Wróć do katalogu

Carpe diem (Krzysztof i Kamil) 1/2

Powrót po dłuższej przerwie. Każdy z nas ma jakieś tajemnice...

Pieróg ziom, opublikowano , 36 min czytania, 4,3 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

CZĘŚĆ 6 (KRZYSZTOF I KAMIL)

Noc zapowiadała się spokojnie. Rafał miał jednak problemy ze snem. Pomijając już kwestię nowego miejsca i niezbyt wygodnego łóżka, cały czas dręczyły go różnorakie myśli. Wciąż zastanawiał się, czy postąpił właściwie. Ale czy tak naprawdę miał wybór? Gdyby nie pojechał, by ratować ojca, oni zajęliby się Sylwią. A tego nie chciał... Nagle zadzwonił telefon komórkowy Rafała. Co za pogańska pora! Nie ma jeszcze nawet piątej! Chłopak z trudem podniósł się z łóżka, by odebrać połączenie.

-Rafał, to ty?- usłyszał głos swojej dziewczyny, Sylwii, co wywołało u niego ogromne zdziwienie, zwłaszcza ze względu na porę. -Tak... jest bardzo wcześnie... Coś się stało? -Musisz jak najszybciej odnaleźć ojca. -O czym ty mówisz, Sylwia? -Ma rację. Zasady się zmieniły- usłyszał nagle męski głos, a w tle przerażający krzyk swojej dziewczyny. -Co jej zrobiliście?!- zaczął się drzeć do słuchawki- Zostawcie ją! Ona nie ma z tym nic wspólnego! -Luz, Pędziński. Wszystko będzie ok. Plan gry uległ zmianie. -Zauważyłem. Mieliście zostawić Sylwię w spokoju! -I zostawimy, ale musisz dotrzeć do Zakopanego z ojcem. Masz 48 godzin. -Tylko tyle?! To za mało czasu, kurwa! -Nic mnie to nie obchodzi. Jeśli tego nie zrobisz, twoja dziewczyna...- i wtedy Rafał znów usłyszał jej przerażający krzyk. -Nic jej nie róbcie, zrozumiano?! -To my stawiamy warunki! Pamiętaj o tym. Zjaw się z ojcem w Zakopanem w hotelu Duszyczka, tam dostaniesz dalsze informacje- po tych słowach rozmówca rozłączył się.

Rafałowi przyspieszył puls. Zerwał się z łóżka i w ciągu kilku minut zrobił wszystko to, co powinien, czyli zabrał potrzebne rzeczy i opuścił pokój. Schodząc na dół zadzwonił do Ryszarda.

-Będę za chwilę przed komisariatem! Muszę z tobą porozmawiać...

Miał szczęście, gdyż jego znajomy policjant miał akurat nocny dyżur. Ryszard już czekał. Rafał wyszedł z samochodu i podszedł do znajomego policjanta.

-Będziesz musiał mi jeszcze raz pomóc... -Mam już przez ciebie poważne kłopoty. Nie rozumiesz? -Nic mnie to nie obchodzi. Od tego zależy życie dwóch osób- mojej dziewczyny i ojca! -Bardzo mi przykro, Rafał, ale ja nie chcę się w to mieszać. -Chyba nie masz wyboru- rzekł, ukazując pistolet w wewnętrznej części swojej marynarki. -Nie zamierzasz... -Jestem gotów na wszystko, żeby ich uratować. Nie pojmujesz tego? -Ale ja nie mogę. Wyrzucą mnie z pracy! -Pomogę ci znaleźć inną. Nie mamy czasu do stracenia. Chodźmy na pas startowy.

Kilkanaście minut później, Rafał i Ryszard znajdowali się już w środku helikoptera, który wzbił się w powietrze.

Ania stawiała powoli kroki po korytarzu. Mijała kolejne drzwi, chcąc dojść do pokoju nr 117. Na ścianach zawieszone były obrazy, przedstawiające lekarzy i inne osoby. Pod nimi ukazane zostały jednak tylko same daty, bez żadnych podpisów. Wciąż wycieńczona, szła dość wolno. W końcu dotrzegła drzwi, których poszukiwała. Cały czas nie była pewna, czy dobrze postępuje, ale nie miała innego wyjścia. To stanowiło dla niej jedyną szansę. Nacisnęła na klamkę i weszła do środka. Ogranęło ją ogromne zdziwienie, gdy zobaczyła, co znajduje się wewnątrz.

Tymczasem, pielęgniarka skierowała się do pokoju, w którym wcześniej leżała Ania i weszła do środka. Mało nie upuściła tacy z kubkiem wody i lekarstwami na podłogę, gdy zorientowała się, że sala jest pusta... Sięgnęła myślami wstecz, ale była w stu procentach pewna, że zamykała pokój na klucz, kiedy wchodziła ostatnim razem późnym wieczorem. Jakim cudem Ania wyszła na zewnątrz? Zostawiła tacę na małym stoliku obok łóżka i pognała w kierunku gabinetu szefa. Sekretarki jeszcze nie było. Bez pukania wbiegła do gabinetu. Zobaczyła Joannę, która siedziała przed komputerem.

-Co się dzieje?- zareagowała od razu, zdenerwowana. -Dziewczyna zniknęła.

Nie minęło kilka sekund, kiedy w całym budynku rozległ się przerażający alarm. Ostry, wyjący dźwięk postawił niemal wszystkich na równe nogi, pomimo bardzo wczesnej pory.

Wszyscy spali. Słońce dopiero wschodziło. A jednak ktoś wciąż miał otwarte oczy. Był to Krzysztof, który obudził się jakiś czas wcześniej i osaczony myślami o wydostaniu się z lasu, nie mógł zasnąć. Chwycił butelkę. Była jednak pusta, więc mężczyzna wstał i poszedł do strumienia. Było już jasno. Napełnił butelkę wodą i zaspokoił pragnienie kilkoma łykami. Nagle, zobaczył kogoś po lewej stronie. Był to Arek, jego przyjaciel, którego nie tak dawno spotkał w Olsztynie. Wzdrygnął się i mało, co nie upadł.

-Co ty tutaj robisz?- zapytał, ogromnie zdziwiony. -Wciąż masz do mnie zaufanie?- wypowiedział słowa z charakterystyczną chrypką. -Przez ciebie, straciłem wszystko, na czym mi zależało! Czego ode mnie chcesz? -Chcę cię ostrzec. -Przed czym? -Żebyś nikomu nie ufał. Wiesz, jak jest to zgubne. -Nie mów mi, co mam robić!- krzyknął, orientując się, że nikogo już nie było.

Przetarł oczy, wziął łyka wody. Upewnił się w myślach, że jest całkowicie normalny. „Mam już coraz bardziej dosyć tego lasu. Dobrze, że jeszcze dzisiaj się stąd wydostaniemy.” Skierował się do szałasu i postanowił przyrządzić coś do jedzenia dla innych. Wiedział, że już nie zaśnie. Myśli jednak wciąż nie dawały mu spokoju...

{i}Lewa, lewa, prawa. Jeszcze raz i jeszcze jeden cios. I jest! Znokautowałem go. Wygrałem walkę. Sędzia podbiegł do mojego przeciwnika i zaczął liczyć do dziesięciu. Ten nie zdołał się podnieść, więc arbiter zdecydował, że to ja zostałem zwycięzcą. Opuszczając ring, poczułem rękę na moim ramieniu. Wycierając twarz ręcznikiem, zorientowałem się, że jest to mój przyjaciel, a zarazem trener, Arek.

-Świetna walka, Kristof. Gratulacje. -No, dzięki. -Zwyciężyłeś w walce eliminacyjnej, nie dość, że szybko, to jeszcze w pięknym stylu. Należą ci się wielkie brawa. Nie zapominaj, że twój przeciwnik jest jednym z lepszych w sekcji. -Pewnie miał gorszy dzień. -Nie bądź taki skromny. Pojutrze zabieram cię na turniej do Wrocławia. -Już pojutrze? -No tak, musimy tam być dwa dni przed. Trzeba trochę potrenować. Załatwiłem ci dwa sparingi z gorszymi bokserami. -Ok., pogadam z Magdą. Trochę mnie tym zaskoczyłeś. -Pogadaj, ale ją przekonaj. To najważniejszy turniej w roku, ona musi o tym wiedzieć. Nagrody są bardzo cenne, i jest to też doskonała szansa na zdobycie doświadczenia. -Ok.

Parę godzin później wróciłem do domu z bukietem kwiatów. Magda wciąż u mnie mieszkała. Minął już niemal rok, od kiedy wprowadziła się do mnie, po nieszczęsnej kłótni z ojcem.

-Cześć. Już jestem- zawołałem w progu, zdejmując buty. -No, cześć- usłyszałem głos z salonu.

Wszedłem do środka, przywitałem się z Magdą i wręczyłem jej bukiecik.

-Dzięki, jak ładnie pachną. Wstawię je do wazonu.

Usiadłem na fotelu i odsapnąłem.

-Odgrzać ci zupę?- zapytała. -Nie rób sobie kłopotu. Ja sam później to zrobię.

Magda wróciła do pokoju i usiadła obok, na kanapie.

-Chciałam ci o czymś powiedzieć, Krzysiu. -Coś się stało? -Nie, dlaczego... Wręcz przeciwnie. Otrzymałam to! -Nie rozumiem. -No, Krzysiek. Moja wystawa odbędzie się w tę sobotę. W końcu dostałam zgodę. Tak się cieszę. -W sobotę? -Tak. To będzie najważniejszy dzień w moim życiu. Od zawsze marzyłam o wystawie, na której mogłabym pokazać swoje zdjęcia wszystkim krytykom i artystom! -To świetnie. Bardzo się cieszę. -Mimo to, jesteś smutny. Coś nie tak? -Nie, wszystko w porządku- uśmiechnąłem się na pokaz- Pójdę odgrzać zupę. Za chwilę wrócę.

Magda skierowała się za mną do kuchni. Wstawiłem gaz pod garnkiem. Gdy tylko to zrobiłem, moja dziewczyna przytuliła się do mnie i pocałowała w usta.

-Krzysiu, no powiedz. Wiem, że coś cię dręczy. -Chodzi o to, że... jakby to powiedzieć... wiem, że to dla ciebie bardzo ważne, ale... -Nie będzie cię na mojej wystawie, tak? -No, tak. Mam wyjazd służbowy. -Wyjazd służbowy? -Tak. Mamy takie zlecenie do ochrony domu we Wrocławiu. Ale to zaledwie kilka dni. -A ty musisz tam jechać? -Tak, szef już mnie wpisał na listę. To przez te jedniodniowe urlopy. Muszę nadrobić... -Nie umiesz kłamać, Krzysztof- przerwała mi- Byłam w twojej firmie. Nie pracujesz tam już od dwóch miesięcy!

Westchnąłem pod nosem. Nie wiedziałem, co powiedzieć. Jednak to była prawda. Rzeczywiście zwolniłem się z mojej byłej pracy.

-Masz kogoś, tak?- walnęła z grubej rury. -O czym ty mówisz, Madzia?! Nie mam nikogo innego poza tobą! -Więc czemu nie mówisz mi prawdy? -Magda, posłuchaj... -To ty mnie posłuchaj! Wiem, dlaczego wciąż kłamiesz. Bo jedziesz z tym swoim durnym kolegą na kolejne zawody. -To tylko kilka dni, Madziu. -Więc jednak! Nie możesz mu raz w życiu odmówić? -Ale zrozum, to jest najważniejszy turniej w sezonie. -Ostatnio też tak mówiłeś! Nie lubię tego Arka. Czy ty nie widzisz, że on tobą manipuluje? -Przestań, nic takiego nie robi. -Nie? To czemu ciągle się go słuchasz? Nie możesz po prostu powiedzieć- sorry, kumpel, nie jadę. Mam ważne sprawy. -Ale to tylko kilka dni. Zrozum to. -Nie jestem dla ciebie ważna, tak? -Oczywiście, że jesteś. -Ale on jest ważniejszy i ten jego głupi boks. Wolisz jechać tam niż być ze swoją narzeczoną w domu i przyjść na wystawę, która jest dla niej najważniejsza w życiu? -Kochanie, nie stawiaj mnie przed takim wyborem. Proszę! -Ale ty sam sobie stworzyłeś taką sytuację. Wszyscy są zawsze ważniejsi ode mnie. -Nie mów tak. -Ale to prawda! Nie pamiętasz, jak we wrześniu nie zjawiłeś się na moim wieczorku autroskim, tylko dlatego, że miałeś tę głupią walkę?! -Przeprosiłem cię za to! -Wiesz, co to znaczy w ogóle przeprosić? Nie powtarzać tych samych błędów. A ty ciągle robisz tak samo. Kiedy w końcu wyciągniesz wnioski ze swojego postępowania?

Po tych słowach, Magda wybiegła z mieszkania, trzaskając drzwiami. Wyłączyłem gaz pod zupą, nie miałem ochoty już jeść. Kilka minut później, byłem już na dole. Usiadłem na jednej z ławek. Ja też musiałem zaczerpnąć świeżego powietrza. Zadzwoniłem do Arka.

-Siema. -Cześć, coś się stało? -Wiesz, ja... chyba nie jadę z tobą na ten turniej. Nie mogę. -Słucham? Czy ty się dobrze czujesz? Przecież to twoja życiowa szansa! Nie możesz jej zmarnować! Tam zjawiają się najwięksi łowcy talentów. -Nie mogę, naprawdę. -Widzę, że chyba nie dotrzegasz wagi tego turnieju. -Dostrzegam, ale nie mogę. Chodzi o moje prywatne sprawy. -To tylko kilka dni, Krzysiek. Nie możesz mi tego zrobić? Wybrałem ciebie, bo jesteś najlepszy. Pokazałeś to, wygrywając decydującą walkę. Wszystkie papiery są już podpisane. Nie możesz się teraz wycofać. -Bardzo cię przepraszam, weź kogoś innego. -Ale nie mogę. Jest już za późno. Jeśli nie przyjadę tam z tobą, to mogę się nie pokazywać. Wszystkie formalności są już załatwione. -I co ja mam teraz zrobić? -Jechać, Krzysztof. Jechać.

Zakończyłem połączenie. Miałem ogromny mętlik w głowie. Wiedziałem, że tylko ja mogę podjąć decyzję. Nagle poczułem, że zaczyna mi brakować powietrza. Zacząłem się dusić. Chyba straciłem przytomność...{/i}

Wszyscy wstali. Byli już prawie gotowi do drogi. Patrycja napełniała butelki wodą ze strumienia. Roman kończył jeść „śniadanie”. Krzysztof, najbardziej zafascynowany możliwością szybkiego opuszczenia lasu, był już gotowy od dłuższego czasu. Nieco, na uboczu trzymała się Justyna, która siedząc koło drzewa, zjadała resztki jogurtu. Bacznie obserwowała pozostałych.

-Wygląda na to, że ma wstrząs mózgu- podsumował Paweł, który przez kilka ostatnich minut opatrywał Kamila. -Więc co teraz?- zapytała Sophie, która również znajdowała się obok. -Jak się czujesz?- zapytał mężczyznę Paweł. -Średnio... Lepiej niż wczoraj, ale chcę odpocząć. -Kamil musi tu zostać. To jedyne wyjście. Jeśli to wstrząs mózgu, a najprawdopodobniej tak jest, musi długo leżeć... -Zostanę z nim. -Gdy tylko się wydostaniemy, sprowadzę pomoc- obiecał Paweł- Możesz być tego pewna. -A co mam zrobić, jeśli... -Jeśli jego stan się pogorszy?- przerwał student- Raczej nie powinien. On musi cały czas leżeć. Zostawię ci wszystko, co może mu być potrzebne. Najważniejsze, żebyś co kilka godzin zmieniała mu okłady. Ja zrobię to teraz. -Ok., ja za chwilę wrócę- zadecydowała Sophie.

Gdy tylko wyszła, chłopak zaczął zmieniać okład Kamilowi.

-Ile muszę leżeć?- zapytał. -Trudno mi powiedzieć. Fachowo w szpitalach zaleca się odpoczynek około kilku tygodni. Jedyne, co mogę ci obiecać, to sprowadzenie szybkiej pomocy. Twój stan jest stabliny, nic nie powinno się dziać. -Sophie zostanie ze mną? -Oczywiście... Ja niestety muszę iść. Roman ma cały czas problemy z nogą. Każdemu może coś się stać, czeka nas długa i męcząca droga. Mam nadzieję, że przed zmierzchem już nas tu nie będzie. -Jasne, dziękuję- odezwał się Kamil, widząc, że Paweł zakończył już zmianę okładu.

Krzysztof podszedł do siedzącej obok drzewa Justyny.

-Mogę się przysiąść?- zapytał delikatnie. -No jasne. -Za chwilę wyruszamy. -Dobrze, ja jestem gotowa. -Którędy będziemy iść?- zaciekawił się Krzysztof. -Nie pamiętam dokładnie. Najpierw musimy odnaleźć skały, o których wspominała Aneta. Stamtąd będziemy się musieli kierować na północ. Mam orietację w terenie, powinnam sobie poradzić. -Czeka nas długa droga? -Myślę, że koło kilkunastu kilometrów. -Zastanawiałem się nad podzieleniem na grupy. Roman ma problemy z chodzeniem, będzie tylko opóźniał pochód. Gdybyś wytłumaczyła mi jak iść, mógłbym pokierować niektórych... -Nie wiem, czy to dobry pomysł. Ten las jest bardzo gęsty, mógłbyś się łatwo zgubić. -Nie martw się, poradzę sobie. -Domyślam się, ale mam pamięć wzrokową. Pamiętaj, że szłam tędy tylko jeden, jedyny raz i to jeszcze pod wpływem różnych środków. Mam tylko pewne przebłyski. -Czy to znaczy, że możemy się zgubić? -Raczej nie, ale może to głupio zabrzmi- jesteście zdani tylko na mnie, a dokładniej na moją pamięć. Myślę jednak, że nie powinno być większych problemów. -To świetnie.

Do Patrycji, która napełniała butelki wodą, podeszła Sophie.

-Mam do ciebie prośbę- zaczęła Francuzka. -O co chodzi?- powiedziała, podnosząc głowę. -Chciałabym, żebyś ze mną została. Kamil musi leżeć, a nie może być tu sam. Obawiam się, że mogę sobie nie poradzić. -Nie rozumiem. -To nie jest jedyny powód. Chodzi jeszcze o coś. Boję się sama z nim tu zostać. A do ciebie mam zaufanie. -Ale przecież to twój mąż, Sophie. -Wiem, ale nie ma czasu, żebym ci to teraz tłumaczyła. Proszę cię, zostań, ale nie mów nikomu, jaka jest prawdziwa przyczyna. -Dobrze, zostanę z tobą.

Kilka minut później, wszyscy byli już gotowi do drogi.

-Ja zostaję z Sophie i Kamilem- oznajmiła Patrycja- Chcę jej pomóc. -Jesteś tego pewna?- zapytał wyraźnie zdziwiony Paweł- Myślałem, że pójdziesz z nami. -Już podjęłam decyzję. Tak będzie najlepiej. -Dobrze, zostawiam wam więc rzeczy, które mogą wam się przydać.

Sophie i Patrycja pożegnały się ze wszystkimi, życząc im powodzenia, po czym pięcioosobowa grupa odeszła siną w dal. W tym samym czasie, Kamil wyjął kawałek papieru z kieszeni. Wstał, pomimo przeszywającego w całym ciele bólu i podszedł do wyjścia z szałasu.

-Kamil!- zawołała przestraszona Sophie, gdy tylko go zobaczyła.

Helikopter był już blisko celu. Pilotował Ryszard, który ostatecznie został do tego zmuszony. Na siedzeniu obok siedział nieco przestraszony, ale też okropnie podniecony Rafał, który spoglądał na mapę. Poza nią miał w plecaku też kilka innych cennych rzeczy. Nagle, obaj zobaczyli opuszczony, przewrócony pociągowy wagon.

-Musimy znaleźć jakąś polanę, albo łakę, na której będziemy mogli wylądować...- zadecydował Ryszard. -Ok.

Kilka minut później, udało im się dostrzec jedną z polan, którą znalazła wcześniej Aneta.

-Musimy tu wylądować.

Ryszard rozpoczął lądowanie, opuszczając helikopter w dół. Nagle coś stało się z jednym ze śmigieł i maszyna ruszyła raptownie w dół. Było to jakieś dwadzieścia metrów nad ziemią. Helikopter upadł. Jako pierwszy obudził się Rafał. Cholernie bolała go głowa, na jego nogi spadło siedzenie. Z całej siły zrzucił je. Zobaczył wybite szyby. Obok nogi leżał jego plecak. Wyrzucił go przez okno, po czym doczołgał się do leżącego obok Ryszarda. Był nieprzytomny i krwawiła mu ręka. Chłopak wyniósł go z helikoptera i posadził na trawie. Ze swojego plecaka wyjął apteczkę i zaczął robić opatrunek dla Ryszarda.

-Gdzie jesteśmy- odezwał się lekko przytomny policjant.

Dopiero wtedy Rafał po raz pierwszy rozejrzał się dookoła. Wszędzie otaczały ich drzewa, helikopter zajął prawie całą polanę.

-Moja ręka- ruszył nią, sycząc z bólu. -Spokojnie, będzie dobrze. Już ci ją opatruję. -Muszę wracać. -Chyba nie ma takiej możliwości. Helikopter się rozbił. Coś stało się ze śmigłem. -Jak się stąd wydostaniemy? -Muszę odnaleźć swojego ojca, a potem stąd wyjdziemy. Niestety, nie mam zbyt wiele czasu. -Jak chcesz stąd wyjść? Przecież to jakiś las. -Mam mapę, kupiłem ją, zanim stąd wyruszyliśmy. Mam już zaznaczony punkt rozbicia wagonu. -A skąd wiesz, że twój ojciec żyje? -Właśnie chcę się o tym przekonać. Gdy tylko skończę opatrywać ci rękę, musimy udać się do wagonu i sprawdzić to...

Joanna siedziała w gabinecie szefa. Nie mogła jednak się skupić, była zbyt zdenerwowana. Wstała i podeszła do okna. Jakim cudem udało się jej wyjść z sali? Przecież była zamknięta na klucz. I ten jeden, jedyny klucz znajdował się owym pomiesczeniu, gabinecie szefa. Nagle, kobieta usłyszała pukanie do drzwi.

-Proszę. -Przeszukaliśmy cały budynek- oznajmiła jedna z kobiet. -I co? -Dziewczyna zniknęła. -Przecież to niemożliwe. Ona musi gdzieś tu być. Zamknięto wyjście główne, jak tylko zorientowaliśmy się, że nie ma jej na sali. Przeszukajcie jeszcze raz cały budynek! -Tak jest, proszę pani. -Aha, i na wszelki wypadek najbliższą okolicę.

Po wyjściu kobiety, Joanna podeszła do biurka i zaczęła pisać maila do szefa. „Mamy kłopoty”.

Rafał i Ryszard dotarli do opuszczonego wagonu. Policjant zdecydował się jedynie poczekać na trawie. Chłopak wagonu przez rozbite okno. Mało co nie wymiotował, widząc wiele martwych ciał w środku. W pierwszej chwili zawahał się, ale potem stwierdził,

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych