Wróć do katalogu

Była sobie Mewa

O pewnym zupełnie niegłupim ptaku, który szukał kogoś podobnie niegłupiego, a w chwilach wolnych wymierzał sprawiedliwość poprzez sranie ludziom na głowę.

Falcor, opublikowano , 35 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Była sobie mewa. Przepraszam, raczej – była sobie Mewa. Mewa wydawała się najzwyczajniejsza w świecie i na pierwszy rzut oka nie wyróżniała się niczym szczególnym. Na drugi rzut oka tylko co bardziej wprawny obserwator był w stanie zauważyć, że jest stosunkowo bystra jak na przedstawiciela swojego gatunku. Nawet jednak takiemu obserwatorowi nie przyszłoby do głowy, że może być ona bystrzejsza od niego samego. A tak faktycznie mogło się zdarzyć. Mewa nie była jakimś szczególnym typem geniusza, ale z pewnością była bystrzejsza od wielu ludzi tak, jak niektórzy ludzie są bardziej lub mniej inteligentni od innych. Oczywiście Mewa nie była człowiekiem, przynajmniej nie w dosłownym tego słowa znaczeniu, chociaż... Ona sama nie wiedziała jak to się stało, że nagle stała się taką jaką się stała. Może dlatego, że zawsze dużo kręciła się wokół ludzi i jakoś przesiąknęła nimi samymi. Na pewno wiedziała tylko, że kiedyś była po prostu mewą, aż nagle przyszedł taki dzień, że zadała sobie po raz pierwszy pytanie: - „Kim ja jestem?” – A zaraz potem. – „Co ja tu właściwie robię?” – I jeszcze później. – „Zaraz, co mi się stało, że tak myślę? Że w ogóle myślę?” Było to dla niej samej ogromne zaskoczenie, a dla niejednego ornitologa stanowiłaby kamień milowy w rozwoju tego gatunku. W końcu nie co dzień przechodzi się z działania czysto instynktownego do „myślę więc jestem”. Nawet Bóg mógłby powiedzieć – „Wow!” – w takim momencie. - „Myślę, więc jestem.” – pomyślała Mewa i nagle wszystko, pomimo spotęgowanego procesu myślowego, przestało być proste. Poranek nie był już tylko okresem pobudki - w zależności od nasłonecznienia i pełnego żołądka był lepszy bądź gorszy. Wcześniej nie było czegoś takiego jak lepsze i gorsze. Było po prostu budzenie i szukanie jedzenia. Teraz czasami zdarzały się takie poranki, że Mewa nie miała najmniejszej ochoty szukać czegokolwiek, co było przecież idiotycznie-samodestrukcyjne i nie przychodziło do głowy innym jej koleżankom. Samo jedzenie też zaczęło być kłopotem. Może jeżeli chodzi o menu to Mewa nadal nie była specjalnie wybredna, ale jedzenie ze śmietnika napawało ją coraz większym obrzydzeniem. Świadomość, że je coś co inni uważają za resztki, że leży to w miejscu mocno niehigienicznym oraz może być już dawno nieświeże, mocno utrudniało jej zdobycie pokarmu oraz w jakiś sposób zaczęło uwłaczać jej godności, której przecież nigdy wcześniej nie miała. - „Więc coś zyskałam.” – Myślała Mewa. – „Ale czy nie więcej z tym problemu niż pożytku?” Jeszcze gorsze było to, że podczas gdy reszta jej koleżanek głupkowato skakała po rynku, latała nad nim, lub tępo spoglądała z dachów na nic konkretnego, ona zastanawiała się: - „Po co to wszystko? Jaki ma sens życie przesiedziane na dachu? W ogóle czy w codziennym wstawaniu, szukaniu suchej bułki, zrobieniu kupy w przelocie nad starówką, a pod wieczór ponownym pójściem spać, można doszukać się czegokolwiek wartościowego?” Podczas takich przemyśleń, nie mogąc znaleźć specjalnie żadnej zadowalającej jej odpowiedzi, Mewa często smutniała i... i nie robiła nic. Co mogła zrobić? Ta bezsilność przytłaczała ją jeszcze bardziej. Najciężej znosiła jednak samotność. Była co prawda w stadzie, ale co to było za stado? Stado mew. Stado zwyczajnych, tępych mew, które zaspokajały swoje podstawowe, instynktowne potrzeby życiowe, nie zajmując się zupełnie niczym więcej. Owszem ona też wyglądała jak mewa, ale na pewno już nie była jedną z nich. Kogo jednak miała się trzymać? Ludzi? Teraz należała do nich może nawet bardziej niż do swojego pierwotnego gatunku, ale oni nie zdając sobie z tego sprawy, traktowali ją jak każdego ptaka. Owszem, czasami gdy starała się „zarobić na bułkę”, układając z patyczków prosty obrazek przedstawiający dom, słońce lub coś równie nieskomplikowanego, co da się ułożyć za pomocą dzioba, pojawiały się głosy: - Bardzo bystra ta mewa. Patrzcie jakie umie robić sztuczki. Tak naprawdę nikt nie traktował jej poważnie. Była tylko zwierzakiem ze sztuczkami, a nie myślącą istotą. Raz co prawda znalazł się pewien bystrzejszy człowiek w okularach, o wyglądzie niedożywionego uczonego, który zorientował się, że wykazuje ona jak na ptaka ponadprzeciętne umiejętności, ale ich znajomość skończyła się dość szybko, gdy tylko dostrzegła sporej wielkości siatkę skrywaną za plecami ów uczonego, zbliżającego się do niej ze „szczerym” uśmiechem i garścią ziaren w jednej z dłoni. Była kompletnie sama. Totalnie niezrozumiana przez nikogo, nie mogąca podzielić się swoimi wątpliwościami na temat... na każdy jeden temat jaki przychodził jej do głowy. Sama ze swoimi myślami. Swoimi cholernymi, przeklętymi myślami, zamknięta w tej ptasiej obudowie niczym pustej puszce. - „Po co ktoś pozwolił mi myśleć?” – Zastanawiała się, przeklinając dzień kiedy to wszystko się zaczęło. Czas płynął...

Wstało słońce i zaczął się kolejny dzień. Ciężko było go zaakceptować, mimo iż zapowiadał się słonecznie. W sumie Mewie ciężko było zaakceptować cokolwiek oprócz snu. Ranek, żarcie, kupa, wieczór, po drodze mnóstwo, przesiąkniętych totalną bezradnością, pytań bez odpowiedzi i tak w kółko, dzień za dniem. Mewa, gdyby tylko mogła, spałaby cały czas. Sen stanowił jedyne ukojenie w otaczającej ją pustej rzeczywistości. Niestety mogła spać tylko określoną ilość czasu, bo przy zbytnim wypoczęciu nie dawało się usnąć. Każdy dzień spędzała więc bardzo intensywnie, przemierzając spore odległości, skacząc po drzewach, a czasami „bawiąc się” w coś niebezpiecznego, jak gonitwa z kotem, tylko po to by jak najprędzej móc usnąć. Tym razem także otworzyła oko, potem drugie i zanim myśli zaczęły na dobre napływać do jej głowy, wystartowała do lotu nie dając mózgowi szansy na zbytnią koncentrację. W tym dniu nie było nadziei. Od dawna w żadnym nie było. Mogła tylko trwać tak jak reszta jej stada. Jeszcze trochę niedobudzona, niezgrabnie zmieniła kierunek lotu, po czym skierowała się ku rynkowi. Był to niewielki, stylizowany na średniowieczny rynek, w niewielkiej, turystycznej miejscowości, gdzie latem można było docenić hojność przyjezdnych, oderwanych od codziennego życia na tyle, że potrafili nawet zachwycić się ptakiem, którego zwykle na co dzień nie cierpieli. Ranek przeszedł w południe. Mewa miała pełny brzuch i zdążyła zrobić kupę w locie. Od czasu upatrzenia sobie pewnego celu przy okazji wykonywania tej ostatniej czynności, wypróżnianie sprawiało jej sporą satysfakcję. Ów cel stanowił pewien potężnie zbudowany, łysy człowiek, który wydał się jej kimś złym. Mewa nie bardzo potrafiła zdefiniować samo pojęcie zła, ale okładanie kogoś kijem w jakiś naturalny sposób się weń wpisywało. Ten człowiek okładał innych ludzi kijem stosunkowo często, a reszta ludzkiego świata wydawała się na to przyzwalać, co budziło zakłopotanie u naszego ptaka. Nie bardzo rozumiał on, jak to możliwe, że tak rozwinięty intelektualnie gatunek nie chce z tym niczego zrobić. Z początku Mewa uznała to za swego rodzaju obyczaj, może i dziwny, ale zdaje się akceptowany przez wszystkich. Potem zdała sobie sprawę, że najprawdopodobniej jest on akceptowany tylko przez tego człowieka z kijem, a reszta ludzi nie jest co prawda specjalnie szczęśliwa ze spotkania z nim, ale, nie wiedzieć czemu, akceptuje taką sytuację. Dla Mewy była to zagadka. Od dłuższego czasu obserwowała ów właściciela kija i stwierdziła, że nie był specjalnie bystry. Nawet ona była sprytniejsza od niego. Nie miał on też żadnych specjalnych umiejętności, nie potrafił nawet latać. Wydawało się, że jedyny jego atut stanowił kij. Było to o tyle dziwne, że przecież każdy człowiek mógł sobie taki atut sam zrobić, ale jakoś innym zupełnie nie przychodziło to do głowy. - „Czy ci inteligentni, wszystko wiedzący i świetnie zorganizowani panowie tego świata, mogli zwyczajnie bać się jednego faceta ze zwykłym kijem?” – pytała samą siebie. Tak czy inaczej Mewie nie podobało się jak jeden człowiek potrafi unieszczęśliwiać wielu innych i pomimo, że należała do innego gatunku to pewnego dnia powzięła decyzję, że znajdzie sposób aby go ukarać. W ten sposób znalazła swój własny, przenośny „szalet”, który znajdował się na wygolonej czaszce osobnika z kijem. Z początku ów osobnik tylko się wkurzał, ścierając z łysej głowy po raz kolejny białe guano. Potem nawet kilka razy próbował strzelać do mewy, ale była ona dużo za sprytna aby dać się tak po prostu wziąć na celownik. Szczególnie, że dla ludzi wszystkie mewy wydawały się wyglądać tak samo, co bardzo ułatwiało atak z zaskoczenia. Ostatecznie przyprawiła ona swój cel o lekką paranoję. Mianowicie na widok jakiegokolwiek ptaka, łysy zaczynał nagle obficie się pocić i miotając się, nerwowo szukając schronienia, oczekiwał na kolejny atak, którego spodziewał się zewsząd. Fakt, że przemykając szybko od jednego budynku do drugiego lub od budynku do samochodu, stanowił coraz trudniejszy cel, dodawało szczypty smaku temu polowaniu. Tym razem dopadła go pod sklepem. Przysiadła na niewielkim daszku zawieszonym nad wyjściem, z małym kamyczkiem w dziobie. Czekała. Po jakimś czasie poniżej pojawiła się znajoma, szybko przemieszczająca się postać w bluzie z kapturem, który stanowił coś w rodzaju mewoodpornej zbroi. Oczywiście zapaskudzenie ubrania także dawało Mewie poczucie pewnego wyrównania krzywd, ale nie było to to samo co kara bardziej bezpośrednia. Przez kilka ostatnich dni Mewa musiała się jednak zadowolić tym złagodzonym wyrokiem, bo łysy osobnik nie ruszał się nigdzie bez swej, łatwo zmienialnej odzieży ochronnej. Przemyślała jednak sprawę i tym razem była przygotowana. Osobnik przemieszczał się żwawo, prawie biegnąc truchtem, w kierunku samochodu zaparkowanego możliwie blisko sklepu. Czasu na działanie było niewiele. Mewa poderwała się, wyrwana z lekkiego obserwacyjnego znużenia, nadleciała nad nerwowo rozglądający się cel i wypuściła kamień z dzioba. Trafił bezbłędnie w kaptur. Zakapturzony osobnik przystanął na moment i macając się po głowie, spojrzał w górę w poszukiwaniu przeciwnika. Na jego twarzy malowała się ulga wypływająca ze świadomości, że na dziś już po wszystkim oraz, że znowu udało mu się oszukać ptaka. Mylił się. Dopiero teraz przyszedł czas na zrzucenie właściwego ładunku wprost na wystawioną w górę gębę. Plask! Celność i zaskoczenie było totalne. Zakapturzony osobnik stał bez ruchu, nie mogąc wydobyć z siebie słowa, a kiedy to w końcu zrobił zaczął sypać nimi obficie, choć dość monotonnie w treści. Mewa nie czekała już jednak na dalszy ciąg tych wynurzeń, ale zadowolona z siebie poleciała w kierunku jeziora. Miała tam upatrzoną swoją ulubioną zatoczkę.

Zatoczyła kółko, rozglądając się czy w pobliżu nie ma nikogo, kto mógłby jej przeszkadzać, po czym wylądowała na jednym z liściastych, starych drzew, którego gęsta korona zapewniała znakomitą osłonę od wiatru i prażącego słońca. O tej porze rzadko kto się tutaj pojawiał. Od strony lądu trzeba się było przedzierać przez pokrzywy, co zniechęcało liczną w tych okolicach rzeszę traperów, a żeglarze spływali z jeziora dopiero wieczorem. Mewa miała więc święty spokój oraz wspaniały widok na rozciągające się za zatoczką jezioro. Lubiła patrzeć na przepływające jachty. Było w nich coś uspokajającego, a czasami, przy mocniejszych podmuchach wiatru, robiło się bardzo ciekawie, kiedy widać było jak jeden po drugim kładą się masztami na wodzie, w sporadycznych przypadkach nawet z powrotem nie wstając. Mewa zastanawiała się dlaczego ludzie żeglują. Przecież to nie miało sensu. Dużo wygodniejszym, szybszym i bezpieczniejszym środkiem transportu były motorówki. A jednak ludzie woleli płacić za coś kompletnie nielogicznego i w dodatku byli z tego zadowoleni. Ludzki świat zdawał się opierać logice pod wieloma względami. Może nawet pod większością z nich. A może nie miał jej w ogóle? Siedziała tak już jakiś czas patrząc przed siebie, ale akurat od dobrej chwili nic nie przepływało. Lekko znużona tym czekaniem rozejrzała się po najbliższej okolicy. Z początku niedbale, omiatając tylko wzrokiem ogólny krajobraz, ale później, nadal pozostając bez niczego konkretnego do obserwowania, zaczęła przypatrywać się swojemu najbliższemu otoczeniu nieco uważniej. W szuwarach, po przeciwnej stronie zatoczki, coś się poruszyło. Przyjrzała się uważniej. Poprzez wyrastające z wody trzciny nie było dobrze widać co to takiego, ale wyglądało trochę jak kamień z tym, że kamienie zwykle nie są takie ruchliwe. W sumie ten także nie poruszał się z zawrotną prędkością, jednak na pewno poruszał się. Mewa zaczęła go bacznie obserwować. Kamień powolnie, ale konsekwentnie zdawał się podążać w kierunku brzegu. Zdawał się też nie stanowić specjalnego zagrożenia, mimo to ptak wolał zachować ostrożność i na razie nie zbliżać się zbytnio. Jednak plany planami, a gdy trzciny prawie całkowicie zakryły obserwowany obiekt, nabrzmiała ciekawość wzięła górę i Mewa poderwała się do lotu. Podfrunęła nad przeciwbrzeżne szuwary, zatoczyła ciasne kółko i wzbiła się w górę. Niewiele zobaczyła. Kamień zdawał się już być na brzegu, ale tym razem zasłaniały go krzaki. Jeszcze jedno ciasne kółko i... nadal głównie krzaki. Mewa wolała jeszcze nie ryzykować lądowania. Była na to za sprytna, za dużo wiedziała o czyhających w świecie niebezpieczeństwach oraz miała zbyt bujną wyobraźnię, aby tak po prostu, jak gdyby nigdy nic, podlecieć i wylądować. Zataczała więc kółko za kółkiem, to opadając to z powrotem wzbijając się w górę, ale krzaki górowały niepodzielnie, zakrywając to co pragnęła zobaczyć. W końcu, zmęczona już tym lataniem, a także mocno zniechęcona do podejmowania dalszych prób obserwacji z powietrza, które nie rokowały nadziei na powodzenie, stanęła przed wyborem – albo zaryzykuje i wyląduje obok narażając się na nieznane, albo odleci i możliwe, że nigdy już nie dowie się co to był za tajemniczy kamień. Ciekawość kontra strach – odwieczny wybór. - „To może być coś naprawdę niezwykłego. Co jeśli nigdy więcej nie zobaczę takiego kamienia?” – przemknęło jej przez głowę, wśród wielu innych, nasyconych wątpliwościami myśli, po czym skierowała się w dół. Ciekawość zwyciężyła. Wylądowała w cieniu drzew, na zielonej, jeszcze wilgotnej po wczorajszym deszczu trawie, kilka metrów od zakrywającego wszystko krzaka. Było stąd widać rąbek kamienia. I płetwę! Płetwa u kamienia stanowiła dla Mewy szokujące odkrycie i jeszcze bardziej podsyciła jej ciekawość. Nie była to zwykła płetwa, zupełnie gładka i delikatna jak u ryb. Ta płetwa wydawała się kamienista, jakby zbudowana z czegoś w rodzaju ciemnozielonej skały i była dużo bardziej solidna niż te rybie. Mewa zrobiła kilka kroków naprzód. Nic się nie stało. Jeszcze dwa kroki. Nadal nic. Niewiele więcej było też widać. Zrobiła kilka kroków w bok obchodząc krzak. Teraz było już widać całkiem spory kawałek kamienia oraz kawałek drugiej płetwy. Ani kamień, ani płetwa nie ruszały się. Jeszcze trzy kroki w bok... i koniec. Dalszą drogę blokowało drzewo. Teraz można już było tylko podejść bliżej. Mewa zbytnio się jednak bała. Postanowiła zawołać. - Hej tam! – zawołała w uniwersalnozwierzęcym. – Hej! Kamieniu! – zawahała się trochę przed kolejnym słowem. – Żyjesz?! Z początku nie było żadnej reakcji. Po chwili jednak kamienna płetwa lekko się poruszyła, uniosła w górę i zamarła. Chyba nie bardzo wiedziała dokąd chce iść. Po chwili postawiła się z powrotem na ziemi, a zza krańca kamienia zaczęło się coś wynurzać. Poowoli, poowoli, jakby z ociąganiem, pokazała się kamienista, długa szyja, a za nią mniej kamienista, a bardziej gruboskórzana głowa. Skierowana była do tylu. Z końca głowy spoglądało dwoje ciemnych, niewielkich, ale niezwykle głębokich oczu. Oczy patrzyły pytająco, analizując obiekt który wołał „Hej! Kamieniu!”. - „Eee, Mewa” – pomyślał „kamień” i poowoli, poowoli schował głowę w poprzednie miejsce jej spoczynku. Nastał czas na przemyślenie sytuacji. Głównie dla Mewy, gdyż „kamień” zdawał się już powziąć decyzję o zupełnym niereagowaniu na cokolwiek. Dla Mewy „kamień” nie wyglądał już tak groźnie, ani kamieniście jak jeszcze przed chwilą. Zdawało się jej, że wie co to za kawałek „kamienia” – już widziała podobne stworzenie w telewizji, którą zwykła oglądać siadając na czyimś parapecie. Takie kamienie nazywano żółwiami i kompletnie nie występowały one w tym obszarze geograficznym chyba, że w sklepach ze zwierzętami. Nawet tam były jednak mniejsze, a ten miał rozmiar sporawego głazu. Z tego co Mewa wiedziała żółwie nie były ani zbyt szybkie ani specjalnie groźne. Zmobilizowało ją to do działania. - Hej... żółwiu! – zawołała ponownie. Cisza. Zrobiła dwa kroki w kierunku żółwia i zawołała znowu. - Nie powinieneś być na Galapagos? Tym razem coś się stało. Widać było lekkie, jakby opanowane w ostatniej chwili poruszenie. Mewa była jednak pewna, że obie widoczne płetwy i skorupa zadrżały. Po chwili, nieco szybciej niż poprzednio, wysunęła się spoglądająca do tyłu głowa. Patrzyła po Mewie bardziej wnikliwie niż wcześniej, ważąc coś w środku. Po zważeniu, spoglądając Mewie uważnie w oczy, zadała pytanie. - Jak masz na imię? Mewa zawahała się. Nikt jej nigdy o to nie pytał. Jej wszystkie dotychczasowe rozmowy z innymi zwierzętami ograniczały się do: „ty iść tam”, „ty tu nie przeszkadzać”, „chcieć jeść”, „chcieć spać”, „chcieć kupa” i tym podobnych stwierdzeń, obrazujących jedynie podstawowe funkcje życiowe. Żadna mewa nigdy nie miała imienia. - Eee... –

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych