Bicie martwych serc
taka wariacja na temat ewolucji, miłości i tego, że nie warto być wiecznie na opak...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
‘Określenie ‘chemia organiczna’ jest tylko jednym z wielu, jakimi można określić to, co robię. I nie jest bynajmniej moim ulubionym. Kiedy profesja oprócz wydźwięku naukowego jest też obarczona setkami opinii ludzkich, to nawet, jeżeli te opinie są nic nie warte, to kiedy przedstawiam swój zawód, wolę je uwzględnić i podać w miarę adekwatną nazwę. Nawet, jeżeli oznacza ona ostracyzm i osamotnienie. Kiedy zaczynałem, wiedziałem, na co się decyduję. I nigdy nie miałem czasu na tchórzostwo. Jestem bliżej życia i śmierci, niż ktokolwiek z was. Jestem nekromantą.’
Bicie martwych serc I W pewnych warunkach siła woli w swoich możliwościach wykracza poza kształtowanie siebie, a zaczyna mieć ogromny i z czasem wciąż rosnący wpływ na otoczenie. W pewnych warunkach, kiedy trudno mówić o obiektywizmie osobnik taki zwany bywa schizofrenikiem. W innych przypadkach - na przykład magiem. Wszyscy ci ludzie są samotnikami. A cóż może być bardziej samotnego, niż życie w czymś, co zostało wyabstrahowane z rzeczywistości do tego stopnia, że straciło z nią jakikolwiek kontakt. I biada temu, kto tam mieszka, a nie zauważył procesu przemiany, albo go nie zrozumiał. Tylko ci, którzy wywołali go z premedytacją, są w stanie choć trochę udźwignąć bagaż samotności, który na siebie nałożyli. Na granicy tego małego bąbla czas stoi w miejscu, a przestrzeń ugina się i zapętla, odbijając wszystko w jakiś zdeformowany, parodiowy sposób. Tam się nie spogląda. Bo są przecież ciekawsze rzeczy. Nagie tkanki poukładane w równych rzędach na długim stole z hartowanej stali, oświetlone światłem pochodni amplifikowanym przez wielkie, okrągłe soczewki, budzą odrazę. Metodyczność ich ułożenia jest wręcz godna podziwu. Mięśnie poprzecznie prążkowane, gładkie, sercowe, zwoje jelit, poukładane równo jak dobrze zwinięte liny, słoje z żółcią, limfą i krwią, do której sączy się z wolna antykoagulant, mózgi razem z robakowatymi, pierzastymi rdzeniami kręgowymi, ułożone jeden obok drugiego, posegregowane kości i czaszki, różowe, napuchnięte wory płuc, nie ma tylko żołądków. One nikomu tu się już nie przydadzą. Śmierć nie karmi. Umarli nie jedzą. Być może jest tu magia. Człowiek w kitlu przy końcu laboratorium jest cały mokry od brudno niebieskiej cieczy, przy pomocy której pracuje. W wielkim sarkofagu z kamienia, oblanego od wewnątrz szkliwem, odpornym na wszystkie stosowane przez niego związki chemiczne, zanurzony głęboko w gęstym płynie, bytuje z wolna kształt, z grubsza humanoidalny. Człowiek w kitlu bierze kolejno ze stołu laboratoryjnego kolejne elementy układanki życia i buduje życie w śmierci. Każdy mięsień jest mu znany, funkcja każdego z najmniejszych nawet narządów, to jest jego duma i jego chwała, że udało mu się poznać życie lepiej, niż ewolucja, która je stworzyła. Każdy taki kawałek, każdy obleśny, śliski ochłap, smaruje zielonym, fosforyzującym płynem, starając się go nie dotykać gołymi rękami. Całe ręce ma w wielkich gumowych rękawicach, z przodu na kitlu skórzany rzeźnicki fartuch. Kiedy fosforyzujący płyn dotyka martwej tkanki, ta zaczyna puchnąć i pączkować w gorączkowej próbie znalezienia w otoczeniu czegoś, z czym mogłaby się połączyć. Ślubem trwalszym i szczerszym, niż małżeństwo i wszelkie inne śluby, jakimi bóg nakarmił świat prostym placebo zaufania. Kiedy tkanka szuka, twórca pozwala jej znaleźć. Zanurza drżący kawałek mięsa w niebieskim płynie i styka go z odpowiednią częścią ciała powstającej istoty. I następuje zespolenie. Do zrobienia pozostała jeszcze prawa noga, na razie ziejąca gołymi kośćmi, pozostała twarz, gdyż twórca jeszcze nie wie, jak ma wyglądać. Powstająca istota nigdy nie będzie miała brzucha, penisa, ani żadnych włosów. Nigdy nie będą jej potrzebne. Kiedy praca na dany dzień została ukończona, twórca usiadł zadumany na zewnątrz laboratorium. Poza nim i kilkoma zielonymi pagórkami jest jeszcze mały strumyk, las obumarłych drzew i dziura w ziemi. Usiadł i zapalił fajkę z gliny, patrząc na pulsującą i mieniącą się Granicę. Zastanawiał się, jak też ten jego mikrowszechświat może być postrzegany z zewnątrz. Może jako czarna dziura? Po chwili doszedł do wniosku, że takie myślenie jest bez znaczenia. Nie ma zewnątrz. Przynajmniej nie dla niego. Tak samo on nie może wyjść, jak też nic nie może się dostać, nie zdegenerowawszy się wcześniej do poziomu cząstek elementarnych. W głębi ducha uznał, że dostąpił bytu uniwersalnego. Nic się nie zmienia, nie ma czasu, nie ma śmierci, nie ma niczego, co mogłoby go pogonić, ani niczego, ku czemu warto byłoby się śpieszyć. Wszelkie transformacje w nim i wokół niego nigdy nie sięgały poziomu jakościowego, zmienia się czasem tylko ilość tego, czy tamtego. Wszelkie przewroty i rewolucje w jego wewnętrznych paradygmatach ma już za sobą. Przed nim został tylko spokój, świadomy spokój, pełny nie zapomnienia, jak spokój śmierci, ale refleksji, tej pozbawionej wszelkiego uczucia nirwany, ku której dążył całe swoje poprzednie życie i którą nareszcie udało mu się osiągnąć. I było mu w tym bardzo wygodnie. Po jakimś bliżej niesprecyzowanym czasie, kiedy odpoczął, zerwał się do dalszej pracy. Najtrudniej było zrobić stawy. Natura, gdy eksperymentowała przez miliony lat, miała ten komfort, że mogła wprowadzać poprawki, w miarę jak zmieniające się warunki otoczenia dewaluowały jakość poprzednich prób i stawiały coraz wyższe wymagania dla rosnących w złożoności organizmów. Tutaj jednakże nie było miejsca na błędy. Ostatecznie szanse były równe. Natura, ewolucja miała do dyspozycji miliony obiektów do eksperymentowania, mutacje oraz podstawowe prawa prostego rachunku prawdopodobieństwa. On miał ze sobą logikę życia, której tajniki zgłębił i usystematyzowaną wiedzę, której natura siłą rzeczy nie mogła posiadać. Była inteligentna mechanicznie, trwałością wieków, jego inteligencja była drapieżna, precyzyjna i błyskawiczna. I jak na razie ani razu go jeszcze nie zawiodła. Miał cel. A tym celem było przeskoczenie osiągnięć przyrody. Tylko wtedy mógłby z całą pewnością powiedzieć, że jest lepszy od każdego z bogów. Najbardziej efektywną metodą wprawiania ciał w ruch po podłożu stawiającym opór i będącym scharakteryzowanym przez siłę tarcia jest ruch przy wykorzystaniu stawów obrotowych. Natura nigdy nie doszła do tego etapu, gdyż ewolucyjne wyprodukowanie tego typu narządów ruchu byłoby zbyt skomplikowane. Prawdopodobnie ewolucyjny rozwój organizmów trwał zbyt krótko, żeby mógł osiągnąć równy poziom złożoności. Eksperymentator jednakże miał już gotowy projekt i wystarczyło go tylko wprowadzić w życie. Kości kruszył zwykłym moździerzem, na pył. Potem mieszał go z zieloną substancją aż do konsystencji ciasta, formował ręcznie, na kole garncarskim i przy użyciu wszelkiej maści drewnianych form, jako szkieletu dla całej struktury używając naczyń krwionośnych i komór wypełnionych czerwonym i żółtym szpikiem. I tak powstały żywe, pulsujące koła, które powstający twór miał posiadać zamiast nóg. Niebieska ciecz tchnęła w nie iskrę życia i utrzymywała w nich aż do czasu, kiedy miał nadejść ostateczny impuls, uwalniający cały ten potencjał i całą moc, w jednej chwili przechodząc od życia poziomu aminokwasów, jakie pływały kiedyś, u zarania dziejów, w pierwotnej, życionośnej zupie, do etapu życia, które myśli i słucha. I patrzy w swojego stwórcę jak w boga. Stałości i prawidła tego egocentrycznie wykreowanego świata zadrżały w posadach, gdy przez zielone łąki i między uschniętymi gałęziami martwego lasu, docierając do samego dna dziury, ale już daleko po zbliżającym się koszmarze i upadku, gdyż było ono na odległość wieków pogrążone w głębi świata, przetoczył się ryk uwalnianego życia.
II
Pogrążony w niezrozumieniu. Są początki, które nie mając jeszcze nazwy, która by je wartościowała wewnątrz umysłu, nie mając rozpoznawalnego znaku, mogą być wszystkim. I dopiero na bazie tego jeszcze nie zdefiniowanego wszystkiego buduje się obraz całego świata. I na tym polega subiektywne na ten świat spojrzenie. Ale z czasem wszystko zostaje zdefiniowane i dostaje swój wydźwięk, pozytywny, lub negatywny. I wtedy można poznać, czy wyrosło się z koszmaru. Pierwsze (o tym, ze to było pierwsze, zorientowało się dopiero później, kiedy czas nabrał jakiegoś znaczenia), był ostry tremor, paralityczny, pełny drgawek i ostrego bólu rwanych narządów i uchodzącego napięcia. Było przerażenie, kiedy z jednego obcego stanu, przechodziło od razu w drugi. Kiedy zaczęło od istnienia, którego nie rozumiało, kiedy istnienie zostało skażone raz na zawsze bólem, kiedy zmysły po raz pierwszy zaczerpnęły odpowiadającego każdemu z nich powietrza – oczy poznały światło i oślepły, uszy poznały dźwięk i ogłuchły, język poznał smak i otępiał, skóra poznała temperaturę i zadrżała. I ciągnął się ten horror od samego początku czasu tego czegoś, co wyłoniło się z sarkofagu. Dla niego trwało to wieczność. Któregoś razu wzeszło słońce. Istota stała, chwiejąc się lekko w przód i w tył, tak, jak tylko pozwalały jej groteskowe obrotowe stopy. Jej oczy znów widziały i teraz chłonęły świat, wyłaniający się powoli z mgły. Złoty blask oblał zielone pagórki, zieleń zabłysła złotem. Mrok skurczył się, uciekł przed światłem spomiędzy drzew martwego lasu, ukrył głęboko w głębi dziury. Gdyby ktoś tam zajrzał, mógłby dojrzeć jego zimne jak blask księżyca oczy, które nigdy nie patrzyły do góry, na krąg światła nad jego wypaczoną i zdeformowaną głową. Jego głowa miała kształt wyobraźni. Istota obserwowała. Twórca obserwował Istotę. I w każdym kierunku w tym układzie płynął zachwyt i zaciekawienie. Słońce nie było kulą blasku taką, jaką pamiętał ją Twórca ze swojego poprzedniego życia. Promienie światła, jakie emitowało, wydobywając z pustki otoczenie, trafiały też w dziwną materię Granicy, gnąc się na niej i zawracając. Całe niebo płonęło żywym, białym ogniem. Kiedy głowa istoty poruszała się, drżała we wszystkie strony. Ścięgna i mięśnie nie były jeszcze dotarte. Przeskakiwały w nieskoordynowany sposób, sprawiając, że każdy ruch był…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil pieczyl
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…