Wróć do katalogu

Bogowie grają w kości - rozdział I

Trwało to trochę, ale cuda się zdarzają - udało mi się dokończyć pierwszy rozdział. Rzecz dzieje się kilkanaście lat po wydarzeniach z prologu. Nowi bohaterowie i zarysy wątków. Jeśli ktoś zajrzy, życzę powodzenia, przyda się :)

Czapla, opublikowano , 42 min czytania, 4,7 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

ROZDZIAŁ I

Posiadłość klanu Sebirth, czasy obecne.

Światło księżyców sączyło się przez wybite szyby, oświetlając zdemolowany pokój. Srebrna poświata pełzła po połamanych nogach foteli, wywróconych stolikach, przemykała po podartych tapetach. Odpryski szkła lśniły blado. Zniszczony pokój zdawał się być wymarły i taki był w istocie - pusty i dryfujących w ciemności. Drake ostrożnie przekroczył kolejnego trupa. Stąpał delikatnie, starając się nie naruszyć żadnego przedmiotu. Zmrużył fioletowe oczy, przelotnie spojrzał na nieruchome ciało. Zabity zdawał się spać, jak każdy człowiek zmęczony po całym dniu. Jedynym co psuło to wrażenie, był żelazny pręt sterczący pomiędzy łopatkami mężczyzny. Drake zapragnął go wyjąć i cisnąć w kąt, jednak powstrzymał się. Szarpanie się ze zwłokami nie miało sensu. Nie powinien niczego ruszać, właściwie nie powinien tu wchodzić. Jaki sens ma chodzenie po zniszczonych pokojach i przeskakiwanie trupów? Na zewnątrz czekają na mnie ludzie, pomyślał. Niech czekają. Przeszedł do następnego pokoju. Znalazł się w przestronnej komnacie. Zerknął w bok. Drzwi, a właściwie to co z nich zostało, leżały kilka metrów dalej. Ich kawałki rozsypały się w niekontrolowanej mozaice. Drake rozejrzał się z ciekawością. Sypialnia. Skłębiona kołdra, połamany stolik, krew wsiąkająca w dywan. Pokręcił głową z dezaprobatą. Podszedł bliżej, nagle zatrzymał się. Przy łóżku dostrzegł zarys niewielkiej budowli. Podszedł bliżej i zobaczył domek dla lalek. Małe cudo z kolumienkami podpierającymi dach, drewnianymi okiennicami i czerwoną dachówką. Przed ozdobnym wejściem do domku leżała porcelanowa lalka. Blada, delikatna twarzyczka ginęła w burzy loków, piórek i kokardek. Nienaturalnie długie, podwinięte do góry rzęsy przysłaniały parę błękitnych oczu. Zabawka leżała z wyrzuconymi na bok rączkami, bezmyślnie gapiąc się w sufit. Jak to u lalek, na różowych ustach zastygł figlarny uśmieszek. Powieka Drake’a zadrgała lekko. Gdzie właścicielka zabawki? Dziewczynka o białej buźce i takim samym słodkim wyrazie twarzy. Zabrana? Zabita? Spojrzał z odrazą na lalkę. Podszedł i bez zastanowienia położył obcas buta na kształtnej główce. Porcelana pękła z cichym chrupotem, lazurowe oczy zaszły mgłą. Loczki nagle oklapły, stając się zwykłym kłębkiem włosów. Przekręcił but, szczątki zachrzęściły lekko. Drake poprawił rondo kapelusza, odwrócił się. Ruszył dalej.

Musiał przyznać, byli skuteczni. Skuteczni, bezosobowi, bezlitośni, zimni. Cesarzowa zawsze miała gust, pomyślał z ponurym rozbawieniem. Znowu potwierdzała się teza, że brak emocji oznaczał sukces. Na szczęście zdążył się przyzwyczaić. Nie był co prawda zadowolony ze zdemolowania domu – zniszczenia są zbędnym wysiłkiem. Bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby sprawdzał, czy nie znajdzie nikogo żywego. Nagle pomysł dalszego przejścia przez dwór uznał za śmieszny. Już miał zawrócić, gdy kątem oka dostrzegł ruch. Powoli odwrócił się w tamtą stronę. Między fotelem a komodą kuliła się młoda dziewczyna. Czepek służącej przekrzywił na bok i gdyby nie sytuacja w jakiej się znalazła, wyglądałaby całkiem zabawnie. Drake spojrzał na pobitą twarz i ręce kurczowo ściskające czerwony fartuch. Gdy służąca dostrzegła mężczyznę skuliła się jeszcze bardziej. Podszedł do niej. - Spokojnie - szepnął miękko, kciukiem gładząc ją po policzku. Przesunął palcem po swoim pasie, sięgając do torby. Dziewczyną wstrząsnął dreszcz. Wyjęty nóż gładko przeciął skórę. Służka tylko westchnęła cicho. Odsunął kosmyk opadający jej na czoło. Schylił głowę. Cicho, spokojnie. Wstał, wytarł ostrze.

Sprawdzał każde pomieszczenie, upewniając się, czy nikt nie pozostał przy życiu. Do końca napotykał jedynie stygnące ciała i strzaskane meble. Wszystko przypominało groteskową galerię oryginalnych rzeźb. Po pewnym czasie z zadowoleniem stwierdził, że może wracać. Fiołkowe oczy zwęziły się lekko, gdy po raz ostatni omiatały spojrzeniem pokój. W końcu miarowym krokiem skierował się w stronę wyjścia. Minął przestronny hol, doszedł do drzwi. Strzaskane skrzydła wrót wisiały w zawiasach, kołysząc się lekko. Po chwili owiało go rześkie powietrze. Na podwórzu czekali pozostali członkowie grupy, siedzący już na koniach. Towarzysz Drake’a uniósł w górę lampę, machnął ręką. - Możemy wracać? Ten skinął głową. Spojrzał na luzaka i przerzuconego przez jego grzbiet mężczyznę. - Żyje – towarzysz zdawał się zgadywać jego myśli. Drake przypomniał sobie domek dla lalek. - A ta mała? - Z mamką. Obie śpią. Do cesarzowej dostanie się cała i zdrowa. Drake machinalnie skinął głową. - Dobrze. Bardzo dobrze. Podpalcie dwór. Podjechał do powozu, gdzie znajdowało się dziecko. Dziewczynka faktycznie spała. Jej drobna twarzyczka ginęła w burzy blond loków i wstążek. Różowe usta rozchyliły się lekko. Drake zacisnął zęby. Ozy pewnie są niebieskie… Znad lasu zerwał się wiatr. Drake spojrzał na pogrążony w ciemnościach dwór. Jeden z księżyców posrebrzył ściany, jego światło załamywało się na pobitych szybach. - Czy łuna nie będzie wydawać się podejrzana? – zapytał jeden z podwładnych. - Cesarzowa zna konsekwencje swoich czynów – odparł zmęczonym tonem. – A konsekwencją jest brak konsekwencji. Podpal i ruszajmy. Uderzył piętami w boki konia, jeźdźcy powoli weszli w las. Drake jechał na czele i mimo wszystko był zadowolony. Dostarczy najważniejszego z klanu Sebirth i jego córkę. Dzień można zaliczyć do udanych. Kątem oka zerknął na nieprzytomnego mężczyznę. Nie przypominał dzisiejszych arystokratów, raczej potomka starych, konserwatywnych rodów, których tradycja nie zmieniała się od wieków. Klany te kojarzyły mu się z zamkami, wilczymi skórami i surowym pięknem, nie z wymuskanymi salonami. Jednak tak dzikie rody odchodziły powoli w zapomnienie, ustępując miejsca młodszym. Nowoczesnym, pomyślał z drwiną. Jeszcze raz przyjrzał się mężczyźnie. Jak go zwą? Roan Sebirth. Idealista z tradycjami, współpracujący z Feniksem. Innymi słowy, zdrajca cesarzowej, a więc wszystkich. Czy wiedział, na co się porywa i co ryzykuje? Drake poklepał konia w szyję, jakby licząc, że zwierzę mu odpowie. Widać niektórzy nie wiedzą, kiedy przestać, pomyślał. Nie współczuł Roanowi. Nie przejęła go też myśl, że poleje się szlachecka krew. Chętnie oddał się rozmyślaniom, które i tak nie zniszczyły chłodnego dystansu. Roan był jego zleceniem, dopiero potem człowiekiem. Przyspieszyli, chcąc jak najszybciej ujrzeć trakt. Z oddali dobiegł ich syk ognia. Wszystko spłonie, pomyślał z nostalgią Drake. Wspomnienia i miejsca zasypie popiół. Klan Sebirth zapewne powstał w ogniu i w ogniu umrze. A potem, gdy dopali się ostatnia deska, znowu zostanie cisza.

***

Meyra przeciągnęła się leniwie. Zmrużyła oczy, pozwalając by promienie słońca łaskotały jej skórę. Dachówki były nagrzane przez słoneczne ciepło, nieopodal szumiały drzewa. Wiatr buszował pośród gałęzi i na podwórzu klasztoru. Odemknęła jedno oko, przyglądając się powiewającym prześcieradłom przerzuconym przez sznury. Potem otworzyła drugie oko i spojrzała przed siebie. Jej spojrzenie napotkało niezmącony, radosny błękit. - Witaj, niebieski – wymamrotała. Stwierdziła, że powinna powoli się podnieść, jednak jedyne na co się zdobyła to podciągnięcie spódnicy, by odsłonić kolana. Zamruczała cicho i wreszcie podźwignęła się na łokciach. Znajdowała się na dachu jednego z budynków klasztoru. Budowla sąsiadowała z jednej strony z podwórzem, a z drugiej ze zdziczałym ogrodem i kawałkiem grządek uprawianych przez adeptki. Wszystko to otoczone było niewielkim, walącym się murem. Na to wspomnienie uśmiechnęła się słabo. Mur podobno miał odgradzać klasztor od świata zewnętrznego, ale dla Meyry był tylko drobną przeszkodą, większym wysiłkiem, który pokonywała co kilka dni. Przetarła powieki i spojrzała nieco dalej. Poza murem i ogrodem roztaczały się stoki pokryte winną latoroślą i polami pszenicy. W kotlinie znajdowało się miasto, śmiesznie małe w porównaniu ze wzgórzami. Soczysta zieleń we wszystkich odcieniach zlewała się ze sobą, tłumiąc wszelkie inne kolory. Tylko gdzieniegdzie przebłyskiwało złoto zbóż, biel malowanych wapnem ścian i czerwień dachów. Nad radosnym, kolorowym światkiem czuwał błękit nieba. Meyra wpatrywała się w krajobraz, chcąc zapamiętać go ze wszystkimi detalami. Przymknęła powieki, próbując schować w pamięci ten widok, ciepło, odlegle bicie dzwonów i zapach skoszonej trawy. -Meyra! Zagryzła wargi. - Meyra, no odezwij się. Poczuła, że ktoś pomachał jej przed twarzą. Niechętnie odemknęła powieki i zobaczyła Mensuę, dziewczynę o okrągłej twarzy z włosami spiętymi w ciasny kucyk. - Bogowie, jak ty tu weszłaś?! – Mensua odsunęła się nieznacznie, kurczowo czepiając się dachówek. - Zwyczajnie. Z parapetu na dach. Nasza sypialnia jest na strychu – Meyra wzruszyła ramionami. Mensua wymamrotała coś, po chwili zerknęła na Meyrę i syknęła cicho. Jej twarz zaokrągliła się jeszcze bardziej. - Meyra, zapnij się, jak ty wyglądasz! - Przecież nikt nie widzi. A ty… Mensua zaczerwieniła się, odwróciła wzrok. Meyra przyglądała jej się zdziwiona, mocując się z guzikami bluzki. Mensua uparcie wpatrywała się w swoje paznokcie, jakby nagle zainteresował ją ich kształt. Meyra lekko pokręciła głową. - Jestem ciekawa, jak niby ty się myjesz. - Spóźnimy się na modlitwę – Mensua zignorowała uwagę, wciąż nie podnosząc głowy. Wyglądało to jakby rozmawiała z dachówką. – Matka Takva będzie zła. - Zawsze jest zła, co za różnica – burknęła Meyra, wygładzając spódnicę. Sięgała jej aż do łydek. Westchnęła cicho. – Dobrze, zejdźmy stąd. Starała się nie patrzeć na zielone stoki ani na ogród, by uniknąć przykrego poczucia straty. Mensua powoli kierowała się w stronę krawędzi dachu, sunąc tak ostrożnie jak to tylko możliwe. Każda cząstka ciała Meyry prosiła by zostać, by nie schodzić z powrotem na strych. Dziewczyna skrzywiła się lekko i ruszyła za towarzyszką, pomagając jej wejść przez okno do sypialni. W oddali biły dzwony wzywające na nabożeństwo.

Meyra przygładziła włosy i jak mogąc najciszej, wsunęła się do środka. Natychmiast owiało ją przesycone mdłą wonią ziół powietrze. Zerknęła na ołtarz i jęknęła w duchu. Matka Takva wraz z matką Deborą tkwiły w głębokim pokłonie, monotonnym głosem powtarzając słowa modlitwy. Obok nich asystowało kilka dziewczyn trzymających kadzidła. Spojrzenia wszystkich skierowane były na ołtarz osnuty gęstym dymem. Meyra stanęła na palcach, przyglądając się składanym ofiarom. Po chwili zerknęła na młodsze adeptki. Kilka z nich rozglądało się z zakłopotaniem, jakby nie wiedząc, na czym zaczepić wzrok. Starannie omijały przy tym widok ołtarza.. Meyra skierowała się do ciemniejszego kąta, gdzie nie docierały promienie słońca i kucnęła w kącie. Kolana zapiekł chłód posadzki, potarła bose stopy. Rozejrzała się wkoło. Modlitwy odbywały się w surowej kamiennej komnacie. Kolumny podpierały wysoki strop, przez wąskie okna sączyły się promienie letniego słońca, dające tylko złudną iluzję ciepła i jasności. Nie było tu żadnych ław, świeczników, niczego co można spotkać w nowszych świątyniach. Na kamiennym podwyższeniu przyozdobionym prymitywnymi malunkami znajdował się ołtarz ofiarny, teraz zasłonięty przez Takvę i Deborę. Meyra przymknęła oczy, oparła głowę o ścianę. Zapach kadziła zawsze ją usypiał, przez co nie potrafiła skupić się na modlitwie. Z początku wzbudzało w niej to wyrzuty sumienia, z czasem coraz bardziej wymuszone, w końcu zobojętniała. Ograniczyła się do posłusznego zginania karku i wyklepania formułki w odpowiednim momencie modlitwy. Podobno bogowie zazdroszczą śmiertelnikom krwi i dlatego żądają ofiar, pomyślała ze znużeniem. Nie pamiętała, gdzie to słyszała. Może to tylko zabobon, których zawsze było wiele. Bogowie lubią krew, a maluczcy chętnie ją oddają w nadziei, że zapłata nie będzie nadaremna. Tak jak dzieci w swoich zabawach składają w ofierze pasikoniki i myszy, tak kapłanki – większe zwierzęta. W dawniejszych wiekach fanatyczni wyznawcy godzili się na ołtarzach składać także ludzi, lecz w czasach obecnych ci, którzy nazywają siebie „cywilizowanymi” ograniczają się do zabijania zwierząt. Faktycznie, szalony postęp, jeśli chodzi o naukę człowieczeństwa. Schyliła się, dotknęła czołem posadzki, uderzyła otwartą dłonią o kamienie. Skrucha i przyznanie się do winy. Nie wiedziała, dlaczego wszyscy mają się kajać i dlaczego przewinienia pojedynczych stają się skazą dla wszystkich. Przebaczcie i wróćcie - usta dziewczyny bezbłędnie wypowiadały słowa, zdania, całe wersy. Beznamiętny głos włączył się w modlitewny szum, jednak myśli powróciły do wspomnienia nagrzanego słońcem dachu.

***

Kawa była zimna. Niezbyt go to przejęło. Przez chwilę wpatrywał się w czarny płyn. Patrzył na niego, ale go nie widział. Cały świat przysłaniał w tej chwili nieznośny ból głowy, pulsujący w całej potylicy. Przetarł oczy. Powinien więcej spać. Łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić. Otworzył okno, bez zastanowienia wylał kawę, pocieszając się, że zrobi nową. Ostatnio wszystkie pozornie proste czynności stanowiły wyzwanie. Otworzył szafkę, szukając słoika. {i}Mój drogi przyjacielu, kawa ci nie pomoże.{/i} - Daj mi spokój – mruknął cicho, sypiąc ciemny proszek do brązowego kubka. Coś zaklekotało cicho, jakby nagle ktoś potrząsnął woreczek z kośćmi. Rozejrzał się po przyciemnionej kuchni, w końcu usiadł przy stole, rozprostowując nogi. Ból zaatakował ze zdwojoną siłą, zacisnął zęby. Pozostała mu nadzieja, iż pomęczy się jeszcze parę dni, w najgorszym razie z dwa tygodnie i wszystko minie. Całą wiarę pokładał w wytrzymałości swojego organizmu. Wytrzyma. Nie ma bólu, którego nie da się znieść. Przytknął skraj kubka do warg. Porcelana zdążyła się już nagrzać. - Dzień dobry, Leanie. - Cześć, Jazon. Strzelec powoli wtoczył się do kuchni. Oparł się o framugę, uśmiechnął blado. Całym swoim ciężarem napierał na ramę drzwi, jakby była jedynym punktem zapewniającym równowagę. Granatowy szlafrok osłaniał szerokie barki i potężną sylwetkę mężczyzny aż do połowy łydek. Zmrużył małe, czarne oczy, przez chwilę obserwując chłopaka. Swoim zwyczajem potarł dużą dłonią białe ostrzyżone na jeża włosy. Robił to zawsze, gdy próbował ukryć zmieszanie pod pozorną swobodą. Zapewne liczył, że Lean o tej porze wciąż będzie spał. Jazon gładził włosy jeszcze przez moment, po czym pokuśtykał w stronę szafek. Jego ręce błądziły po blacie. Lean odstawił kubek, wstał. - Usiądź, ja to zrobię. - Nalej mi coś mocnego. - Najwyżej mocną herbatę. - Stara baba jestem, aby pić wodę z liśćmi? - Zachowujesz się jak stara baba – odparł oschle Lean, zaciskając palce na drzwiach od szafki. Jazon milczał przez chwilę. - Późno wróciłeś? - Dość późno – odparł chłopak. Ból pod czaszką znacznie utrudniał rozmowę. – Chcesz posłuchać szczegółów? Nie mógł się wprost powstrzymać, aby nie zadać tego pytania. Od kilku lat Jazon praktycznie przestał interesować się organizacją Feniks. Nie brał udziału w akcjach, nie spotykał się z dowództwem i dawnymi przyjaciółmi. Znał Jazona od kilkunastu lat, ale nie potrafił wyjaśnić postępowania mężczyzny. Chociaż to Strzelec wprowadził go do organizacji, przygotowując do tego, jak w niej przetrwać. Ofiarował mu coś na kształt szorstkiego wsparcia. I gdy Lean praktycznie całkowicie oddał się pod władzę Feniksa, Jazon nagle zrezygnował. Sam Strzelec zwalał wszystko na wiek. „Za stary jestem, by biegać po dachach”. Mimo to, Lean z satysfakcją zauważał choćby cień zainteresowania Jazona Feniksem. Prowokował ciekawość mężczyzny zawsze, gdy tylko miał okazję. - Wiesz, Feniks był kiedyś inny – Jazon obojętnie przyjął kubek z parującą herbatą. – Heron bardzo go zmienił. - Jak było dawniej? - Inaczej? – Jazon uśmiechnął się z ironią. – Feniks był organizacją o znacznie szerszym polu działania. To nie tylko opozycja wobec rządów cesarskich, ale także organizacja charytatywna, społeczna. Walka z władzą to nie tylko sabotaż, ale też swego rodzaju propaganda wśród zwykłych ludzi i praca nad społeczeństwem. - Rano zbieraliście pod świątynią na sierociniec i rozdawaliście ulotki, a wieczorem wysadzaliście budynki? – Lean uniósł brwi. - A jeśli tak, to co? - To masz rację, Feniks bardzo się zmienił. Więc chcesz wiedzieć o czym mówiono? Strzelec znowu się skrzywił, odsunął od siebie nietkniętą herbatę. Nad stołem unosił się mdły zapach mięty. Starszy mężczyzna przetarł kciukiem oczy, wyblakłe źrenice czujnie patrzyły na Leana. Młody mężczyzna siedział naprzeciwko, wyprostowany i spokojny. Jazon miał wrażenie, że to dopiero wczoraj wchodził do brudnego, wynajętego mieszkania z małym, zasmarkanym dzieciakiem, mimowolnym towarzyszem. Dzieciakiem, którego nikt nie chciał kupić, który nie okazał się tak pomocny, jak zapewniał Taar, ani tak pewny siebie, gdy znalazł się w mieście. Może dlatego, że był po prostu małym, przestraszonym chłopcem, który dopiero z czasem pozbył się lękliwego spojrzenia i wszy. Teraz siedział przed nim dwudziestokilkuletni chłopak o żywym spojrzeniu. Tylko ciemna karnacja i ostrzejsze rysy twarzy zdradzały, że nie pochodzi z tutejszych regionów. Akcent Leana zdążył zniknąć, pozostało mu tylko wolniejsze wypowiadanie słów i lekkie zaciąganie ostatnich sylab. Jazon spojrzał w czarne jak węgle oczy podopiecznego i miał wrażenie, że zobaczył siebie sprzed wielu lat. W źrenicach tliło się całkowite oddanie ideom Feniksa. - Kolejna akcja, zgaduję – mruknął cicho Jazon. Nagle zmarszczył brwi i chwycił Leana za rękę, palcem pocierając wierzch jego dłoni. Wpatrywał się w znajdującą się tam niewielką siedmioramienną gwiazdę. – Skąd to masz? - To się nazywa tatuaż, nie wiem, czy słyszałeś. - Zmyje się? – Jazon znowu potarł malunek. - Mam nadzieję, że nie – Lean uśmiechnął się nieznacznie. - Bezsensowny pomysł. Po takich znakach łatwiej będzie cię rozpoznać, a przecież nie o to chodzi. Mężczyzna wzruszył ramionami, wstał, bez pośpiechu podszedł do okna. Na ulicach pojawiało się coraz więcej ludzi, w oddali rozlegały się odgłosy miasta. Ich mieszkanie znajdowało się na strychu, więc Lean mógł obserwować dachy niższych kamienic, szare wstążki ulic i ciemne obłoki dymu unoszące się nad miastem. Dwa piętra niżej ktoś wylewał brudy do rynsztoka, a na pobliskim śmietniku żerowały bezdomne psy. Lean podziwiał te uroki codziennie. Miasto rozrastało się szybko i niekontrolowanie. Bez ładu i składu tworzyły się nowe dzielnice i slumsy, na siłę i niedbale doczepione do starej części miasta. Wielki, brudny, ale tętniący życiem organizm, który dla Leana tak naprawdę znaczył niewiele. Był jego domem tylko z nazwy. Bez żalu odwrócił wzrok. Jazon kiwał się sennie na krześle, lekko zgarbiony i obojętnie obserwujący własne paznokcie. Kilkanaście lat temu Lean zjawił się tutaj zaciągnięty przez małomównego olbrzyma ze strzelbą przewieszoną przez ramię. Zbyt przestraszony nowym miejscem, nie potrafił zdobyć się na jakakolwiek sympatię wobec Jazona, który sam niczego mu nie ułatwiał. Jednak z czasem codzienna oschła i wysilona uprzejmość zamieniła się w przywiązanie. Jazon wprowadził go do Feniksa, gdy jeszcze interesował się organizacją. Był jego opiekunem, na początku z przymusu, potem z własnej woli i Lean był mu za to wdzięczny. Jednak teraz obserwował nieco zgarbionego mężczyznę z siatką zmarszczek, jakby ktoś poorał twarz mężczyzny cyrklem lub nożyczkami. Obecny Jazon z wiecznie zmrużonymi oczyma, mętniejącymi już po szklance wina i ochrypłym głosem. - I czego się gapisz? – Jazon podparł głowę rękoma, aby ta nie uderzyła o blat stołu. – I co widzą te twoje ciemne ślepia? Lean nie odpowiedział. Mimo lat, niektóre rzeczy się nie zmieniły. Dotknął skroni i skrzywił się lekko. Znowu miał wrażenie, jakby ktoś uderzył go w tył głowy. Jak przez mgłę słyszał szuranie, odsuwane krzesło i przyciężkie kroki kierujące się do korytarza. - Nie życzysz mi udanej misji? – zawołał jeszcze. Nie spodziewał się zobaczyć Jazona wcześniej niż jutro. Strzelec oparł się o ścianę, powoli odwrócił głowę w kierunku Leana. Jego głowa prawie dotykała górnej części framugi. - Feniks bardzo się zmienił, mówiłem ci już? – wymamrotał i zniknął w ciemnym korytarzu. Lean stał jeszcze przez chwilę, po czym usiadł przy stole i sięgnął po kubek. Kawa była już zimna.

***

Pokój wypełniony był szumem rozmów, ale dla Meyry zdawało się to nie mieć żadnego znaczenia. Obserwowała jak pasy światła kładą się po ścianach, a cienie innych dziewcząt raz za razem zmieniają kształty. Wyprostowała nogi, podciągnęła spódnicę i zerknęła na swoje dłonie. Chciała się upewnić, czy wciąż jest tam pomięty kawałek papieru. Rozwinęła go i znowu przeczytała krótkie zdanie, czując jak z każdą chwilą rośnie jej ekscytacja. Myślał o niej. Myślał o niej tak długo, jak wyrywał…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych