Wróć do katalogu

Bitwa o twierdzę zwaną Księżycową Wieżą - Rozdział

:)

carys, opublikowano , 17 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Powierzchnia

Pożegnania

Księżycowa Wieża zniknęła na dobre, podobnie jak całe miasto, z którego pozostały jedynie szarawe sterty gruzu. Wybuch mocy był tak potężny, że zmiótł wszystko z powierzchni w promieniu kilkunastu kilometrów od epicentrum. Szczyt góry, na którym zbudowano Illaivlen, został dosłownie zmieciony, a gęsty las, rosnący nieopodal bram, wyrwany z korzeniami i przeniesiony potężnym podmuchem w dolinę. Carys, oszołomiona po ostatnim wydarzeniu, podniosła się z ziemi i rozejrzała wokół. Niedowierzając, przetarła oczy, i jeszcze raz popatrzyła po otaczających ją, niemal równych kamiennych masach będących kiedyś domami. -Do stu zdechłych kapci! - stęknęła. - Illaivlen wyparowało! W powietrzu unosiły się jasnoniebieskie, świetliste drobinki. Carys, zaintrygowana tym niecodziennym zjawiskiem, wyciągnęła dłoń ku najbliższej grupie. Poczuła lekkie mrowienie na skórze w miejscu, w którym się z nią zetknęły. Z cichym syknięciem drobinka o wyglądzie śniegowego płatka roztopiła się na jej dłoni. -To... magia... - stwierdziła Carys, gdy zaczęło otaczać ją coraz więcej niezwykłych drobin. I chociaż nigdy nie korzystała ze swej mocy, po prawdzie szczątkowej, jako że była w połowie człowiekiem, doskonale czuła, jak jej ciało wypełnia dobrze znana energia. Panna Velmondo nieudolnie wstała i utorowała sobie drogę przez otaczającą ją kupkę gruzu, która jeszcze chwilę temu była fragmentem potężnego muru ze strażnicą. Martwa cisza panująca nad pobojowiskiem nie dawała jej spokoju. Głośno zaklęła, widząc odarte do krwi kolano, lecz rana szybko zniknęła przy dotyku świetlistych płatków. Carys ostrożnie ruszyła przez ruiny, wypatrując znajomych twarzy. Kilka kroków od jej kryjówki leżało dwóch drowów, a raczej to, co z nich zostało. Ich ciała były na wpół zwęglone, pozbawione zbroi, której resztki wtopiły się w zwłoki. Większa część takielunku, zapewne pod wpływem magicznego światła, zupełnie wyparowała. Obydwaj ściskali w dłoniach nadpalone rękojeści mieczy. Same mithrillowe ostrza spotkał ten sam los, co zbroje. Szeroko otwarte oczy drowów spoglądały w niebo, zastygłe twarze wyrażały zdumienie i dezorientację. Carys zrobiło się słabo i przysłoniwszy usta kawałkiem płaszcza, usiadła na białym bloku, tyłem do zwłok. Czuła, że jeżeli jeszcze chwilę postoi, straci grunt pod nogami. Jej nogi były niczym z waty. Wszędzie, jak okiem sięgnąć, widziała ciała. Czarne, nadpalone... martwe. I gruzy. Bezwiednie przesunęła dłońmi po twarzy, ramionach. Tylko kilka bitewnych zadrapań i otarć będących skutkiem przedzierania się przez ruiny. Żadnych widocznych śladów po oparzeniach. Miała niesamowite szczęście, że skończyło się tylko na takich ranach i nie wątpiła, że miało w tym swój udział jej szemrane pochodzenie. Tuż obok niej zakrakał Milo. Niezdarnie wdrapał się na kamień i szturchnął dziobkiem ramię swej pani, by zwrócić na siebie jej uwagę. Carys przytuliła ptaka do piersi. -Co tu się wydarzyło? - zapytała, kręcąc głową. - Mam kompletną pustkę w pamięci! -Jedno wielkie "bum" - zakrakał Milo, strzepując z piór wirujące płatki. - Masz krakersa? -A skąd ja ci wytrzasnę krakersa? Xiiś zawsze przemycał w torbie... Carys nagle oprzytomniała. Co się stało z jej przyjaciółmi? Czy byli cali, czy też spotkał ich ten sam los co ciemnoskóre elfy, które widziała na pobojowisku? Szybko ruszyła przez ruiny, nawołując po imieniu. z niepokojem, pospiesznie odwracała napotkane zwłoki na plecy, by móc przyjrzeć się twarzom, za każdym razem prosząc w myślach, by nie był to żaden z jej przyjaciół. Polegli w walce Illaivleńczycy nie zginęli od światła, które najwyraźniej poparzyło ciała drowów. Tego była pewna. Zadane im rany pochodziły od mithrillowych mieczy. -Algernon... - szepnęła, widząc znajomego prześladowcę, który właśnie dogorywał, przygnieciony odłamkami ceglanej ściany. Obojętnie patrzyła, jak złapany w pułapkę generał zaciska zbolałe palce na kamieniach, próbując je poruszyć. Wzrok drowa padł na Carys. -Ty zdradziecka dziewucho - syknął i zaniósł się kaszlem. Carys uklękła przy nim. Dłoń drowiego generała zacisnęła się na jej przedramieniu. -To już koniec Algernonie. Koniec twoich marzeń o terroryzowaniu Powierzchni. Przegrałeś. Ty i Melusa. -Tak, przegrałem. Ale zwycięstwo nie należy też do was. Nie można oszukać przeznaczenia. Po nas przyjdą inni... Drowy wrócą na Powierzchnię - powiedział chrapliwie i całkiem znieruchomiał. Carys z obrzydzeniem rozwarła trzymającą ją dłoń martwego elfa. Zamknęła mu oczy a siedzący na jej ramieniu kruk zakrakał z pogardą. Panna Velmodno nie wątpiła, by ci z drowów, którzy pozostali w Podmroku, któregoś dnia nie zamarzyli o podboju nowych, nieznanych ziem. Teraz, po zniknięciu Księżycowej Wieży, mogło się to okazać bardzo łatwym zadaniem. Potrzebny był tylko ktoś, kto przełamałby barierę ich strachu przed Powierzchnią. Carys spojrzała przed siebie. Wśród unoszącego się w powietrzu niebieskawego pyłu i mgły, która powoli otaczała ruiny miasta, dojrzała sylwetkę. Ktoś zmierzał w jej kierunku. Rozpoznała mężczyznę. Nathaniel. Zatrzymał się kilka kroków od niej i spojrzał na drowkę z niepewnym wyrazem twarzy. W pierwszym momencie zaskoczył go jej widok i panna Velmondo odniosła wrażenie, że została przez niego spisana na straty razem z ciemnoskórymi demonami, które napadły na Illaivlen. -Nath... - szepnęła po dłuższej chwili milczenia. Chciała podbiec i uściskać Moreya, lecz coś ją od tego powstrzymało. -Czy wszystko w porządku? - zapytała tylko.

***

Xiitane wolno otworzyła jedno oko, później z równym wysiłkiem odemknęła drugie i zmarszczyła mały nosek, czując na nim lekkie pieczenie po zetknięciu z jasnoniebieskim magicznym płatkiem, których całe chmary unosiły się w powietrzu. Niebo pociemniało a chmury opadały coraz niżej, zapowiadając nadciągającą ulewę. W uszach Xiitane potwornie dzwoniło i jeszcze to głośne miauczenie. Miauczenie?! Zerwała się na równe nogi i z czułością przytuliła biadolącego Arewa, którego przygniotła podczas upadku. -Czuję się jak rozjechany naleśnik - sarknął kot, strosząc wąsy i pazurkami próbując utorować sobie drogę na wolność - a pani mnie dalej wałkuje! -No już dobrze, kochanie - Xiitane postawiła kota na ziemi i pieszczotliwie podrapała go za uszami. -Czy ktoś widział mojego szczurka? - rozległ się głos Dani, której postać właśnie wychynęła zza wielkiej sterty poskręcanych belek. - Gdzieś mi gryzoń zniknął w tym całym zamieszaniu. Xiitane podejrzliwie zerknęła na kota, z lubością ocierającego się o jej kolano. -To nie moja robota, szefowa - Arew szybko pokręcił łebkiem z miną niewiniątka. - Nie gustuję w zmutowanych myszach. Jestem czysty jak łza! Z naprzeciwka wyłoniła się postać hrabiego Caleba. -Czy nie tego przypadkiem szukasz? - zapytał, podchodząc do dziewczyny. Za ogon trzymał Pyszczka, który wił się jak oszalały, byleby wydostać się z pułapki. Caleb jednak wolał nie ryzykować kolejnych dziur i wypuścił gryzonia dopiero w ręce Dani. -Moje maleństwo - pisnęła uradowana dziewczyna, chwytając szczurka. "Zmutowana mysz" zamachała ogonkiem i również zaczęła popiskiwać z uciechy. Caleb uśmiechnął się niepewnie i z założonymi na plecach rękoma obserwował scenkę. -To twoje maleństwo potrafi wygryźć bardzo duże dziury - powiedział w końcu. - Chyba gustuje w bawełnie. -To ze zdenerwowania, panie hrabio. Pyszczek nie potrafi się odzwyczaić - skwitowała Dani i dodała: - Oczywiście zwrócę wszystkie koszta... -Co to, do stu piorunów, było? - huknęło coś tuż obok nich, przerywając sielską rozmowę. Spod sterty gruzu wyłonił się Gorbag i aż zagwizdał, rozglądając się po pobojowisku. - Niezła rozwałka. Nawet nie zdążyłem się rozgrzać, a już skończyli. Iście ekspresowe tempo, prawda panie hrabio? - rąbnął Caleba przez plecy, aż ten się zatoczył. Pan Velmondo z przerażeniem wytrzeszczył oczy na stwora, próbując przewidzieć jego kolejny ruch. Wolał nie wyzionąć ducha w przyjacielskim uścisku warga, pomimo żywionej do niego wdzięczności za osłanianie tyłka podczas walki z drowimi łucznikami. Caleb musiał przyznać, że Gorbag świetnie nadaje się na tarczę. Gruba skóra stwora odbijała od siebie wszystkie pociski. -Ktoś widział Dre? - zapytał w końcu hrabia, gdy towarzystwo zakończyło powitania. Nogą odwrócił na plecy jednego z najbliżej leżących drowich trupów i skrzywił się na widok szkaradnie poparzonej…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych