Boże jaki żal
Jest to od dawien dawna pisany i nigdy nie skończony zaczątek opowiadania o człowieku, który zagubił się na Dworcu. Właściwie pomysłów było bez liku, niemniej skończyło się na paru stronach.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Nieprzyjemny poranek, nieprzyjemny, zimny, deszczowy, wrześniowy poranek. Poranki takie jak te nigdy nie należą do przyjemnych, zwłaszcza budzisz się brudny, zarośnięty, skacowany, z podejrzeniem towarzystwa własnych torsji i gdy masz tylko ochotę zacisnąć pętle na szyi. Tak właśnie obudził się po raz kolejny, a zdarzało mu się to coraz częściej, co go ani nie cieszyło, ani nie martwiło. Był na to zbyt martwy wewnętrznie i zbyt skacowany. Po prostu się obudził powoli próbując ślamazarnie orientować się gdzie jest, kim jest, co robił wczoraj w nocy, czemu tu jest i dlaczego jak zwykle doprowadził się do takiego upodlenia. Pierwsza myśl – nie jest na izbie wytrzeźwień, stwierdził to z prostego powodu, nie był czysty, nie czuł, że ktoś go smagał wodnym biczem nocą, nie jest w żadnym pokoju, a otoczenie bardziej przypomina dworzec. Drogą eliminacji doszedł też do tego, że nie jest też w swoim mieszkaniu, mimo iż smród i bałagan mogły się zgadzać. Próba szeregowania doznań nie pomagała mu w ogólnym ogarnięciu. Ławka, na której spędził chyba noc (bo tego nie mógł być pewien) nagle zrobiła się za ciasna, a grawitacja zimnego gruntu pod ławką nagle stała się o wiele większe niż przyśpieszenie grawitacyjne na Ziemi. Lot nie był przyjemny, nie mógł być przyjemny, wylądował obok swoich (chyba, bo tego też do końca nie mógł wiedzieć) wymiocin. Spadł na plecy, ból kręgosłupa to tylko kolejny dodatek do litanii jego nowych jak i starych bolączek. Oczy paliły go żywym ogniem, każdy dźwięk wwiercał się w głowę niczym wiertarka ze złoconymi nasadkami, mózg nawet bez całej symfonii życia chciał wydostać się na zewnątrz każdym możliwym otworem, najbardziej chyba chciał zrobić to nosem, dlatego nie wiedział, czy to co z niego cieknie to zwykłe gile czy może jednak płyn mózgowo – rdzeniowy. Na twarzy liczne zadrapania, nie wiedział jak do nich doszło, mógł przypadkowo trafić na wściekłego tygrysa jak i była możliwość, że potrąciło go jakieś ogrodzenie. W ustach uczucie suszy przypominało mu, że coś wczoraj pił, ze względu na oczy był w stanie podejrzewać, że mógł być to denaturat z nalepką Tesco Value. W przełyku niestrawiony alkohol i resztki czegoś co mógł omyłkowo zjeść były gotowe nawilżyć żółcią jego zeschłą jamę ustną, w żołądku już szykowała się następna część przesyłki. Jelito grube z pęcherzem też chciały mu przekazać najlepsze pozdrowienia. Kontrolowanie tego w takim stanie wymaga nie lada wyzwania. Na trzeźwo niejeden miałby z tym problem, a co dopiero na ostrym kacu w pozycji leżącej. Tak więc skazany na porażkę musiał wybrać mniejsze zło, wybrał, że dołączy do nocnej kolekcji jego perturbacji żołądkowych następną część, już tą z teraz. Aby tego dokonać musiał nie lada się wysilić, wypadało oprzeć się na rękach, inaczej mógłby udusić się własną żółcią. Przekręcił się w lewo, potem jeszcze raz, tak że posadzka swoim zimnem studziła jego policzki, ta chwila nie mogła trwać wiecznie, wiedział, że gdy ręce nie zadziałają to będzie miał specyficzną maseczkę na twarzy. Ręce zadziałały, a lepka maź o trudnym do określenia kolorze znalazła się na betonowej posadzce. Poczuł krótki moment ulgi. Ręce po wysiłku nie były w stanie podtrzymać ciała, za wolna reakcja mózgu nie pozwoliła na unik lub obrót, taplanie we własnych wymiocinach stało się przykrym faktem. Upadek dosłowny i w przenośni.
Trudno określić ile leżał w tym stworzonym przez siebie, zarzyganym rynsztoku. Pięć, może dziesięć minut. On gdyby mógł, potrafił i miał siłę nazwałby to wiecznością, albo chociaż każdą minutę traktowałby jak godzinę. Potrzeba znaleźć siły na odwrót w stronę słońca, szybko jak na siebie zorientował się, że nie osiągnie tego patrząc obolałymi oczami w swojego pawia. Nastąpił cały misterny proces fizyczno- psychiczny pod tytułem 'kurwa byle na plecy'. W końcu się udało, nad sobą miał dach, nie był jak już wcześniej stwierdził w budynku, był na dworcu, wiedział to, bo niczym młot pneumatyczny wbijający się kamień odgłos hamowania pociągu wbił się w jego płaty skroniowe. Był zdecydowanie w zbyt złym stanie by zdecydować się na jakiejś śmielsze działanie niż próba powrotu na ławkę. Sam powrót na ławkę kosztował go mnóstwo energii. Nogi zatrzeszczały w stawach, były gotowe do podniesienia swojego właściciela, skrzywione w stawach, czekały na resztę ciała. Ale reszta nie chciała działać, a może nie tyle nie chciała, co kierowana przez mózg-uciekiniera nie wiedziała jak się podnieść. Koordynacja takich działań musiała być spokojna i wyważona, skacowani i pijani zawsze mają problemy ze wstaniem, trzeba przecież zdobyć się na dowodzenie wieloma jednostkami naraz. To wcale nie prosta bitwa. Postanowił ,że wyciągnie ręce do góry, spróbuje też podnieść głowę wraz kręgami szyjnymi, całość miała wyglądać jak robienie brzuszka, tylko z rękami do góry. Bolesny zawód jaki sprawił kręgosłup na swoich górnych odcinkach zamieniły całe działanie w najzwyczajniejszy kabaret. Trzeba było przyjąć inną możliwość. Teraz to ręce miały wraz z nogami pomóc reszcie ciała. Udało się zająć pozycję siedzącą, teraz to już tylko podnieść się i usiąść na ławce. Rozochocone kończyny uporały się i z tym problemem przez co można było usiąść i ocenić swoją sytuację, a może bardziej ocenić pogorzelisko po wojnie.
Walka z potrzebami fizjologicznymi tak absorbowała jego umysł, że skupienie się na próbach nakreślenia jakiegokolwiek planu spisane były na przegraną. Aby umysł został oczyszczony należało pozbyć się balastu. Nie mógł zrobić tego w miejscu publicznym, już tak pewnie był gwiazdą filmików, które jutro oglądnie kilkaset tysięcy osób, tak pewnie był elementem niepożądanym i bulwersującym stare, wysportowane emerytki, które zawsze gotowe do walki chętnie by wypędziły z niego szatana, jednak dalej najbardziej palącym problemem była 'poranna toaleta'. Skacowany człowiek, który na twarzy ma menu ze wczoraj, wyglądający jak kiepskiej jakości kloszard, który w głowie ma huragan Katrinę, może mieć poważny problem z odczytaniem znaków znajdujących się na dworcu. Wypadałoby zapytać kogoś o drogę do zbawiennego wypróżnienia, ale śmierdzący człowiek wyglądający na menela nie mógł liczyć na odpowiedź. „Trzeba kierować się w najbardziej brudne i śmierdzące miejsce”. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić, zwłaszcza, gdy najbardziej odrażającym miejscem na dworcu jesteś Ty sam. Coraz większa potrzeba niszczyła ostatnie przytułki konkretniejszego myślenia, trzeba było podjąć natychmiast działania, jedyne co mógł teraz zrobić to próbować znaleźć podobnych do siebie. Zaczął swoimi obolałymi oczami nerwowo i powoli rozglądać się po dworcu za jego stałymi gośćmi. Jeden z nich, siedzący między swoimi kartonami w starym, podartym swetrze, palił papierosa i pociągał coś fioletowego z butelki, mógł być to zarówno denaturat jak i śliwowica. Wg pokrętnych obliczeń jakimi się posłużył, ten kolega, obywatel menel był najbliżej niego. Niezwłocznie postanowił ruszyć w jego stronę.
Trudno jednak nazwać coś niezwłocznym gdy rodzi się w takich bólach. A podniesienie się z ławki mając na uwadze to, że zaraz jelito grube wraz z pęcherzem mogą przypadkiem eksplodować i to, że ból wbijał się w każdą z szarych komórek może okazać się nie lada wyczynem. Pokracznie wstał z ławki, w głowię szumiało niczym na plaży, a może to tylko ruszający pociąg wpłynął na jego błędnik w taki sposób, że aby złapać równowagę na stojąco, musiał wyciągnąć ręce w przód. Gdyby nie to, że wyglądał jak stary, spierdziały bum to można by pomyśleć, że zaraz zacznie tańczyć makarenę. Po doraźnym opanowaniu swojego organizmu ruszył do siedzącego w kartonach faceta. Nie miał daleko, jednak mogło się wydawać, że stracił kolejną godzinę na dotarcie pod żulika. Ten nie wyglądał bardzo źle, siedział rozłożony w swoim tekturowym królestwie, na niemytej przez parę dni twarzy rysował się szelmowski uśmiech, w jamie ustnej brakowało 3-4 zębów, włosy były już dość przerzedzone i można uznać, że więcej było ich na brodzie niż na głowie. Gdy podszedł, menelik nie przerywając konsumpcji trunku, widząc, że ktoś zbliża się do niego i przynajmniej estetycznie jest do niego podobny, zaczął rozmowę.
Dzień dobry panie kolego – zachrypnięty głos wzięty niemalże z płyt Leonarda Cohena nazwał go kolegą, przez co można było…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil pandekadent
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…