Biały Miś
(Leminae & Jurek)
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Głowa bolała mnie potwornie. Zapewne każdy w życiu przeżył tę chwilę, kiedy trzeba otworzyć oczy, słońce głośno świeci, a na usta rzuca się szkaradne przekleństwo. Podniesienie powiek stanowiło zbyt wielki problem. Za to zająłem się próbą przypomnienia sobie wczorajszego wieczoru. Z paroma znajomymi wypadliśmy na biało-czarną imprezę dla biznesmanów, świętować udaną, bardzo ważną transakcję. Trzeba było uczcić sukces. Drinki lały się strumieniami, na przemian Martini, oczywiście z oliwką, wódka z cytryną, i wymyślne biało-czarne alkohole. Co działo się po którymś z kolei Black Jacku - nie pamiętam. Miałem nadzieje, że kiedy otworzę oczy, znajdę się w moim mieszkaniu, a nie gdzie na przykład w pokoju hotelowym z dziwką leżącą obok. Podniosłem głowę i rzuciwszy spojrzenie odetchnąłem z ulgą. Mieszkanie wyglądało jakby przebiegło przez nie stado małych nosorożców, ale z pewnością było moje. Widocznie w środku nocy impreza jakimś cudem przeniosła się do mnie. Krzesła poprzewracane, mnóstwo naczyń. Całe szczęście nikt nie miał problemów żołądkowych i nie zaznaczył terenu. Ważni biznesmani bawią się jak świnie – przebiegło mi przez myśl. Znajomi nabazgrali jakimś flamastrem na lustrze, krzywą notatkę: „Nie cieliśmy sie buzić, pewno mózisz odpocząć po nocy. Było kurwa zajebiście!!!". Widocznie pisząc to byli nieźle pijani, gdyż tekst był tak krzywy, że miejscami trzeba było się domyślać znaczenia liter. Zastanawiające, że „kurwa” napisali poprawnie, ale „musisz” już nie. Nie ma to jak wyrozumiali przyjaciele, którzy wiedzą jak odprężające jest dla mnie sprzątanie. - Kochanie! – wychrypiałem, niemal nie poznając swojego głosu. – Która godzina? Brak odpowiedzi. No tak! Przypomniałem sobie, Karolina przecież wyjechała na kilka dni do rodziny. Dzisiaj miała wrócić. Spojrzałem na zegarek. Była dopiero dziesiąta rano, więc jeszcze był czas do jej przyjazdu, mówiła, że będzie popołudniu. Poszedłem do łazienki, mając wrażenie, że muszę przypomnieć sobie o czymś szalenie istotnym. Sęk w tym, że nie miałem pojęcia o czym. Spojrzawszy w lustro przeraziłem się. Zamiast znanej mi twarzy szanowanego biznesmana, zobaczyłem przerażająco bladą, wychudzoną maskę. Podkrążone oczy mówiły wprost „człowieku idź ty się jeszcze połóż", a przetłuszczone włosy dopełniały obrazu nędzy i rozpaczy. Wziąłem zimny prysznic, aby obudzić się do końca. Trochę pomogło. Teraz trzeba było zająć się żołądkiem, który ciążył jakbym miał w nim ołowianą kulę, a jednocześnie domagał się zapełnienia pustego miejsca. Nie wiem co się stało z wczorajszą kolacją, prawdopodobnie leży sobie spokojnie gdzieś pod jakimś drzewem. Mało mnie to obchodziło. Umyłem zęby, aby czuć się w pełni odświeżony i przeszedłszy do kuchni zabrałem się za przygotowywanie lekkiego śniadania. Po głowie cały czas krążyła mi myśl, że o czymś zapomniałem. Uświadomiłem sobie o czym, dopiero gdy zalewałem wrzątkiem herbatę i przypadkowo spojrzałem na kalendarz wiszący na ścianie. Czternasty lutego. Walentynki! A na dodatek piąta rocznica mojego związku z Karoliną. Na śmierć zapomniałem, a co gorsza nie miałem żadnego prezentu. No to piękna plama. Jak w kilka godzin wymyślić idealny prezent na dzień zakochanych i piątą rocznicę jednocześnie? Miałem to załatwić wcześniej, ale wciąż byłem zabiegany, zajęty załatwianiem interesu, który sfinalizowaliśmy poprzedniego dnia. Wypiwszy niemal duszkiem herbatę, parząc się przy tym i krztusząc i wrzuciwszy w siebie kilka kromek z białym serem wybiegłem na zakupy, w celu poszukiwaniu idealnego prezentu. Sprawa była ciężka, ale nie beznadziejna, w końcu nie z takimi problemami spotykam się na co dzień. Ponieważ nie czułem się do końca trzeźwy, dlatego postanowiłem na zakupy udać się pieszo. Obszedłem wszystkie galerie handlowe w okolicy, domy towarowe, sklepy z ciuchami i biżuterią, nawet galerie sztuki. Nic nie wydawało mi się odpowiednie na tak ważny dzień. Ani sukienka, ani naszyjnik których miała już kilkanaście, ani nawet obraz jakiegoś znanego malarza, nazwiska jednak nie zapamiętałem. Nigdy mnie sztuka nie pociągała. O godzinie piętnastej byłem zrezygnowany i zdruzgotany. Dałem plamę na całej linii. Nie pozostało mi nic innego, jak przyznać się do porażki i kupić jakiś zwyczajny prezent, o którym pewnie za tydzień oboje zapomnimy. Zmęczony wlokłem się w stronę najbliższego pasażu handlowego. Do sklepu z zabawkami wstąpiłem zupełnie przypadkowo. Nie miałem zamiaru tam niczego kupować, przecież to nie poważne, aby szanujący się mężczyzna ofiarowywał w prezencie ukochanej kobiecie pluszaka. Takie rzeczy dobre są dla nastolatków bawiących się w miłość, poszukujących swej drugiej połówki, obdarowujących się pękami róż, tuzinami maskotek i sztuczną biżuterią. Ten okres miałem dawno za sobą. Byliśmy poważną parą, w planie mieliśmy ślub, choć jeszcze terminu dokładnie nie ustaliliśmy. Swoją drogą to przedziwne zrządzenie losu, że drugą połówkę odnalazłem dokładnie w dzień świętego Walentego, to musiał być znak. Kochaliśmy się najbardziej na świecie i trudno byłoby znaleźć drugą tak idealną parę. Stać mnie było na naszyjnik z prawdziwych brylantów, na ekskluzywną wycieczkę do ciepłych krajów lub bardzo dobry samochód, mogłem kupić narzeczonej niemal wszystko, a wałęsałem się bezcelowo po domach handlowych szukając odpowiedniego prezentu. I co gorsza zupełnie nie miałem pojęcia co będzie tym najlepszym, najodpowiedniejszym podarunkiem, w którym uda mi się zawrzeć cała miłość do niej. Wbrew pozorom wybieranie walentynkowego prezentu wcale nie jest takie łatwe. To musiało być coś wyjątkowego. Właściwie nie wiem co mnie podkusiło, aby wstąpić do sklepu z zabawkami. Sklepik wyglądał zwyczajnie – mały, przydrożny z namalowanym we wszystkich kolorach tęczy, zapewne przez właściciela, napisem „Zabawki – Toys". Na szybach uśmiechały się kartonowe słoneczka, a malowane wzorki kusiły barwami każde dziecko. Dziecko, nie dorosłego. Z witryny na ulicę wyglądały zabawne pajace kiwające głowami na sprężynach, lalki Barbie oglądające świat pustymi oczami, pluszowe misie proszące o przytulenie i ludziki z klocków lego zajęte własnymi sprawami. Gdzieś we wnętrzu krzątał się stary sprzedawca, a dwójka szkrabów usiłowała namówić rodziców na zakup najnowszego modelu Action Mana zabijającego Doktora X. Wnętrze było przytulne, urządzone w dziecięcym stylu. Ściany pomalowane na niebiesko, żółte, zielone i fioletowe szafki zapchane były mnóstwem maskotek. Rozglądałem się zaciekawiony jakież to nowe zabawki udało się wyprodukować producentom. Za moich czasów lalki Barbie to był prawdziwy luksus, a tu proszę lala o rzeczywistych rozmiarach niemowlaka kosztuje zaledwie trzydzieści pięć złotych. Nawet najbiedniejsza rodzina mogłaby sobie pozwolić na taką zabawkę. Kiedyś pluszaki miały wdzięk, każdy był inny, szyty ręcznie. Misie, pajacyki, żyrafki, słoniki, czy hipopotamy stojące na sklepowej półce były w gruncie rzeczy takie same. Wszystkie „made in China" i wszystkie jednakowo brzydkie. Zasadniczo miałem już wychodzić, gdy zagadnął mnie sprzedawca – miły staruszek o wyglądzie świętego mikołaja, tylko z nieco krótszą i bardziej szpakowatą brodą. Musiał być bardzo poczciwy i kochać dzieci, to widać było po oczach. - Czym mogę panu służyć? Szuka pan prezentu dla córki? – spytał miękkim spokojnym głosem. Zachęcającym do podjęcia konwersacji. - Nie dziękuję. Nie mam córki. Tak się tylko rozglądam. – odpowiedziałem wymijająco. - Och, mężczyzna w pańskim wieku nie wchodzi do sklepu z zabawkami bez powodu. Skoro nie ma pan córki, to niech zgadnę… Zastanowił się chwilę. Wyglądał przy tym jakby doskonale znał odpowiedź od samego początku, a tylko bawił się ze mną w podchody. - W takim razie dla kobiety – odpowiedział po chwili, bez nutki zawahania w głosie. Strzelił przy tym palcami, jakby mówił „bingo!" - No cóż, właściwie zgadł pan – nie miałem zamiaru kłamać, bo i po co? – zbliżają się walentynki, a ja poszukuję czegoś wyjątkowego dla narzeczonej. Ale do sklepu wstąpiłem tylko przypadkiem, chcę kupić naprawdę wspaniały prezent, a zabawki się po prostu do tego nie nadają. - Ależ myli się pan – uradowany klasnął w ręce – mam coś co na pewno pana zainteresuje. Ale uprzedzam, nie jest to tania rzecz. - Zabawka – poprawiłem go. Spojrzał na mnie bardzo dziwnym wzrokiem, zupełnie jakbym go uraził nazywając tę „rzecz" zabawką. - Nie wszystko co wygląda jak maskotka jest nią w rzeczywistości. Niektóre rzeczy są bardzo cenne i zawierają drugie dno. Są jak brylanty zatopione w czekoladzie. Z wierzchu wyglądają na słodkie i kuszące, ale dopiero to co znajduje się w środku jest naprawdę cenne. Ale gdy spróbuje się zjeść taką czekoladkę, można sobie złamać zęby. Rozumie pan? Byłem ciekaw co to za czekoladkę z brylantem chce mi pokazać, więc podążyłem za nim na zaplecze. Pomieszczenie okazało się być sporym składzikiem, w którym wszędzie pełno było niesamowitych zabawek, gadżetów i drobiazgów. Zupełnie jakbym znalazł się w pokoju magika: samotasujące się karty, magiczna skrzynia, mnóstwo masek o dziwnych kształtach, amuletów, różowe okulary... Na ostatniej zabawce zawiesiłem wzrok. -Podobają się panu? - Spytał staruszek, biorąc w dłonie osobliwy przedmiot. Okulary wyglądały całkiem zwyczajnie, może prócz barwy szkieł i przyssawek umocowanych na wysokości skroni. - Niech pan przymierzy. – uśmiechnął się - Świat dzięki nim staje się bardziej radosny. Wziąłem ostrożnie okulary i z ciekawością, choć z niedowierzaniem założyłem je. Przez chwilę przyzwyczajałem się do dotyku przyssawek i nowego widoku. Poczułem dziecięcą radość. Chyba każdy mężczyzna ma jednak coś z dziecka. Staruszek uśmiechał się dobrodusznie. Sprawiał wrażenie najmilszej osoby na świecie. Pomyślałem, że świat nie jest taki zły jak się może na pierwszy rzut oka wydawać. Czułem się jak naćpany i muszę przyznać, że to całkiem miłe uczucie. Nawet kac przestał mnie tak bardzo męczyć. Właśnie chciałem się tym odkryciem podzielić ze sprzedawcą, kiedy ten zdjął mi okulary z nosa. Czar prysł. Znajdowałem się nadal w sklepie z zabawkami, z bólem głowy, bez prezentu dla ukochanej i bez wielkich nadziei na jego znalezienie. Spojrzałam chytrze na okulary. - Ile pan chce za nie? Może kupie je siostrzenicy, ładnie jej w różu. - Są już sprzedane. Właściciel pojawi się wieczorem. - Och, myślę, że mogę panu zapłacić więcej, w końcu czego się nie robi dla ukochanego dziecka. - Przykro mi. To mój stały klient i nie mogę zawieść jego zaufania. Poza tym chciałem pokazać panu coś innego. Pamięta pan? - Spytał wyjmując z kolorowego pudełka pięknego, białego misia. Był dość duży, jakieś trzydzieści pięć, może czterdzieści centymetrów i wyglądał jak większość przedstawicieli jego gatunku: pulchny, z dużymi, miękkimi łapkami, wielkimi, zielonymi, proszącymi o przytulenie oczami, małym noskiem i uroczym uśmiechu. Człowiek zakochiwał się od razu. Wziąłem ostrożnie misia w ręce, obejrzałem dokładnie. - I co w tym misiu jest takiego niezwykłego? - Spytałem sceptycznie. Nawet jeśli miałem ochotę go kupić, chciałem zachować twarz. - Jest magiczny. - Odpowiedział starzec, uśmiechając się tajemniczo. - Magiczny? Co jest magicznego w zwykłej plusowej zabawce? Sprzedawca zmarszczył czoło i wydął usta. Pospiesznie wyjął misia z moich rąk. - W zwykłej pluszowej zabawce zapewne nic. - wycedził akcentując każde słowo - Ale to nie jest zwykła zabawka. A jeśli nie jest pan zainteresowany zakupem, to mogę pana odprowadzić do drzwi. - Nie chciałem pana urazić. Proszę mi wybaczyć. Chciałbym się jednak dowiedzieć, jakie są właściwości tej za... tego misia. - Poczułem, że prezent dla Karoliny powoli ucieka mi z pola widzenia, a na to nie mogłem sobie pozwolić. Nie dzisiaj. - Jest specjalnym i bardzo wyjątkowym prezentem walentynkowym. Do tego jest bardzo cenny. - Sprzedawca zaakcentował ostatnie słowo. - Jeśli dwoje ludzi się kocha i podczas kolacji walentynkowej wymówi zaklęcie w obecności misia, skupi on w sobie całą ich miłość i będzie jej strzegł, niosąc parze szczęście. - Mówiąc to pogłaskał delikatnie misia. - Jest jedyny w swoim rodzaju. Drugi taki nie istnieje. Oczywiście jeśli nie kocha pan narzeczonej, albo ona pana, ten cudowny prezent na nic się panu nie przyda. Zastanowiłem się przez chwilę co na to powie Karolina. Miś mi się bardzo spodobał i choć nie wierzyłem w jego magiczne zdolności, mógłbym opowiedzieć jej całą historię. Jest wielką romantyczką, ta bajka z pewnością by ją urzekła. No może prócz tego, że totalnie zapomniałem o rocznicy i robiłem zakupy na ostatnią chwilę. - Dobrze, proszę mi go zapakować. - Ale to bardzo droga rzecz. Nie wiem czy pana stać... - Można płacić kartą? - Tak, oczywiście, ale nadal nie jestem pewien czy cena... - Cena nie gra roli. Sprzedawca wraz z misiem zapakował schowaną w ozdobnej kopercie magiczną inkantację i całość wręczył mi jako ślicznie opakowany podarek. Postanowiłem kupić Karolinie coś jeszcze, bo przecież poważny mężczyzna, nie może dać swojej ukochanej na piątą rocznicę pluszaka! Postanowiłem kupić suknię, buty, torebkę i biżuterię w najlepszym stylu, a wieczorem zaprosić ją na wykwintną kolację przy świecach. Wyglądało to w miarę sensownie, a że Karolina miała swoje ulubione sklepy i zostawiała w nich masę pieniędzy, sprzedawcy udzielili mi kilku rad w kwestii doboru prezentów. *** Przed blokiem stał jej samochód. Zaparkowany jak zwykle w tym samym miejscu, z tą samą pedantycznością, jakby mierzyła linijką odstępy między liniami wyznaczającymi miejsce parkingowe. Wróciła. Wchodząc do mieszkania, już z progu czułem zapach jej perfum. Gdy przebywała w domu od razu pachniało jakoś inaczej – świeżością i fiołkami. Ten zapach podążał wszędzie gdzie tylko się udała. Tym razem woń rozchodziła się od jej ubrania starannie ułożonego na krześle. Ona sama brała prysznic. Wszedłem do łazienki i zatrzymawszy się w drzwiach podziwiałem jej ciało ukryte za matową szybą kabiny prysznicowej. Znałem dokładnie każdą fałdkę na jej ciele, kazdy zakamarek, oraz skazę na jedwabistej skórze, a i tak nie mogłem się powstrzymać, aby choć przez chwilę popatrzeć na nią bez niepotrzebnej osłony. Stała obrócona do mnie tyłem, a szum wody zagłuszał moje ruchy, toteż przez długi czas stałem niezauważony. Wyobrażałem sobie jej minę, delikatne ruchy placów gładzących skórę brzucha, mokre, pachnące włosy i namydlone piersi. Nawet zza matującego szkła wyglądała jak bogini. Wreszcie zdecydowałem się zdradzić swoją obecność – zdjąłem buty i skarpetki, rozchyliłem drzwi do kabiny i nie pytając się o zgodę wszedłem do środka. To nic, że byłem w koszuli i spodniach, które natychmiast przemokły. To było nawet całkiem zabawne. Karolina nic nie powiedziała, uśmiechnęła się tylko uwodzicielsko. Pocałowałem ją. W odwecie skierowała na mnie strumień wody. Teraz już cały byłem mokry. Śmiała się. Oboje się śmialiśmy. A potem było cudownie. Pachniała mydłem, smakowała świeżością i pożądaniem, opuszkami palców zwiedziłem każdy centymetr jej aksamitnej skóry, każde zagłębienie, uchyłek i wybrzuszenie. Pożerałem ją wzrokiem. Mokre ubranie zaczęło mi ciążyć, toteż niewiele myśląc pozbyłem się go. Dwa nagie ciała tańczące pod prysznicem w miłosnym uścisku, dwoje ludzi, którzy nie widzieli się od kilku dni, kochających się, pożądających niemal do szaleństwa. Tacy właśnie byliśmy. Nareszcie nadeszła chwila na którą czekałem tak długo. „Kocham Cię” wyszeptałem „Każdy dzień bez ciebie był nie do zniesienia. Jak dobrze, że jesteś”. Mruczała zadowolona, prężyła się niczym kocica,…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil klub_IKAR_
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…