Wróć do katalogu

Blask Ciemnego Miasta cz.7

Bohater dociera na oazę po środku pustyni i... to jest zwrotny punkt opowiadania, gdyż coś w nim pęka.

LegendaPoranka, opublikowano , 21 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

-11-

Następnego dnia dotarliśmy na skraj lasu i początek pustyni zarazem. Zatopieni w myślach oglądaliśmy morze pomarańczowego piasku i falującego od upału powietrza. Staliśmy spokojnie i w ciszy, skryci w cieniu ostatnich drzew. Gdy już mieliśmy ruszać, na odległej wydmie zamajaczyła sylwetka psa. Staliśmy więc nadal w swoim zacisznym miejscu obserwując wlokące się z mozołem zwierzę. Pies, gdy był już niedaleko nas, padł i zdawało się, że dogorywa w prażącym słońcu niczym kiełbasa na ruszcie. Gdy uniósł rękę, zorientowaliśmy się, że jest to człowiek, a nie zwierzę. Pobiegliśmy do niego po gorącym pisaku i na rękach przynieśli go do cienia. Był niezwykle szczęśliwy i wdzięczny, ale jego odkryte części ciała były okropnie poparzone od słońca. Ledwo mówił przez wyschnięte i zrogowaciałe usta. Skóra była popękana i pokryta pęcherzami. - Myślałem, że nie dam rady...- wyszeptał- dziękuję wam. - Byłeś w oazie?- zapytałem. - Byłeś w oazie- powtórzył Echo równie zaciekawiony Białoubranym. - Nie... straciłem nadzieję i zawróciłem. - A jak daleko doszedłeś? - A jak daleko doszedłeś? - Szedłem cały dzień i pół następnego, a potem zawróciłem...- zaczął cicho sapać, ciężko oddychać, jęczeć i w ogóle ledwo trzymał się kupy- pomóżcie mi. To tak piecze... wody... Nie wiedziałem co robić widząc męczącego się w moich rękach człowieka, gdy nagle przypomniałem sobie, że mam... Sięgnąłem do kieszeni białych spodni i wyciągnąłem wazelinę, niedoszły prezent dla Mędrca. Otworzyłem pudełko i zacząłem delikatnie smarować jego spieczone i popękane ciało tłustą maścią. Po chwili widać było, że przynosi to ulgę biedakowi. Echo przyniósł wodę z pobliskiego źródełka i napoił przybysza z pustyni. Gdy Białoubrany poczuł się lepiej, wyciągnął z kieszeni okulary i założył na nos, by lepiej się nam przyjrzeć. Zaczął wtedy wyglądać jakoś bardziej znajomo. Trudno mi określić ile czasu spędziliśmy potem w cieniu lasu opiekując się nim, smarując go i nosząc mu wodę. Kiedy jednak nabrał nieco sił, postanowiliśmy pozostawić go i udać się w dalszą drogę. Gdy rozstawaliśmy się, udzielił nam kilku wskazówek i życzył powodzenia. Mieliśmy się już oddalić, gdy złapał mnie za rękaw i powiedział: - Dziękuję wam za okazaną pomoc. Na pewno się odwdzięczę...- i spojrzał na mnie jakimś dziwnym, znanym mi wzrokiem. W pierwszej chwili nie poznałem go, ale odchodząc na pustynię spojrzałem jeszcze raz w jego stronę i zrozumiałem. Poznałem to ciało pokrywające się teraz świeżą skórą, blizny od oparzeń na nosie i czole. „Na pewno się odwdzięczę...”- zabrzmiało w moich uszach. Zegary chodzą wstecz, Ziemi kręci się w tył...

Surowe i prostolinijne piękno pustyni urzekło mnie i mojego przyjaciela. Choć doskwierał nam upał i pragnienie, posuwaliśmy się przed siebie nie tracąc czasu. Myślałem o górach, chłodnym wietrze, zalegającym w cieniu śniegu, o szemrzących strumieniach i wodospadach. Pustynia bowiem nie miała dla nas cienia litości i smażyła nas pełną mocą. Nawet krople potu nie spływały po twarzy i nie szczypały mnie w oczy, tylko już na czole wysychały i wyparowywały. Szybko zacząłem tęsknić za lasem i niedawnym pobytem w górach. Przypomniała mi się też pewna bajka z dzieciństwa...

Otóż był sobie pewien handlarz. Nazywał się Leono. Miał własny interes i liczną rodzinę, a życie wiódł szczęśliwe, mieszkając w wiosce wysoko w górach. Był on bardzo ważną osobą, ponieważ skupował od pasterzy i myśliwych skóry różnych zwierząt i sprzedawał je na targu w dolinie, oraz karawanom przemierzającym górskie podnóża. Można by pomyśleć, że kupcowi temu nie brakowało niczego. Ciążyło na nim jednak pewne przekleństwo, a wszystko zaczęło się od podróży poślubnej do odległego i bardzo gorącego kraju, tak odmiennego od rodzinnych gór... Spędzał tam wspaniałe chwile ze swoją żoną przechadzając się po pięknym mieście i dobijając targu z miejscowymi handlarzami. Mieszkańcy tamtej krainy nie znali zimna, ani deszczów, nie wznosili dachów i nie zapełniali niczym okien pozwalając orzeźwiającemu powietrzu krążyć po domu. Młodej parze podobali się wiecznie opaleni tubylcy i doskonale słodkie owoce z oaz. Leono z przyjemnością stąpał po piasku nie obawiając się odmrożeń, załamań pogody, ani zamieci śnieżnych. Gdy kupował pewnego razu kolejny drogi prezent dla swojej żony, ktoś złapał go za ramię i odezwał się: - Panie, błagam cię, pomóż... - Odejdź żebraku!- odepchnął brudnego człowieka w poszarpanym i starym ubraniu. Leono nie chciał się zadawać z zaniedbanym i owłosionym niczym małpa człowiekiem. Pomyślał, że musi mu być strasznie gorąco w jego kudłach. On sam miał pięknie przystrzyżoną brodę, spięte w kucyk włosy i nosił przewiewną togę. - Nie jestem żebrakiem, panie- przybysz nie dawał za wygraną. - To kim niby? - Byłem kupcem z gór jak ty, panie. Przed rokiem jednak, gdy handlowałem w tej krainie, zostałem napadnięty i okradziony ze wszystkiego. Straciłem dziewiętnaście wielbłądów, trzy podróżujące ze mną nałożnice, służbę, całe złoto, skóry, jedwab, sól, wszystko. Zostałem sam jak palec na pustkowiu i od roku tułam się i żebrzę... - Czyli jesteś żebrakiem- uśmiechnął się Leono. - Panie! Jesteś kupcem z gór, jak ja. Pomóż mi! - Skąd wiesz, że nim jestem. - Popatrz na nas. Masywni i obficie owłosieni, o grubej skórze i jasnej karnacji. Nie nadajemy się tu. Pocimy się i dyszymy w upale. Jesteśmy góralami! Pomóż mi bracie! - Odejdź ode mnie żebraku!- odepchnął go i oddalił się oburzony Leono. Szybko zapomniał o incydencie i oddał się rozkoszom poznawania nowej żony. Gdy więc następnego dnia wyszedł przed pałac w którym gościł, zdziwił się niezmiernie na widok włóczęgi czekającego już od samego rana. - Witaj czcigodny kupcze. - Czego chcesz znowu? Powiedziałem ci, żebyś mnie zostawił w spokoju- zdenerwował się Leono. - Panie- upadł na kolana biedak- od roku tułam się po tej okropnej ziemi tęskniąc z każdym dniem coraz bardziej za domem i swoimi górami. Moje tułacze życie to męka od upału i ból za utraconym domem. Jesteś jak widać bogatym panem, więc błagam cię, pomóż mi powrócić do ukochanej krainy. Leono nie słuchał go jednak, lecz kazał straży przepędzić. Drugiego dnia historia powtórzyła się, ale żebrak został do tego jeszcze pobity. Powracał jednak każdego dnia błagając o pomoc. Ten niegdyś bogaty kupiec i wyniosły pan oferował teraz nawet swoją służbę i fizyczną pracę, w zamian za wywiezienie z powrotem w stronę domu przez ogromną pustynię. Nie mógł przejść jej bowiem na nogach, bo nikt tego nie zdołał jeszcze dokonać. Leono pozostał jednak długo nieugięty, gdyż był bardzo złośliwym człowiekiem. Dopiero pewnego dnia uległ namowom żony zmęczonej prześladującym ich żebrakiem. Nie cieszyło go to, gdyż nie lubił zmieniać zdania. Kazał jednak wezwać go do siebie i powiedział: - Zgoda. Obiecuję znaleźć pierwszą karawanę jadącą przez tę pustynię i opłacić ci podróż, bo nie chcę cię więcej widzieć na oczy- na co żebrak padł do jego stóp i rozpłakał się ze szczęścia. Żona Leono była bardzo dumna ze swojego dobrego i hojnego męża, a on sam cieszył się, że pozbył się natręta. Już następnego dnia bowiem żebrak wyruszył z karawaną w stronę gór i utęsknionego domu. Ze łzami w oczach dziękował swojemu wybawcy obiecując modlitwy o jego zdrowie, o zdrowie jego żony, potomstwa i ich wieczne szczęście. Niedługo potem pobyt Leono w piaskowej krainie dobiegł końca i udał się on wraz ze swoją karawaną w podróż powrotną w stronę gór. Wszyscy bardzo cieszyli się, gdyż upał i klimat zaczynały już im doskwierać. Szczęśliwie powrócili do domu i rozpoczęli normalne życie. Interesy miały się dobrze, na świat przyszły zdrowe dzieci, lecz cała rodzina Leono w dziwny sposób zaczęła się męczyć. Dręczyły ich ciężkie sny, dreszcze i w jakiś niewytłumaczalny sposób zaczęli obawiać się zimna, gór, szybko zapadającego zmroku, a nawet śniegu. Leono zaczął tęsknić do miasta w odległej i gorącej krainie. Pewnej nocy, podczas nasilających się dolegliwości i sennych majaków, zobaczył ponownie żebraka z pustynnego miasta. Człowiek ten, pogrążony w histerii, wyrywał sobie włosy i wybijał własne zęby podczas obłąkanego tańca wokół ogniska rozpalonego po środku odciętej od świata oazy. „Przeklinam cię chciwy i nieczuły kupcu! Przeklinam ciebie, twoich synów, córki i wnuki. Niech dla mnie zemsta i żal, a dla ciebie nauczka i przekleństwo płyną z tej pustyni do twojego domu w tych pięknych i chłodnych górach. Przeklinam cię! Poznaj co to tęsknota. Ty i twoje dzieci, ich potomstwo i tak na setki pokoleń, aż po koniec świata. Moja śmierć, wasze przekleństwo...” Leono zatęsknił za pustynią i upałem. Górski klimat nie dawał mu żyć, więc pogodzony z wolą własną i całej rodziny, postanowił sprzedać majątek i wynieść się na pustynię. Po miesiącu pobytu tam, okazało się jednak, że znów było im za gorąco i za sucho. Tęsknota za górami znów spędzała sen z powiek całej rodziny. „Żono. Muszę ci coś wyznać- powiedział w końcu podczas kolejnej tułaczki za lepszym miejscem- Pamiętasz tego żebraka błagającego nas o zabranie w góry?” „Tak, pamiętam jak mu pomogłeś.” „ Nie. Nie było żadnej karawany jadącej w góry, a nie chciałem go brać z nami. Sprzedałem go w niewolę ludziom pustyni...”

Myślę, że noszę w sobie przekleństwo rodziny Leono. Myślę, że wielu ludzi je nosi. Nigdy i nigdzie nie ma tak, żebyśmy nie myśleli, że może być lepiej. Zawsze tęsknię do czegoś, co było, lub pożądam coś, co dopiero może nastąpić. Gdy zaczął doskwierać mi upał, zatęskniłem za chłodem gór. Zawsze już w styczniu pragnę lata, a w czerwcu zimy. Tak samo jest z życiowymi planami...

Moja wazelina niezmiernie się nam przydała. Koiła ból ran i spękanych od słońca ust. Pod chłodną warstwą maści doznawaliśmy ulgi, a ja zastanawiałem się, jak często w moim życiu zdarzają się takie udane zrządzenia losu. Po długiej wędrówce przez pustynię spotkaliśmy kolejnego człowieka. Był oczywiście Białoubranym. Również jego uraczyliśmy porcją wazeliny. Pomyślałem, że mógłbym robić niezły interes na handlu takimi pudełeczkami z maścią. - Nie idźcie tam!- ostrzegał nas obcy- To prawdziwe piekło, żar, pustkowie. Oaza jest taka malutka, że łatwo przejść obok. Wtedy jest się już zgubionym. I nikt nie wie dokładnie, gdzie ona się znajduje. - Byłeś w niej?- zapytałem. - Nie... zawracam- odparł…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych