Wróć do katalogu

born2die (cz.1)

sensacja z wątkiem romantycznym

To_Ya, opublikowano , 16 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

1

Profesor Carlsson, po zakończeniu swoich – tak bardzo przezeń nielubianych – czynności administracyjnych, odwiesił do szafy marynarkę i opuścił gabinet. Długim korytarzem udał się w kierunku laboratorium. Po wetknięciu identyfikatora w szczelinę czytnika wprowadził kod. Grube, stalowe drzwi zaczęły się powoli otwierać. Carlsson wszedł do śluzy, założył srebrzysty, przypominający strój astronauty kombinezon, sprawdził wskazania ciśnieniomierza na zintegrowanym ze skafandrem „plecaku życia”, po czym założył hełm i odkręcił zawór powietrzny. Po odczekaniu kilkudziesięciu sekund, w czasie których syk poinformował o wymianie powietrza w pomieszczeniu śluzy, ponownie wprowadził kod na klawiaturze panelu sterującego i otworzył drzwi prowadzące do laboratorium. Choć było ono dla niego drugim domem, a może nawet czymś ważniejszym od domu, przekraczając jego próg nieodmiennie odczuwał przechodzący po krzyżu dreszczyk emocji. To, co znajdowało się za dostępnymi dla niewielkiej grupy „wtajemniczonych” drzwiami, wyglądało jak wnętrze jakiejś stacji kosmicznej z przyszłości. Liczne komputery, mikroskopy elektronowe, skomplikowane zestawy aparatury chemicznej, oraz mnóstwo innych, nierozpoznawalnych dla osób postronnych urządzeń wypełniało stojące wzdłuż ścian pomieszczenia stoły laboratoryjne. Profesor przechadzał się powoli przez laboratorium, zamieniając z każdym, spośród ubranych w takie same jak on kombinezony pracowników przynajmniej kilka zdań. Od czasu do czasu zasiadał przed ekranem monitora wprowadzając z klawiatury jakieś dane i uważnie je analizując. Na koniec wszedł do pomieszczenia, na drzwiach którego widniał napis „PETS”. Po chwili wrócił do laboratorium z malującym się na twarzy wyrazem zadowolenia.

2

Przy restauracyjnym stole siedziało trzech młodych mężczyzn: Tino, Michelangelo i Giovanni. Wszyscy, a szczególnie Tino mieli już mocno w czubie. Po chwili, dwaj nieco trzeźwiejsi wzięli trzeciego pod ramiona i wyprowadzili na parking. Michelangelo wyciągnął z kieszeni telefon. – Dokąd dzwonisz? – zapytał Giovanni. – Po taksówkę. – Czyś ty zgłupiał? Tino ma przecież brykę. Bierzemy kluczyki – i jazda! Może jeszcze poderwiemy jakąś laskę... – Super! Znam takie dwie fajne siostrzyczki w Bracciano. – No to – avanti! Obszukali kieszenie kolegi i wyjęli kluczyki do samochodu. Po otwarciu drzwi czerwonej stoczterdziestkisiódemki wepchnęli Tina na tylne siedzenie. Giovanni usadowił się za kierownicą, a Michelangelo na miejscu pasażera. Z rykiem silnika auto ostro wyrwało do przodu i wjechało na puste już niemal ulice zasypiającego miasta. Po kilkunastu minutach samochód znalazł się na podmiejskiej szosie. Po minięciu Osteria Nuova, kierowca dostrzegł w światłach reflektorów jakąś postać. Gwałtowne hamowanie nie zapobiegło katastrofie; pisk opon, trzask zderzenia i wystrzał poduszek powietrznych zlały się w jeden przerażający dźwięk. Samochód wypadł poza jezdnię i zatrzymał się uderzając o skarpę. Z pękniętego akumulatora zaczął wyciekać elektrolit. Silnik zgasł. Przez chwilę nic się nie działo, potem powoli otworzyły się drzwi i koledzy Tina wyszli z samochodu. W blasku reflektorów zobaczyli w przydrożnym rowie skuloną postać. Giovanni zgasił światła i szeptem zwrócił się do Michelangelo: – Pomóż mi. Wspólnymi siłami wyciągnęli z tylnej kanapy nieprzytomnego z przepicia Tina, po czym usadowili go za kierownicą samochodu, by następnie pospiesznie opuścić miejsce wypadku. Po jakimś czasie Tino otworzył oczy, przeciągnął się i ziewnął. Otworzył drzwi i niezgrabnie wysunął się zza kierownicy. Zaczął rozpinać rozporek, gdy potknął się o coś miękkiego. Pochylił się, aby sprawdzić przeszkodę. Poczuł, że dotyka jakiegoś ciała. W świetle zapalniczki stwierdził, że jest to ciało kobiety. Uklęknął przed nim i przyłożył palce do tętnicy szyjnej. Przez chwilę pozostawał bez ruchu, niczym sparaliżowany. {i}O Boże, co ja narobiłem!? {/i} W jego głowie zaczęły się kotłować różne myśli. Przypomniał sobie wieczorne pijaństwo. {i}Co mam teraz zrobić? Przecież za śmiertelny wypadek po pijanemu czeka mnie kilka lat więzienia...{/i} Nagle podjął decyzję. Podniósł się z klęczek i szybkim krokiem, nie wskazującym na niedawny stan upojenia alkoholowego oddalił się od samochodu i szosy.

3

Do drzwi eleganckiej willi zadzwonił mężczyzna. Kiedy chciał ponownie wcisnąć przycisk drzwi otworzyła jakaś kobieta. Gość pokazał jej legitymację. – Jestem porucznik Frascatti z Wydziału Kryminalnego. Czy mogę rozmawiać z mecenasem Venturi? – Proszę, panie poruczniku. Otworzyła drzwi na oścież, poczym zaprowadziła porucznika do gabinetu. – Zechce pan spocząć – wskazała dłonią na stojący przy kominku fotel – zaraz zawołam męża. Pani Venturi wyszła z gabinetu, a po chwili wkroczył doń pewnym krokiem przystojny, wysoki mężczyzna, o szarych przenikliwych oczach i lekko przyprószonych siwizną skroniach. – Jestem Adriano Venturi, czym mogę panu służyć, panie... – Frascatti. Porucznik Frascatti z Wydziału Kryminalnego. – ...panie poruczniku? – Czy jest pan właścicielem tego samochodu Alfa Romeo 147? – porucznik wyjął z kieszeni fotografię, po czym wręczył ją gospodarzowi. – Owszem, ale o co chodzi? – Proszę mi wybaczyć, ale to ja zadaję pytania. Gdzie aktualnie znajduje się pański wóz? – Nie mam pojęcia. Co prawda – jak powiedziałem – auto należy do mnie, ale go nie używam. Jeżdżę wyłącznie Mercedesem. Z Alfy korzysta mój syn, Tino. – Gdzie wobec tego, znajduje się pański syn? Niosąca tacę z kawą pani Venturi miała właśnie wejść do salonu, lecz słysząc pytanie o Tina, zatrzymała się przed drzwiami uważnie nasłuchując. – Przykro mi, ale nie potrafię udzielić odpowiedzi na pańskie pytanie. Wczoraj syn zdawał ostatni egzamin i miał potem gdzieś wyskoczyć z kolegami. Na noc nie wrócił. – A co syn studiuje? – Medycynę. – Tym gorzej... – Nie rozumiem... Dlaczego „tym gorzej”? – Teraz już mogę panu powiedzieć. Otóż pański syn najprawdopodobniej spowodował wypadek samochodowy... Śmiertelny wypadek! Zbiegł z miejsca zdarzenia, nie udzielając pomocy ofierze, która – jak wykazała sekcja – żyła jeszcze przynajmniej kilkanaście minut. – Tino!? To niemożliwe! – Nie mamy oczywiście pewności, ale wszystkie okoliczności przemawiają za tym, że jest to – niestety – prawda. Oto moja wizytówka – gdyby syn się odnalazł, proszę mnie zawiadomić, a do czasu wyjaśnienia wszystkich okoliczności wypadku, bardzo pana proszę o nie opuszczanie miasta bez naszego zezwolenia. To wszystko. Dziękuję panu. Aha, czy mógłbym dostać, a właściwie wypożyczyć jakieś zdjęcie pańskiego syna? – Mam nadzieję, że to potworne nieporozumienie szybko się wyjaśni. Venturi wręczył porucznikowi wyjętą z portfela fotografię Tina. – Oby... Porucznik Frascatti opuścił gabinet. Gdy przemierzał hol podbiegła doń wzburzona pani Venturi. – Panie poruczniku! Pan przyszedł w sprawie tego wypadku!? – Coś pani wiadomo w tej materii? – Tak... to ja jechałam tym samochodem... trochę wypiłam... Jak potrąciłam tego człowieka, to straciłam głowę i uciekłam. Proszę mnie aresztować – wykrzyczała urywanym głosem, w dramatycznym geście wyciągając przed siebie ręce. – Ach tak... więc o dziesiątej wieczór jechała pani w kierunku Ostii? W jakim celu? – Miałam tam spotkanie z... – zawahała się przez moment, poczym powiedziała zdecydowanym głosem – ... z kochankiem. – Signora Venturi. Wiem, że jest pani kochającą matką i rozumiem panią, uznam więc, że tej rozmowy nie było. Wypadek miał miejsce około pierwszej w nocy w okolicy Osteria Nuova. Chciała mnie pani wprowadzić w błąd, by ratować syna. Podsłuchiwała pani! – Panie poruczniku, mój syn jest niewinny! Rozumie pan? Nie-win-ny! – Proszę się uspokoić i nie utrudniać śledztwa. Jeśli Tino jest niewinny, to na pewno potrafi tego dowieść. Do widzenia pani.

{b}Kilka godzin później...{/b}

W wielkim gmachu Wydziału Medycznego uniwersytetu krążyło wiele osób. Łatwo było…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych