Brama
Pierwszy rozdział mojego osadzonego w mrocznym i gotyckim uniwersum Warhammera 40000 opowiadania. Moim celem było pokazanie, że Chaos utożsamiany przez ludzkość ze złem nie zawsze musi być negatywny. "To jest czterdzieste pierwsze millenium i
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
„Pamiętał, czego go uczyli: Zawsze iść, wstać, jeżeli się upadnie, nigdy nie zapominać, nigdy nie przebaczać, nigdy się nie poddawać. >>Jeżeli okażesz słabość, to już zawsze wszyscy będą mówić, że jesteś nic nie wart<< – mówili i kazali przeć do przodu, choćby się waliło i paliło, nie odwracać się, nie wątpić. Ale Oni wpoili w niego jeszcze jedną zasadę- nie pokładać wiary w nadziei, wierzyć tylko sobie i swoją siłę, ponieważ nadzieja, to pierwszy krok na drodze do rozczarowania. >>Nie oszukuj się. Tak jest teraz, tak było kiedyś i tak będzie w przyszłości. Zawsze na twojej drodze będą stawiane mury, których przejście będzie niezwykle trudne, ale nie niemożliwe. Musisz tylko próbować, wstać i iść. Ale nie okłamywać siebie samego – nie czekaj, aż ktoś przyjdzie i poda ci pomocną dłoń. Jeżeli pomożesz motylowi wyjść z kokonu, umrze podczas pierwszego lotu, gdyż nie będzie wystarczająco silny, by przetrwać dalsze, jeszcze trudniejsze próby. Gdy będziesz czekał na pomoc, zmarnujesz tylko czas, a jeżeli nie przyjdzie, będziesz czekał na nią tak długo, że zapomnisz, jak się chodziło i już nigdy nie wstaniesz. Utkwisz w miejscu, bo nie byłeś w stanie pokonać przeszkód, które pojawiły się na twojej drodze. Będziesz żył nadal, ale twoja egzystencja będzie bez wartości, bez znaczenia. Staniesz się nic nie warty dla otoczenia i dla samego siebie.<< Pamiętał to wszystko bardzo dobrze. Te słowa wryły mu się w pamięć stalowymi szponami i zakleszczyły się na zawsze. A teraz klęczały przed nim setki, ba! Tysiące! Wszyscy zjednoczeni wspólną porażką, która teraz zmieni ich przyszłe życie. Będą ślepo posłuszni nowemu przywódcy, pod którego rządami być może już nigdy nie odniosą klęski. Ogarnął wzrokiem zebranych, najpierw pierwsze kilka rzędów, później całą resztę. Następnie rozejrzał się dookoła: Śmierć i pożoga – oto, co ze sobą przyniósł. Ale wiedział, że uczynił dobrze, bo niektóre rzeczy wymagają największej ofiary, by je osiągnąć. Jego wzrok wrócił na klęczący tłum. Tkwili nieruchomo, niczym rzeźby, w nadziei, że udając pomnik, uchronią się przed śmiercią. Wystarczyło jedno jego słowo, a ich los byłby przesądzony. A on zebrał się w sobie i powiedział z udawanym spokojem na ustach jedno słowo, lecz jego brzmienie zdawało się ożywić rzeźby, sprawić cud, zamieniając kamień w żywą istotę. I mimo, iż niektóre posągi były kruche, a inne twarde niczym ze spiżu, to wszystkie zareagowały tak samo. Szok i ulga, że nie będą już musiały się męczyć w bezruchu – takie uczucia wywołało w nich jedno, krótkie słowo. <<Wstańcie>> – rzekł i zaraz po tym dym się rozwiał, dając promieniom słońca oświetlić cały plac. Kilka z nich wesoło zaczęło muskać jego twarz, podrażniając przy tym oczy. Szybko zasłonił się ręką przed kolejnym atakiem i dopowiedział: <<Macie wybór. Możecie zostać ze mną i mnie wesprzeć, a w tedy ja wesprę was, lub odejść stąd i na zawsze uciec w troski codzienności od niepokoju walki z przeznaczeniem. Nie obawiajcie się, jesteście wolni, wybór należy do was, ale jeżeli odejdziecie, pamiętajcie, abyście nigdy nie spotkali mnie drugi raz na skrzyżowaniu dróg losu. Ci, którzy chcą być razem ze mną, niech tutaj zostaną i czekają. Niedługo wrócę.>>
Na podeście stał potężnej postury mężczyzna, odziany w sino – zielony pancerz przykryty futrzanym habitem. Na łańcuchu przewieszonym przez jego szyję wisiał złoty symbol Tzeentcha. Ów człowiek trzymał w ręku grubą księgę, która była oprawiona w ludzkie kości. Na jej okładce widniała ośmioramienna gwiazda. Mężczyznę otaczało kilkoro innych, znacznie mniejszych, krępej postury zakapturzonych osobników. Nie było widać ich twarzy, gdyż spuścili głowy, ale ich ciała były zdeformowane: ręce mieli różnej długości, spod rękawów wyglądały łańcuchy i powolutku sączyła się krew, nadając drewnianemu podestowi karminowy połysk. Okazały mężczyzna zamknął teraz książkę i uniósł ją do góry nad tłumem zgromadzonych przed nim Marines. Ci natychmiast uklękli, jakby oddając komuś hołd. W tedy mężczyzna znowu otworzył usta: Pamiętajcie te słowa, albowiem tkwi w nich siła! Ta siła, to przeznaczenie! A my jesteśmy jego powiernikami! Pamiętajcie, że to dzięki przeznaczeniu, które pokonaliśmy i którego wykonawcami teraz jesteśmy, wydostaliśmy się spod jarzma słabego Imperium i zachłannych naszej siły Niosących Słowo! Pamiętajcie te słowa, albowiem wypowiedział je Fellor, nasz wyzwoliciel! I chociaż nie ma go teraz pośród nas, to on daje nam siłę! A teraz wstańcie! Jesteśmy teraz wolni i gotowi do walki z przeklętymi lojalistami! Tłum powstał. Setki zgromadzonych zaczęło rytmicznie uderzać w swoje pancerze i jednocześnie wykrzykiwać słowa zagrzewające ich do walki: Śmierć przeznaczeniem naszych wrogów!
Nazywał się Gor`asul. Był szóstym po Fellorze Wyzwolicielu przywódcą Jeźdźców Przeznaczenia. Właśnie zakończył ceremonię ku czci swoich poprzedników, przywódców zakonu – katów na usługach Tego, Który zmienia drogi. Nosili jego wole na barkach, spisywali w długie zwoje i wykonywali jakby było to dla nich największym zaszczytem i sensem życia zarazem. Ale nie spełniają woli swego mistrza tak długo, jakby mogło się wydawać. Ba! To nie on ich powołał do istnienia, gdyż sam Imperator był pierwotnie ich panem. W tedy to nosili miano Wysłanników, gdyż zawsze przybywali przynosząc złe nowiny z samego serca Imperium. Przychodzili, wykonywali co do nich należało i odlatywali, siejąc postrach swoją bezwzględnością. Nigdy nie wątpili, zawsze umywali ręce od konsekwencji twierdząc, że są tylko wykonawcami Jego woli i to nie im należą się glorie i nie do nich trzeba rościć pretensje. Dla tego też szybko zyskali sobie miano najskromniejszego z zakonów Adeptus Astartes, pomimo tego, że mieli się czym poszczycić. Ich macierzystym światem była niewielka, ale szczęśliwa planeta Destino. Można by nawet rzec, że była utopijną krainą szczęścia i spokoju, mroczną i zimną, ale wśród wszechobecnego bezładu i wojny jaśniejącą niczym najwspanialsza nadzieja na spokojny byt. Jednak nadmiar szczęścia obrócił się przeciwko mieszkańcom tego świata. Inkwizycja zaczęła twierdzić, że z braku trosk lud czci Mrocznych Bogów, zapominając o Imperatorze, ale podejrzenia były bezpodstawne, gdyż śladów herezji nigdy na planecie nie odnaleziono. Zazdrośni Inkwizytorzy użyli podstępu – zesłali na planetę kilkunastu heretyków. W tedy też ponownie zbadali planetę, a kiedy pokazali władzom Imperium podstawionych heretyckich mieszkańców planety, nic już nie mogło powstrzymać Inkwizycji od oczyszczenia kolejnego świata. Planeta, która do tej pory była ostoją ładu i spokoju, w wyniku działań sił Ordo Hereticus zamieniła się w gorejące krwawym płomieniem piekło. Przebywający na misji Wysłannicy nie mieli pojęcia, co aktualnie dzieje się z ich macierzystym światem. Kiedy już podchodzili do lądowania na planecie, z której mieli wyplewić ekspedycyjne siły Tau otrzymali komunikat o dantejskich scenach odgrywanych przez zakonnice Adepta Sororitas na Destino. Ówczesny przywódca zakonu, Messagor natychmiast zawrócił flotę w kierunku swojego domu. Kiedy Wysłannicy dokowali swoje promy w porcie kosmicznym, zostali ostrzelani przez Inkwizycję, która także ich oskarżyła o herezję, oczywiście bezpodstawnie. Rozwścieczeni Marines rzucili się do szarży, nie dając Eklezji ani sekundy na odwrót. Ich gniew rósł z każdym zburzonym domem, z każdym mijanym na ulicy trupem, ale sięgnął zenitu, kiedy to ujrzeli wzgórza zwłok, wysokie niczym szczyty, rzucające gigantyczny cień na centralne miasto. Tego Messagorn nie był już w stanie znieść i od tej chwili zyskał u swoich kompanów przydomek Gniewny Mściciel. Kazał podwładnym usunąć z pancerzy wszystkie insygnia władzy Imperatora nad ich zgrupowaniem. Od tej chwili balansowali między niesprawiedliwością Imperium, a nieznanym mrokiem Chaosu. Rozgorzała zacięta bitwa między siłami Adepta Sororitas, a rozwścieczonymi Marines, którzy aż kipieli od nadmiaru nienawiści w ich sercach. Długo obie strony walczyły w mieście u podnóża góry martwych ciał. Siostry Bitwy stawiały zaciekły opór, ale coraz to nowe szarże Wysłanników wydawały się przełamywać ich wątpliwy już zapał do walki. W końcu Messagorn, Wielki Mściciel wskoczył na motocykl i poprowadził zmechanizowane, szybkie niczym wiatr uderzenie na umocnienia wroga, forsując je i wycinając w pień wszystkich przeciwników. Jeden z inkwizytorów, który zdążył uciec w porę z planety opisał to w następujący sposób: „Nakazałem Siostrom Bitwy jak najdłuższą obronę miasta, do czasu, aż przybędzie wsparcie, ale wyraźnie widziałem na ich twarzach zwątpienie, czy w ogóle przetrzymają jeszcze kilka szarż. Nie to, co przeciwnik. Zdrajcy byli nieugięci. Te hieny atakowały pod osłoną nocy dosiadając ścigaczy i swoich stalowych rumaków, taranując przeszkody czołgami i wyżynając obsługę ciężkiego sprzętu. Odcięli nam drogę do portu kosmicznego zastawiając pułapki w każdym budynku stolicy . Miasto było nie do przejścia, pozostało nam tylko czekać na odsiecz, bo śmierci się nie damy. Ale w tedy moje wojowniczki usłyszały ryk dziesiątek silników i świst prujących powietrze pocisków. Postanowiłem wyjrzeć za barykadę i zaprawdę powiadam wam, że przeciwnik miał nas w garści. Zdradziecka motocyklowa kawaleria wspierana przez jednostki pancerne i ogień artylerii pędziła na barykady z zawrotną prędkością, drwiąc z zaporowego ognia Świętych Bolterów. Zakonnice struchlały. Ja stałem niewzruszony do czasu, gdy ujrzałem „Jego”. Wydawał się wielki, większy od innych i tak już potężnej budowy Marines. Przeszył mnie wzrokiem swoich lazurowych oczu. Nienawiść, jaką w sobie nosił wyparowywała z niego i zagęściła powietrze zapierając mi dech w piersi. Zszedł z motocykla i dobył świetlistego ostrza. Tak, to był on, przywódca tych psów niewiernych. Jego siwo – złoty pancerz był cały poplamiony krwią zakonnic i mało brakowało by i moja też się tam znalazła, bo już ugiął w zamachu rękę, już chciał mnie w pół rozciąć, kiedy to jedna z zakonnic zasłoniła mnie swoim wątłym ciałem, dając mi szansę ucieczki w stronę Thunderhawk`a.” Żaden z pozostałych na Destino najeźdźców nie przeżył. Wysłannicy odnieśli niekwestionowane zwycięstwo, samemu ponosząc minimalne straty. Ale Messagorn wiedział, że pomimo tego wspaniałego triumfu nie mogą dłużej pozostać na swojej ojczystej ziemi. Odsiecz już się zbliżała, pora chwały minęła, nastał czas odwrotu. Mściciel kazał swoim Marines zabrać ze sobą cały osprzęt wroga. Grabili wszystko, od pancerzy siłowych począwszy, na zawartości transportowców skończywszy. W ich ręce wpadły motocykle, czołgi, ścigacze, zapasy prowiantu, broń osobista jak i ta używana przez eklezje do wykonywania Exterminatusa. Gdy słońce zaczęło wychylać się zza trupich szczytów, Messagorn nakazał podwładnym nabić na pale ciała wszystkich wrogów. „Zawsze tylko poddawaliśmy się losowi, sądząc, że służy on tak jak my onegdaj Imperatorowi. Przejrzeliśmy na oczy dopiero, kiedy nami wzgardzono, bezczeszcząc z zazdrości nasz dom. Teraz już wiem, że przeznaczenie służy samo sobie, a my jesteśmy jego wysłannikami! Staliśmy się nimi w chwili, kiedy porzuciliśmy nasze zadanie by ratować ziemię, która nas wydała! Jesteśmy jego jeźdźcami! Wiemy co jest komu zapisane, możemy zmienić świat! Przed nami los zbudował wiele dróg i tylko od nas zależy, którą ścieżkę wybierzemy! Pożegnajcie swoją ojczyznę, albowiem nigdy więcej nie ujrzycie tego lazurowego nieba, tych mrocznych puszcz i ośnieżonych szczytów, które to całym sercem miłowaliśmy. A teraz te same serca płaczą, bo utraciły swój największy skarb. Śmierć przeznaczeniem naszych wrogów!” - te słowa, jakie Gniewny Mściciel skierował do innych Wysłanników tuż przed ucieczką z Destino. Odsiecz przybyła wyraźnie za późno i wszystkie okręty Wysłanników były już daleko od swojego domu. Pościg nie miał sensu, bo cała flota wyraźnie kierowała się w stronę Oka Grozy i jej sygnał zanikł. Członkowie misji ratunkowej nie mogli uwierzyć własnym oczom, gdy zobaczyli zmasakrowane, nagie i ograbione ciała Sióstr Bitwy. Podczas pochówku poległych w ustach jednego z nabitych na pal Inkwizytorów znaleziono liścik napisany przez Messagorna, składający się tylko z jednego zdania „Teraz to my kierujemy swoim losem”. Wieść niesie, że w środku jego był zapalnik radiowy. Kilka minut po otwarciu listu, umieszczone wewnątrz planety ładunki nuklearne eksplodowały rozrywając glob i zabijając całą misje ratunkową z małymi tylko wyjątkami. Ale dla Messagorna zniszczenie własnej planety miało, poza zadaniem ciosu dla Imperium, znaczenie mentalne. W ten sposób usunął ostatnią rzecz, za którą jego Marines mogli by tęsknić. Nie mieli już gdzie wrócić, czekała ich wieczna tułaczka, a tym samym mogli poświęcić się w całości zemście, która od tej pory stała się ich jedynym celem. Po zniszczeniu Destino Imperium jeszcze kilkakrotnie odnotowało kontakt z flotą Wysłanników, ale były to tylko spotkania na radarze, za wyjątkiem jednej, zaciekłej wymiany ognia z armadą Krwawych Kruków, która to stanęła Wysłannikom na drodze ku Oku Grozy. Lojaliści natychmiast wezwali posiłki. Ujawnione okręty Wysłanników nie miały dokąd uciec, a pozostanie w jednym miejscu było czekaniem na śmierć. Kiedy Krwawe Kruki szykowały się do abordażu, główny okręt renegatów i lojalistów rozdzieliły zaburzenia osnowy. Na flagowym statku Wysłanników nastała ciemność, a osłony, mające ochraniać okręt od wpływów spaczni najpierw przycichły, później kompletnie przestały buczeć. Postawiona w stan gotowości załoga była przekonana, że otrzymali krytyczne trafienie w maszynownię i generatory energii i barka zaczęła dryfować w przestrzeni kosmicznej, jednak później wszyscy stracili przytomność. W tedy Messagorn doznał wizji, w której ukazał mu się Tzeentch. Mściciel chciał wyrwać się z tego przeklętego snu,
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Slova
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…