Wróć do katalogu

Bill Victy - ludzie, którzy nie istnieją

Tytuł może odstraszać, długość tekstu również.

BillVicty, opublikowano , 2 godz. 4 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Na rogu dwóch ulic, oddalonych o trzy kolejne od tej, na której mieszkał Bill Victy, stała mała, przytulna kawiarnia. Bill często bywał w tym miejscu, zwykle ze znajomymi, gdy na zewnątrz panował mróz, a w środku było przyjemnie ciepło. Tym razem przyszedł tutaj jednak w zupełnie innym celu niż tylko po to by się ogrzać. Jego przyjaciel Kutch pilnie chciał się z nim spotkać i omówić kilka istotnych spraw. To miała być bardzo ważna rozmowa, a w kontekście tego co się wydarzyło w życiu chłopaka, przełomowa. Victy doskonale o tym wiedział, pojawił się w umówionym miejscu na kilkanaście minut przed wyznaczonym czasem, zajął stolik, zamówił cokolwiek i niecierpliwie czekał na dobrego znajomego. W kawiarni nie działo się nic szczególnie wartego uwagi. Panował ruch typowy dla piątkowych wieczorów. Kutch celowo wybrał to miejsce. Spodziewał się, że będzie ono wystarczająco spokojne, w przeciwieństwie do okolicznych barów, które zwłaszcza weekendami przepełniały się najróżniejszym elementem. Chłopak nerwowo spoglądał na zegarek. Wiedział, że przyszedł za wcześnie, ale wydawało mu się, że w tej sytuacji to właściwsze niż przychodzenie punktualnie… tak jak zrobił to Kutch. Z momentem, gdy sekundnik zegarka na nadgarstku Billa otarł się o rzymską dwunastkę, a jego starszy kuzyn w rogu kawiarni wydał z siebie osiem głuchych uderzeń symbolizujących godz 20.00 w systemie dwunastogodzinnym, drzwi się otworzyły i do środka wszedł Kutch. Był punktualnie. Co do sekundy. Wysoki mężczyzna z przedwcześnie siwiejącymi włosami musiał przejść całą kawiarnię by dojść do stolika zajmowanego przez Billa. Usiadł nawet się nie witając od razu przeszedł do sedna: - To co się dzieje musi zostać wyjaśnione. Nie musisz się bać, przynajmniej nie bardzo. Powiem ci prawie wszystko, a później spróbujemy z tym skończyć. Pasuje? – Kutch wydawał się opanowany, a może rozluźniony, tak jak ktoś, kogo praca jest odpowiedzialna, ale wykonuje ją już od ćwierć wieku. - To wszystko moja wina prawda? To co się dzieje to z mojego powodu. Nic z tego nie rozumiem. Co to wszystko znaczy? Do tej pory myślałem, że takie rzeczy są niemożliwe. Tymczasem to się dzieje. Świat zaczyna zmieniać się w piekło, nie wiem dlaczego, ale czuję, że to z mojej winy. - Uspokój się. - Wczoraj znowu się to działo. Moja mama zaczęła nagle się dusić, bez powodu. Robiła coś w kuchni - spędza tam mnóstwo czasu, - i nagle zacząłem słyszeć jej wołanie. Zbiegłem szybko na dół, a ona leżała na ziemi trzymając się za szyję. Widziałem jak się dusiła i nie mogłem nic zrobić. Po kilku minutach to minęło, a gdy dziś rano chciałem o to zapytać, ona już nic nie pamiętała. - To typowe. Nie musisz się tym przejmować. Tak samo jak tym co dzieje się w miasteczku ostatnimi miesiącami. To wszystko jest zaskakujące, ale daję ci słowo, że nie musisz się tym przejmować. Świat przechodzi pewne zmiany, stąd te skutki uboczne. Na razie sam nie mam pewności o co chodzi, ale nie jestem bardzo złej myśli i mam nadzieję, że po naszej dzisiejszej rozmowie, ty również nie będziesz. Kutch podniósł rękę i wymownym ruchem przywołał kelnerkę, następnie dla obu zamówił kawę. - Czyli ludzkie cierpienie, nadprzyrodzone zjawiska, nielogiczne, a czasem abstrakcyjne rzeczy – jak wtedy, gdy na niebie zawisło ogromne lustro i mogłem w nim dostrzec odbicie ziemi – jest bez znaczenia, ma mnie nie interesować? - Interesować ma, znaczenie też ma. Nie ma cię wpędzać w obłęd. Dowiesz się dziś kilku rzeczy, mam nadzieję, że to ci pomoże. - A to wrażenie, że wszystko było moją winą. Jest silne, nie wiem czy zdołam z nim walczyć. – Spojrzał na przyjaciela zatroskanym wzrokiem. - To nie była twoja wina. Wcale. Chociaż jeśli o tym mowa, to mogło jej być więcej niż mojej, ale na pewno niczego nie zrobiłeś umyślnie, co najwyżej chodzi tutaj o kwestię niedbalstwa lub niewiedzy, a to tylko ci szczególnie surowi podciągają do winy zasługującej na karę. Z tymi chyba na szczęście nie mamy do czynienia, więc i o karze nie ma mowy. Świat to coś niesamowitego samo w sobie i najprawdopodobniej tylko przez to, że uznałeś że go zrozumiałeś, on sam płata ci teraz figle. Ktoś lub coś dało ci w darze wszystko co miałeś. Powiem więcej - wszystko czym byłeś, czym mógłbyś się stać …i pewnie to dlatego, że wcale się nad tym nie zastanawiałeś, ani jednej marnej chwili, nawet sekundy we własnym pokoju, gdy późną nocną godziną nim zasypiałeś zostawałeś sam na sam z własnymi myślami - nawet wtedy... Wpisałeś się w to wszystko co widziałeś i stałeś się tego częścią w sposób wzorcowy, taki o jakim mógłby marzyć ten, który źle ci życzy. Tak Bill, bo to nie okazało się dla ciebie niczym dobrym i przyniosło tylko to co czujesz teraz i czego doświadczysz za niedługo. Jest wiele sił, które mają mniejszy lub większy wpływ na to co ty sam możesz zrobić. Z większości z nich pewnie nigdy nie zdawałeś sobie sprawy, lecz na pewno odczuwałeś ich skutki. Cały świat, nie mówiąc nawet o życiu, się z nich składa i tylko dzięki nim istnieje. Jak ogromna maszyna przepełniona niezliczoną ilością dużo mniejszych urządzeń, przedmiotów, elementów. By wszystko działało prawidłowo, niezbędne jest także prawidłowe funkcjonowanie każdego spośród tych najmniejszych. Nie jestem pewien czy wiesz co mam na myśli Bill, ale to tak jakby kamień po kamieniu rozbierać mur i nie robić tego zaczynając od warstwy wierzchniej, lecz od środka i fundamentów. Chociaż początkowe ubytki z pozoru nie przyniosą żadnych zmian, to w rzeczywistości będą najistotniejsze w perspektywie upadku całego muru w przyszłości. Bo widzisz, nasz mur wystarczy umyślnie pozbawić jednego najmniejszego kamienia, a czas i czynniki naturalne skutecznie poprowadzą całą konstrukcję do upadku. Pozornie błahe i znaczące mniej niż to co warte uwagi działania, zawsze niosą za sobą dużo większe skutki. Wtedy zostają już tylko one, bez powodów i przyczyn. Zostają jedynie skutki i ich żywa zagadka. Możesz próbować ją rozwiązać, ale bez otwarcia się na najprostsze wydarzenia, pozostaje ci tylko zgadywanie, żadnych konkretów, a to tak jakbyś na wielkiej łące chwycił źdźbło trawy i zabarwił na czerwono, następnie oddalił się o kilkadziesiąt metrów, zasłonił oczy przepaską i wrócił do niego po omacku. Szanse powodzenia sam jesteś w stanie chyba bardzo dokładnie oszacować... Są one równe tym, którymi przywitała cię zagadka ostatnich wydarzeń... i tylko ja jestem w stanie coś w tej kwestii zmienić. Dlatego tak ważne jest wszystko co teraz mówię. Zastanów się Bill i powiedz, jak długo mnie znasz albo w jakich okolicznościach się poznaliśmy? - Znam cię od zawsze. Nie wiem kiedy dokładnie to było, nie pamiętam jak, byłem jeszcze dzieckiem. - Nawet najmniejsze wspomnienie? Cokolwiek? - To było zbyt dawno. Odkąd pamiętam po prostu byłeś. Ale jakie to w ogóle ma teraz znaczenie? – zapytał zniecierpliwiony Bill. - Spokojnie, ma znaczenie …i to spore, a zrozumiesz je dopiero wtedy gdy ci powiem jak jest naprawdę. Otóż, znamy się nie dłużej niż miesiąc. Wcześniej nie istniałem w twoim życiu. - Nie! To niemożliwe! – Chłopak wyraźnie się przestraszył. Wszystkie wspomnienia mówiły mu zupełnie co innego. - Niemożliwe? – Zaśmiał się Kutch. - Tak samo niemożliwe jak ostatnie zdarzenia? A może bardziej, albo mniej? Nie Bill, to co wydawało ci się kiedyś niemożliwe, od teraz już nigdy nie może być tak nazwane. Jestem tu po to byś to zrozumiał i potrafił sobie z tym poradzić. Chłopak zapłakał delikatnie i zaraz po tym błyskawicznie przetarł oczy dłonią. Tak jakby wstydził się tych łez, ale nie przed Kutchem lub kimkolwiek innym, a samym sobą. - Powiedz sam, co mam zrobić, jak się zachować? Nie wiem nawet co powiedzieć. Chociaż chciałbym ci nie wierzyć, to wiem, że to prawda. Co mam zrobić Kutch – błagalnym głosem, przepełnionym bezradnością pytał przyjaciela. - Zdaj się na mnie i zachowaj spokój. Po to tu jestem, specjalnie na wypadek takich zdarzeń. Słuchaj Bill! Nie wiesz wszystkiego, nie wiesz prawie nic. Opowiem ci wszystko o wszystkim, w sposób możliwie łatwy. Nie przerywaj mi, tylko słuchaj i zaufaj… Wszystko będzie dobrze. Ostatnie tygodnie twojego życia różniły się od tego do czego przyzwyczaiłeś się w przeszłości. Przyzwyczaiłeś – to właściwe słowo. Pewnie wiesz o co mi chodzi. Twój atak duszności, zniekształcona twarz twojej matki, zniknięcie kilku budynków, ptaki, które jednego ranka pospadały nagle z nieba nad całym miasteczkiem i wreszcie anomalie pogodowe i problemy z czasoprzestrzenią. To wszystko wyraźnie kłóci się z tym co przez całe życie dyktowała logika. Ale nie to okazuje się być najgorsze. Bo nie mamy do czynienia z problemem globalnym. Sytuacja ta ma miejsce tylko na terenie twojego miasta. Co więcej, nie staje się ona problemem całego lokalnego społeczeństwa, bo chociaż wszyscy są wstrząśnięci każdym z tych wydarzeń, to nie trwa to dłużej niż jeden dzień. Po tym czasie nagle zapominają i zachowują się tak jakby nic podobnego nie miało miejsca. Tylko ty jeden wszystko pamiętasz, a gdy chcesz się tym dzielić z innymi, biorą cię za szaleńca. Powiedz sam czy tak nie jest? Czy tego nie zauważyłeś? - Zauważyłem. Tego najbardziej się boję. - To zupełnie normalne. Dla ciebie może być dziwne, ale już niedługo wszystko się zmieni. Nie ma powodów do obaw. - Nie myśl sobie, że jest tu cokolwiek co mógłbym uznać za łatwe. Słucham cię i staram zrozumieć , bo widzę, że coś jest na rzeczy, a ty jesteś jedyną osobą, która zdecydowała się ze mną o tym porozmawiać. Z każdą chwilą i kolejnymi twoimi wyjaśnieniami czuję się coraz gorzej, bo to wszystko zdaje się tak abstrakcyjne. Ale co mam zrobić!? Przecież to się dzieje. Proszę, zrozum moje zachowanie i nie oczekuj radości. - Oczywiście. Prawdę mówiąc wcale mi na tym nie zależy. Zależy mi tylko byś zrozumiał i ze spokojem zaakceptował. To nam obu zagwarantuje pomyślne i stosunkowo szybkie wyjście z tej sytuacji. – Wziął łyk kawy i ciągnął dalej… - Teraz to co najważniejsze. Czas byś dowiedział się wszystkiego: o mnie, o świecie, o Nim – Wskazał palcem w górę – o sobie, swoim życiu i tych tutaj ludziach. Chociaż nigdy nie zdradzam tych tajemnic, tym razem zrobiło się na tyle poważnie, że musisz dowiedzieć się wszystkiego. Zacznę od początku: Świat nie do końca wygląda tak jak ty to widzisz. To wszystko jest zaledwie iluzją… albo nadając temu bardziej optymistyczny wydźwięk – projekcją. W rzeczywistości wcale nie siedzimy teraz w kawiarni, w ogóle nie siedzimy, ani też nie stoimy, nie leżymy. Nie wiem jak to nazwać, ale chyba po prostu nic nie robimy. Nasza rozmowa również nie odbywa się w taki sposób jaki ci się wydaje. To bardziej kwestia komend i poleceń połączonych z uczuciami oraz namaszczonych dziwnym pierwiastkiem istnienia. Dzieje się tak od wielu lat. Zaczęło się na długo przed tym, gdy ty zostałeś spadkobiercą tronu. - Tronu? O czym ty mówisz? - Nie przerywaj teraz. Zaraz dowiesz się wszystkiego Bill poczuł się trochę nieswojo - Nim powstał pomysł na to jak mógłby wyglądać świat lub życie, tron już istniał. Był pierwszym co zostało stworzone. Niedługo później, gdy plan był już gotowy Stwórca osadził na nim pierwszego z, jak sam to określał, graczy. Tron był niesamowitym miejscem… z resztą, jest nim do dzisiaj. Ten kto na nim zasiadł stawał się wszystkim co istnieje. Tak samo jest teraz z tobą Bill. Tron to tylko przykrywka – zwykła nazwa. Wcale nie przypomina tego o czym myślisz wspominając pewnie średniowiecznych władców. W naszym prawdziwym świecie mamy do czynienia z czymś dużo głębszym. Tak naprawdę to jaźń, która jest wszystkim i wszystko od niej pochodzi. Spójrz na siebie – ręce, nogi, ciało. Dotknij tego, powąchaj. Rozejrzyj się dokoła: ja, ten łysy gość w rogu, dzieciak pożerający czekoladowe lody, ten cholerny stolik, – Uderzył w niego otwartą pięścią. – krzesło czy bar, a nawet brudne i popękane kafelki na podłodze. Wszystko pochodzi i zamyka się wyłącznie w jaźni, którą ty sam jesteś. Powiem więcej… Wyjdź stąd, pojedź na wybrzeże i stań na wprost oceanu – to też tylko ty. Wyleć w kosmos i przykryj całą ziemię jednym kciukiem – miej pewność, że to tylko ty i projekcja umysłu. Nic, ale to nic Bill nie dzieje się tu i teraz, tak jak to widzisz. Wszystko wokół,a nawet więcej nie istnieje. Po to tu jestem i to będę tłumaczył. Świat trwa od tysięcy lat i jest ciągły – tak jak przywykłeś z resztą. Lecz nie ma on nic wspólnego z żadnym współistnieniem. Naprawdę istniejesz tylko ty. Na całej wielkiej ziemi wyłącznie ty jesteś żywy, bowiem aktualnie twoja jaźń jest „graczem” i to ty zasiadasz na „tronie”. Przed tobą było setki innych, zawsze jeden po drugim, nigdy równolegle. Ich życia przebiegały w pełnej nieświadomości. Czuli się tak jak ty do niedawna – jedni spośród milionów innych, malutcy, tak niewiele znaczący. Większość z nich żyła biernie biorąc otoczenie za pewnik, nie przypuszczając nawet czegoś podobnego do tego co jest prawdą. Narodziny, życie, śmierć, zmiana gracza, narodziny, życie, śmierć, zmiana… W zwyczajny sposób, bez komplikacji i utrudnień, aż do momentu, gdy pojawiłeś się ty. Nie wiem jeszcze o co chodzi, w każdym razie o coś na pewno, bo z podobnymi sytuacjami wcześniej się nie spotykałem. Być może ma to związek z tobą, może to błąd systemu, wola tego na górze albo zwykły element planu. Rozwiążemy to wcześniej niż mógłbyś się spodziewać. Wystarczy odrobina chęci. Ale nawet jeśli uda nam się to naprawić, wątpię byś mógł tak po prostu wrócić do normalnego życia. Z posiadaną wiedzą jestem nawet pewien, że to niemożliwe. Będę apelował by odpowiednio zmodyfikować twoją pamięć, tak by wszystko było jak dawniej, ale nie mogę niczego obiecać. Nie wiem czy on się na to zgodzi. – Kutch zawiesił na chwilę głos. Bill milczał, a z wyrazu jego twarzy trudno było wyczytać cokolwiek. Chyba trochę za dużo (mniej więcej stukrotnie) zbyt poważnych i zbyt nagłych informacji na niego spadło. - Dlaczego tak jest? To w ogóle nie ma sensu… mówisz mi właśnie, że wszystko co kocham, co ma dla mnie jakieś znaczenie, nie istnieje? Jest tylko wyobraźnią czy tam wizją?. Wymagasz ode mnie żebym z uśmiechem patrzył jak to znika, rozmywa się błyskawicznie jak bańka mydlana i ma nie wrócić nigdy? Za kogo ty się masz, co sobie myślisz by mieć czelność to robić!? Tak nie można! Skończ! – Jego oczy zaszkliły się łzami - Mówię ci to co jest wymagane byś wiedział i absolutnie nie mam w tym złych intencji, a na dowód tego biorę po prostu prawdę – ona sama się obroni i uczyni mnie niewinnym. Mogę cię obdarzyć jeszcze wieloma gwarancjami, całą masą słów otuchy, zapewniać o tym jak bardzo jestem ci teraz potrzebny i wyjaśniać wszystko bez końca, ale nie ma to sensu. Skończmy na tym co już dokonaliśmy. Zamknijmy ten rozdział i ruszmy dalej, bo wiele jeszcze do zrobienia. Rozumiesz? Musimy to naprawić, odkręcić i nie pozwolić by zabrnęło za daleko. Zarówno dla twojego jak i mojego dobra. Sam tego nie zrobię. Tutaj potrzebny jesteś ty. Pewnie nie zdajesz sobie z tego sprawy, ale jako gracz masz olbrzymi wpływ na to jak potoczą się dalsze losy, twoje i tego co uznajesz za świat. Spokój jest najpewniejszym zabezpieczeniem. Od zawsze był wpisany w symbol tronu jako coś wyzwalającego ład, porządek i pewnego rodzaju błogostan. Według Stwórcy jest on bowiem wyznacznikiem szczęścia – najpozytywniej wpływającym stanem na gracza, wyzwalającym w projekcji rzeczy najpełniejsze. Szczególnie ważny jest on teraz, gdy tak wiele rzeczy chce cię go pozbawić. Znajdź w sobie wystarczająco sił by wskrzesić chociaż iskrę. – z pasją zakończył Kutch. Bill słuchał go uważnie, a później długo nic nie mówił. Jego świat zaczął przypominać nieszczególnie oswojonego psa, który właśnie zerwał się ze smyczy. Nie wiedział czy za nim biec, czy zaczekać z nadzieją, że wkrótce sam powróci, czy być może zapomnieć i puścić samopas. Nie mógł się zdecydować na żadną z tych opcji, ale to chyba dlatego, że wciąż szukał innych, lepszych rozwiązań.

Kutch dopijał właśnie kawę, którą wcześniej zamówił i w spokoju czekał na to co się za chwilę wydarzy. Oczekiwał, że przyjaciel będzie miał mu coś do powiedzenia… Bill wciąż milczał. - No, więc..? – zapytał starszy z dwójki. W sposób niepodobny do siebie zaczynał się niecierpliwić. Kutch czekał już tylko na jedno – na reakcję i sposób przyjęcia. Zaczął czuć się trochę nieswojo. Cisza w tej sytuacji zdawała mu się być gorsza od czegokolwiek innego, co by mogło przywdziać fonetyczną formę. A Bill wręcz odwrotnie, nie marzył o niczym innym jak tylko o ciszy. Nic nie rozumiał (pomimo tego, że w założeniu właśnie teraz miał zrozumieć wszystko). W istocie czuł się tak jakby ktoś zmiksował jego mózg, przelał do tubki po ketchupie i podawał z hot-dogami. Najgorsza była świadomość, która na swój sposób manipulowała podejściem do sytuacji, zawiłej, skomplikowanej, chorej sytuacji, przedstawionej mu z tak wielką łatwością i spokojem przez człowieka, który zawsze wydawał się trochę dziwny… Lecz Bill niejednokrotnie słyszał hasło: „dziwność jest domeną ludzi inteligentnych”, sam nawet był jego ogromnym zwolennikiem. Dziwność Kutcha sama w sobie nie mogła więc być czynnikiem aktywującym w nim jakiekolwiek bariery czy obawy, przeciwnie – była pociągająca, cholernie pociągająca… Otrząśnij się! Otrząśnij! – Powtarzał w myślach sam do siebie, z marnym skutkiem jednak… Zaczynał co nieco przyswajać, na razie w sposób abstrakcyjny, zupełnie oderwany, jakby to była jakaś gra czy film. Zdołał sobie to wyobrazić, ale wyobraźnia wcale mu nie pomagała – wprowadzała go w obłęd, bo o ile na poziomie gry lub filmu wszystko wydawało się być naturalne (to przecież fikcja), to myślenie o tym jako czymś prawdziwym, dziejącym się wszędzie wokół, każdego dnia, z niesłabnącą mocą było szaleństwem, wystawiającym do wiatru całą dumę ludzkiego rozumu… Błądził teraz dookoła tego rodzaju wzrokiem, który w istocie nie dba o obraz, a jest jedynie zasłoną i pewnego rodzaju informacją dla osób trzecich, mówiącą o procesach zachodzących w mózgu. Każdy z łatwością mógł odczytać, że to nie lada procesy, a problem ich powiernika i autora zarazem, nie mógł przypominać tych, które trapią kobietę nie mogącą się zdecydować, jakiego koloru farby użyć do pomalowania swojej sypialni… Ten problem miał zgoła większą wartość, to mógł osądzić każdy, nikt jednak nawet w najmniejszym stopniu nie mógł przypuszczać jak wielką. Wiedza ta pozwoliła się oswoić dwóm tylko osobom, jedną z nich był Bill właśnie, drugą, – jeśli nieco nagiąć definicję słowa „osoba” - Kutch - do niedawna gość jak każdy inny… - I co dalej? Czego oczekujesz? – Podniesionym i nieco zdenerwowanym głosem, jednocześnie z pewnym wyrzutem zapytał Victy. - Wiesz już wszystko, co wiedzieć powinieneś, prawdę mówiąc oczekuję jedynie akceptacji. – Odpowiedział Kutch, w pełni wracając do swojego dawnego opanowania i spokoju. - Akceptacji? Jakiej akceptacji? Co do cholery ma znaczyć twoja akceptacja? - Chcę mieć pewność, że wszystko zrozumiałeś i nie masz zamiaru wybrzydzać. Billa najwyraźniej wzburzyły te słowa. Na jego twarzy pojawiło się zdezorientowanie, które jednak błyskawicznie, jakby w sposób przez niego niekontrolowany zamieniło się w gniew. Zacisnął mocno zęby, jego oczy się zmrużyły (przypominały teraz bardziej wąskie, podłużne linie niż narząd receptorowy umożliwiający widzenie, którym w istocie były), przerwa pomiędzy brwiami całkowicie zniknęła. Czoło uszlachetniły gęste pasy zmarszczek przyozdobionych gdzieniegdzie dziwnie wyglądającymi bruzdami. Był innym człowiekiem. Nie przypominał wcale pogodnego, pełnego fantazji i polotu młodego chłopaka, do którego wszyscy z jego otoczenia przywykli. Teraz zdawał się być zmęczonym życiem, a właściwie brakiem jego sensu, wątpiącym w słuszność jakiejkolwiek idei i wartość jakiejkolwiek moralności starcem uwięzionym w ciele dziewiętnastolatka. Cały jego gniew, jednak w rzeczywistości był tylko iluzją, jakąś formą, której przybranie było wymaganiem postawionym przez sytuację. Forma ta zamykała się w czymś o znaczeniu przeciwnym, pełnym bezsilności i niemocy. Kutch nie mógł więc dać się na to nabrać, nie… nie on… Zachowanie Billa wcale go nie wzruszyło, może trochę zaciekawiło. Specyfika Kutcha polegała na olbrzymiej pewności siebie i przekonaniu o nieomylności pewnych tez, sądów. Nie miał więc skrupułów aby w ich imię postępować w sposób, który ludzie uważali za nietaktowny, nieuprzejmy czy wręcz bezczelny. Tym się różnił, w tym był lepszy lub gorszy (to podlega indywidualnej opinii) i to dawał odczuć swojemu przyjacielowi Victy z całej tej sytuacji niestety nie potrafił czerpać przyjemności. Im dłużej o tym myślał, pozwalając zdrowemu rozsądkowi mierzyć się z wyobraźnią i tak nierealną prawdą, tym gorzej się czuł. Lewa półkula mózgu odpowiadająca za logiczne myślenie, podobnie jak wyobraźnia niczego mu nie ułatwiała. Czuł się fatalnie, myśli miały coraz mniej sensu, a zrozumienie z każdą sekundą zdawało się oddalać. Zdesperowany postanowił nie walczyć z tym już dłużej samotnie. Zaczął wypytywać Kutcha o wszystko raz jeszcze, żądając od niego jasnych odpowiedzi i wyjaśnień. Oczywiście możliwie jasnych dla tego przypadku, w którym nic nie wydawało się być jasnym… - Dobrze, dobrze – zaczął neutralnie, nic nie wnosząc - Dobrze, dobrze…? – powiedział śmiejąc się. Nawet on nie wiedział o tym na tyle by myśleć wyłącznie o powadze. - Nic nie jest dobrze i dopóki nie będzie ja niczego nie jestem w stanie zaakceptować! - Cała rzecz polega na zrozumieniu, wtedy akceptacja jest już czynem pochodnym i niezwykle oczywistym. Żeby zrozumieć wystarczy chwila spokoju, powiązanie pewnych istotnych faktów i ułożenie w całość, jak maleńkie fragmenty ogromnej układanki. Niczego nie uda ci się osiągnąć, gdy będziesz się tak cholerycznie gotował, co chwila. Spójrz na to szerzej i wejrzyj do wnętrza, bo po to właśnie zostałeś stworzony. Ty jedyny… masz możliwość, zdolność, jednocześnie rozkaz i żądanie w imię czegoś większego, będącego celem i środkiem, którego osiągnięcia się od ciebie wymaga. - Ale dlaczego? Dlaczego to wszystko jest takie… i spada na mnie tak nagle? I przede wszystkim, czemu to ja? Czym sobie zasłużyłem albo zawiniłem? Co takiego we mnie jest? - Niczym się nie wyróżniłeś zanim decyzja została podjęta. Nie miałeś nawet możliwości, gdyż nie istniałeś. Z momentem twego powstania już wszystko było określone i przypisane. Wybór twojej świadomości w istocie był jedynie wyborem świadomości, nad którą ktoś musiał sprawować pieczę, – czyli jakby nie patrzeć nią być. To, że świadomość ta określa ciebie z naszej strony jest całkowitym przypadkiem, jednak paradoksalnie w 100% zamierzonym. Dla ciebie teraz może to być powód do szczęścia, choć bardzo płytkiego i nieco lekkomyślnego… - po chwili zastanowienia dodał - Nic więcej w tej kwestii nie wydaje mi się wymagać dodatkowych wytłumaczeń. - Jak to nic więcej? Czy ty się nie słyszysz? Przecież z tego nic nie da się zrozumieć. Jednak w związku z zaistniałą sytuacją nie mam wyjścia i muszę ci wierzyć. Nie utrudniaj mi tego proszę i pomóż mi do tego dotrzeć w jakiś zrozumiały sposób. Sam obraz mi nie wystarcza, muszę poznać wszystkie szczegóły z olbrzymią dokładnością… Nim cokolwiek mu odpowiedział, Kutch zadumał się i westchnął głęboko, jakby ze zmęczeniem i trudnością. Rozczarowany objął go wzrokiem, sprawiając wrażenie jakby liczył na coś więcej… - Nie wiem czy tylko ja tutaj odnoszę dziwne wrażenie, że już to zrobiłem, a jeśli to prawda to tym bardziej nie wiem, dlaczego tak jest…? – rzucił krótko. - Może, dlatego, że się trochę różnimy. Ja na przykład nie jestem zesłanym przez opatrzność wszystko wiedzącym przewodnikiem, będącym jednocześnie mędrcem, półbogiem i jakąś cholerną czystą formą. Jeszcze żeby tego było mało w ciele człowieka o określonej tożsamości – z wyrzutem odparował Bill. - Masz rację. W końcu widzę w tym, co mówisz choć trochę sensu… - A tak, byłbym zapomniał - pełnym ironii – przerywając Kutchowi dorzucił chłopak. - Nie. To zwykłe zdrowo zdystansowane podejście do sytuacji, które dla tak wielu jest celem, a dla tak nielicznych codziennością - Ja wolę postrzegać to w ten dużo bardziej optymistyczny, a wcale nie mniej trafny sposób. - Wszystko tak postrzegasz, do tego już przywykłem, ale teraz bynajmniej mnie to interesuje… Chcę wyjaśnień… Chcę żebyś mi jeszcze raz opowiedział o mojej matce, o znajomych, o tych obcych ludziach, wyjaśnił, co się stało z tymi ptakami… i skąd ten atak duszności? Tylko to mnie teraz interesuje. Jeśli już nie mam innego wyjścia, nie ma też sensu tego odkładać i z tym zwlekać. Zrób wszystko co w twojej mocy, ja się postaram o swoją… - Wypowiadając te słowa Victy zdawał się być już dużo spokojniejszy i bardziej opanowany. To oczywiście nie umknęło uwadze Kutcha, który analogicznie, jakby na umówiony znak stał się pogodniejszy (nie należy sobie jednak wyobrażać zbyt dużo. W jego przypadku to wciąż poniżej średniej pogodności przeciętnego człowieka) - Dobrze mój drogi, …tak na marginesie, o moją moc martwić się nie musisz, zadbanie o swoją jednak wydaje mi się być słusznym posunięciem… Przechodząc do sedna. Chcesz wszystko jeszcze raz od początku…? Nim Kutch zdążył dodać cokolwiek przerwało mu krótkie „TAK” niemal wykrzyczane przez chłopaka. - Będziesz więc miał. Mam nadzieję, że teraz ze spokojem się do tego odniesiesz i nie będę musiał robić tego po raz trzeci… - Kutch upewnił się retorycznie i już zamierzał przejść do samej istoty. Zanim jednak zaczął pojawiła się obok nich młoda kobieta ubrana w fartuch - bardziej taki zapinany z tyłu niż z przodu, ale raczej niepodobny do tych używanych w prosektorium, w każdym razie taki typowy dla kelnerki. Gdyby nie to, że odezwała się doniosłym głosem: – Panowie będą jeszcze coś zamawiać? – pewnie żaden z nich nie zwróciłby na nią uwagi. Dzięki temu nagle i jeden i drugi przypomnieli sobie, że są w kawiarni. Tak bardzo pochłonięci, wcześniej rozmową, później myślami i teraz znów rozmową, dodatkowo pospinanymi klamrą problemu, z którym przyszło im się mierzyć, zupełnie nie zwracali na to uwagi. Całkowicie oderwani od teraźniejszości byli nieco zmieszani i nie potrafili odpowiedzieć na to najprostsze pytanie, zadane przez kobietę. Patrzyli na nią wzrokiem ofiar zaćmy, jakby nic nie było jasne, wymagało pytań i odpowiedzi. Kelnerka po chwili ciszy, którą jej zafundowali również poczuła się trochę nieswojo. Zdecydowała, że powtórzy pytanie akcentując je może w inny, bardziej wymowny sposób, z nadzieją, że to przyniesie wymierny skutek, w postaci jakiejkolwiek odpowiedzi czy chociaż reakcji, innej niż wlepianie w nią ślepi… Raz jeszcze więc wypowiedziała te same słowa. – Panowie coś zamawiają? – Tym razem zrobiła to jeszcze donośniejszym głosem, a sposób artykulacji nie pozostawiał adresatom innego wyboru jak tylko rzeczywiście coś zamówić albo natychmiast wyjść. Kutch teraz, nie miał problemu z odczytaniem jej intencji i wracając do „doczesności” natychmiast przejął inicjatywę: - A tak… Właśnie mieliśmy panią prosić. Dla mnie będzie woda, nieduża i niegazowana, a kolega… - powiedział nieco przeciągając, przerzucając w tym samym czasie wzrok na Billa, jakby sugerując pytanie. Ten jednak nie wykazywał żadnego zainteresowania kelnerką. Kutch szybko to spostrzegł – Kolega chyba właśnie zdecydował się na to samo, więc 2 wody proszę - dodał szybko w nadziei, że to uspokoi dziewczynę na jakiś czas. Tak rzeczywiście było. Sięgnęła tylko po długopis przypięty do notesu na czymś w rodzaju plastikowej, luźnej sprężynki. Zapisała w notesie wszystko co wydawało jej się niezbędne i schylając się aby odczytać numer stolika podziękowała i odeszła. Teraz mieli trochę czasu by wyjaśnić to co powinno już być wyjaśnione. Lecz Kutch zdawał sobie sprawę z tego, że niemożliwym jest aby do czasu jej powrotu z wodą minęło więcej niż piętnaście minut i to znów trochę komplikowało sprawę… Bill Victy wcale o tym nie myślał. On miał dużo większy problem, który pojawił się równie nagle jak wszystkie poprzednie z tej kategorii. Kutch nie zdawał sobie jeszcze z niego sprawy, nie dostrzegał go – co wydawało się być naturalne bowiem siedział zwrócony plecami do jego źródła. Chciał więc powrócić do rozmowy, którą przerwała im kobieta. Zwracając uwagę na to, że chłopak absolutnie nie jest na nim skupiony, krzyknął dwukrotnie – Halo! – wymachując ręką przed jego oczami. Chłopak opuścił nisko głowę, chowając ją w dłoniach, następnie z zakłopotaniem spojrzał na przyjaciela… Teraz nie potrafił już reagować w ten sposób w jaki reagował kiedyś. To co niegdyś go intrygowało, a przez swoją tajemniczość wzbudzało w nim ciekawość, teraz wydawało się być już zbyt dobrze poznane, nazbyt odkryte i w nieubłagany sposób przypominające o pewnych trudnych sprawach. Teraz już to znał i choć być może w nie do końca zrozumiały dla siebie sposób, to potrafił to wyjaśnić, nawet jeśli miałoby to polegać na bezmyślnym i zupełnie biernym przytaczaniu słów Kutcha. To wszystko właśnie wprowadzało go w stan niepokoju i z takim niepokojem w oczach spojrzał raz jeszcze na swojego przyjaciela i głosem pełnym zniechęcenia powiedział : - Spójrz za siebie! Przyjrzyj się raz kolejny tej pięknej kelnerce, która jeszcze chwilę temu w żaden sposób nie zdołałaby zwrócić na siebie mojej uwagi… Kutch nie zastanawiając się długo spojrzał za siebie przez prawe ramię. Znalazł błyskawicznie wzrokiem kobietę, której szukał. Na początku nie zauważył niczego zaskakującego, więc był zdziwiony zachowaniem chłopaka. Zwrócił twarz ponownie w jego stronę i wzruszył ramionami, jednocześnie robiąc taką minę, jakby chciał nią powiedzieć „i co?”. Nim Victy zdążył cokolwiek odpowiedzieć, Kutch odwrócił się raz następny. Tym razem wyraźnie coś go zaciekawiło, bo obserwacja tego przez ramię wydawała się mu być niewystarczającą. Odwrócił więc całe ciało w kierunku przeciwnym do tego, w którym jeszcze przed momentem był zwrócony. Zaczął spoglądać pierw na kobietę, która jeszcze przed momentem ich obsługiwała, później na wszystkich dokoła, poczynając od klientów, przez pracowników kawiarni, aż po maleńkie muszki wirujące gdzieś pod sufitem wokół wiatraka – Przeczuwał, że na samej kelnerce się to nie skończy. Obserwował więc to wszystko z olbrzymią czujnością, przerzucając wzrok z jednego punktu na drugi, tak szybko jak tylko potrafił - Dla każdej osoby przyglądającej się temu z boku wydawałoby się to co najmniej dziwne. Na szczęście nikt nie zwracał na niego większej uwagi, poza Billem, który już teraz, nie wiedział na czym się skupić. Czy na tym co w istocie dzieje się z kelnerką, czy może na tym co robi, jak się zachowuje jego przyjaciel… Ten za to skupił się teraz na samym chłopaku. Najzwyczajniej bał się o niego. Pomyślał teraz, że te sprawy być może dzieją się zbyt szybko i że może nie zdążyć zrobić co do niego należy. Wiedział, że każdy taki incydent jest niezwykle niebezpieczny dla samego gracza, wiedział, że to nigdy nie kończy się tak niewinnie i nie jest takie proste. Spodziewał się więc, a nawet był pewien tego, że najgorsze po raz kolejny jest dopiero przed nimi. Świadomość tak krótkiego czasu, który im pozostał do rozwiązania i doprowadzenia tej sprawy do końca dodatkowo potęgowała obawy Kutcha. A sytuacja rzeczywiście zaczęła się z czasem rozwijać. Nikt wokół nie potrafił tego wyjaśnić. Nikt nie wiedział co się dzieje. Wszyscy byli zdezorientowani i przerażeni. Najpierw samym widokiem kelnerki, która zaczęła się potykać o własne nogi - co było jeszcze zupełnie niewinne, choć już wzbudzające ciekawość. Później jej dziwnym zachowaniem, bo sposób w jaki się poruszała przypominał sposób w jaki porusza się postać gry sieciowej będąca ofiarom strasznego ścięcia… Po chwili rzeczywiście nie chodziło już o samą kelnerkę… Widoczne zmiany można było również zaobserwować u paru klientów. Jedni nie rozmawiali już tak burzliwie jak przed chwilą, inni mieli pewne problemy z kontrolowaniem swojego ciała. Niektórzy mdleli i to wydawało się być najprzyjemniejszym i najkorzystniejszym wyjściem. W najgorszym wypadku tracili oddech i zaczynali się po prostu dusić lub ich serce tak bardzo przyspieszało, że dochodziło do nagłych zawałów. Wybuchła ogólna panika w całej kawiarni, ale jak się niedługo po tym okazało, nie tylko, bo do podobnych sytuacji dochodziło także na zewnątrz i w najbliższej okolicy. Ludzie na chodniku upadali bezwładnie, bez przyczyny, a samochody pozbawione kontroli zderzały się ze sobą… Wyglądało to tak jakby jakaś dziwna, nieokreślona moc zawisła nad tym miejscem i w jakiś nieopisany sposób oddziaływała na całą okolicę. To wszystko przypominało historię rodem z science fiction, z tą jedną różnicą, że tutaj działo się naprawdę… Większość z tych, którzy jeszcze mogli zaczęli uciekać, w nadziei, że to miejsce jest przyczyną. Pozostali - najwyraźniej odważniejsi - zostawali i starali się samodzielnie pomagać, tym którzy wyraźnie pomocy potrzebowali. Szybko jednak się zorientowano, że to nic nie daje. Ktoś, kto na wystarczająco długo zachował zdrowe zmysły, zadzwonił po karetkę - Myślał, że on i wszyscy inni wokół są ofiarami jakiegoś ataku terrorystycznego, więc poza karetką wezwał również policję i na wszelki wypadek straż pożarną. Jak się później okazało całkiem trafnie, gdyż dokoła wybuchło parę drobnych pożarów. Nikt jednak nie potrafił zrozumieć w jaki sposób ogień pojawił się w kawiarni. Wydawało się jakby sam nagle rozbłysnął, nie spowodowany niczyją ingerencją, co znów wyraźnie kłóciło się z logiką, która tak dobrze dała im się poznać i oswoić… Jedynie Kutch wiedział dokładnie co się tutaj dzieje, co jest tego przyczyną i jakie może przynieść ze sobą skutki. Mimo to, nie mógł niczemu w żaden sposób zaradzić, nie mógł niczemu zapobiec ani w niczym pomóc. To leżało poza jego mocą i poza mocą każdego innego. Myślał teraz już tylko o Billu, na nim był całkowicie skupiony. Cała reszta: pożary, dziwne zachowania, mdlejący, wrzeszczący, duszący się, umierający lub na wpół umierający ludzie nic go nie obchodzili - On nie był tym przerażony, nie był tym nawet minimalnie wzruszony i bynajmniej nie dlatego, że był bezdusznym draniem… - Trzymasz się? – Choć w tych okolicznościach brzmiało to trywialnie, właśnie o to zapytał. - Zrób coś…! – nie do końca odpowiadając na pytanie wykrzyczał chłopak. – Zrób coś! – powtórzył raz jeszcze – Chyba nie pozwolisz na to wszystko?! Chyba nie będziesz tutaj siedział tak bezczynnie?! Zrób coś! - Spokojnie. Twój spokój jest teraz najważniejszy. Musisz zapomnieć o tym wszystkim co przez całe swoje życie postrzegałeś jako prawdę. Skup się na tym co poznałeś teraz, dzisiaj, dzięki mnie… Jeśli tego nie zrobisz okaże się, że wszystkie moje starania poszły na marne – a wiesz, że tego bym nie chciał… Teraz już nie jesteś w stanie wątpić w cokolwiek z tego co powiedziałem, prawda…? Nie jesteś…? - Tak to prawda, nie jestem, ale to nie jest łatwe. Nie potrafię tak tego wszystkiego natychmiast wymazać… - A tego właśnie się od ciebie wymaga, pamiętaj, że mamy niewiele czasu, a wciąż tak wiele do zrobienia. Spójrz co się dzieje wokół, to wystarczająco jasny znak… Nie wiem jak dużo z tego jeszcze jesteś w stanie znieść, nie mam pewności czy nawet tym razem uda ci się wyjść cało. Opanowanie i nie popadanie w panikę jest twoją jedyną możliwością obrony i o to właśnie cię teraz proszę – odłączenie i zdystansowanie. Wszystkie te zdarzenia o ile kiedyś miały prawo, teraz już nie mogą cię dziwić ani niepokoić. Wiem, choć być może bardziej wierzę w to, że zdajesz sobie z wielu rzeczy sprawę lepiej niż mógłbyś o tym pomyśleć – potrzeba jedynie nieco bardziej się otworzyć i skupić na tym co w prawdziwej istocie istotne. - Czy to się kiedyś skończy? Jeśli tak, to czy jest szansa, że skończy się pomyślnie? – zapytał ponuro. - O tak, skończy się z pewnością, ale wówczas na pewno zacznie się coś innego – uśmiechając się powiedział Kutch. – Tak zupełnie poważnie… - Wracając do swego wcześniejszego tonu.– Nie skończy się wcześniej niż śmierć na to pozwoli, a czy będzie pomyślnie? Ocenianie tego w tych kategoriach w samym zamyśle jest błędne. Wiedz jednak, że śmierć jest jedynym sposobem dotarcia do absolutu. - Absolutu? Co masz na myśli? – zapytał chłopak - Prawdę jako pierwowzór idei… - Niewiele z tego rozumiem – dorzucił Bill i wtem zdał sobie sprawę, że jest zupełnie spokojny, że to co się dzieje wokół teraz już nie tylko Kutcha, ale również jego jakoś nie obchodzi – przynajmniej w odbiorze bezpośrednim. Poczuł się z tą myślą o wiele lepiej i nabrał nowych nadziei. Spokój gracza był gwarancją spokoju Kutcha - ten bowiem wiedział, że tylko dzięki niemu chłopak jest bezpieczny, co za tym idzie, wszystko inne jest bezpieczne. Oboje więc postanowili, że zostaną w kawiarni dopóki dopóty wszystko się nie uspokoi i nie wróci do swojej dawnej postaci, a później młodszy z dwójki pójdzie do domu odpocząć, Kutch zaś uda się do „kierownika cyrku” by się poradzić i wszystkiego dowiedzieć.

Kutch nie wszedł nawet do środka, spotkał go w ogrodzie, spacerującego pomiędzy drzewami o rozłożystych gałęziach, tak bardzo zielonych jak tylko możliwe jest to do wyobrażenia. Bóg wyglądał na zasępionego, ale jednocześnie czymś podekscytowanego. Wolnym krokiem szedł po szerokiej ścieżce zataczającej koło wokół całego ogrodu. Kutch podbiegł kilka kroków i już po chwili się z nim zrównał. - Panie... - powiedział i uklęknął spuszczając nisko wzrok. Starszy mężczyzna odwrócił się z uśmiechem na twarzy, pozdrowił Kutcha i rozłożył ręce w geście przyjęcia. - Wstań, no już... i podejdź tu do mnie, niech cię uściskam. Kutch wykonał polecenie i oboje na krótką chwilę zastygli we wzajemnym uścisku. - Panie, jest kilka spraw, które chciałbym omówić i się poradzić – zagadnął, gdy tylko zerwali uścisk. Stwórca wyglądał na zadowolonego tym spotkaniem, co sprawiło, że Kutch był dobrej myśli. Miał pewność, że zaraz dowie się wszystkiego, a jego problemy okażą się łatwiejsze do rozwiązania niż mógłby przypuszczać. Staruszek nic jednak nie odpowiedział, spoważniał tylko na twarzy i wskazał palcem kierunek, w którym chce by ruszyli. Oboje przeszli jeszcze kawałek w ciszy, aż znaleźli się nad brzegiem jeziora, a być może tylko stawu. Tam Bóg się zatrzymał. - Co cię trapi? - zapytał zwracając wzrok na swojego gościa. - Jest kilka spraw. Wszystkie związane z graczem. Panie, jak dobrze wiesz mój uczeń sprawuje teraz władzę nad tronem. Czuje się za niego odpowiedzialny, z resztą zgodnie z twoja dawną wolą. Tymczasem dzieje się coś czego nie potrafię wyjaśnić, a tym bardziej zaradzić. Potrzebuję większej wiedzy, twoich rad albo bezpośredniej pomocy. Przyszedłem cię o to prosić, bo wiem, że sam sobie nie poradzę. - Problem z graczem mówisz... też to zauważyłeś? Doskonale! - Stwórca zdawał się być zadowolony. - oczywiście, że zauważyłem. Po to jestem by nad nim czuwać i jako pierwszy rozpoznawać takie sytuacje. Lecz tym razem dzieje się coś na tyle dziwnego, że sam nie wiem o co może chodzić, ani co jest przyczyną. Świat zaczyna wyrywać się spod kontroli, dzieją się rzeczy nielogiczne i niewytłumaczalne, dlatego tu przyszedłem. Szukać wsparcia w twej mądrości. Panie, powiedz co się dzieje? - Nie martw się o nic Kutch. Wszystko mam pod kontrolą. - Spoważniał. - Ale co to jest? Dzieją się okropne rzeczy, nigdy wcześniej się z czymś takim nie spotkałem. - A z czym zdarzało ci się wcześniej spotykać? Powiedz proszę. - Jakby oburzony. - Nie rozumiem - powiedział zaskoczony Kutch. - Z czym zdarzyło ci się wcześniej spotykać, mój drogi? - Co to za pytanie? Mężczyzna poczuł się dziwnie. - Nie potrafisz odpowiedzieć? Czyżby problem był pierwszym wrażeniem wartym uwagi? Od dawna grasz ze mną w tę grę i dopiero teraz coś spotkałeś? Wcześniej było miałko, obojętnie, przezroczyście i bezwonnie…? Nawet ty Kutch się od nich nie różnisz. Myślałem, że przybywasz do mnie by podzielić moje zniesmaczenie formą, którą świat od lat przywdziewa. Tymczasem mówisz mi, że spotkałeś coś niespotykanego i wcale nie masz na myśli piękna mych intencji w odniesieniu do porządku dawnych założeń życia. Od wieków nie wspomniałeś o nich słowem, nie podziękowałeś mi nawet najmniejszym westchnieniem. A teraz masz przed sobą maleńką zmianę, coś co rzuca wyzwanie twoim przyzwyczajeniom i pierwsze o czym myślisz to by popędzić do mnie i o wszystkim powiedzieć. W tym co się dzieje nie ma nic co mógłbyś uznać za lepsze lub istotniejsze od świata, który obmyśliłem, jednak o nim nie wspominasz, nie dopytujesz mnie i nie pytasz jak. Dam ci jeszcze szansę Kutch. Stań przy mnie i zaakceptuj to co się dzieje. Mężczyzna nie bardzo wiedział o czym Bóg mówi, ale błyskawicznie poczuł, że ich wzajemne stosunki uległy ochłodzeniu i wcale nie będzie tak łatwo jak się tego spodziewał. - O czym ty mówisz? Nic z tego nie rozumiem. Stworzyłeś mnie obłaskawiając wiedzą na temat wszystkich tajemnic gry, dlaczego miałbym o nią wcześniej dopytywać? Dopytuję teraz ponieważ pomimo tego stało się coś co mnie zaskoczyło, a z uwagi na to, że taka rzecz teoretycznie nie istnieje przestraszyłem się i postanowiłem jak najszybciej to wyjaśnić. Miałem na względzie wszystko to czego mnie nauczyłeś, z całym szacunkiem dla wszystkich zagadek świata i mając na uwadze to, że należy je akceptować. Co więc chcesz mi powiedzieć panie? - Być może jest w tym trochę prawdy. Możliwe, że sięgasz swym wzrokiem naprawdę daleko, ale to nie oznacza, że wiele widzisz. To co cię do mnie sprowadza jest moją reakcją właśnie na to czego ty nie widzisz. Nadążasz? Życie i otoczenie Billa zmienia się, bo ja tak chcę. Sytuacje, które cię niepokoją to moje dzieło - świadome i umyślne. Robię to po to by wszystko zakończyć, a twojego gracza ukarać, bo widzę dużo więcej od ciebie i z dużo większą łatwością znajduję powody. - To twoja sprawka? - zapytał znając odpowiedź. - Nie inaczej, moja wola, moja sprawka. - Chcesz zmienić zasady? - Zmienić to byłoby za mało. Chcę utworzyć zupełnie nowe. - A Bill? - Z nim już koniec ...chociaż ma jeszcze jedną rolę do odegrania - dodał po zastanowieniu. Kutch poczuł jak przebiega go dreszcz. Podejrzewał co Bóg ma w planach. - Co to za rola? - zapytał zaniepokojony. - Przejmie mój ból. Zamknę go w nim i nigdy nie wypuszczę. Nie mógł się na to zgodzić. Wiedział zbyt wiele o tym jak to wszystko wygląda, czym jest świat, życie, jak to zostało stworzone, przez kogo, z jakimi możliwościami i ograniczeniami. Myślał o Billu jako kimś bezsprzecznie niewinnym i chyba miał rację, przynajmniej z naszego punktu widzenia (jeśli wiesz co mam na myśli), bo to tak jakby napisać wiersz, a później go potępić, podeptać, splunąć na niego, a na końcu spalić i popiół rzucić między pokrzywy w zapomnianej przez świat okolicy. Wszystko tylko dlatego, że wiersz był słaby - Bogu dzięki, że ani papier ani atrament nic z tego nie poczuje. Analogicznie będzie w przypadku Billa, z tym, że on jest człowiekiem, a oni zwykli czuć. Tak zapatrywał się na to Kutch i tak samo mógłby zapatrywać się każdy z nas, ale czy Bóg? Mówił, że widzi więcej, a my nie dowiemy się nawet o ile więcej, nie mówiąc już o tym co to jest to dużo więcej. Być może ta granica i sposób w jaki potrafimy się do niej odnieść jest wyznacznikiem pokory i w konsekwencji zrozumienia różnicy pomiędzy tym czego my nie możemy, a Bóg może. Zdaje się to być bardzo prawdopodobne, ale Kutch w ogóle o tym nie pomyślał. Być może buńczucznie, być może nie, stawał w obronie swego podopiecznego i nie zamierzał pochwalać woli Najwyższego. - Nie możesz tego zrobić. On jest niewinny! - postawił się Kutch. Bóg nic sobie z tych słów nie robił. - Wyobraź sobie komara, który kłuje Billa kierowany wyłącznie instynktem, nie poczuwając się wcale do jakiejkolwiek winy. Myślisz, że Bill zawahałby się by go zabić, myślisz że wstrzymałby swą olbrzymią rękę zanim ta uderzyłaby maleńkiego komara...? Nawet przez chwilę by się nad tym nie zastanawiał, pozbawiłby go życia bez wahania, ani na moment nad nim nie przystając, a być może jedynie tylko po to by je przekląć. Widzisz Kutch, ja dostrzegam tutaj pewną rażącą analogię, bo niby dlaczego Bill nie miałby być dla mnie tym czym jest komar dla Billa. No powiedz czemu?! Równie mały, równie słaby, równie bezbronny, no i czy jego życie może dla mnie znaczyć więcej niż dla niego życie lichego owada? - Panie, ale to był twój pomysł, ty go stworzyłeś i pozwoliłeś żyć, dla samego siebie przecież, dla własnej chwały i szczęścia. To nic dla Ciebie nie znaczy? - Owszem znaczy - Najwięcej. I dlatego muszę z tym skończyć, muszę to przerwać i to jak najszybciej. Idea o którą niegdyś dbałem i w którą włożyłem całe moje serce okazała się być na tyle niewdzięczna by mnie teraz z pewnego rodzaju premedytacją okropnie krzywdzić. Tron i gracz oraz wszystkie jego pochodne były tym co miało być najpiękniejsze we mnie, co miało ze mnie czynić spełnionego twórcę. Tak się nie stało, teraz mam już tego dość. Nie zniosę dłużej patrzenia na to czego nienawidzę. Zakończę to już niebawem i to w sposób, na który zasługuje. - Co masz na myśli? - Cały ich świat mnie zawiódł. Setki a być może tysiące graczy, jeden po drugim i każdy z nich taki sam. Życie, życie, życie. To wszystko co ich zajmuje. Żaden nie myśli o mnie tak jakbym tego chciał, nikt mnie nie dostrzega. Mówiąc więcej, nie dostrzegają nawet swojej rzeczywistości, wpatrzeni tylko w swoje proste interpretacje. Rozumiesz Kutch? Nie chce tak dłużej, nie pozwolę by mój świat istniał obok mnie. Przemebluje wszystko, ułożę na nowo. Twój gracz będzie granicą, między tym co przeklinam a tym co obłaskawię. Bill stanie się symbolem wszelkiego zła i w imię tego tytułu sprowadzę na niego okropne cierpienia. To co się z nim działo, a co udało wam się dostrzec do tej pory to tylko drobnostki, jak swędzenie w gardle zwiastujące śmiertelną gruźlicę. Cały jego świat runie, zapadnie się w sobie i przeminie bezpowrotnie. On sam przetrwa, po to by spotkać się ze mną i poznać ogrom mojego gniewu. Ból, którym obdarował mnie on i jego poprzednicy wyleje się ze mnie w jednej chwili po to tylko by zatopić Billa, tak jakbym przelał ocean do jeziora. Nie będzie mógł nic zrobić, ani on, ani ty. Stanie się tym co wyzwoli mnie ze smutku i pozwoli znów poczuć się tak jak na to zasługuję. Nie będę miał żadnej litości, bo nie przypominam sobie by mnie nią ktoś obdarował. Obnażę całą swoją moc w tych dwóch celach: by upokorzyć ostatniego z przeklętych przeze mnie od teraz graczy i dowartościować siebie w swych własnych oczach. Ty Kutch lepiej już teraz stań u mego boku i pomóż mi w stworzeniu nowego porządku. Nie będzie to łatwe zadanie, ale dla ciebie może być sporą szansą. - Mówił zawzięcie i z pasją, a w jego oku raz po raz pojawiał się błysk. - Oszalałeś! Nie możesz tego zrobić, nie pozwolę ci byś skrzywdził Billa, on jest niewinny. To bardziej twoja wina niż kogokolwiek innego. Rozumiesz? To ty go stworzyłeś, to ciebie nie udało się skonstruować świata, który by cię zadowolił, nie możesz teraz tak po prostu mścić się na innych i obwiniać ich za swoje błędy. Zatrzymaj się na chwilę! Jesteś bogiem!!! Wszystkim co istnieje, także Billem, nie ma mądrzejszego od ciebie, nie ma zdolniejszego ani potężniejszego. Jak możesz to robić? Ty... ze swoją pozycją, rolą w tej cholernej grze. Opamiętaj się proszę to niedopuszczalne, a co gorsza uwłaczające. - Nie istnieją rzeczy niedopuszczalne, nie istnieją rzeczy okrutne, nie istnieją rzeczy pozbawione moralności... dopóki ja tak nie powiem. Już dawno powinieneś to zrozumieć, a uwłaczające? Niby komu miałyby uwłaczać skoro nie mnie? Wszystko, a nawet więcej należy do mnie Kutch, również to, że masz swoje zdanie i ważysz się mnie obrażać. Wystarczy bym zrobił coś co przychodzi mi łatwiej niż tobie wypowiedzenie w myślach słowa „piernik” i ty oraz twój sprzeciw znika raz na zawsze, nie tylko z przyszłości, ale również z historii. Rozumiesz? W ogóle nie istniało, nic przed chwilą nie mówiłeś. Jesteś tak malutki stojąc tutaj przy mnie, że z trudem jest mi cię w ogóle dostrzec. Nie próbuj więc zgrywać bohatera i obrońce czegokolwiek. Na nic nie masz wpływu, poza tym na co ja sam pozwolę ci go mieć. Okropna, doprawdy okropna jest twoja pozycja... a to że decydujesz się myśleć inaczej jest jeszcze okropniejsze. Zapytam cię jeszcze raz i jeszcze raz pozwolę wybrać, bo nie mam na celu krzywdzić nikogo. Zostajesz ze mną, czy odchodzisz? Kutch zdawał sobie sprawę, ze każde słowo, które przed chwila usłyszał było prawda. Wiedział, że w rzeczywistości nie jest w stanie zrobić nic nie będącego po myśli Boga. Przestał więc się zastanawiać nad tym jak się temu przeciwstawić, a skupił się na tym jak temu zapobiec. - Zrób to inaczej. Pomóż Billowi, daj mu jakąś wskazówkę, obłaskaw wiedzą, która go oświeci, to nie jego wina, że jest ograniczony ideą, którą w niego zaszczepiłeś. Zmień kilka rzeczy, ale pozwól mu żyć tak jak na to zasłużył, a później odejść w spokoju. - Kutch szukał argumentów mogących coś zmienić. - Już dużo za późno na podobne zagrywki. Zbyt wiele już zrobiłem, a jeszcze więcej obmyśliłem. Decyzja została podjęta i jestem z niej zadowolony. Przystępujesz i stajesz u mego boku? - Naprawdę, tak wielu krzywd doznałeś? - Doznałem ich więcej niż ty zdołałbyś znieść. Gracze upokarzali mnie swoją nieświadomością przez wiele lat, długo czekałem na chociaż jednego, który dałby mi nadzieję na to, że coś może się zmienić, ale tak się nie stało. Każdy z nich był taki sam. Żaden nie próbował nawet zgłębić tajemnicy istnienia, nikt nie zbliżał się do mnie na odległość mniejszą niż tajemnicza bogobojność i zwyczajowe poddaństwo. Wszyscy żyli w innym świecie niż ten, który dałem im w darze. W świecie, który ich oszukiwał i to tylko dlatego, że nie potrafili go przejrzeć, rozszyfrować i przechytrzyć. To co dałem również tobie, a dzisiaj wykorzystałeś, okazało się być tym co ich przerosło. Nie chciałem tego. Liczyłem, że postawienie swojej postaci poza ich zasięgiem poznawczym będzie najpiękniejsze w całej grze, że przyniesie śmiałe, aktywne, pełne zapału poszukiwania, które pociągną za sobą wiele czasami dziwnych skutków, ale pozostawią otwartą furtkę na prawdę i przypuszczą jej możliwość z pełnym przekonaniem. Tymczasem wola i niezależność sprawiły, że pozamykali furtki na samym wstępie, a pomiędzy nimi dodatkowo wyznaczyli strzeżone granice. Podświadomie odrzucili te możliwości, które mieli zaakceptować i się nimi zająć. Każdy z graczy rodził się dając mi nadzieje, a później świadectwem swojego życia i czynów bezlitośnie ją deptał. Przez setki lat przyjmowałem ciosy z pokorą, którą chciałbym zobaczyć w moich dzieciach. Teraz role się odwrócą, zobaczę na ile stać Billa i jak zniesie ciężar swoich win, który mu przekażę. - Bóg spoglądał głęboko w oczy Kutcha, ten potrafił w nich wyczytać jedynie szaleństwo. Bezsilny Kutch nie wiedział w jaki sposób mógłby walczyć by zmienić cokolwiek. Był zaskoczony i zawiedziony zachowaniem, postawą i zamiarami Stwórcy. Trudno mu było zrozumieć jak symbol nieskończoności może postępować w sposób, który nakazał potępiać. Boska znieczulica, a może nawet coś więcej, bo zdawało się, że wizja cierpień, które ma w zamiarze zesłać sprawiają mu przyjemność, była czymś co wykraczało poza wszelką wiedzę jaką zdobył w odniesieniu do postaci Boga. Teraz zdawał się on bardziej przypominać człowieka - zmiennego, kapryśnego. Tak jakby nagle pozbył się swoich nieskażonych przymiotów i zaczął podlegać wpływom podobnym do tych, którym ulegają ludzie. Trudno było to pojąć, ale nie powinno to dziwić, gdy mowa o Bogu. Wyobrażenia o nim zawsze mogły pozostawać w sferze mało lub mniej trafnych przypuszczeń, nawet dla kogoś kto jest czymś więcej niż człowiekiem. O ile Kutch mógł mieć to na uwadze, to nic to nie zmieniało w stosunku do jego krytycznego zdania na ten temat. Zniechęcony mężczyzna rozejrzał się po okolicy. Ogród, w którym przyjął go Stwórca teraz wcale do niego nie pasował - był zbyt piękny. Wysokie strzeliste drzewa sadzone na zmianę z rozłożystymi karłowatymi powiewały delikatnie przy każdym podmuchu ciepłego wiatru szeleszcząc przy tym cicho. Były jakby symbolem tego czym Bóg był od zawsze – potęgi, ale i piękna, wrażliwości i delikatności. Skąpane w złotej barwie promieni słońca wyglądały pokrzepiająco, dodawały otuchy i ciepła. Między nimi biegła szeroka ścieżka, która oddzielała trawnik wokół samego domu od bujnej i kwiecistej łąki po drugiej jej stronie. Ścieżka zataczała koło i odłączała się w kilku miejscach, a to po to by zaprowadzić wędrowca do gęstego lasu, a to by pobiec i rozmyć się gdzieś na piaszczystych brzegach jeziora, albo by wreszcie uciec daleko za horyzont wijąc się przy tym, to wspinając w górę to opadając w dół. Wszystko sprawiało wrażenie melancholii, spokoju i idealnego ładu. Jakby było dokładnie uporządkowane i starannie udekorowane - coś jak piórnik pierwszoklasistki z dobrego domu. Kutch obleciał to po kolei wzrokiem i zatrzymał się na jeziorze, tym na którego brzeg został zaprowadzony. Ono jedyne wyglądało smętnie. Woda stała niemal nieruchomo, a tafla wydawała się być szarego koloru. Jezioro przypominało żywy organizm, który właśnie umarł. Pomyślał, że być może nie bez przyczyny Bóg chciał rozmówić się właśnie w tym miejscu. Że jego planem było by jezioro i jego dziwny wygląd zostało dostrzeżone i zdołało coś uzmysłowić w kontraście z resztą otoczenia. Jeśli taki był boski pomysł, to z pewnością się on udał. Zastanowił się nad tym chwilę, a następnie spojrzał na swego Pana. Wysoki staruszek z długą srebrną brodą spoglądał ponad siebie, w miejsce, w którym słońce wyglądało zza chmury. Kutch podążył tam wzrokiem. Gdy tylko cała tarcza słońca dała się dostrzec, pojawiając się na czystym niebie, stało się coś dziwnego. Zaczęła stopniowo czerwienieć, aż w końcu nabrała koloru szkarłatu, po czym urosła kilkukrotnie. Mężczyzna opuścił wzrok na Boga. Ten wpatrywał się w niego z jakimś dziwnym szałem w oczach i okrutnym uśmiechem na twarzy. Po chwili Kutch poczuł, że zaczyna się robić bardzo ciepło, a kilka sekund później nieznośnie gorąco. Spojrzał znów na słońce, które teraz przykrywało jedną drugą sklepienia i płonęło żywym ogniem. Upał stał się tak wielki, że okolica nagle zajęła się ogniem. Drzewa, łąki, lasy, a nawet dom Stwórcy trawił pożar. Kutch postanowił jak najszybciej stamtąd uciec, wrócić do Billa, ostrzec go i walczyć, choćby i ze słońcem przy użyciu motyki. Zrobił kilka szybkich kroków w stronę ścieżki by natychmiast opuścić to miejsce. Nie zdołał jednak oddalić się nawet na odległość większą niż szerokość Hondy Civic z otwartymi drzwiami, gdy poczuł, że coś ciągnie go z powrotem. To był Bóg. Przywołał go na wprost siebie, zaśmiał się mu w twarz i pchnął do jeziora. Kutch zachłysnął się zimną szarą wodą, która miała dziwny metaliczny posmak i poczuł jakby wypełnił go jej symbol, tego co nieuniknione, tego co musi się wydarzyć. Obudził się w innym miejscu. Stał w progu drzwi domu Billa. Nie było śladu po ogniu, po jeziorze, ani Bogu. Została tylko pamięć i ciężki oddech. Kutch rozumiał co to wszystko znaczy. Wiedział, że zawiódł Billa i nic nie uda się rozwiązać ani naprawić. Wszystko co mówił o spokoju, o prawdzie i problemie okazało się być czymś w rodzaju utraconej nadziei, bo nic nie mogło pomóc. Świat, który miał tylko płatać figle bawiąc się niewiedzą chłopaka nie był żadnym zbiegiem okoliczności, ani wypadkiem. Był świadomym aktem bożym prowadzącym krok po kroku do wyznaczonych przez niego celów. Kutch był opiekunem Billa, wydelegowanym przez samego Stwórcę. Pozycja, w której się teraz znajdował zmuszała go do tego by wypełniając boską wolę jednocześnie się jej sprzeciwić. Obdarzono go bowiem tylko dwoma obowiązkami: miał chronić gracza i wypełniać wszelkie boże rozkazy. Sytuacja, gdy przestrzeganie jednego prawa wiąże się z łamaniem drugiego pozwalała mu na własną rękę zdecydować co robić. Decyzja została podjęta już w momencie rozmowy z Panem, tam na górze, jednak teraz czekało go coś dużo trudniejszego - konsekwencje tej decyzji. Mężczyzna nie miał żadnego planu. Wątpił nawet w to by taki mógł istnieć. Lecz postawił o kilka kroków za dużo i zbyt śmiało palił za sobą mosty by teraz się zatrzymać. Miłosierdzie, empatia, a być może poczucie niesprawiedliwości wpędziło go w ten syf, a teraz nie pozostawiało wyboru, jak tylko próbować się z niego wydostać. Myślał nad tym dłużej niż mu się wydawało i dopiero zimny deszcz zwrócił na to jego uwagę. Najpierw pojedyncze ciężkie krople z wolna spadały na jego ramiona, a już po chwili stał pod prysznicem mimo że nie odkręcał kurka. Nie wiem czy to świadomość, że nie miał ze sobą ręcznika sprawiła, że rzucił się na drzwi i wszedł do środka, ale sposób w jaki to zrobił na to wskazywał. W domu było przyjemnie ciepło, zdjął więc pospiesznie płaszcz, który namókł bardziej niż przypuszczał i ruszył przed siebie. Była 3 w nocy, domyślał się, że Bill śpi. Na szczęście doskonale znał drogę do jego sypialni.

Tej nocy Bill trudno miał zasnąć. Mnóstwo myśli kotłowało się i mieszało ze sobą w jego głowie. Gdyby Kutch go o to nie prosił, w ogóle nie próbowałby się kłaść. Ale dużo mówił o spokoju, jak duże miałby on mieć znaczenie, a podobno nic nie obdarowuje człowieka jego większa ilością od snu. Stąd chłopak położył się nawet wcześniej niż zwykle, chociaż zasnął zdecydowanie później. W międzyczasie spoglądał na latarnię za oknem i przedmioty w pokoju, które lichym, żółtym światłem oświetlała. Stojąca między oknem a źródłem światła stara i powykrzywiana wierzba falowała delikatnie, manipulowana słabym wiatrem. Rzucała najdziwniejsze cienie na ścianę, przy której stało łózko Billa. Długo się w nie wpatrywał i zastanawiał nad tym czy rzeczywiście mogą nie istnieć albo istnieć w jakiś inny sposób. Myślał o Stwórcy i o Kutchu bo wydawało mu się, że nie raz zobaczył ich wizerunek w pogmatwanych kształtach rzucanych na ścianę. Co oni teraz robią? o czym myślą? co wiedzą i jakie mają plany? Nie miał pojęcia, że w tym samym czasie ta dwójka spotkała się ze sobą i właściwie wyjaśniła już wszystko co wyjaśnień wymagało, a życie i świat Billa był przesądzony. Trwał jeszcze przez jakiś czas w niewiedzy, której wówczas wcale nie potrafił docenić. Wydawało mu się, że już wtedy było bardzo źle, ale to tylko dlatego, że nie wiedział nic o tym co przed nim. Nim Bill zasnął minęło jeszcze wiele chwil, każda z nich była pełna rozmyślań. Trudnych i bolesnych. Większość nie przyniosła żadnej korzyści, część jeszcze większe zagubienie, a każda pogłębiała smutek. Tak dużo rzeczy miało zostać skreślone, tak wiele uczuć radości i wspomnień... Trudno było to zrozumieć, nie mówiąc o tym by się na to godzić. On musiał się tego podjąć. Z jego oczu popłynęły łzy, a sercem zawładnęła powaga. Nie żal, nie smutek czy cierpienie, chociaż to one najsilniej na niego oddziaływały. Powaga, trochę na kształt dumy, a trochę na zasadzie bezradności. Leżał patrząc to w ścianę, to w sufit, ze łzami w oczach i na twarzy oraz ową powagą w sercu. W głowie miał zaś obrazy, mnóstwo obrazów. Wspomnienia swojej matki, wszystkich lat, które mu poświęciła. Wspomnienia przyjaciół i znajomych, spędzonych razem chwil, śmiechu. Wreszcie wspomnienie tej, którą pokochał, po raz pierwszy prawdziwym uczuciem. Wszystko to mieściło się gdzieś na pierwszym planie, w tle zawsze były słowa Kutcha oraz zdarzenia, które miały je potwierdzać. Wynikało z nich, że to tylko mrzonki, że ci na których mu zależało są jak manekiny, zwykłe marionetki. Żadne z nich nie żyje, a w rzeczywistości są czymś porównywalnym do kamieni, tylko z inną rolą w całym przedstawieniu. Świadomość, że nikt nie istnieje w taki sposób jak on, że nikt nie ma swoich spraw, że nikt nie potrafi nawet myśleć, a jest podporządkowany i stworzony tylko dla i przez samego Billa była niepojęta. I to mogłoby być najgorsze. Ale dużo gorsze było to, że pojąć to trzeba było.

Po kilku godzinach chłopakowi udało się wreszcie zasnąć, ale nawet wówczas nie zapominał o swoich problemach. W snach nawiedzały go dziwne wizje. Obrazy rodem z apokalipsy, z dominującym akcentem bólu i zniszczenia. Wielokrotnie budził się nagle ciężko dysząc. Wydawało mu się wtedy, że uciekł w rzeczywistość z okropnego miejsca, nie myślał o tym, że tak naprawdę było całkowicie odwrotnie. Trwało to nie długo, Bill się uspokajał i znów zasypiał, a sny znów się pojawiały - bardziej realistyczne niż zwykle i zawsze w tej samej tematyce. Aż w końcu coś się zmieniło. Chłopak przestał oglądać straszne obrazy przypominające koniec tego co oznacza koniec wszystkiego. Spacerował po wysokiej trawie, w przyjemny letni dzień, w ładnym, nieznanym mu miejscu. Ten sen był jeszcze bardziej realistyczny od poprzednich. Do tego stopnia, że uczestniczący w nim Bill zastanawiał się co on może oznaczać, gdzie jest i skąd taka nagła zmiana. Szedł przed siebie, nie potrafiąc obrać celu, bo łąka sięgała poza horyzont czterech stron świata. W pewnym momencie dostrzegł jakąś postać na niebie. Była ogromna i koniecznie potężna - tylko tyle on sam zdołał zapamiętać. Być może coś charakterystycznego dla snów miało na to wpływ, a być może natura tego co zobaczył. W każdym razie nie wiedział jak ta postać wyglądała, w jaki sposób mogła się pojawić na tle nieba. Wiedział tylko, że była ogromna i w niewyjaśniony sposób obrazowała potęgę. Po niedługim czasie przemówił do niego głos: - Bałem się, że nie spotkamy się w porę. Niekoniecznie jasnym było, że należał do tego, który wędrował po niebie. Dopiero po rozejrzeniu się i ponownym zaskoczeniu bezkresem jasnych łąk, pozbawionych ludzkiej obecności, podejrzenie padało na postać "z góry". Chłopak spojrzał w niebo lecz już nic tam nie dostrzegł. Ludzki kształt zniknął, pozostał tylko błękit. Opuścił wzrok i krzyknął z przerażenia. Na wprost niego w odległości nie większej niż metr, stał starzec, wysoki i wyprostowany, w dziwnym stroju będącym czymś co przypominało połączenie garnituru i długiej szaty, częściej spotykanej w filmach niż w życiu. To co się jednak najbardziej rzucało w oczy, to jego nieprzyzwoicie długa, prosta broda, koloru jasno połyskującego srebra. Staruszek wyrósł jakby spod ziemi i stał w tej całej swej dziwnej okazałości naprzeciwko Billa, który nie wiedział jak to się stało ani o co chodzi. - Nie bój się. Od teraz nie powinieneś - przemówił łagodnym głosem. - Skąd się

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych