Bill Victy - więcej niż życie
Pewien mężczyzna budzi się w obcym miejscu, nie wie gdzie jest ani jak się tam znalazł.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
[Bill Victy - zwyczajny człowiek jak większość z Was. Ani święty ani przeklęty, ani bardzo głupi, ani bardzo mądry. Trzydziestodwuletni mężczyzna, żonaty, średniozamożny z dwiema córkami - osiem i sześć lat. To historia jego życia rozpoczynająca się wydarzeniem, które na zawsze je zmieniło.]
Był wczesny ranek, Słońce dopiero budziło się nad widnokręgiem. Bill leżał na wpół nagi, twarzą ku ziemi. Wszystko wskazywało na to, że spał, choć miejsce wydawało się niestosowne. Obudził się wraz z pierwszym promieniem jutrzenki. Wolno otwierał jedno a później drugie oko, następnie podniósł głowę i przerażony zaczął rozglądać się uważnie po okolicy, starając się ustalić co się stało, gdzie jest i dlaczego. A był na wielkiej plaży – z jednej strony błękit morza ponaznaczanego jedynie nielicznymi bałwanami fal, z drugiej, jak mniemał - krajobraz wyspy. Nie byle jakiej wyspy, bo już na pierwszy rzut oka imponowała przepychem form naturalnego piękna. Tuż obok niego, a właściwie w danej chwili naprzeciwko spod ziemi wyrastał olbrzymi klif. Nic tylko gołe, szare skały, o których podstawy z łoskotem obijała się woda. Bill leżał niejako u jego stóp, toteż masywna forma skały była pierwszym na co zwrócił uwagę. Z początku mimowolnie się go przeląkł, w końcu nieczęsto zaraz po przebudzeniu ogląda się dwudziestometrową kamienną bryłę w odległości tak niepokojąco bliskiej, że jedyne o czym jest się w stanie pomyśleć, to że wisi nad nami tylko po to by zaraz runąć i usypać nad wyraz przesadzony grobowiec. Gdy tylko ta pierwsza myśl minęła i ustąpiła miejsca kolejnym, dużo spokojniejszym, Victy szybkim rzutem oka prześledził pozostałą widoczną część wyspy. Naprzeciw morza, zaraz za plażą rozciągało się długie pasmo lasów, a za nim to co szczególnie imponowało – olbrzymie góry z postrzępionymi szczytami. U podstaw zarośnięte ciemnozieloną brodą, wyżej pełne czystych jasnozielonych łąk wyszywanych różnobarwnymi kwiatami, na kanwie trawy, nie mniej gładkiej co ta na typowym trawniku amerykańskiego patrioty. Na samej górze - gołe skały, poszarpane niezdarnie i bez ładu, lecz pełne majestatu i bijącego piękna. Widok ten zatrzymał go na chwilę, po czym ruszył wzrokiem dalej. W odległości przynajmniej kilku kilometrów za nim biegła czysta, szeroka plaża. Wydawałoby się, że na samiutkim jej końcu morze wdzierało się w ląd, co sprawiało wrażenie jakby wyspa tam się kończyła. W blasku wschodzącego słońca, które właśnie w tym miejscu wynurzało się zza horyzontu zdołał dostrzec, że to ujście rzeki, za którym plaża brnie dalej. Rozejrzenie się po okolicy zajęło mu zaledwie kilka sekund a i tak wielu rzeczą zdołał się dokładnie przyjrzeć. Być może to strach powodował w nim maksymalne skupienie, bo zwykle Billowi przychodziło to z trudnością. Strach spowodowany niepewnością i nieumiejętnością racjonalnego wyjaśnienia obecnej sytuacji. Bill obudził się bowiem w miejscu, którego nie znał i w którym nigdy wcześniej nie przebywał i w żaden sposób nie potrafił wyjaśnić tego w jaki sposób się tam znalazł. Długo starał się sobie przypomnieć ostatnie dni i chwile, które pamiętał, ale z niepokojem stwierdził, że to nie pomaga w wyjaśnieniu. Najświeższym wydarzeniem zachowanym w jego pamięci były święta Bożego Narodzenia spędzone wraz z rodziną, ale nie było tam mowy o żadnych rajskich wyspach. - Gdyby była to pewnie teraz byłbym zadowolony, ale nie, nic z tych rzeczy. – Pomyślał niepocieszony. Rozbity nie wiedział co o tym myśleć, usiadł wsparty plecami o skałę u podstaw, której się przebudził i starał się jeszcze raz ustalić cokolwiek. Rzucił okiem po sobie, poza spodenkami był całkowicie goły, co również wydawało mu się dziwne, ale jeszcze dziwniejsza była obecność zegarka na nadgarstku. Wprawdzie nigdy się z nim nie rozstawał, ale równocześnie nigdy nie budził się w wątpliwej klasy spodenkach w nieznanym mu miejscu. Spojrzał mimowolnie na wskazówki i zdał sobie sprawę, że nic z nich nie wyczyta, zegarek był pęknięty a wskazówki powyginane. Nagle coś mu jednak mignęło i zdał sobie sprawę z kolejnego błogosławieństwa, którym przez długie lata ten teraz już na wpół martwy zegarek go obdarowywał. Data… pokazywał aktualną datę, która właśnie przeskoczyła z 1 na 2 stycznia. Bill, gdy to zobaczył przeraził się jeszcze bardziej. Zrozumiał, że jeśli zegarek nie kłamie, to ostatni tydzień jego życia całkowicie umknął jego pamięci. Nie zdążył się nad tym dokładniej zastanowić, bo w międzyczasie pojawił się kolejny nie mniejszy problem. W oddali dostrzegł dwójkę zbliżających się do niego plażą osób. Byli jeszcze daleko, trudno było ich rozpoznać z tej odległości, jasne było jednak, że jest ich dwoje i z każdą sekundą są coraz bliżej. Bill przestraszony, a może bardziej zdezorientowany, natychmiast pomyślał o tym żeby się przed nimi ukryć póki jest jeszcze choć cień szansy na to, że go nie dostrzegli. Błędnie założył, że nic o jego obecności nie wiedzą i pochłonięci swoimi frasunkami miną go nie przypuszczając nawet, że ktoś obcy może się tu pojawić. Czmychnął więc co sił, uważając jednocześnie by zrobić to jak najdyskretniej nieopodal, za rozległy pień drzewa otoczony u podstawy niezwykle gęstymi, ciemnozielonymi krzewami nieznanego mu gatunku. Nie był pewien czy nie został zauważony, wydawało mu się bowiem że zrobił to dużo mniej zgrabnie niż zamierzał. Zwrócił wzrok w kierunku obcych i starał się dostrzec cokolwiek w ich zachowaniu co mogłoby mu podpowiedzieć czy go dostrzegli. Oczywiście z tej odległości nawet dla człowieka obdarzonego czymś więcej niż tylko dobrym wzrokiem żaden gest nie był na tyle wyraźny by podjąć się jego interpretacji. Bill również zdał sobie z tego sprawę i nie zamierzał przeceniać swoich możliwości w tym zakresie. Jedyne co zauważył, to że przybysze nie przyspieszyli kroku, a już na pewno nie zaczęli biec - wystarczyło by się choć trochę uspokoić. Usiadł, opierając plecy o pień drzewa. Zdał sobie sprawę, że minie kilka, być może kilkanaście minut nim „dwie postacie” miną jego kryjówkę i będzie mógł podjąć swobodne działanie. Czas a w szczególności jego nadmiar lub niemożność spożytkowania zawsze rodzi w człowieku wiele myśli. Nasz bohater, kryjący się tutaj nie wiedząc dlaczego ani przed czym, nic nie pamiętający z ostatnich dni, przez swe własne myśli był wręcz boleśnie oblegany. Sytuacja taka zdarza się nieczęsto a w jego życiu po raz pierwszy. Brak doświadczeń a w konsekwencji nieumiejętność logicznego wyjaśnienia zwykle budzi w człowieku strach i dezorientację. Te dwa rzeczowniki najtrafniej opisują w tym momencie wszystkie pewnie złożone i fachowo trudne do wyjaśnienia procesy, które gdzieś tam w mózgu Billa się działy.
Poczynając od naiwnego i nieco kreskówkowego uszczypnięcia w ramię aż po agresywne i mocne uderzenia otwartą pięścią w czoło Bill starał się ocucić, a na wypadek gdyby to był tylko nad wyraz realistyczny sen jak najszybciej przebudzić. Nic podobnego się jednak nie wydarzyło, mimo starań wciąż tkwił w tym samym miejscu oparty o to samo drzewo, z tą tylko różnicą, że teraz odczuwał ból głowy na skutek własnych uderzeń. To zdołało go ostatecznie przekonać do realizmu sytuacji, w której się znalazł i choć potrafił ją potraktować z należytą powagą to nie potrafił sobie z nią w żaden sposób poradzić. Rozejrzał się wokół. Przed nim były tylko drzewa, które dalej zlewały się już w jedną wielką plamę, zupełnie tego samego koloru jak ten, który zdobi wojskowe mundury bojowe. Na lewo i prawo również drzewa, tutaj bliżej plaży rosły dużo rzadziej jednak. To co za nim było mu już znane, mimo to machinalnie spojrzał i w tamtym kierunku. Widok stromego skalnego klifu, u podstaw którego przed chwilą się obudził spowodował w nim dziwne uczucie zniechęcenia. - Co ja tutaj robię!? - Chciałby krzyknąć, z uwagi jednak na to że czuł się bynajmniej pewnie powiedział to ledwie słyszalnym dla niego samego szeptem. - Co ja tutaj robię!? - Powtórzył raz jeszcze w myślach. Ogarnęło go dziwne uczucie. Zwykle pewny siebie teraz nie potrafił sobie poradzić z tą sytuacją. Minęło kilka chwil trudnej walki z własnymi myślami za pomocą własnych myśli i wtem usłyszał głosy. Zdał sobie sprawę, że ci przed którymi się ukrył są już naprawdę blisko. Szybko obrócił się na brzuch i skulił tak aby żaden z nich nie zdołał go dostrzec, jednocześnie samemu starając się spomiędzy liści zobaczyć cokolwiek. Gęste krzewy, za którymi trwał teraz znieruchomiały wcale nie ułatwiały obserwacji, Billowi udało się jednak zidentyfikować twarze postaci. Oboje byli mężczyznami. Jeden z nich był młodzieńcem o pogodnych dziewczęcych rysach, drugi to czarnoskóry mężczyzna w średnim wieku, na pierwszy rzut oka widać było, że z tej dwójki on jest ważniejszy. Udało się również ustalić, że obydwoje byli wysocy i dobrze zbudowani, w samych spodenkach, z gołym torsem i bosymi stopami. Wiele wskazywało na to, że to tubylcy, bowiem ani w wyglądzie ani w zachowaniu nie przypominali turystów. Szli wolnym, ale miarowym krokiem tak długo aż znaleźli się na wysokości kryjówki Billa. Wówczas bez słowa, jak na umówiony znak zatrzymali się i skierowali wzrok w kierunku miejsca, w którym leżał wciąż skulony Victy. - To niemożliwe. – Pomyślał. - Nie mogą mnie widzieć. Lecz coś musiało przykuć ich uwagę. Rozpłaszczył się najbardziej jak tylko potrafił i nawet wzrok opuścił nisko w obawie, że najmniejszy szczegół może zdradzić jego obecność. W głowie powtarzał sobie zaś w kółko aby jak najszybciej sobie poszli. Po chwili zrozumiał, że to niemożliwe. Kilka kroków przed nimi z ziemi wyrastała olbrzymia skała. To oznaczało, że raczej nie ma co liczyć na to, że się oddalą, mieli bowiem do wyboru powrót tą samą drogą, którą przyszli - co wydawało się nazbyt bezsensowne lub udanie się w kierunku kryjówki Billa, w jedynie sobie znanym celom - co wydawało się nazbyt prawdopodobne. Tą właśnie drogą dedukcji Victy doszedł do niepocieszających wniosków. Wszystko wskazywało na to, że jeżeli się w swoich obmyśleniach nie omylił i nie przydarzy się żaden cud, za moment będzie musiał stanąć z obcymi twarzą w twarz. Był teraz bezsilny. Leżał na ziemi czekając na ich ruch, na cokolwiek co mógłby usłyszeć bowiem wciąż bał się podnieść wzrok. Trwało to chwilę nim coś się wydarzyło. Miliony kolejnych myśli zdołało nawiedzić głowę Billa. Między innymi pomyślał, że spotkanie z nimi wcale nie musi się wiązać z czymkolwiek nieprzyjemnym, że właściwie to bezpodstawnie założył, jakoby miało to przynieść wyłącznie negatywne skutki. Pomimo tego, że ta optymistyczna myśl cały czas krążyła gdzieś tam w jego podświadomości, to wciąż był pewien tego, że mógłby poświęcić wiele by tego spotkania uniknąć. W chwilę po tym, gdy sobie to otwarcie powiedział, jakby na potwierdzenie usłyszał ich głosy, które jego przekonanie po stokroć wzmocniły. Okazało się, że przybysze mówią po angielsku, a byli na tyle blisko, że Bill mógł zrozumieć każde pojedyncze słowo. Pierwszy odezwał się niski, donośny głos - choć Victy nie widział, który z mężczyzn przemówił podejrzewał, że należy on do starszego z nich, a przynajmniej dużo bardziej do niego pasuje. - Jesteśmy dokładnie tutaj gdzie polecono. - Tak jest. Mój panie wszystko się zgadza. - Niemalże równie niskim lecz dużo łagodniejszym i wyraźnie młodszym głosem odpowiedział drugi z nich. - Gdzież jest więc ten, po którego przybyliśmy? Powiedz mi proszę chłopcze skąd się bierze w nich ta bojaźń? - zapytał w taki sposób jakby wcale nie oczekiwał odpowiedzi, choć być może młodszy o tym nie wiedział. - Wybacz panie, ale mnie przypadającemu w udziale czerpać z twojej mądrości nie wypada udzielać odpowiedzi na żadne z twych pytań natury poznawczej. Nawet jeślibym swą odpowiedzią zdołał panu dopomóc lub sprawy najciemniejsze choćby rozjaśnić. - Z pełnym uszanowaniem, z jednoczesnym ukłonem odpowiedział młodzieniec. - Być może masz rację. Być może zwyczaje nie bez celu i wśród nas nami rządzą. Ty mimo to zasługujesz na dużo więcej niż uniżanie się. Nie ma sensu w imię zwyczajów samemu sobie wyrządzać przykrości jakich nie życzyłoby się sobie od osób trzecich. Wiele z naszego świata wygląda inaczej niż to było wcześniej. Żaden z twoich wzorców nie jest niepoprawny, brakuje im jedynie autorskiego szlifu. Ten będziesz musiał sam sporządzić... bez obaw, masz na to więcej niż sporo czasu. No ale teraz bez słów zbędnych przejdźmy do naszego zadania. Bill spodziewał się, że zaczną go szukać, tego bał się najbardziej, lecz coś odradzało podjęcia ucieczki. W uszach cały czas rozbrzmiewały mu ich słowa. Choć treść rozmowy wydawała mu się dziwna i nie do końca zrozumiała, nie sądził by chcieli go skrzywdzić. Zastanawiało go tylko to, że przyszli tu właśnie po niego, to jedno było na tyle niepokojące by powstrzymać go przed otwartym ukazaniem się. - Musieli już wcześniej wiedzieć o mojej obecności tutaj, ale skąd, kim oni są i czego mogą ode mnie chcieć, czemu ja tutaj jestem, jakim prawem to się dzieje. - Raz kolejny myślał o tym zatrwożony. Wszystko to wydawało się dla niego zbyt dziwne i niejasne by mógł zachować spokój. Wiedział, że przybysze muszą wiedzieć o tym wszystkim znacznie więcej od niego i ta sytuacja z jednej strony wydawała mu się być jednym z niewielu pozytywnych aspektów. Upatrywał w tym szansę wyjaśnienia wielu spraw, z drugiej strony przerażała go myśl, że dzieje się coś bezpośrednio związanego z jego życiem, nad czym zdaje się nie mieć żadnej kontroli, a zupełnie obcy ludzie zdają się rozumieć z tego więcej od niego. Szarpany sprzecznymi uczuciami Bill nie potrafił podjąć żadnej decyzji związanej ze swoim najbliższym losem. Na szczęście lub może nie, nikt tego od niego nie wymagał bo obcy wzięli sprawy w swoje ręce. - Drogi Billu, witamy cię na naszych ziemiach jak najserdeczniej potrafimy, pragniemy byś wyzbył się lęku, ukazał się nam w pokojowych zamiarach i pozwolił na znak lojalności uścisnąć twą dłoń. - Głosem pogodnym lecz absolutnie nie pozbawionym powagi przemówił starszy mężczyzna. Po usłyszeniu tych słów Victy zupełnie nie wiedział co zrobić. Długą chwilę zastanawiał się w jaki sposób odpowiedzieć lub jakie działanie przedsięwziąć. Nie wiedział bo i chyba nie mógł wiedzieć co o tym myśleć. - Moje imię... Skąd znają moje imię.- Kolejne z pytań, które nie pozwalało mu zachować ani sekundy spokoju, choć odpowiedzi szukał na próżno. Zrezygnowany uznał, że nie ma alternatywy. Zdecydował się wyjść z kryjówki i stanąć z nimi twarzą w twarz. Jak pomyślał tak zrobił. Wstał powoli i wolnym krokiem zaczął iść w ich kierunku. Nie było to daleko więc już po kilkunastu krokach stanął naprzeciwko nich walcząc z całych sił o to by nie dać po sobie poznać ani krzty strachu. Teraz dopiero zdołał im się przyjrzeć z bliska. Okazało się, że oboje byli jeszcze potężniejsi niż się wcześniej wydawało. Choć nieco go to zaniepokoiło zrobił co tylko potrafił by tego po sobie nie dać poznać. Unosząc wysoko czoło i wypinając pierś, zapytał: - Kim jesteście? - Tego powiedzieć ci nie możemy bo i w istocie to nieistotne. Wiedz że przybyliśmy tu specjalnie po ciebie, a nasze zamiary są pokojowe. My sami jesteśmy zaledwie wysłannikami. - Co ja tutaj robię? Gdzie jestem i czego wy ode mnie chcecie? - powiedział Bill tonem spokojnym lecz niewyzbytym pewnego rodzaju agresji. - Jeśli zechcesz będziemy mogli odpowiedzieć na niektóre z twych pytań, na pewne odpowiedzi udzielać nam jednak nie wolno, co nie oznacza, że już po wsze czasy zostaną dla ciebie tajemnicą. Są w naszym świecie inni jeszcze, którzy mają większe od nas prawa lecz co ponadto już wkrótce w nich docenisz, to ich dużo większe możliwości. Oby tylko cierpliwości ci wystarczyło by spokój zachować. - O czym ty mówisz? W jakim waszym świecie? Masz na myśli to miejsce? - Z wyraźnym i niekrytym zdenerwowaniem powiedział Victy. - Tak, dokładnie tak, to miejsce, które jest naszym a teraz również twoim światem. - Nie dziękuję, ja swój świat już znalazłem i zamierzam do niego jak najprędzej wrócić! - Dużo śmielej, niemalże wykrzyczał. - Rozumiem cię w zupełności bo wiem co ci się przytrafiło. Jednak od takich jak ty zawsze wymagam więcej. Wydaje mi się, że powinni tę sytuację znać a przynajmniej akceptować. Z tej przyczyny nie podobasz mi się w pewnym stopniu. Jest to szczególnie ważny dla mnie stopień. Zwykle to główne kryterium pozwalające mi osądzać. Zbyt dużo w tobie arogancji, zuchwalstwa i agresji, zbyt mało pokory i spokoju. Powiedz mi cóż sprawia, że ludzie tacy jak ty jeśli znajdują sposobność uniknięcia kontaktu z przeciwnikiem czy choćby przykrą sytuacją robią to. Robią w sposób przynajmniej tak żałosny jak ten, który ty zaprezentowałeś przed chwilą. Ukrywają się za byle przeszkodą, z całych sił się kulą, czołgają, tarzają się po ziemi byle tylko uniknąć tego czego się obawiają. I wtem zdają sobie sprawę, że spotkanie jest nieuniknione. Cóż wówczas robią...? Robią to co ty drogi Billu. Wychodzą ze swoich kryjówek tak jakby ich w ogóle nie było, unoszą wysoko czoło i z zadartym nosem stają naprzeciwko przeszkody. Całym sercem, rozumem i duszą walczą wówczas o to by swej bojaźni, minimalnej choćby słabości zachowaniem lub słowem nie zobrazować. Wola nie zaprzedania swego strachu jest w nich na tyle wielka by pozwolić nawet na arogancję i podobną do twojej zuchwałość. Nie mądrze jest bowiem unosić się i dobrowolnie decydować na gniew osób, od których zależysz aktualnie cały ty. Ale to jedno powinienem ci powiedzieć chyba zanim jeszcze się spotkaliśmy. - Z uśmiechem i wyraźnym zadowoleniem wypowiedział te ostatnie zdanie, a zaraz po tym wyciągnął dłoń w kierunku Billa. - Pomijając całą tę dygresję, którą powinieneś raczej potraktować jako zwykłą wiedzę i naukę, nic osobistego, pragnę przypomnieć i zapewnić o naszych pokojowych zamiarach. Victy zbity tymi słowami z pantałyku uścisnął dłoń czarnoskórego mężczyzny, nie decydując się przy tym na żadne pytanie czy choćby słowo. - Ja nazywam się Anton, a ten młodzieniec to Zelt - Młodszy również wyciągnął dłoń a później uścisnął nią dłoń Billa.
Stali teraz we trójkę na plaży: Anton, Zelt i Bill. Ci dwaj pierwsi uśmiechali się szeroko, ale Bill jakoś nie potrafił się do tego zmusić. Był pełen niepokoju, czuł się bezradny. Wiedział, że jest zdany na los tych dwóch mężczyzn, których poznał przed momentem a w normalnych okolicznościach okrzyknąłby dziwakami i pozostawił samych sobie. Lecz te okoliczności nie można było nazwać normalnymi. Tutaj to oni mieli przewagę na każdym polu, a to co mówili wpędzało Billa we wrażenie, że nawet jego samego znają lepiej. Sytuacja tak beznadziejna nie pozostawiała mu żadnego pola manewru. Jedynym co uznał za możliwe okazało się posłuchać i wypełniać dobrowolnie polecenia tej dwójki. Chociaż przychodziło mu to niechętnie, upatrywał w tym wszystkim szansy na rozwiązanie zagadek, które aktualnie zaprzątały mu głowę. - Dobrze. Powiedzieliście, że jesteście w stanie odpowiedzieć na część moich pytań, a wkrótce poznam kogoś kto zdoła odpowiedzieć na każde. Czy to prawda? - Victy zapytał z nadzieją uzyskania twierdzącej odpowiedzi, którą okupuje nadzieja jej wiarygodności. - Tak powiedzieliśmy i rzeczywiście tak jest, o czym sam się wkrótce przekonasz. - Ze spokojem odpowiedział Anton. - Więc moje pierwsze pytanie brzmi: kiedy spotkam tego wszechwiedzącego? - Najpewniej, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, a ty nie będziesz się ociągał, spotkasz go za nie więcej niż dwie i pół godziny . Ale to nie on do nas przyjdzie lecz my się musimy do niego udać. Ruszajmy jak najszybciej. - A czy gdy go spotkam zdoła mi on wyjaśnić całą tę sytuację? - Na żadne z twoich pytań już nie odpowiem jeśli nie ruszymy natychmiast. - Z uśmiechem odrzekł Anton i w tym samym czasie odwrócił się na pięcie i zaczął iść tą samą drogą, którą tu przyszedł, jednak w przeciwnym kierunku. Nie minęła sekunda i w ślad za nim ruszył Zelt. Bill stał jeszcze chwilę bez ruchu, po czym sam, dobrowolnie zdecydował się pójść za nimi. Ośmielony lekko podbiegł nawet kawałek aby się zrównać z Antonem i móc powtórzyć mu zadane już wcześniej pytanie. Teraz, skoro już ruszyli spodziewał się bowiem uzyskać na nie odpowiedź. - Więc jak…? - rzekł przeciągając, jakby chciał wskazać, że oczekuje odpowiedzi na pytanie, które padło już wcześniej. Anton skierował wzrok w jego stronę i zmarszczył brwi pytająco. - Co jak? - No jak będzie z tym, do którego zmierzamy? Czy on będzie w stanie rozwikłać moją zagadkę i wyjaśnić mi obecną sytuację? - zapytał z wyraźnym napięciem, tak jakby odpowiedź była dla niego bardzo ważna i jednocześnie powinna już dawno być mu znana. - Oczywiście, że będzie w stanie. Naturalnie. Wyjaśni ci to oraz wiele innych rzeczy, właściwie to wszystkie. Ale uwierz mi, że to będzie jedna z najmniejszych jego zasług. A ty, gdyby tylko na tym ci zależało byłbyś jak ten, który marzy o kropli wody w porze suszy i skrajnego wyczerpania, a któremu niebiosa zsyłają ulewę. Ale mniejsza z tym, drogi chłopcze. Wkrótce sam go spotkasz i o wszystkim się przekonasz. To jedno jest już nieuniknione a myśl o tym powinna pokrzepiać serce i nogi poganiać bo to one są teraz za to spotkanie odpowiedzialne. Znam twoją sytuację. Znam ciebie samego lepiej niż przypuszczasz jak mniemam. Wiem doskonale jakie myśli nawiedzają twoją głowę, jak się teraz czujesz i czym się zamartwiasz. Rozumiem więc, że zważając na te okoliczności związane z twoim aktualnym zagubieniem nie jesteś w stanie cieszyć się na myśl o tym spotkaniu tak bardzo jak ono samo na to zasługuje. Jeśli jednak choć trochę liczysz się z moimi słowami, zapewniam cię, że gdybyś wiedział tyle co ja, okazywałbyś dużo więcej entuzjazmu. To nie będzie dla ciebie zwykłe spotkanie. To będzie coś znacznie więcej. Zapamiętasz je już na zawsze a jego wspomnienie będzie ci towarzyszyło w każdym momencie. - Te ostatnie słowa Anton wypowiedział w taki sposób jakby na myśl o tym się rozmarzył, wrażenie to dodatkowo spotęgowało westchnienie, które rzucił na końcu. Po tym co powiedział przez chwilę panowała cisza. Bill długo myślał o tych słowach, które usłyszał. Starał się usystematyzować wszystkie wiadomości, które zdołał już zebrać, częściowo z obserwacji a częściowo wydobyte za pomocą pytań od dwojga, a właściwie to jednego bo drugi generalnie milczał, do niedawna obcego mężczyzny. Nietrudno jest sobie wyobrazić o czym myślał. Wystarczy, że każdy z was postawi się w jego sytuacji i samemu na własną rękę postara się podejmować decyzje w sprawach podobnych do tych, które spotkały Billa. Wyobraź sobie, że budzisz się nie wiedząc gdzie, nie pamiętając zupełnie mniej więcej ostatniego tygodnia swojego życia. Orientujesz się, że jesteś na plaży, jednak nie przypominasz sobie żebyś był na niej kiedykolwiek wcześniej. Okazuje się, że to dopiero początek tego z czym przychodzi ci się zmierzyć. Po pewnym czasie zauważasz w oddali dwie postacie, które zmierzają w twoim kierunku. Zdajesz sobie sprawę, że spotkania z nimi nie zdołasz uniknąć, a oni sami znają twoje imię, co więcej przybyli w to miejsce właśnie po ciebie. Ze wszystkimi tymi problemami musiał sobie poradzić nasz bohater, a gdy to w lepszy lub gorszy sposób już dokonał, zaczyna słuchać odpowiedzi, które zostają udzielone na jego pytania. Odpowiedzi te są enigmatyczne i nie do końca jasne. Mówią o rzeczach, które nie łatwo zrozumieć, a zachwyt jaki wzbudzają w nadawcy rzuca na niego podejrzenia dziwactwa. Gdy zdołasz sobie to wszystko wyobrazić przynajmniej w pewnym stopniu, zdołasz również zrozumieć co czuł i o czym w tym momencie myślał Victy. Myśli te a tym bardziej towarzyszące im uczucia nie były niczym przyjemnym ani łatwym. Bill czuł się mniej więcej tak jakby trzyletniemu dziecku kazano napisać maturę, niewidomemu zagrać w tetrisa lub naziście spędzić noc w komorze gazowej wmawiając, że to tylko prysznic. Był w rozsypce. Nie wiedział jak traktować tych, którzy teraz go prowadzili. Czasami wydawało mu się, że to dziwacy, którzy mówią o nieistniejących rzeczach, opisywana przez nich postać, do której rzekomo go prowadzą przypominała mu jakiegoś guru sekty, w którego jej wyznawcy są ślepo wpatrzeni. Z drugiej strony zdawał sobie sprawę jak wiele rzeczy w tym wszystkim nie rozumiał, więc i to o czym i w jaki sposób mówią w związku z tym nie musiało być zupełnie jasne. Miotając się pomiędzy tymi dwoma postawami było coś co to wszystko normowało i motywowało do swych wcześniej podjętych już decyzji. Mianowicie to, że ci dwaj znali jego imię, choć nigdy im go nie wyjawiał. Tylko ta jedna okoliczność pozwoliła mu uwierzyć w to, że coś jest na rzeczy i że powinien im zaufać i się ich trzymać (pomijając, że podświadomie czuł, że nawet jeśliby chciał nie zdołałby sprzeciwić się ich woli). Z tymi w jakiś sposób usystematyzowanymi informacjami zdecydował się przyspieszyć aby jak najszybciej doprowadzić do spotkania, o którym zapewniał go Anton. Nie było ono dla niego co prawda zupełnie pewne, ale było teraz jedynym w czym pokładał nadzieje zrozumienia swojej obecnej pozycji, więc bez wahania zdecydował się zaryzykować dla niego rozczarowanie. Marsz zapowiadał się trwać jeszcze długo, jeśli wierzyć słowom Antona, który twierdził, że spotkanie będzie miało miejsce za nieco ponad dwie godziny. Bill mimo braku zegarka bez problemu był w stanie ocenić, że nie minęła nawet połowa tego czasu. Zdawał sobie również doskonale sprawę z tego, że nic szczególnie spektakularnego podczas tej pieszej podróży wydarzyć się nie może. Zbierając się na sporą ilość rozsądku postanowił więc ten czas wykorzystać jak najlepiej potrafił. - A wy właściwie kim jesteście? Kim jesteście dla siebie nawzajem? Kim dla tego do którego mnie prowadzicie? - Chcąc się jak najwięcej dowiedzieć zapytał. Jak zwykle tak i tym razem dialogu podjął się starszy z dwójki. - Mówiłem już na początku, że jesteśmy wysłannikami, niedługo później przedstawiliśmy się tobie jako kolejno: Anton i Zelt. Zelt jest moim uczniem, ja jego mistrzem, a oboje jesteśmy sługami tego do którego zmierzamy. Niewiele więcej o sobie możemy powiedzieć, jeśli jednak zechcesz możesz pytać o co tylko zapragniesz, z nadzieją odpowiedzi lub bez niej. Bill słysząc te słowa zaśmiał się w duchu. - Uczeń, mistrz, wysłannicy, co to za szopka pomyślał zniechęcony. O co tutaj chodzi, gdzie ja do licha trafiłem. Nim jednak zdążył przekląć innych i samego siebie zdał sobie sprawę, że to już przerabiał i nic to nie pomogło. Ochłonął trochę i postanowił, że przyzwyczai się raz na zawsze do tych odpowiedzi, nie będzie się nimi zniechęcał, ale będzie się starał z nich jak najwięcej wynieść. - A czy wy też wiecie co się ze mną stało i co tutaj robię? - Tak, obojgu nam jest znana twoja historia, oboje wiemy jak się tutaj znalazłeś i dlaczego. - Z olbrzymim spokojem odpowiedział Anton. - Powiedzcie więc, nie katujcie mnie i pozwólcie również poznać prawdę. - Nieco błagalnie powiedział Victy - Nie chłopcze, tego zrobić nie możemy. Leży to poza naszymi kompetencjami, lecz jak się wkrótce przekonasz to, że od nas się tego nie dowiesz będzie bardziej źródłem twej radości niż cierpień. Chociaż teraz trudno jest ci zapewne w ten sposób wnioskować. Cierpliwość rzadko komu przychodzi łatwo, a nawet jeśli tak jest to sama w sobie nikomu przyjemności nie sprawia. Ona jest jak roślina, o którą dbasz i ją pielęgnujesz. Wkładasz mnóstwo starań, pracy i wysiłku w to by się rozwijała odpowiednio. Praca ta jest jak twe wyrzeczenia po drodze do większego celu. Dopiero gdy przychodzi moment, w którym roślina obradza a na ciebie spada przywilej zebrania jej owoców doznajesz uczucia spełnienia i rozumiesz po co była ta praca i jaki sens miały te wyrzeczenia. Cierpliwość ma w zamiarze doprowadzić cię do chwały, której to chwały dopiero obraz pozwoli ci poznać sens cierpliwości. To więc jak inwestycja, zwykle bywa ryzykowna, lecz gdy okaże się pomyślna nie sposób żałować czegokolwiek po drodze. Zainwestuj i ty, bogatszy o moje zapewniania swoją drogą dużo mniej ryzykujesz, jeśli tylko je poważasz oczywiście... - Wiesz co myślę o tej inwestycji...? Czy chcę czy nie chcę, jestem na cierpliwość skazany, czymkolwiek by ona nie była - odrzekł Bill, rozczarowany, że zamiast zwykłej odpowiedzi uraczono go kolejnym psychologiczno-filozoficzno-poetycznym czymś, czego nie mógł przekuć w praktyczną wiedzę. - Wiesz doskonale, że mało wiesz, ale zachowujesz się czasami tak jakbyś wiedział więcej nie tylko od tego co wiesz, ale również od tego co chciałbyś wiedzieć. Dziwne to zachowanie, a co dziwniejsze typowe dla was - zakończył charakterystycznym dla siebie uśmiechem, następnie pochylił się nad Billem i szepnął mu do ucha. - Chłopcze... nie masz pojęcia co się tutaj dzieje ani co cię czeka. Ja ci tego przybliżyć nie mogę, ale mogę przybliżyć cię do tego, który może wszystko. Postępuj jedynie za moimi krokami, w tym jednym tylko musisz być posłuszny. Reszta, to co uważasz, myślisz możesz zostawić dla samego siebie lub dzielić się tym z nami do woli. Nie staraj się temu tylko nadawać szczególnego znaczenia. Bill dziwnie odebrał te słowa, nie potrafił czuć się nawet urażony, do czego w każdym innym przypadku pewnie jawnie by się przyznał. Wobec całego sposobu w jaki Anton mówił, ale również i tego o czym mówił czuł się malutki. Z jednej strony czarnoskóry mężczyzna był bardzo uprzejmy, kulturalny, zwracał się z szacunkiem. Z drugiej, potrafił w surowy, ale jednocześnie wyszukany sposób ganić Billa za jego czyny. To tajemnicze zachowanie roztaczało wokół Antona nadzwyczajną i nieokreśloną moc, której nawet Victy nie zdołałby nie zauważyć. Spostrzeżenie tej mocy wzbudzało spory respekt i zmuszało do zachowania pewnego dystansu.
Bill pomyślał, że jeśli odpowiedzi, których udziela mu Anton i tak nie przynoszą mu żadnej wymiernej korzyści, a co więcej nierzadko wpędzają go w tym większe zakłopotanie, nie ma sensu pytać go o cokolwiek więcej. W myśl tego postanowienia, nie licząc równocześnie na rozmowę z Zeltem zdecydował się odbyć resztę drogi w milczeniu. A droga przedstawiała się dla niego coraz łaskawiej. Kroki w ciszy pożerały odległość, a słońce z gracją gnało czas. Już od dłuższej chwili nie szli plażą wzdłuż brzegu morza, ale zapuszczali się dżunglą w głąb wyspy. Ta zmiana choć na pozór zdawać by się mogła na gorsze, to w przypadku Billa, dla którego nie rodzaj terenu, ale świadomość jego pokonywania miała największe znaczenie była błogosławieństwem. Szedł coraz śmielej, stawiając kroki tuż za swymi przewodnikami. Krajobraz zmieniał się z chwili na chwilę. Zapuszczali się w coraz gęstsze zarośla, które coraz ciężej było im pokonywać. W pewnym momencie ścieżka, której od momentu wejścia do lasu się trzymali nagle zniknęła, bez powodu bez pytania o zgodę – była i nie ma. Co prawda nie był to wyłożony kamieniami gościniec, ani nawet polna ścieżka, na której z powodzeniem mogą się wyminąć dwie osoby, ale zaledwie wąski fragment wydeptanej przestrzeni. Nie nadawał się on nawet do chodzenia po nim. Ścieżka pełniła jednak dużo ważniejszą funkcję – wskazywała drogę. Dla Billa była ona czymś w rodzaju sznurka, po którym po omacku z powodzeniem możemy dotrzeć do celu. Nic więc dziwnego, że wraz z jego nagłym zerwaniem spodziewał się sporego problemu. Będąc w tak gęstej dżungli on sam nie potrafił choćby palcem wskazać kierunku, który wyznaczał by morze, nie mówiąc nawet o drodze powrotnej. Był pewien, że nie inaczej jest w przypadku Antona i tym bardziej Zelta. Nagłe zerwanie ścieżki musi pozostawić ich wobec dżungli w równym stopniu bezradnych co Billa. Anton pomimo jej braku nie zatrzymywał się jednak, wciąż bez jakichkolwiek wahań gołymi rękami torował przejście sobie, swojemu uczniowi i Billowi. Młodszy z przewodników szedł spokojnie zaraz za nim, przez chwilę zastanowiło Billa to dlaczego Anton pracuje nie Zelt lecz nie miał wówczas czasu by to roztrząsać. Dużo bardziej zdumiewało go to, że wciąż się przemieszcza mimo tego, że wszelki szlak zdawał się zaginąć bezpowrotnie. Myślał, że on sam a przy tym chyba każdy inny, nawet gdyby pokonał tę trasę po stokroć razy tam i z powrotem z powrotem z zamiarem jej zapamiętania nie zdołałby tego dokonać choćby w minimalnym stopniu. Brał pod uwagę tylko dwa rozwiązania, albo się zgubili, lecz Anton nie chce dać po sobie tego poznać, albo odkrył właśnie kolejną rzecz, którą ten człowiek jest w stanie go zaskoczyć. Mimo wszystko Bill postanowił nie dzielić się swoimi obawami, nie zadawać żadnych pytań, a jedynie maszerować w ślad za przewodnikami i czekać na to co się wydarzy. A okolica wokół niego nie wyglądała zbyt zachęcająco. Zewsząd otaczały go ciemnozielone, jasnozielone i po prostu zielone rośliny, jedne gęste, drugie rzadsze, niskie, wysokie, te o których otarcie raniło oraz te które były miłe w dotyku. Z góry tylko nieliczne promienie światła przedzierały się poprzez gęste korony wysokich drzew. Dlatego pomimo tego, że na świecie panował jeszcze jasny ranek, tam wewnątrz dżungli odczuwalnie słońce było już nad zachodnim fragmentem nieba. Spostrzeżenie tego zjawiska machinalnie skierowało wzrok Billa na nadgarstek – ten na którym zapięty był zegarek. Mężczyzna na zepsutym zegarku nie zdołał nic dostrzec, ale samo krótkie chociaż spojrzenie na niego przypomniało mu o czasie. - dwie i pół godziny. – Półszeptem powiedział Bill. – Tyle miała trwać nasza podróż. Wydawało mu się teraz, że idą już całą wieczność, a od wieczności do stu pięćdziesięciu minut to już chwila. Nie zastanawiając się długo i zapominając o postanowieniu dalszej wędrówki w ciszy podbiegł dwa do trzech kroków w kierunku Antona i zapytał: - Jak długo jeszcze? To chyba już niedaleko, prawda? Anton odwrócił się w jego kierunku, na jego twarzy wyraźnie było widać zmęczenie, odsapnął więc dwa razy i wrócił do pracy, odgarniał liście, łamał gałęzie, sprawdzał grunt. Bill spojrzał na niego zdumiony, że nie dostał żadnej odpowiedzi, raz kolejny się zdenerwował i miał ochotę podzielić się tym z czarnoskórym mężczyzną, nim jednak zdążył powiedzieć lub zrobić cokolwiek Anton sam zwrócił się w jego stronę. - To tutaj – powiedział głosem neutralnym, jakby pozbawionym emocji. Bill zainteresowany stanął przed nim i spojrzał przed siebie. Nie było tam ani śladu dżungli. Oczom jego ukazała się za to olbrzymia i niezwykle malownicza osada. Korzystając z tego, że znajdowała się ona w dolinie gór, a on stał wciąż w progu wyżej położonej dżungli, mógł objąć ją całą wzrokiem i przyjrzeć się całości z dystansu. Przypominała mu taką jaką do tej pory mógł oglądać w telewizji na kanałach krajoznawczych lub być może nawet przyrodniczych, z tą różnicą, że tutaj nie miał do czynienia z podłymi lepiankami ale schludnymi i urokliwymi niewielkimi domkami. Było ich mnóstwo, stały jeden koło drugiego, połączone zaledwie wydeptanymi ścieżkami, ale to nie one same zachwycały, lecz roślinność, zieleń, udekorowane kwiatami ogrody obok nich i fontanny… no właśnie, Bill nigdy wcześniej nie widział tak wielu i tak różnych fontann w jednym miejscu. Zdawało mu się, że co najmniej dwie przypadają na jeden domek, a każda z nich jest inna. Niektóre były wielkie inne małe, jedne przypominały kształtem jakieś zwierzęta inne postacie, bywały proste i skomplikowane a wszystkie łączyła różnobarwnie tryskająca woda. Patrząc na nie wydawało się jakby ten ród od wieków zajmował się tylko ich stawianiem a przez to doszedł do prawdziwej perfekcji. Wokół i pomiędzy domami w jakiś magiczny sposób płynęły strumyki, rzucając na okolice blask odbitego słońca i roznosząc wilgotną świeżość. W centrum wyraźnie górował nad pozostałymi jeden budynek, zdawał się być też dużo większy a wokół niego rosło jeszcze więcej kolorowych kwiatów. Bill dość wcześnie go spostrzegł i szybko pomyślał, że to musi być główny budynek, w którym przyjdzie mu się spotkać z tym, którego Anton mienił swoim panem. Na myśl o tym, a także na widok tego co ujrzał pokrzepił się nieco, bowiem piękno podświadomie ludzi pokrzepia, a osada, szczególnie z wysokości wydawała się być utopijną krainą, której samo piękno wystarczy by zniknęły wszelkie problemy. - Nareszcie! Wystarczyło kilka godzin abym stęsknił się za tym miejscem. – Z radością i uśmiechem na twarzy wykrzyczał Zelt i mijając obu mężczyzn pobiegł przed siebie. - Już niedługo i ty będziesz reagował w podobny sposób, na razie jednak jesteś tutaj i domyślam się, że nie zamierzasz wesoło pobiec w ślad za Zeltem. Moja rola powoli dobiega końca, lecz sprawy, których dopilnowanie jest moim obowiązkiem nie są jeszcze ostatecznie dopięte. Przyprowadziłem cię tutaj, do niego, lecz zanim się z nim spotkasz musisz jeszcze chwilę zaczekać. Zaprowadzę cię do miejsca, w którym zamieszkasz, postarasz się tam w miarę możliwości rozgościć a jeśli tego potrzebujesz wypoczniesz dostatecznie. Zaczekaj tam aż się zjawię wówczas zabiorę cię na spotkanie i wtedy nasza wspólna relacja nie będzie już żadnym obowiązkiem. - To miejsce – Wskazując palcem na osadę zaczął Bill – To twój dom? Stąd pochodzisz? Tutaj mieszka ten do którego mnie prowadzisz? - Tak jest, wszystko się zgadza. Tutaj się narodziłem, tutaj się wychowałem, dorosłem i tutaj zostanę już do końca. A mój Pan…, to jego kraina, już niedługo się z nim spotkasz, dowiesz się wszystkiego. – Z niepodobną do siebie nutą troskliwości odpowiedział Anton. - Gdzie ja więc jestem? – Z bezradnością i jednoczesnym spokojem rzekł Bill. - Jesteś tutaj gdzie być powinieneś, ale tylko dlatego, że być musisz. – Uśmiechnął się Anton, spojrzał na Billa a tamten na niego. – Chodźmy więc, ja zrobię co do mnie należy, a ty bądź spokojny, nie zatęsknisz za przeszłością ani przez moment przyszłości. – Po tych słowach Antona ruszyli razem ramię w ramię nie jak przedtem gęsiego…
Wiele nowych myśli w międzyczasie pojawiało się w głowie Billa. Zdumiewające piękno miejsca, w którego progi aktualnie wkraczał absolutnie go zachwyciło, ale nie zdołało przyćmić jego problemów. Raz jeszcze wspominał przeszłość, swoje życie, Cały czas miał w głowie swoją rodzinę, żonę, którą tak bardzo kochał oraz dwie córki. Zastanawiał się co się z nimi dzieje, co wiedzą o nim, jak sobie radzą i czy są bezpieczne. Martwił się o ich los i jednocześnie tęsknił, chciałby je mieć u swego boku, ale nie w obecnej sytuacji, z którą nie potrafił sobie poradzić i przede wszystkim zrozumieć. Cokolwiek by się nie działo to właśnie się działo i do tej myśli Bill zmuszony był przywyknąć. Nie mógł tracić rozumu ani nawet się użalać, miał o co walczyć, zostawił coś po sobie i chciał o to zadbać najlepiej jak potrafił. To go motywowało, dzięki temu zaciskał pięści i nie spuszczał gardy. Walczył nie tylko dla siebie, ale swej rodziny, swego i swych bliskich życia. Wiązał duże nadzieję ze spotkaniem, którego teraz tak bardzo oczekiwał. Przemyślał sobie wiele spraw raz jeszcze, postarał się poukładać i stworzyć jakiś plan działania. Najistotniejszym punktem tego planu okazała się być rozmowa z zapowiadanym przez Antona „wszechwiedzącym”, tym którego wiarygodność w swym zwykłym zwyczaju by wykpił, a w którym teraz pokłada największe nadzieje. Bill zdecydował, że jeśli podczas tego spotkania nie dowie się o co tutaj chodzi i jak się stąd wydostać by wrócić do swego normalnego życia, podejmie się próby powrotu na własną rękę nie zważając na wolę czy przychylność obcych. Nie miał jeszcze pojęcia w jaki sposób mógłby tego dokonać pewien był jednak, że w ostateczności nie zrezygnuje nawet z najgorszego pomysłu realizacji tego planu. Planu, któremu przypisał literę B. Plan A był zgoła weselszy i to na jego pomyślność całym sercem liczył Bill. Wszelkie wątpliwości miał rozwiać człowiek do którego zmierza. W jakiś nie wiedzieć jaki sposób miał Billowi tę sytuację wyjaśnić z najdrobniejszymi szczegółami, zapewnić, że to okropne nieporozumienie, pomyłka lub niewybredny żart. Po wszystkim miałby zorganizować mu stosowny transport i w zgodzie się pożegnać, jednocześnie przywracając życie Billa do normalności. Właśnie tego sobie teraz życzył Bill i głęboko wierzył w to, że życzenie jego w najbliższym czasie się spełni. A w międzyczasie wraz z Antonem zeszli już do doliny i zaczęli mijać pierwsze z budynków osady. Z bliska zdawały się być jeszcze piękniejsze, potrafiły jeszcze bardziej zauroczyć, było w nich bowiem coś innego, coś specjalnego. Zdawały się być czyste, niewinne, urokliwe, delikatne i spokojne. Chociaż Bill nigdy wcześniej nie opisywał przedmiotów podobnymi epitetami teraz wydawało mu się, że to jedyne możliwe określenia na to co widzi, że to one pasują idealnie i odzwierciedlają dokładnie to co domy sobą prezentują. Było to dziwne uczucie, z którym Victy się nigdy nie spotkał. Odnosił wrażenie jakby te domy miały duszę i to piękną duszę, tak jakby kiedyś żyły i nigdy nie zgrzeszyły. Zadumał się chwilę nad tym, nie próbując się nawet z tej zadumy otrząsnąć, było to dla niego przyjemne i choć pomyślał, że to niestosowne w obecnej chwili, nie chciał by minęło. Szedł dalej wydeptaną ścieżką, którą prowadził go Anton rozglądając się co chwila po nowym miejscu, które z każdą sekundą napawało go coraz większym optymizmem. Nie potrafił powiedzieć co dokładnie w ten sposób na niego działało. Zdawał sobie sprawę, że piękno miejsca, z którym się właśnie zapoznaje z pewnością ma w tym swój udział, lecz czy to możliwe żeby aż tak wielki. Victy zaczął bowiem odczuwać błogi spokój a jego serce przepełniało stale narastające ciepło. Bez wątpienia było to przyjemne, tym bardziej teraz, w tak trudnym okresie, lecz to właśnie wzbudziło w Billu szczególne podejrzenia i chociaż bardzo chciał nie myśleć o niczym tylko cieszyć się tym, to te podejrzenia nie pozwalały mu tego uczynić. - To miejsce... jest w nim coś szczególnego, prawda? - zapytał Antona. - O tak, bez wątpienia. Wiele w nim szczególnego - Z szerokim uśmiechem na ustach odparł. - Co to takiego? - To przyjemność mój drogi, ciepło, radość i spokój. To czego wy najbardziej pożądacie i to co najbardziej cenicie. Nasi mieszkańcy mają tego w sobie wystarczająco dużo by się tym dzielić z każdym obcym, który tutaj przybywa. Korzystaj z ich dobroduszności jak najpełniej. - Przecież jeszcze żadnego z nich nie spotkałem, prócz Zelta i ciebie oczywiście - dwóch najpewniej najubożej obdarzonych wspominanymi cnotami. - Wszystko co tutaj widzisz jest ich dziełem i w ich udziale istnieje. Powietrze, którym obaj aktualnie oddychamy przesiąknięte jest ich obecnością, obrazy, które tutaj oglądasz, oni oglądają co dnia. Nie trzeba ci znać mordercy by płakać nad zwłokami, ani widzieć słońca by czuć jego ciepło. Skutki czynów i moralność ich intencji zwykle przeżywają tych, którzy się ich podejmują. Czasami dzieje się to jednak jedynie za sprawą podświadomości, którą coraz ciężej przychodzi wam obecnie interpretować. Ja osobiście wolałbym nie musieć nikomu w tym pomagać, to że tobie być może pomogłem potraktuj jako dobroduszność i jednocześnie wyraz wątpliwości co do twoich ostatnich słów na mój temat. - Z charakterystycznym sobie uśmiechem zakończył Anton. - Wobec przedstawionych przez ciebie argumentów, czuję się w obowiązku za nie przeprosić i jak najszybciej odwołać - Z przekąsem dodał Bill. - Miły to gest, lecz nie na tyle by wzruszyć kogokolwiek. Musisz pracować nad wiarygodnością, w przeciwnym razie pozostaje ci mówić tylko w szczery, zgodny z myślami sposób. - Nie rozumiesz, to było celowe - powiedział zniesmaczony Victy. - O nie Bill. Ja rozumiem cię doskonale. To ty nie rozumiesz nie tylko mnie, ale i niczego innego - odpowiedział spoglądając Billowi głęboko w oczy. Ten poczuł pewne napięcie pomiędzy nimi, zanim jednak zdążył się do niego przyzwyczaić Anton uśmiechnął się szeroko i poklepał go po ramieniu. - Chodźmy, stąd widać już twój dom. - Jak do najlepszego przyjaciela powiedział. Bill nic nie odpowiedział, posłuchał się jedynie słów swego przewodnika i znów razem ruszyli.
Do miejsca, do którego zmierzali stamtąd rzeczywiście nie było już daleko, minęło zaledwie kilka minut, gdy obaj stanęli w drzwiach pustego domu. - Jesteśmy na u celu, tutaj zamieszkasz - powiedział Anton. Bill rozejrzał się po wnętrzu i szybko zdał sobie sprawę, że pomimo skromności wyposażenia, dom cechowało dokładnie to samo co całe to miejsce. Była to dobra wiadomość, lecz nie na tyle dobra jak wówczas gdyby działa się w normalnych okolicznościach i na warunkach Billa. Mężczyzna bardzo szybko zdał sobie z tego sprawę i zajął się tym co uznawał dla siebie za najważniejsze. - Jak długo będę tu na ciebie czekał i dlaczego nie mogę pójść do niego już teraz? - Czekać nie będziesz długo. Będę tu z powrotem z powrotem najpóźniej za dwa kwadranse. O to dlaczego nie możesz już teraz ze mną udać się do niego będziesz mógł zapytać jego. Tymczasem posłuchaj moich słów i zostań tutaj - Po tych słowach Anton wyszedł. - Oczywiście, mogłem się tego spodziewać - Bill powiedział już sam do siebie i zaczął się raz jeszcze rozglądać po domu. Łóżko, stół, dwa krzesła, biurko, lampa, fotel i parę regałów. To wszystko co zdołał naprędce zidentyfikować. Podszedł wpierw do regałów, zauważył bowiem poukładane na nich książki. Postanowił je przejrzeć z nadzieją odnalezienia w nich jakiejkolwiek podpowiedzi co do miejsca, w którym się znajduje. Ku jego zdumieniu, każda z nich była zupełnie pusta, to znaczy na okładkach brak tytułów a wewnątrz niezapisane białe strony. Bill zdążył przekartkować około trzydziestu z nich nim porzucił nadzieję. Odwrócił się więc i podbiegł do biurka by poszukać czegoś w jego szufladach, jak się okazało równie bezsensownie bo każda z nich podobnie jak książkowe stronnice była pusta. Odszedł od biurka i zaczął rozglądać się za kolejnym tropem. Niczego więcej już jednak nie znalazł, bo zwykłe meble nie mogły mu w niczym pomóc. Usiadł więc spokojnie w fotelu i postanowił czekać. Wtedy właśnie usłyszał na zewnątrz głosy. Gdy to się stało zdał sobie sprawę z tego, że po drodze tutaj nie spotkał w mieście żadnej żywej duszy. Wcześniej jakoś nie zwrócił na to uwagi, teraz szczególnie go zaciekawiło. Nie chciał wychodzić na zewnątrz, z obawy przed tym w jaki sposób ci ludzie mogliby go odebrać. Zdecydował, że wyjrzy tylko przez okno by zobaczyć co się dzieje. Podszedł więc do szerokiej okiennicy tuż obok drzwi na frontowej ścianie budynku i zza zasłony spojrzał na zewnątrz. Miasto, które przed chwilą miał okazję poznać, pełne piękna i niecodziennego uroku, lecz zupełnie puste, teraz tętniło życiem. Na zewnątrz było mnóstwo osób, a każda była zajęta jakąś własną sprawą. Dzieci beztrosko kąpały się w strumyku, jakieś dziewczęta opalały się w blasku słońca, kilku dorosłych mężczyzn nieopodal grało w krykieta, a grupka innych kobiet im kibicowała. Dalej w cieniu rozłożystego drzewa kilku staruszków grało w karty, a dwóch innych przygotowując się do partii układało figury na szachownicy. Z okien domów wyglądały uśmiechnięte buzie dzieci, inne goniły co sił w nogach i tchu w płucach niby bez celu lecz z wielką przyjemnością. Parę osób spacerowało wzdłuż strumyków, niektórzy podziwiali najokazalsze z tamtejszych fontann, wielu głośno dyskutowało. Pewien starzec niczym mędrzec zebrał wokół siebie pokaźną grupę młodzieży i coś opowiadał, choć Bill nie słyszał jego słów przypuszczał, że to jakaś baśń, legenda mit lub przygoda, której bohaterem był on sam. Gdzie by okiem nie sięgnąć tam ktoś coś robił, a każdy z olbrzymim uśmiechem na twarzy i wyraźną radością. Victy przyglądając się temu przecierał oczy ze zdumienia. Przed momentem opustoszałe miasto, teraz pełne gwarnych i szczęśliwych ludzi. Kolejna rzecz, która go zaciekawiła to ich ubiór, każdy był ubrany dokładnie tak samo jak Anton i Bill. Same spodenki, bose stopy i nagie torsy (co do kobiet to piersi nakrywała przepaska). Gdy tylko przestał myśleć o panującej tam nieskomplikowanej modzie, mimowolnie uśmiechnął się pod nosem. Całe to miejsce, nastrój tych ludzi ich pogoda i atmosfera, która tam panowała zaczęła mu się w jakiś magiczny sposób udzielać. Bill był po prostu radosny, gdy na nich patrzył, gdy widział to miejsce, w którym się znalazł. Nie był w stanie tego zrozumieć, nic wcześniej na niego tak nie działało, nie potrafiło go do tego stopnia pobudzić. Tam jednak to się działo, a Bill oczarowany zaczął się doszukiwać w tym magicznych przyczyn, które paradoksalnie uważał za jedyne logiczne. Odstąpił parę kroków od okna i usiadł raz jeszcze w fotelu, a na jego twarzy zaczął się pojawiać uśmiech podobny do tego, który przyozdabiał twarze tutejszych mieszkańców. Zdawałoby się, że Victy czuł się wówczas dobrze, w jego głowie jednak było wciąż zbyt wiele pytań i wątpliwości by móc to tak nazwać.
Kilka minut później ktoś zapukał do jego drzwi. Mężczyzna poderwał się szybko z miejsca i podbiegł do nich oczekując ponownego spotkania z Antonem. Nacisnął klamkę, pociągnął drzwi i zobaczył nie Antona lecz jego przyjaciela Zelta. Widok młodzieńca zaskoczył go, ale nim zdążył zapytać Zelt na wstępie usprawiedliwił Antona i poinformował, że jest tu w jego zastępstwie. Chociaż być może nie miało to większego znaczenia Bill i tak postanowił zapytać. - Dlaczego nie mógł przyjść? - Anton jest dla nas ważną osobą przez co i zapracowaną. Teraz jesteś tu bezpieczny, nic nie może ci się stać i nawet ktoś taki jak ja nie zdoła tego zepsuć. Nie było więc sensu marnować jego cennego czasu angażując go do zadania przy, którego wykonaniu jego przewaga nad każdym z nas na nic by się nie zdała. To kto cię teraz poprowadzi pozostaje bez znaczenia, ważne by to nastąpiło, czego chyba obaj chcemy – Gdy tylko zakończył, kciukiem uniesionym ponad swoje ramię wskazał na to co było za jego plecami, jasno sugerując, że należy już ruszać. Bill nie miał problemu by odczytać myśli Zelta, bez oporów zgodził się także z jego wolą, ale to pewnie tylko dlatego, że w rzeczywistości była to ich wspólna wola. Już po chwili byli na zewnątrz. Tam jeszcze miał okazję przyjrzeć się okolicy, ludziom, których teraz wokół było pełno i raz kolejny przekonał się o tym nadzwyczajnym uczuciu, pełnym ciepła i otuchy. Miał ochotę dopytać Zelta jak to możliwe, w jaki sposób to się odbywa… oraz przede wszystkim, skąd ci ludzie i czemu tak nagle się pojawili. Zdecydował jednak nie pytać już o nic, skoro jest już tak blisko oczekiwanego spotkania. Tym bardziej zniechęcało go w tej kwestii to, że musiałby pytać Zelta – chłopaka, z którym przez całą podróż właściwie nie nawiązał żadnego kontaktu oraz, którego w każdej istotnej dla Billa sprawie wyręczał Anton. - Prowadź więc. – Machinalnie rzucił w stronę Zelta pomimo tego, że sam dałby sobie rękę uciąć, że zna drogę a prowadzi ona do największego i jednocześnie najpiękniejszego budynku w całej okolicy, który Bill zauważył będąc jeszcze w progu dżungli. - Oczywiście. I ruszyli razem, w jedną z najkrótszych, ale jak się wkrótce okaże równocześnie w najważniejszą dla Billa podróż. Dystans, który ich dzielił od celu wynosił zaledwie kilkaset metrów, ale i to wystarczyło by Victy zauważył kolejną dziwną rzecz. Chociaż wielu spośród mnóstwa najróżniejszych osób dokoła przyglądał się uważnie, a nawet chciał nawiązać jakikolwiek kontakt - choćby wzrokowy, oni wszyscy zachowywali się tak jakby Bill nie istniał. Ani trochę nie dziwiła, nie zastanawiała, nie ciekawiła ich obecność zupełnie obcej osoby. Przechodzili obok niego nie rzucając choćby spojrzenia, jednocześnie wymieniając uprzejmości z idącym nie więcej niż półtora metra przed nim Zeltem. W pewnym momencie Bill postanowił sam zwrócić na siebie uwagę obcych, kłaniając się im nisko i pozdrawiając. Ku jego wielkiemu zdumieniu i to nie przyniosło żadnego efektu. Mijano go bez słowa, bez spojrzenia - jak powietrze. W dość naiwny sposób spojrzał po sobie - na swoje ręce, nogi, tułów, tak jakby się spodziewał, że najzwyczajniej ich nie zobaczy. Nic podobnego się nie wydarzyło. Wszystko było na miejscu, włącznie z marnymi spodenkami i niedziałającym zegarkiem na nadgarstku. To nagle przyćmiło wszelką radość, która w pewien sposób udzielała się Billowi poprzez przebywanie w osadzie. Chociaż niepewność oraz zakłopotanie towarzyszyły mu od początku mej opowieści, to w tym momencie po trzykroć powieliły liczbę jednostek biorących udział w natarciu. Victy nie chciał się nad tym długo zastanawiać. Poczuł się jak wyzwolony z amoku. Przypomniał sobie doskonale co się dzieje i w jak beznadziejnej sytuacji się znajduje. Nie rozumiał jak mógł przed momentem odczuwać spokój i uśmiechać się. Odzyskał trzeźwość umysłu, przez co zaczął się bać tego miejsca, lecz w sposób, który powoduje respekt lub świadomość siły. Wiele wskazywało na magię, urok, którym niczym śpiew syren osada obezwładniała i zjednywała sobie łaski. O tym również Victy pomyślał i choć trudno było mu zaakceptować podobne twierdzenie, to chyba przeważyło szalę i nie pozostawiało mu wyboru. Głęboko zasiane ziarno logiki i tryumfu racjonalizmu ostatecznie obumarło ustępując pola setce zawiłych pytań. - Nawet nie wiesz jak bardzo ci teraz zazdroszczę. Sam doskonale pamiętam moment gdy byłem w twojej sytuacji. Najpewniej nigdy go nie zapomnę. – Nagle przerwał ciszę Zelt. - W mojej sytuacji!? przeszedłeś to samo co ja!? Jak możesz mi zazdrościć? Czego? Przecież to najgorszy dzień mojego życia? Nie widzisz tego co się ze mną dzieje? Tkwię tutaj z dala od domu, bliskich, nie wiem gdzie jestem ani dlaczego. Nie pamiętam nic z mojej najbliższej przeszłości. Prowadzi mnie zupełnie obcy gość, który wraz ze swoim dziwnym kumplem zna mnie doskonale. Opowiadają mi o rzeczach, których nie rozumiem, a których jawne wypowiadanie w okolicach z których pochodzę aspiruje do pobytu w jedynie słusznym szpitalu. Przeszedłem kilka kilometrów gęstej dżungli po to by dotrzeć do tej… „osady…?”, tego „miejsca…?”, które pomimo tego, że jest z dala od cywilizacji pośrodku dżungli wygląda lepiej niż te zamieszczane w katalogach biura podróży. Ludzie, których tutaj spotykam w ogóle nie zwracają na mnie uwagi, pomimo tego, że witam się z nimi i kłaniam się im,
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil BillVicty
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…