Błękitna Izolacja (Fragment 5)
Luksusowy lot zamienia się w spadającą klatkę. Na bezludnej wyspie przypadkowe spotkanie twardego negocjatora i niedostępnej kobiety przeradza się w surową walkę o przetrwanie.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Błękitna Izolacja - fragment 5
— Idę z tobą — powiedziała krótko. Marek chciał zaprotestować, otworzył już usta, by powiedzieć, że to zbyt niebezpieczne, że dżungla ją wykończy, ale zatrzymał się. Zobaczył w jej spojrzeniu tę samą determinację, którą on miał w barze, gdy wiedział, że samolot spada. — To nie będzie spacer po Sukhumvit, Ewo. Będziemy przedzierać się przez gęstwinę, spać na gołej ziemi i omijać tych trzech typów, o których mówiłaś. — Wiem — odparła, nie puszczając jego ręki. — Ale nie zostanę tu i nie będę patrzeć, jak Sebastian próbuje przejąć kontrolę nad obozem. Wolę zaryzykować w dżungli z tobą, niż czekać tutaj na wyrok. Marek patrzył na nią przez chwilę, a potem powoli skinął głową. — Dobra. Ale najpierw musimy się przygotować. Potrzebujemy zapasu mięsa, wody i czegoś do obrony dla ciebie. Ruszamy o świcie. Przygotowania do wymarszu zaczęły się jeszcze przed zachodem słońca. Marek wiedział, że dżungla nie wybacza braku przygotowania, zwłaszcza komuś, kto do tej pory stąpał głównie po marmurach i miękkich dywanach. Wyciągnął swój nóż i usiadł na pniu obok Ewy. Ogień trzaskał cicho, rzucając długie cienie na ich twarze. — Słuchaj uważnie — zaczął, podając jej rękojeść. — To nie jest zabawka i nie służy do straszenia. Jeśli będziesz musiała go użyć, to znaczy, że sytuacja jest krytyczna. Ewa ujęła nóż. Był ciężki, wyważony i obcy w jej dłoni. Marek objął jej dłonie swoimi, korygując chwyt. Czuła szorstkość jego skóry i pewność, z jaką prowadził jej ruchy. — Nigdy nie tnij na oślep. Jeśli ktoś cię zaatakuje, mierz w miękkie punkty: szyja, pachwiny, splot słoneczny. Ale przede wszystkim — spojrzał jej głęboko w oczy — twoim zadaniem jest ucieczka. Ja zajmę się walką, ty masz przeżyć. Zrozumiałaś? Ewa skinęła głową, czując, jak dreszcz przebiega jej po plecach. To szkolenie uświadomiło jej bardziej niż cokolwiek innego, że idą w nieznane, gdzie prawo silniejszego jest jedynym obowiązującym. Resztę wieczoru spędzili na pakowaniu zapasów. Magda pomogła im uszyć prymitywne plecaki z pasów bezpieczeństwa i mocnego materiału z obić foteli. Włożyli tam upieczone paski mięsa dzika, dwie butelki wody i kilka owoców, które udało się zebrać Kamilowi. Wiktor patrzył na nich z troską, ale nie próbował ich zatrzymywać. Wiedział, że Marek ma rację — siedzenie w miejscu to powolne umieranie. — Wrócimy za dwa, może trzy dni — powiedział Marek do Wiktora, gdy gwiazdy zaczęły gęstnieć nad wyspą. — Jeśli nas nie będzie czwartego dnia, nie idźcie nas szukać. Pilnuj ognia i strumienia. Ewa położyła się tej nocy blisko Marka, czując pod ręką chłód noża, który teraz należał do niej. Nie spała długo, nasłuchując odgłosów dżungli i miarowego oddechu mężczyzny, który stał się jej jedynym oparciem. Pierwsze promienie słońca przebijały się przez gęste korony drzew, gdy Marek i Ewa, z prymitywnymi plecakami na ramionach, ruszyli w głąb wyspy. Marek szedł przodem, wycinając drogę nożem, a Ewa, ściskając w dłoni swój własny kawałek zaostrzonej stali, starała się stawiać stopy dokładnie tam, gdzie on. Nie oglądali się za siebie, choć oboje czuli ciężar odpowiedzialności za tych, których zostawili przy strumieniu. W obozie atmosfera była gęsta od smutku i odoru, którego nie dało się już ignorować. Wiktor, jako jedyny, który zachował medyczny chłód, wyznaczył Kamila i dwóch mężczyzn do najtrudniejszego zadania. — Musimy to zrobić teraz — powiedział Wiktor, zakrywając nos szmatką nasączoną wodą. — Upał ich nie oszczędza. Jeśli ich nie pochowamy, za dwa dni będziemy mieli tu epidemię, której nie wyleczę żadną apteczką. Zaczęli kopać w piaszczystym nasypie, kilkadziesiąt metrów od szałasów, z dala od źródła wody. Praca była mordercza, a każdy ruch łopatą improwizowaną z kawałka blachy przypominał im o ich własnej śmiertelności. Podczas gdy uwaga wszystkich była skupiona na tym makabrycznym rytuale, Sebastian dostrzegł swoją szansę. Wykorzystując fakt, że Magda i pozostałe kobiety pomagały przy przenoszeniu ciał, bezszelestnie wślizgnął się do głównego szałasu, gdzie na podwyższeniu z liści schowano zapasy upieczonego dzika. Jego dłonie drżały, gdy chwytał dwa duże płaty mięsa. Wcisnął je pod brudną koszulę, czując ich tłuste ciepło na skórze. Rozejrzał się gwałtownie – nikt nie patrzył. Wszyscy stali nad brzegiem wykopanego dołu, słuchając cichych słów modlitwy, którą odmawiała starsza kobieta. Sebastian wycofał się w stronę swojej plaży, czując przypływ triumfu. W jego mniemaniu to nie była kradzież, tylko „wyrównywanie strat”. Nie wiedział jednak, że piach pod szałasem zachował wyraźny ślad jego markowych butów, a jedna z butelek z wodą, którą potrącił, przewróciła się, powoli sącząc życiodajny płyn w ziemię. Marek i Ewa byli już kilometr dalej, nieświadomi, że w ich bezpiecznym schronieniu właśnie narodził się pierwszy akt zdrady. Kamil otarł pot z czoła, opierając się na kawałku blachy, który służył mu za łopatę. Właśnie kończyli sypać ostatni kopiec nad pasażerami, których imion nawet nie znali. Wtedy to poczuł – nagły, nienaturalny błysk na samym skraju horyzontu. Zastygł. Mrugnął raz i drugi, modląc się w duchu, by to nie były zwidy z odwodnienia. — Czekajcie... — wycharczał, prostując się gwałtownie. — Patrzcie tam! Na wschód! Wszyscy odwrócili się w stronę oceanu. Magda osłoniła oczy dłonią. Przez dłuższą chwilę widzieli tylko błękit i białe grzywy fal, aż nagle, między linią wody a niebem, wyłonił się ciemny, kanciasty kształt. Nie był to ptak ani dryfujący kawałek wraku. To był kadłub. Duży, stalowy, przecinający taflę wody z miarową obojętnością. — Statek! — wrzasnęła starsza kobieta, rzucając kij na piach. — Statek! Tutaj! Pomocy! W jednej chwili obóz ogarnęło szaleństwo. Zapomnieli o zmęczeniu, o głodzie, o powadze pogrzebu. Kamil rzucił się w stronę niedogaszonego ogniska, gorączkowo rzucając na nie świeże, zielone liście palmowe, by wywołać gęsty, biały dym. Wiktor i pozostali mężczyźni zaczęli biegać wzdłuż brzegu, wymachując rozdartymi koszulami i krzycząc tak głośno, że aż pękały im struny głosowe. — Tutaj! Patrzcie tutaj! — Kamil wył z rozpaczy, machając rękami w stronę oddalającej się sylwetki. Statek był jednak potwornie daleko. Z tej odległości ich wyspa była tylko kolejną zieloną kropką na bezkresnym oceanie. Biały dym z ogniska, choć gęsty, szybko rozpraszał się na silnym, morskim wietrze. Wielki masowiec płynął swoim kursem, niewzruszony, kierując się prawdopodobnie w stronę odległych szlaków handlowych, o których Marek wspominał na piasku. Krzyczeli, dopóki ich głosy nie zmieniły się w chrapliwy szept. Stali w wodzie po kolana, patrząc, jak jedyna szansa na ratunek powoli niknie, zamieniając się w czarny punkt, a potem w nicość. Zapadła potworna, dławiąca cisza. Kamil opadł na kolana w mokrym piachu, chowając twarz w dłoniach. Słyszał tylko szum fal, który teraz brzmiał jak drwiny. Statek przepłynął, nie widząc ich dymu, nie słysząc ich krzyków. Byli sami. Bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Gdzieś w zaroślach Sebastian, ściskając pod koszulą skradzione mięso, patrzył na to wszystko z ukrycia. Nawet on poczuł ukłucie strachu, ale głód był silniejszy. Skoro nikt ich nie uratował, musiał dbać tylko o siebie. Tymczasem Marek i Ewa, głęboko w dżungli, nie słyszeli nic poza szumem liści. Nie wiedzieli, że ratunek był na wyciągnięcie ręki i właśnie odpłynął w stronę cywilizacji. Gdy statek ostatecznie zniknął za linią horyzontu, na plaży zaległa cisza cięższa niż upał. Kamil wciąż klęczał w wodzie, pozwalając, by słone fale obmywały jego poranione kolana. Wiktor, jako jedyny, zachował resztki opanowania, choć i jego dłonie drżały, gdy poprawiał okulary. — Wracajcie do cienia — rzucił ochryple lekarz. — Musimy pić. Krzyk i słońce nas wykończą. Grupa powlekła się w stronę szałasów jak procesja potępieńców. Magda, chcąc dodać ludziom choć trochę sił, ruszyła prosto do głównego schronienia, by rozdzielić poranną porcję pieczonego dzika. Weszła do środka, mrużąc oczy, by przyzwyczaić się do półmroku. Nagle stanęła jak wryta. — Nie... — szepnęła, a potem jej głos przeszedł w gardłowy krzyk furii. — Nie! Wiktor! Kamil! Chodźcie tutaj! Wszyscy zbiegli się przed szałas. Magda stała przy posłaniu z liści, wskazując oskarżycielsko na puste miejsce, gdzie jeszcze rano leżały starannie zawinięte płaty mięsa. Obok leżała przewrócona butelka, z której woda wsiąkła głęboko w piach, zostawiając po sobie tylko ciemną plamę. — Ktoś to zabrał! — wrzasnęła Magda, odwracając się do pozostałych ocalałych. Jej twarz była czerwona z gniewu, a w oczach lśniły łzy bezsilności. — Podczas gdy my chowaliśmy zmarłych i zdzieraliśmy gardła dla tego cholernego statku, ktoś z nas... ktoś tutaj kradł! — Spokojnie, Magda — próbował mitygować Wiktor, ale chłopak z ranną nogą, jeden z tych, którzy dołączyli ostatni, podszedł bliżej i wskazał na ziemię. — Patrzcie. To nie nasze ślady. Na miękkim piachu, tuż przy wejściu do szałasu, widniał wyraźny odcisk buta o twardej podeszwie i charakterystycznym wzorze, którego nie posiadał żaden z pracujących przy pogrzebie. To był elegancki, miejski but. But Sebastiana. Kamil zerwał się z miejsca, chwytając za zaostrzony kij, który Marek zostawił mu do obrony obozu. — Ten sukinsyn... — syknął chłopak, a w jego oczach zapłonęło coś niebezpiecznego. — My zdychamy z głodu, a on myśli, że może nas okradać, bo ma garnitur? Idę tam. Odzyskam to jedzenie albo on pożałuje, że w ogóle przeżył ten wypadek. — Kamil, stój! — zawołał Wiktor, ale chłopak już biegł w stronę plaży, gdzie stacjonowała resztka grupy Sebastiana. Magda i reszta ruszyli za nim. Frustracja po stracie statku, zmęczenie pogrzebem i teraz ta kradzież sprawiły, że w grupie pękły wszelkie hamulce. Pod nieobecność Marka, który trzymał wszystkich w ryzach swoją chłodną logiką, obóz przy strumieniu zmienił się w rozwścieczony tłum szukający odwetu. Tymczasem Sebastian, ukryty za załomem skały kilkaset metrów dalej, nerwowo przełykał żylaste, zimne mięso dzika, nieświadomy, że właśnie podpisał na siebie wyrok, którego Marek nie będzie w stanie zatrzymać. Szaleństwo na plaży wybuchło w ułamku sekundy. Kamil, napędzany furią i rozpaczą po stracie statku, dopadł Sebastiana przy skalnym załomie. Nie było dyplomacji, nie było ostrzeżeń. Chłopak rzucił się na niego z pięściami, powalając go na piach. — Gdzie to jest?! Gdzie to mięso, ty złodzieju?! — ryczał Kamil, okładając Sebastiana po twarzy. Sebastian, przerażony, przyciśnięty do ziemi, zaczął panicznie macać dłonią wokół siebie. Jego palce natrafiły na ciężki, ostry odłam bazaltu tkwiący w piachu. W chwili zwierzęcego strachu, gdy Kamil brał zamach do kolejnego ciosu, Sebastian zamachnął się kamieniem z całą siłą, jaką dała mu adrenalina. Głuchy trzask pękającej kości uciszył szum oceanu. Kamil zastygł. Przez moment patrzył na Sebastiana z niedowierzaniem, a potem jego ciało bezwładnie osunęło się w bok. Głowa uderzyła o piach, który w mgnieniu oka zaczął nasiąkać ciemną, pulsującą czerwienią. — Kamil! — wrzask Ani, jego dziewczyny, rozdarł powietrze. Wiktor dopadł do nich pierwszy. Odepchnął oszołomionego Sebastiana i rzucił się na kolana obok chłopaka. Jego dłonie, dotąd tak pewne, teraz drżały, gdy próbował zatamować krwotok rozdartym skrawkiem koszuli. — Nie, nie, nie... Kamil, patrz na mnie! Oddychaj! — krzyczał lekarz, uciskając ranę. Ale oczy Kamila już zachodziły mgłą. Zrobił jeden krótki, świszczący wydech, jego klatka piersiowa opadła i już się nie uniosła. Ciało zwiotczało. Wiktor przyłożył dwa palce do jego szyi, czekał sekundę, dwie, pięć... W końcu powoli opuścił rękę. — On nie żyje — szepnął Wiktor, a jego głos brzmiał, jakby pochodził zza grubego muru. Wszyscy zamarli. Nawet wiatr jakby przestał wiać. Sebastian stał kilka metrów dalej, z zakrwawionym kamieniem wciąż w dłoni, patrząc na martwego chłopaka z tępym wyrazem twarzy. Z jego koszuli wypadł nadgryziony kawałek mięsa dzika, lądując w piachu tuż obok zwłok. Ania rzuciła się na ciało Kamila, tuląc jego głowę do swojej piersi, nie zważając na krew, która brudziła jej ubranie. Jej płacz przeszedł w nieludzki, przeszywający skowyt, który po chwili zamienił się w furię skierowaną w stronę Sebastiana. — Ty morderco! — wrzeszczała, próbując się podnieść, by rzucić się na niego z pazurami. — Ty go zabiłeś za kawałek mięsa! Nienawidzę cię! Zabijcie go! Niech ktoś go zabije! Sebastian zaczął się cofać, potykając o własne nogi. Widział wzrok Magdy, widział zaciśnięte pięści pozostałych mężczyzn. W ich oczach nie było już cywilizacji, był tylko wyrok. — To był wypadek... on mnie zaatakował! — skomlał, odwracając się i rzucając do panicznej ucieczki w stronę dżungli. Został tylko trup na piachu, szlochająca dziewczyna i Wiktor, który patrzył na swoje zakrwawione dłonie. Pierwsza krew została przelana nie przez wyspę, ale przez nich samych. Ania nie płakała już łzami. Jej oczy stały się szklane, zimne, wypełnione nienawiścią, która wypaliła w niej wszelki strach. Odepchnęła delikatnie dłoń Wiktora, który próbował ją powstrzymać, i powoli podniosła z piachu zakrwawiony kamień – ten sam, którym Sebastian odebrał życie Kamilowi. — Ania, stój! Nie rób tego! — krzyknął Wiktor, chwytając ją za ramię. — Jeśli pójdziesz za nim teraz, zginiesz w tej dżungli. Marek wróci, on wymierzy sprawiedliwość... — Marek? — syknęła, odwracając się do lekarza. Jej twarz była umazana krwią Kamila, co nadawało jej upiorny wygląd. — Marka tu nie ma. Twoje zasady też nic nie znaczą, Wiktor. Popatrz na niego! — wskazała na bezwładne ciało chłopaka. — On nie żyje za kawałek padliny! Szarpnęła się gwałtownie i wyrwała z uścisku lekarza. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, ruszyła biegiem w stronę ściany lasu, tam gdzie przed chwilą zniknął Sebastian. Biegła boso, nie zważając na kolce i ostre liście, kierowana jedynie pierwotną żądzą odwetu. Wiktor zaklął pod nosem, ocierając dłonią czoło, zostawiając na nim krwawą smugę. Wiedział, że nie może zostawić reszty grupy w takim stanie. Magda i pozostałe kobiety trzęsły się z szoku, a dwóch mężczyzn stało nad Kamilem z tępym wzrokiem. — Słuchajcie mnie! — ryknął Wiktor, próbując przebić się przez narastającą panikę. — Magda, weź resztę kobiet do szałasów. Rozpalcie ogień, niech nikt nie zostaje sam! Wy dwaj... pomóżcie mi. Musimy przenieść Kamila. Nie możemy go tu zostawić na słońcu. Z trudem, unikając patrzenia w martwe oczy chłopaka, podnieśli go i ruszyli w stronę nowo powstałego cmentarza. Wiktor czuł, jak z każdym krokiem ciężar tego ciała staje się symbolem ich upadku. Jeszcze rano byli grupą ocalałych. Teraz byli mordercami i uciekinierami. Tymczasem głęboko w gęstwinie, Sebastian gnał na oślep. Jego eleganckie buty ślizgały się na zgniłych liściach, a gałęzie smagały go po twarzy, zostawiając krwawe pręgi. Słyszał za sobą szelest – a może to była tylko jego wyobraźnia? — To był wypadek... to był wypadek! — powtarzał jak mantrę, dysząc tak ciężko, że aż kłuło go w płucach. Nagle potknął się o wystający korzeń i runął jak długi w błoto. Gdy próbował się podnieść, usłyszał trzask łamanej gałęzi tuż za swoimi plecami. Odwrócił się gwałtownie, spodziewając się zobaczyć rozwścieczonego Marka lub ducha Kamila. Zamiast tego zobaczył Anię. Stała kilka metrów dalej, z kamieniem w uniesionej dłoni. Jej biała sukienka była poszarpana i brudna, a oczy płonęły szaleństwem, którego Sebastian nigdy nie widział nawet u najbardziej bezwzględnych rekinów biznesu. — Ania... proszę... — wykrztusił, cofając się na czworakach. — Ja nie chciałem... — Ty nie chciałeś? — jej głos był nienaturalnie spokojny, co przeraziło go bardziej niż krzyk. — Ty po prostu chciałeś jeść. Teraz ja też czegoś chcę. Zrobiła krok w jego stronę, a cienie dżungli zdawały się zaciskać wokół nich jak pętla. W gęstwinie, gdzie wilgoć dławiła każdy oddech, Sebastian i Ania zamarli. Ich prywatny pojedynek przerwał nagły, ciężki szelest liści. Z cienia olbrzymich paproci wyłoniły się dwie postacie, które wyglądały bardziej jak zjawy z koszmaru niż pasażerowie samolotu. Byli to dwaj z trzech dryblasów, o których wspominała Ewa. Ich ubrania były brudne od zakrzepłej krwi i ziemi, a w oczach płonęło coś zwierzęcego. Jeden z nich trzymał w ręku ciężki, stalowy pręt wyrwany z wraku, a drugi bawił się długim, kuchennym nożem. — Patrz no, kogo my tu mamy, Chudy... — mruknął ten z prętem, szczerząc zepsute zęby. — Biznesmen w błocie i laleczka z zakrwawionym kamieniem. Wyglądacie, jakbyście właśnie mieli rodzinną sprzeczkę. Sebastian, trzęsąc się na czworakach, cofnął się w stronę Ani, zapominając na moment, że to ona chciała go zabić. — Pomóżcie mi... — wykrztusił. — Ona zwariowała! Chce mnie zamordować! Wyższy z dryblasów, ten zwany Chudym, zaśmiał się gardłowo. Spojrzał na zakrwawioną sukienkę Ani, a potem na ślady walki na ich twarzach. — Myślisz, że nas obchodzą wasze fochy? — splunął pod nogi. — Szukamy żarcia. I alkoholu. Widzieliśmy, że wasz "kapitan" Marek coś tam pichcił przy strumyku. Ania, mimo szoku, nie opuściła kamienia. Jej wzrok powędrował za plecy mężczyzn. Zauważyła coś, co sprawiło, że jej żołądek podszedł do gardła. Kilka metrów dalej, pod krzakiem, leżało bezwładne ciało trzeciego z nich. Jego czaszka była zmiażdżona, a kieszenie wywinięte na lewą stronę. — Gdzie ten trzeci? — szepnęła, wskazując palcem na zwłoki. Dryblas z prętem wzruszył ramionami, jakby mówił o pogodzie. — Gruby był zachłanny. Myślał, że złoty Rolex i portfel kapitana należą się tylko jemu. Nie lubimy zachłanności w zespole, prawda Chudy? Więc zrobiliśmy mu małą reorganizację czaszki. Teraz
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Egzekutor27
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…