieścia innych osób. -Nie źle - podsumowuję krótko. Przenoszę wzrok na drugą kartkę z napisem Założyciele. Jestem druga na liście.Kompletnie mnie zatyka. Po raz pierwszy od dwóch dni szczerze się uśmiecham. Moja radość jednak szybko mija gdy dostrzegam jak Stella zaczyna się trzęść. Jeszcze raz patrzę na obydwa spisy, na żadnym nie ma jej nazwiska. Razem z Lisą bierzemy ja pod ręce i ostrożnie prowadzimy do pokoju. Dziewczyna trzęsącymi rękami pakuje swoje rzeczy i ze łzami w oczach wychodzi na plac przed budynkiem. Stoją tam jeszcze trzy inne osoby. To niewiele. Odwracam się od okna i siadam na krześle. Nie jestem pewna czego się spodziewać po tym miejscu. W nocy nie mogę spać. Przez chwilę jestem spokojna, ale zaczynam się zastanawiać kiedy zobaczę mamę. Rano budzi mnie Lisa krzątająca się po pokoju. Wygląda jakby wogule nie była zmęczona. Szybko wyskakuję z łóżka, ubieram się i razem wychodzimy na pierwsze zajęcia. Rozdzielamy się na korytarzu. Gdy Lisa znika za drzwiami klasy, spokojnym krokiem idę korytarzem w kierunku szklanej części budynku. Wchodzę do niewielkiej sali i siadam przy jednej z ławek. Mam chwilkę więc rozglądam się dookoła. Jest nas zaledwie dziesięć osób, a w zasadzie dziewięć, bo stolik obok mnie jest pusty. Zastanawiam się gdzie jest osoba, która ma tu siedzieć. Nie muszę długo czekać na odpowiedź, bo po chwili ktoś z rozmachem otwiera drzwi. Do klasy wchodzi wysoki chłopak w szaro białej bluzie. Ma brązowe, zmierzwione włosy, zadziorny, nieco złośliwy uśmiech i przeraźliwie zimne, jasno zielone oczy. Omiata klasę wzrokiem po czym siada przy wolnym stoliku. Chwilę później do pomieszczenia wchodzi starsza kobieta, ta, która ogłaszała wczorajsze wyniki egzaminu. - Witam w grupie Założycieli, jesteście osobami, które najlepiej wypadły na testach . Oczywiście i wśród was są ci najlepsi-widzę jak chłopak siedzący obok mnie uśmiecha się- ale tak naprawdę to dopiero podczas zajęć okaże się komu idzie najlepiej. Osoba najlepsza ze wszystkich będzie miała prawo, a nawet obowiązek wstąpić do rady miasta. Ale teraz do rzeczy. Będziemy się uczyć jak zarządzać państwem i umiejętnie gospodarować jego bogactwami, ale przedewszystkim jak walczyć z szerzącą się biedotą oraz bezdomnością. - Przeszywa mnie dreszcz na wspomnienie tamtych obdartych ludzi i ich nienawistnych wzroków. Całą godzinę siedzę jak nieobecna, podczas gdy nauczycielka tłumaczy termin ,,władza". Kiedy pierwsza lekcja się kończy wychodzę z klasy i staję sama pod ścianą. Nikt nawet nie zwraca na mnie uwagi. Cały czas mam w głowie tych biednych ludzi. Reaguje dopiero, gdy ktoś trąca mnie łokciem. Przede mną stoi uśmiechnięty, zielonooki chłopak. Opiera się o ścianę obok. - Cześć, jak masz na imię?- pyta. - Lotta - odpowiadam i uśmiecham się lekko. - Jestem Nick- odpowiada z wyraźną satysfakcją. - Widziałem, że jesteś druga na liście. To bardzo dobry wynik.- Spuszczam wzrok usiłując powstrzymać rumieniec. - No niby tak, ale nie pierwsza- Chłopak zaczyna się śmiać. - Bo to ja byłem pierwszy. - Staram się nie uśmiechać, ale to jest bardzo zaraźliwe. Po chwili obydwoje śmiejemy się do rozpuku. Myślę, że go polubię, jest bardzo pozytywny i wesoły, a przynajmniej sprawia takie wrażenie. Przez cały dzień chodzimy i śmiejemy się razem. To niesamowite, że udało mi się zaznajomić z kimś w tak krótkim czasie. Dziwi mnie to tym bardziej, że zawsze miałam duży dystans do chłopaków. W mojej starej szkole trzymałam tylko z dziewczynami. Wszystkie dzisiejsze zajęcia dotyczą ogólnego sprawowania władzy oraz podstawowych pojęć z nią związanych. Wydaje mi się to okropnie nudne, bo wciąż klepiemy regułki dotyczące polityki. Nienawidzę polityki. Od samego myślenia o niej robi mi się źle, a co dopiero do uczenia. Mam mnóstwo notatek, a w głowie pełno pustych słów. Nic nie umiem zapamiętać, ale usiłuję nie dramatyzować. Przynajmniej na razie. Po południu idę razem z Lisą na obiad do małej, drewnianej sali. To chyba jedyne miejsce w szkole, które jest miłe i przytulne. Można tu spokojnie porozmawiać. Przyjaciółka jak zwykle promieniuje radością, ale w jej zachowaniu dostrzegam coś nowego. Wydaje się być podekscytowana, a do tego dumna. Staram się nie zwracać na to uwagi chociaż coś mi mówi, że nie powinnam tego ignorować. - Jak tam w pierwszym dniu nauki?- pytam najspokojniejszym tonem głosu na jaki mnie stać. - Jest wspaniale, dokładnie tak jak to sobie wyobrażałam.- odpowiada z ustami pełnymi kurczaka. Przynajmniej jej się podoba. - A jak u ciebie?- pyta po chwili. Bez namysłu odpowiadam i szybko gryzę się w język. - Jest okropnie...fajnie. - Super, chyba wszystkim się podoba. No może oprucz takiej jednej rudej dziewczyny. Siedziała dzisiaj na zajęciach całkiem z boku i patrzyła na nas jakbyśmy jej coś zrobili. Ale cóż, tak bywa.- Lisa kończy jeść już drugie udko. W pewnym momencie spostrzegam, że dwa stoliki obok siedzi Nick i rozmawia z kumplami. Gdy mnie zauważa na jego twarzy pojawia się uśmiech. Odpowiadam tym samym. Lisa spogląda na to podejrzanie. -Kto to?-pyta ze zgryźliwym uśmieszkiem. -Znajomy, chodzimy do jednej klasy- nie mogę powstrzymać uśmiechu. - Taaa... Jasne, czuję, że coś się kroi. - Nie prawda- obydwie zaczynamy głośno rechotać. Nie zbyt wiem czemu, ale zupełnie mi to nie przeszkadza. Miło jest dzielić z kimś czas, śmiać się i rozmawiać. Może jednak przyzwyczaję się do nowego miejsca szybciej niż się spodziewałam. Rano budzi mnie gwar dochodzący z korytarza. Podnoszę się z łóżka i ospała idę w stronę krzyków. W szklanym holu stoi grupka ludzi, kopią i popychają kogoś zwiniętego w kłębek pod ścianą. To niska, ruda dziewczyna. W oczach ma niezwykłe zacięcie, ale nie da rady przeciwstawić się tylu osobom. Nikt w pojedynkę nie dałby rady. Mimo to wbiegam w sam środek zamieszania i podnoszę poszkodowaną, kilka razy zostaję boleśnie kopnięta. Nie zważam na to. W pewnym momencie ktoś mocno wbija mi łokieć w żebra. To Lisa. - Co ty wyrabiasz?- syczy, jej oczy płoną. Nie odpowiadam tylko przepycham się przez ludzi, ciągnąc za sobą rudowłosą wpadam do pokoju i z trzaskiem zamykam drzwi. -Co się stało? Zrobiłaś im coś? Dlaczego tak cię potraktowali?- zasypuję ją pytaniami. Bardzo chcę wiedzieć co spowodowało takie zamieszanie i agresję. - Nie wiem, chyba po prostu mnie nie lubią.- wzrusza ramionami. Jest okropnie posiniaczona, a zachowuje się jakby nic się nie stało. Nie pojmuję tego. -Raczej nie zrobiliby ci krzywdy z takiego powodu. - Dziewczyna spogląda na mnie podejrzanie. - Ale jak widać zrobili- Odpowiada po namyśle. Ma prawie białe oczy, które są pełne odwagi, ale dostrzegam w nich jeszcze coś innego, ale niezbyt wiem co to. Jestem nieco przestraszona,tym faktem. Znów czegoś nie wiem, jest zdecydowanie za dużo takich rzeczy, o których nie wiem. Z rozmyślań wyrywa mnie rudowłosa. -Dzięki, że mi pomogłaś- rzuca sucho- Mam na imię Calie , a ty? - Lotta Adow...- zawieszam głos, bo spostrzegam jak Calie zastyga bez ruchu i robi się blada jak ściana. - Co się dzieje?- Brak odpowiedzi. Posiniaczona dziewczyna niczym kukła wychodzi z pokoju, nic nie mówi, nawet nie zamyka drzwi. Stoję jak wryta, czemu tak zareagowała? Siadam na krześle, po chwili wchodzi Lisa. Jest zła i bardzo zdziwiona. Podchodzi i chwyta mnie za ramiona. - Co ty wyrabiasz? Nadstawiasz karku dla tego dziwadła? Wiesz co teraz inni o tobie myślą? - Nie obchodzi mnie to co inni myślą, mię mam zamiaru patrzeć jak robicie komuś krzywdę tylko dlatego, że jest inny! - Nie wytrzymuję i wybiegam ma dwór. Zrezygnowana staję na bruku. Podskakuję kiedy ktoś dotyka mojej ręki. Spoglądam za siebie. To Nick. Jak zawsze ma wesoły uśmiech. - Cześć! - Hej- odpowiadam zrezygnowana. - Czemu jesteś smutna? - Bo postawiłam się w obronie takiej jednej dziewczyny i zostałam za to nieźle wyszydzona...- głos mi się urywa.- Jeszcze do tego pokłóciłam się z przyjaciółką. - No to może zostawię cię samą. - Nie! Przyda się ktoś żeby pocieszyć i łatwiej było zapomnieć. Choć wątpię żebym zapomniała. - Prawię krzyczę, nie chcę zostać tu sama. Dobrze mieć chociaż jedną osobę, która umie pocieszyć. - Wszystko będzie okej. Nie przejmuj się nimi, ale następnym razem nie wplątuj się w obronę pierwszej lepszej osoby.- Nie mam pojęcia co powiedzieć.Niby dodał mi otuchy, ale jego ostatnie słowa wydały mi się dziwne.Jednak udało mu się sprawić, że się uśmiechnęłam. Zresztą jak zawsze. - Dziękuję. - Za co? Za to, że cię pocieszyłem. Weź przestań. - W jego głosie słychać rozbawienie. Lekko kiwam głową i wstaję. Zatrzymujemy się przed moim pokojem. Ciężko oddycham. - Musisz się z tym uporać. Dasz radę. Do zobaczenia.- Kiwam w milczeniu głową i wchodzę zostawiając Nicka pod drzwiami. Na łóżku siedzi Lisa i żuje gumę. Spoglądam na mnie z wyrzutem . Siadam obok i biorę się w garść. - Nie jesteś taka jak się spodziewałam. - No cóż, jak widać nie można oceniać ludzi po pozorach.- odpowiada lekceważąco. Jestem zdruzgotana jej zachowaniem. Wcześniej bardzo umiejętnie kryła swój charakter pod maską uśmiechu. A może to ja byłam ślepa, w sumie nie jest tak źle. Znam ją dopiero trzy dni.Jednak wciąż nie daje mi spokoju to jak zachowała się Calie. Udaje mi się przespać całą noc. Gdy się budzę postanawiam, że porozmawiam dzisiaj z rudowłosą dziewczyną. Idę na pierwsze zajęcia. Wiem, że muszę się skupić jeśli nie chcę skończyć jak Stella. W drzwiach klasy stoi grupka ludzi wśród, których od razu zauważam Nicka. Jest uśmiechnięty jak zawsze i z entuzjazmem rozmawia o czymś z chudym blondynem. Nie chcę przeszkadzać więc zatrzymuję się z boku. Ale nie stoję długo. Gdy tylko Nick mnie dostrzega macha ręką żebym podeszła. - Cześć. - uśmiecha się. - Hej- odpowiadam z posępnym wyrazem twarzy. Chłopak milczy, widać wystarczy mu samo moje spojrzenie żeby domyślił się jak wyglądała wczorajsza rozmowa z Lisą. Zza szklanych drzwi wychodzi siwa pani Ghalon. - Dzisiejsza lekcja będzie wyglądała nieco inaczej niż inne. Proszę żebyście wszyscy udali się na plac przed szkołą. Tam wszystko zostanie wam wyjaśnione. - odwraca się i wchodzi spowrotem do klasy. Kątem oka dostrzegam jak przegląda jakieś dokumenty, które dostała od wysokiej kobiety, która stoi nad nią wyczekująco. Nie zdążam im się jednak dokładniej przyjrzeć, bo zwarta grupa popycha mnie w kierunku żwirowego placu. Jest miły, rześki poranek. Błękit nieba aż razi w oczy. Nie stety na tym etapie kończy się piękno tej chwili. Na schodach stoi dyrektor Worrs. Wodzi pomiędzy uczniami surowym wzrokiem po czym odzywa się szorstkim głosem. - W ciągu najbliższego tygodnia, zaczynając od dzisiaj, nauczycie się jak panować nad swoimi emocjami i jak je umiejętnie ukrywać, w polityce jest to rzecz niezmiernie ważna. Niestety osoby, które najgorzej wypadną będą musiały się z nami pożegnać, ponieważ nie dadzą rady ma dalszych etapach nauki. Zajęcia zaczynają się za dwie minuty w budynku po lewej. Nie toleruję spóźnień. - Wszyscy ruszamy w kierunku stalowego budynku, który przypomina mi hangar samolotowy. Większość śmieje się lub rozmawia, ale kilka osób idzie ze spuszczonymi głowami. Rozglądam się ciekawe dookoła. Wchodzimy do wielkiego pomieszczenia, a w zasadzie hali. Ściany są wyłożone j płytami, a szklana podłoga sprawia wrażenie przeźroczystej. Nic tu nie ma nie licząc szyby przedzielającej wnętrze budynku na dwie części- większą i mniejszą oraz metalowego stołka. Tuż przy wejściu stoi kobieta w średnim wieku z wypłowiałymi włosami i bardzo wysokimi kościami policzkowymi. Uśmiechając się koślawo mówi: - Mam na imię Maren Dern, dla was pani. Będę was uczyć panowania nad emocjami.Jest może jakiś ochotnik? Kto chciałby zacząć?- Ku mojemu zdziwieniu do przodu wychodzi pulchna dziewczyna z nienaturalnie czerwoną twarzą i ciemnymi przetłuszczającymi się włosami. Wchodzi za szybę całkowicie obojętna. Siada na metalowym stołku i przez dłuższy czas siedzi nieporuszona z pustym wyrazem twarzy. - Doskonale! Idealnie! - Wykrzykuje nauczycielka klaszcząc w dłonie, gdy dziewczyna wychodzi. Pani Dern spogląda na rozbawionego Nicka - Może teraz ty spróbujesz skoro tak ci do śmiechu? Zobaczymy jak sobie poradzisz.- Chłopak jest trochę zaskoczony, ale bez słowa wchodzi za szybę i siada. Przez moment jest tak samo nieporuszony jak ochotniczka, lecz po chwili dostrzegam na jego twarzy zdenerwowanie. Zaczyna coraz częściej spoglądać na zegarek, co jakiś czas odwraca wzrok. Kiedy wychodzi jest nieco zły, ale nie poszło mu najgorzej. Przynajmniej tak mi się wydaje. Jestem następna. Siadam na stołku, a Nick uśmiecha się do mnie krzepiąco. Siedzę spokojnie. Na początku nic szczególnego się nie dzieje, lecz po chwili obraz ludzi stojących za szkłem zaczyna się zniekształcać do tego stopnia, że nie mogę tego znieść. Rozcieram kolana, szyję. Niecierpliwię się. Wstaję i nerwowo chodzę w kółko. Mam wrażenie, że wszyscy się na mnie gapią i krzywią w złośliwych uśmiechach. Powietrze robi się coraz cięższe, czuję się jakby ktoś położył mi,na głowie worek kamieni. Kulę się na podłodze i wciskam plecy w ścianę tak mocno, że aż bolą. Jakiś kobiecy głos każe mi się podnieść i dołączyć do reszty uczniów. Kręci mi się w głowie.Spoglądam na pomieszczenie za szybą, już nie wiruje, wygląda normalnie .Teraz spośród uczniów wychodzi średniego wzrostu chłopak, jest dobrze zbudowany, ale nie ma figury sportowca. Jego starannie ułożone blond włosy lśnią w promieniach słońca, które wpadają do hali przez małe okienka. Dostrzegam w nich kilka brązowych refleksów. Twarz ma poważną, lecz jasno niebieskie, duże oczy są pełne ciepła i radości. Jeszcze nigdy wcześniej nie widziałam kogoś o tak serdecznym wzroku. Siada na stołku i zauważam, że lekko drżą mu dłonie. Widać, że bardzo ciężko usiedzieć mu w miejscu, ale jakoś daje rade. Potem jest jeszcze kilka osób, ale chyba nikomu nie poszło tak źle jak mi. Nie potrafię panować nad emocjami. Ale wiem, że muszę się tego nauczyć jeśli nie chcę wylecieć ze szkoły. Jeszcze klika dni temu dałabym wszystko żeby wrócić do domu, ale teraz coś się zmieniło, coś mnie powstrzymuje i daje siłę do walki. Nie mam zamiaru się poddać. Po zajęciach idę na stołówkę. Widzę jak Lisa rozmawia z kilkoma osobami, ale nie mam ochoty się do nich przyłączyć. Szukam wzrokiem wolnego miejsca jak najdalej od niedoszłej przyjaciółki. Zauważam Nicka siedzącego z dwoma kolegami. Niepewnie podchodzę do drewnianej ławy. - Mogę się przysiąść? - pytam dużo bardziej zdecydowanie niż bym tego chciała. Chłopak spogląda na mnie nieco zdziwiony, ale po chwili jego twarzy rozpromienia nonszalancki uśmiech. - Jasne. To Marl i Lui- oznajmia wskazując na niskiego blondyna, który swoją budową przypomina mi sportowca oraz na tęższego chłopaka z oliwkową karnacją.- Moi znajomi. A to jest Lotta, kumpela.-tym razem pokazuje na mnie. Lui i Marl wymieniają porozumiewawcze spojrzenie i usiłują stłumić śmiech. - No co?- Nick zaczyna śmiać się razem z nimi. Siadam obok niego i czuję jak rumienię się na twarzy. To nie jest miłe. Rzeczywiście nie umiem kontrolować emocji. Na całe szczęście Lui poważnieje, widać uznał to za niestosowne bądź głupie i dobrze, bo Nick i Marl nie potrafią przestać się śmiać. Kończą dopiero gdy zauważają jego minę i moje lekkie zażenowanie. - Przepraszamy -Mówi Lui. Nick odchrząkuje, ale nadal się uśmiecha. Następuje niezręczna cisza. - Co sądzicie o tym miejscu?-Wypalam nie mogąc znieść milczenia. - Jest całkiem spoko, no może nie licząc kilku nauczycieli.- Odpowiada bez zastanowienia Lui. Przypominam sobie, że jest w klasie Obrońców. - Na przykład taki Worrs, cały czas się na nas drze i krytykuje. Nic mu się nigdy nie podoba.- Przytakuje, bo na mnie też nie zrobił za dobrego wrażenia. Zresztą na Nicku chyba również nie, bo ma skrzywioną minę, mogącą jak na moje oko, uchodzić za złośliwy uśmieszek. Znów wszyscy zaczynają się śmiać. Miło przebywać z innymi. Nie wiem czemu nie robiłam tego nigdy wcześniej. Może przez matkę, która krytycznie przestrzegała wszelkich

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych