Wróć do katalogu

Carpe Diem (Krzysztof i Sophie) 1/2

Tajemnice nabierają kolorytu, a w lesie nic już nie wydaje się takie jak być powinno. Każdy z nas ma coś do ukrycia...

Pieróg ziom, opublikowano , 50 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

CZĘŚĆ 3 (KRZYSZTOF I SOPHIE)

Stawiała kroki zdecydowanie. Podążała do grobu, który od tak dawna chciała odwiedzić. Porozmawiać z osobą, spoczywającą w nim. Zadać jedno najważniejsze pytanie. Dlaczego? Dlaczego to się stało? Porywisty wiatr wyginał cienkie gałęzie. Złowrogi poszum liści, pohukiwania puszczyka i wyjątkowa ciemność tworzyły prawdziwą atmosferę grozy. Kobiecie przeszły ciarki po plecach. Stanęła bezradnie pośrodku cmentarza, cała drżąc. Z trudem rozpoznawała kształty grobów. Zwróciła uwagę na coś niewielkiego po prawej stronie. Znowu usłyszała, jak coś zawyło. Ruszyła z trwogą dalej. Nagle krzyknęła, gdy wydało jej się, że poczuła na twarzy czyjś oddech. Rozejrzała się wokół, ale nikogo nie dostrzegła. Była przerażona, ale szła dalej. W końcu zobaczyła grób, którego szukała. Podeszła bliżej. Serce waliło jej jak dzwon. Kobieta zobaczyła swoje nazwisko- Sophie Lis. Odskoczyła z przestrachem w oczach. Nagle usłyszała przerażający krzyk. Ktoś położył rękę na jej ramieniu. Raptownie odwróciła się. Zobaczyła samą siebie całkowicie nagą. Jej ciało było całe we krwi. Nagle jej lustrzane odbicie zniknęło, a w tym samym miejscu pojawiło się ciało Pierre’a. Mężczyzna pchnął ją sztyletem w brzuch. Popatrzyła w dół. Zobaczyła strużki krwi spływające na ziemię. Pierre zniknął...

Sophie wybudziła się ze snu. Poczuła jak wystający badyl wbija się jej w brzuch. Raptownie odrzuciła go i kilkukrotnie głęboko odetchnęła. Co za przerażający senny koszmar! Wstała powoli. Założyła na siebie polar, którym wcześniej okrył ją Paweł. Opuściła szałas i skierowała się do siedzącego na czatach chłopaka. Miała go zmienić. Była kolejną osobą mającą pełnić „dyżur”. Paweł siedział blisko szałasu przy jednym z drzew i wpatrywał się w telefon Sophie, do którego kilka godzin wcześniej przełożył swoją kartę sim.

-Powinnaś jeszcze spać- chłopak od razu zauważył Sophie, mimo że był odwrócony- Wedle zegarka mam być na czatach jeszcze przez dwadzieścia minut. -Miałam koszmarny sen... - wytłumaczyła, siadając obok Pawła- Możesz już iść... -Daj spokój, jeszcze nie skończyłem swojego dyżuru- zaśmiał się. -Możesz się położyć, ja i tak nie zasnę. -To niedobrze, będziesz wykończona... Wszyscy potrzebujemy odpoczynku. -Masz jakiś nowy plan? Chyba nie możemy ciągle wędrować na oślep. To jest bez sensu... -Chcę przejść się do tego dużego szałasu, w którym Krzysiek znalazł martwego człowieka. Może tam znajdziemy coś, co pomoże nam się stąd wydostać. Jest jednak problem- sam tam nie trafię. -Potrafię poruszać się po lesie. Mogę cię tam zaprowadzić, jeśli chcesz. -Świetnie...

Paweł skierował się do szałasu i położył się spać. Sophie siedziała przy jednym z drzew. Myślała nad snem. Już tak dawno o NIM nie myślała. A jednak te wspomnienia znowu wróciły. Właśnie w tym miejscu. Dlaczego akurat teraz? Sophie uspokoiła się już, ale bała się zamknąć oczy, choć na chwilę przysnąć. Nie chciała, by przerażający sen wrócił. Ponadto musiała sprawować półtoragodzinną wartę...

{i}Pracowałam w jednej z paryskich restauracji jako kelnerka. Nie była to praca, która by mnie satysfakcjonowała, ale nie miałam innego wyjścia. Moją pasją było malowanie obrazów, ale niestety pasje rzadko kiedy przynoszą pieniądze. Od czasu do czasu, ktoś kupił mój obraz, ale zdarzało się to bardzo rzadko i dostawałem za nie grosze. Wciąż jednak żyłam nadzieją, że w końcu będę miała szczęście i ktoś dostrzeże mój talent. Podeszłam do stolika przy oknie.

-Dzień dobry, co podać?- zapytałam po francusku dwóch mężczyzn, siedzących przy owym stoliku. -Dwie herbaty proszę- odpowiedział jeden z nich z kiepskim akcentem.

Gdy odchodziłam od stolika, usłyszałam jak mężczyzna rzekł po polsku do kolegi, że mam fajny tyłek. Zapewne sądził, że nic nie zrozumiałam. Gdy wróciłam z tacą, i stawiałam filiżanki z herbatą na stole, ten sam gość powiedział w swoim ojczystym języku, że jestem ładna. Był też ciekaw, czy jestem zajęta.

-Proszę- powiedziałam po francusku, zabierając tacę- Ma pan plamę na garniturze- dodałam z uśmiechem po polsku, wprawiając ich w osłupienie.

Wróciłam na zaplecze śmiejąc się w duchu. Zawsze trzeba znajdować sobie takie chwile, w których choć na chwilę można się uśmiechnąć. Koleżanka zawołała mnie do telefonu. Podniosłam odłożoną przez nią słuchawkę.

-Halo... to znowu ty, Pierre... daj mi spokój, proszę cię... pracuję do późna, to nie ma sensu... nie, żegnaj.

Znowu się zdenerwowałam. Pierre zadzwonił po raz kolejny. Nagabywał mnie już od dłuższego czasu. Nie umiałam mu powiedzieć, żeby raz na zawsze się odczepił. Z pracy wyszłam kilka godzin później. Podążałam do metra. Tuż obok restauracji zobaczyłam Polaka, którego wcześniej obsługiwałam.

-Dobry wieczór, nie przeszkadzam?- spytał po polsku. -Nie, coś się stało? -Chciałem panią przeprosić, moje zachowanie było nie na miejscu. -Nic takiego się nie stało. Ostatecznie to były chyba komplementy...Przepraszam, ale idę do metra... -Mogę panią odwieźć, zaparkowałem niedaleko stąd. -Nie, dziękuję. -Nalegam, jest już dosyć późno. Nie boi się pani wracać o tej porze do domu? -Mam niedaleko... -Mimo wszystko, jest niebezpiecznie... -Spokojnie, wracam codziennie metrem i nigdy nic mi się nie stało. -Dobrze, w takim razie pojadę z panią. -Ale po co? -Będzie się pani czuła przy mnie bezpiecznie. I szybciej zleci pani podróż, jeśli porozmawiamy. Mam nadzieję, że nie ma pani nic przeciwko... -Myślę, że nie. Jeśli ma pan czas...

Nie wiem dlaczego, ale zgodziłam się, żeby ten tajemniczy mężczyzna mi towarzyszył.

-W którą stronę jedziemy – spytał, gdy znaleźlismy się na peronie. -Trzynastej dzielnicy, musimy jechać na północ- odpowiedziałam, wskazując kierunek.

Kilka minut później siedzieliśmy już obok siebie w wagonie.

-Nawet się pani nie przedstawiłem. Jestem Kamil. -Miło mi, mam na imię Sophie -Ma pani francuskie imię, i zna pani polski język. Proszę nie myśleć, że jestem wścibski, ale... -A nie jest pan wścibski? -Przepraszam. -Spokojnie, to nie żadna tajemnica. Moja matką jest Francuzką, a ojciec był Polakiem. -Teraz też jest Francuzem? -Dlaczego? -No bo powiedziała pani, że był Polakiem... -Był, bo nie żyje... -Och, przepraszam...Tak mi przykro... -Ból już minął, pozostała pamięć... -Zawsze trzeba pamiętać o zmarłych...Czyli mieszka pani tylko z matką?

Spojrzałam się na Kamila, chcąc wyczuć, czy rzeczywiście interesuje go moja osoba, czy też jego pytania mają na celu jedynie podtrzymanie rozmowy. Ale on musiał moje spojrzenie odczytać jako dezaprobatę, bo natychmiast znów zaczął przepraszać za swoją wścibskość.

-Przepraszam... Moje zainteresowanie pani osobą może się wydać natrętne, ale... może to głupio zabrzmi, nie mogę się przed tymi pytaniami powstrzymać, bo... bo... -Bo chce pan mnie lepiej poznać? -Właśnie... -Zwykła ciekawość? -Nie... Podoba mi się pani i chciałbym, że to nasze dzisiejsze spotkanie było początkiem dalszej znajomości...

Spodobało mi się to otwarte, szczere i odważne wyznanie Kamila, choc wówczas nie dałam tego po sobie poznać. Uświadomiłam sobie, że i on spodobał mi się od pierwszej chwili. Był przystojny, co oczywiście zauważyłam od razu, ale ważniejsze było to, że dostrzegłam w nim jakąś wewnętrzną szczerość, która sprawiła, że czułam się przy nim bezpieczna i nie bałam się swojej otwartości.

-Wszystko jest możliwe – roześmiałam się – A zatem jeśli chce mnie pan lepiej poznać, to mogę się panu śmiało przyznać, że nie mieszkam z matką, tylko z koleżanką w wynajmowanym mieszkaniu...

Nasza dalsza rozmowa popłynęła dalej tak naturalnie, jakbyśmy się znali od lat. Ja opowiedziałam mu jeszcze trochę o swoim życiu, a później on mnie o sobie. Dowiedziałam się, że przyjechał tu na parę miesięcy na szkolenie, że Paryż go zachwycił, no i najważniejsze, że jest kawalerem.

Naszą rozmowę kontynuowaliśmy po wyjściu z metra, aż dotarliśmy pod mój blok. Gdy podziękowałam mu za odwiezienie, poprosił mnie o numer telefonu. Już chciałam go podać, kiedy przypomniałam sobie o natręctwie Pierre’a i zapobiegawczo poprosiłam o jego numer komórki, obiecując, że zadzwonię. Był tym wyraźnie zawiedzony. Podał mi numer, dwukrotnie upewniając się, czy zadzwonię. Obiecuję – przyrzekłam na odchodnym.

Całą historię opowiedziałam mojej najlepszej przyjaciółce- Marcie, która za mną mieszkała. Była Polką, ale od roku mieszkała we Francji. Poznałyśmy się kiedyś, zupełnym przypadkiem. Okazało się, że ten sam człowiek sprzedawał moje obrazy i zdjęcia, które robiła Marta. Później, gdy nasza znajomość zmieniła się w przyjaźń, postanowiłyśmy razem zamieszkać.

-I co? Zadzwonisz? - spytała Marta na koniec. -Nie wiem. Może... Chyba go naprawdę go polubiłam. To miły facet. I jak każdy mężczyzna plami szybko garnitur- dodałam z uśmiechem na twarzy. -Czyżby to było twoje kryterium oceny mężczyzn? – ze śmiechem zapytała moja przyjaciółka -Nie, ale przez to wydał mi się bardziej naturalny...

Kilka minut później znów zadzwonił Pierre.

-Co to za facet, który cię odprowadził?- zapytał bez żadnych wstępów, z niezadowoleniem w głosie. -A co to? Śledzisz mnie?! – zadałam pytanie, choć i tak znałam na nie odpowiedź. Od dawna go o to podejrzewałam. -Akurat byłem obok – odpowiedział, nie siląc się na bardziej prawdopodobne wyjaśnienie. -Nie wierzę ci! – rzuciłam zdenerwowana - Daj mi święty spokój, nie muszę ci się spowiadać. -A jeśli to jakiś zboczeniec? -To ty jesteś zboczeniec, jeśli mnie śledzisz. I jeśli nie przestaniesz, to przysiegam, że zawiadomię policję! – zagroziłam i przerwałam połączenie. Drżały mi ręce, a serce łomotało ze zdenerwowania. Uświadomiłam sobie, że zaczynam się go naprawdę bać. Marta pomogła mi przyjść do siebie, radząc, bym w razie, gdyby Pierre nadal mnie prześladował, spełniła swoją groźbę.

Nazajutrz wysłałam sms-a Kamilowi, pytając, czy nie zabłądził w drodze powrotnej i czy nie ukradli mu samochodu. Odpisał momentalnie, ucieszony z tego, że się odezwałam i poprosił o to, byśmy się wieczorem znowu spotkali. Zastanawiałam się kilkanaście minut, rozpatrując, czy powinnam się zgodzić. W końcu zawierzyłam swojej intuicji i zdecydowałam się.

Kamil zabrał mnie do jednej z droższych restauracji w Paryżu. Myślałam, że nie jest tego świadomy i zwróciłam mu na to uwagę, ale on podziękował mi za ostrzeżenie i orzekł, że zna ceny i że jego zdaniem w odniesieniu do potraw tu serwowanych, wcale nie są one wygórowane. Jakiś czas potem, po zjedzeniu kolacji, musiałam mu przyznać rację, bo potrawy były rzeczywiście wyśmienite. Kamil, przez cały wieczór, był czarujący i sypał komplementami pod moim adresem, jak z rękawa. Być może, gdyby prawił je ktoś inny, czułabym się nimi zażenowana, ale w ustach Kamila brzmiały tak szczerze i naturalnie, że byłam nimi zachwycona. Po wyjściu z lokalu, ogarnięta czarującym nastrojem, sponatanicznie zaproponowałam, mimo późnej pory, że pokażę mu swoje czarowne miejsce. Po pół godzinie jazdy taksówką dotarlismy na wzgórze leżące na obrzeżach miasta. Bywałam tu od dawna. Stając na skraju wzgórza i spoglądając na panoramę Paryża zawsze miałam wrażenie, że wszystkie problemy znikają, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. To właśnie ten krajobraz był moją inspiracją do malowania. A teraz stałam tu z Kamilem i czułam się szczęśliwa.

-To piękne miejsce. Dziękuję, że mnie tu przyprowadziłaś...- zachwycał się Kamil -Zawsze tu przychodzę, kiedy mam jakiś problem... To moje sacrum... {/i}

Słońce zaczynało powoli przeświecać między konarami drzew. Mężczyzna podążał dalej. Nie szedł zbyt szybko. Był zmęczony i spragniony. Nagle usłyszał jakieś głosy. Coś, co przypominało śpiew. To WYBRANI. Był tego pewien. Musiał się szybko schować. Położył się na mchu, między drzewami i zastygł w bezruchu. Śpiew stawał się coraz bardziej słyszalny. W końcu dostrzegł grupę ludzi, podążających przez las z pochodniami. Wszyscy byli ubrani na czarno. Szli z opuszczonymi głowami i śpiewali coś w nieznanym dla mężczyzny języku. Chwilę później, procesja zatrzymała się przy tajemniczych skałach. Wszyscy stanęli w dużym kole. Jedna osoba wystąpiła na środek. Wydawała się lekko zamroczona. Nie uciekała, oswoiła się już zapewne, że za chwilę miała zginąć. Druga osoba trzymała w górze dwa sztylety. Serce mężczyzny biło jak szalone. Choć był jakiś kawałek od Wybranych, starał się nawet nie oddychać, by nie wykryli jego obecności. Nie chciał być kolejną ofiarą rytualnego mordu. Osobnik dzierżący sztylety wbił je mocno w klatkę piersiową osoby, stojącej w środku kręgu. Zabity upadł na kolana, a chwilę później osunął się na ziemię. Pozostali stali w bezruchu i dalej śpiewali, w oczekiwaniu, aż ofiara mordu wyzionie ducha... Chwilę później, wzięli ciało i zaczęli się oddalać...

Paweł napełniał butelki wodą. Wszyscy pozostali siedzieli niedaleko szałasu i posilali się kawałkami dziczyzny, która pozostała po wczorajszej kolacji.

-Korzystając, że jesteśmy tu wszyscy, chciałem coś powiedzieć...- odezwał się student. -Coś postanowiłeś?- zapytała Patrycja. -Razem z Sophie, która z tego co wiem, bardzo dobrze orientuje się w lesie, chcemy odnaleźć ten szałas z zabitym człowiekiem. Musimy go dokładnie przeszukać- mówił Paweł. -Z tego, co pamiętam, jeszcze wczoraj wieczorem radziłeś wszystkim, by się trzymali z dala od szałasu, twierdząc, że mordercy mogą wrócić- zauważył Krzysztof.

Wszyscy spojrzeli na Pawła, przypominając sobie jego wczorajsze słowa.

-Rzeczywiście tak twierdziłem, ale w nocy nad tym rozmyślałem i stwierdziłem, że trzeba zaryzykować... -Po co?! – przerwał Krzysiek -No, właśnie chcę powiedzieć, jak mi nie będziesz przerywał...Trzeba dokładnie przeszukać ten szałas. Ty – zwrócił się do Krzysztofa – chyba tego nie zrobiłeś... -Bo był tam straszny smród i zaduch i niczego nie było widać – bronił się Krzysiek -Spróbuję to wytrzymać... Może coś tam znajdę... Jakieś wskazówki, co to za las, jakieś narzędzia. Może jakieś jedzenie... -Niczego tam nie było... - orzekł Krzysztof. -A skąd wiesz? Przecież niczego nie widziałeś – wypomniała mu wcześniejsze słowa Aneta -Chcę to sprawdzić... – zdecydował Paweł -A co, jeśli rzeczywiście natkniesz się tam na jakichś zbirów – spytała Patrycja -Będę ostrożny...Ale to tylko jeden z dwóch punktów planu... -A drugi?- zainteresował się Roman. -Proponuję, żebyście wyruszyli w drogę wzdłuż strumienia... Nie możemy ciągle chodzić po lesie na oślep, a tak ten strumień będzie czymś na kształt szlaku – przedstawił swój pomysł Paweł. -To nie jest zły pomysł. Może w końcu wyjdziemy z tej cholernej puszczy! – zapaliła się do pomysłu Aneta. -Najlepiej by było, gdybyście poszli dwójkami, w dwie przeciwne strony strumienia. -Jestem za. Noga mnie już prawie nie boli... – orzekł Roman -Mogę iść z Romanem. - zaproponowała Patrycja. -O.k. Krzysiek, Aneta, pójdziecie razem w drugą stronę?- spytał Paweł. -Nie ma problemu, prawda Aneta?- spytał ochoczo Krzysztof. -Nie...Możemy iść... – potwierdziła dziewczyna bez specjalnego przekonania. -Świetnie. Dobrze by było, gdyby każda para miała komórkę. Być może w jakimś miejscu można odnaleźć zasięg- stwierdził Paweł. -Miałam komórkę, ale jest gdzieś w wagonie. Zapewne rozwalona- powiedziała ze smutkiem w głosie Patrycja. -Ja dam ci swój telefon. Ma rozbity ekranik, ale da się zadzwonić, jakby co- wręczył telefon Patrycji- Weźmiemy butelki z wodą i podzielimy się pozostałościami dzika. Nie niszczmy szałasu. To będzie nasz punkt wyjściowy. Gdyby się coś stało, zawsze będzie można tu wrócić- tłumaczył Paweł- Wszystko jasne?

Mężczyzna obudził się, gdy słońce było już wysoko na niebie. Zasnął ze zmęczenia, gdy Wybrani zniknęli wśród drzew. Wstał ostrożnie, nasłuchując. Gdy niczego podejrzanego nie usłyszał wyszedł ze swojej kryjówki. Kilkanaście metrów dalej dostrzegł małe, jagodowe pole. Mężczyzna, jak szalony rzucił się na mech i zaczął zrywać jagody z małych krzewinek. Był tak głodny, że wpychał je sobie do ust razem z małymi, zielonymi listkami. Gdy się już nimi nasycił, spojrzał na swe dłonie. Były całe czerwono – fioletowe. Wyglądało to tak, jakby na na rękach miał zaschniętą krew. Wzdrygnął się, przypominając sobie rytualny mord, którego nie tak dawno był świadkiem. Zapragnął jak najszybciej zmyć ślady z dłoni.

Paweł i Sophie ruszyli w drogę. Kobieta prowadziła w dosyć szybkim tempie, odnajdując co chwila ich wczorajsze ślady i charakterystyczne miejsca w lesie, które zapamiętała. Paweł szedł za nią, cały czas był zamyślony. Od kiedy przeczytał wczorajszego sms-a, nie mógł się skoncentrować na niczym innym. Opuściły go już wyrzuty sumienia po śmierci Piotra. Podejrzewał, że kiedy zjawa przekazała mu, że wkrótce będzie musiał wypełnić swoją misję, więcej jej nie zobaczy. Cały czas zastanawiał się, jak może pomóc Ani. Nie wiedział dlaczego, ale za wszelką cenę chciał dotrzeć do szałasu. Miał nadzieję, że właśnie w nim znajdzie odpowiedzi na dręczące go pytania. Szalonym pomysłem wydawało mu się, że jego ukochana może znajdować się w tym samym lesie. Intuicja i uczucie mówiły mu co innego. Nie miał nawet pojęcia, gdzie jest. A jednak coś sprawiało, że wierzył, iż Ania jest gdzieś niedaleko i że wkrótce ją spotka.

-Pamiętasz dokładnie, gdzie Aneta znalazła zasięg? – spytał Sophie -Tuż obok tego szałasu...Ale dosłownie na chwilę... -Może tam jest jakieś miejsce tak ukształtowane w terenie, że fale omijają wszystkie przeszkody... -Może... -Spróbujemy je znaleźć– postanowił. -Oby tylko nie rozładowała mi się komórka. Gdy ją wczoraj wyłączałam, miała już ostatnią kreskę baterii. -Ale dziś jej jeszcze nie włączałaś? -Nie, jeszcze nie... -To dobrze. -Nie wydaje ci się to wszystko dziwne? – spytała Pawła Sophie po dłuższej chwili milczenia -Ale co? – nie zrozumiał -No cała ta nasza sytuacja. Jakby było to nam przeznaczone... -Chodzi ci o to, że znaleźliśmy się w tym lesie? Że tak miało być? -Nie wiem dlaczego, ale mam wrażenie, że tak prędko się stąd nie wydostaniemy... -To samo powiedziała wczoraj Patrycja. -Wszystko jest jakieś dziwne. Zadziwiające jest też to, że pierwszy raz od dłuższego czasu coś mi się przyśniło, i to właśnie tutaj. -Może to był jakiś proroczy sen - zaśmiał się Paweł. -To był koszmar. Szukałam jakiegoś grobu na cmentarzu... -Grobu? Nie zazdroszczę - Pawłowi przeszły ciarki. -Najdziwniejsze jest to, że ja nie miewam snów. Ostatni raz śniło mi się coś kilka dni po ślubie. -Po ślubie? Jesteś mężatką?- zdziwił się chłopak. -Tak... myślałam, że ci wspominałam. -Czemu nie masz obrączki na palcu?- zaciekawił się Paweł. -Kilka dni przed podróżą, oddałam ją do jubilera. Miał ją wyczyścić. -Nie spodziewałem się, że masz męża. Zachowujesz się jakoś inaczej... -To znaczy jak? -No nie wiem, jakoś inaczej. Nie martwisz się, że za tobą tęskni? Że się o ciebie teraz zamartwia? -Jeśli przeżył, a czuję, że tak, to pewnie jest zaniepokojony, co się ze mną stało... -Jechał z tobą w pociągu?- spytał zaskoczony młodzieniec. -Tak. Przed katastrofą wyszedł z naszego wagonu, szukać tego gościa, który sprzedawał jedzenie. -Może to go uratowało? -Nie wiem, ale jestem pewna, że żyje... -Tęsknisz za nim? Przepraszam, głupie pytanie... -Może wcale nie głupie, przecież tego po mnie nie widać... -Nie o to mi chodziło, każdy ma swój sposób przeżywania trudnych chwil, niektórzy chowają to w sobie...chyba to miałem na myśli, mówiąc, że zachowujesz się inaczej...

Roman i Patrycja dosyć wolno podążali wzdłuż strumienia. Mężczyzna podpierał się swoim kosturem, by znów nie nadwyrężyć nogi. Kobieta niosła plecak, w którym znajdowały się woda i resztki jedzenia. Patrycja raz po raz spoglądała na ekranik telefonu Pawła, chcąc sprawdzić, czy jest zasięg.

-Dlaczego tak bardzo chciałaś ze mną iść?- przerwał ciszę Roman. -Bardzo? Przesadzasz...Po prostu nie chciałam iść z Krzyśkiem. Jest dla mnie dziwny. Trochę się go boję... -A mnie się nie boisz? -Ciebie? Dlaczego miałabym się ciebie bać? -Nie wiesz kim jestem i skąd cię znam. To na pewno cię niepokoi... -Wcale nie– zaprzeczyła gwałtownie Patrycja – Może z kimś mnie pomyliłeś. -O nie... – złowrogo roześmiał się Roman – Znam cię... -Wiesz, tylko jak mnie nazywają... -Znam twoją tajemnicę...

Patrycja zamilkła, próbując ukryć swe obawy.

-Powiedz mi, dlaczego tak ci zależy, żeby nikt się o tym nie dowiedział?- drążył Roman. -Nie zależy mi. -Sama poprosiłaś mnie wczoraj, żebym nikomu o tym nie mówił. Przecież każdy z nas jest ci obcy. -Daj mi spokój, proszę cię. -A może sądzisz, że przed kimś bym się wygadał?- spytał z uśmiechem mężczyzna. -Możesz zmienić temat?!- krzyknęła zagniewana raptownie i odwracając się do Romana. Mężczyzna podnióśł ręce do góry jakby się poddawał. Patrycja ruszyła dalej. -A co byś zrobiła, – spytał Roman po dłuższej chwili - gdybym komuś powiedział o twojej tajemnicy? O Delcie Crystal?!

Patrycja, z zakakującą szybkością, odwróciła się i impulsywnie odepchnęła Romana. Zszokowany mężczyzna stracił równowagę, pośliznął się i wpadł do strumienia. W pierwszej chwili Patrycja wybuchła śmiechem, ale kiedy mężczyzna nie podnosił się i zaczął jęczeć z bólu, przestraszyła się i szybko do niego podeszła. Pomogła mu się wydostać ze strumienia. Roman, z grymasem bólu na twarzy, usiadł na mchu.

-Nic ci nie jest? Przepraszam – poczuła się winna kobieta. -Cholera – wściekał się Roman – Nie dość, że jestem cały przemoczony, to jeszcze rąbnąłem tą nogą w jakiś kamulec w potoku.

Patrycja dostrzegła, że Roman trzyma się za tę samą nogę, która była wcześniej zraniona.

-Możesz chodzić? – spytała mocno zaniepokojona

Roman spróbował się podnieść, ale stanąwszy, poczuł ostry ból w nodze.

-Boli jak cholera! – stwierdził z wyrzutem -No to musimy wracać – orzekła Patrycja -Oczywiście. I będziesz mi musiała pomóc – zdecydował Roman

Patrycja chwyciła pod ramię mężczyznę, który oparł się na niej jak kłoda. Kobiecie, aż ugięły się kolana. Wolno ruszyli z powrotem.

Krzysiek przewodził. Aneta ledwo wytrzymywała tempo, jakie narzucił. Nie miała najwygodniejszych butów do marszu po lesie, a już na pewno nie do takiego szybkiego. Ale najgorsze było to, że znowu chciało jej się palić. Wczoraj po zapaleniu ostatniego papierosa poszła spać, ale od samego rana, nałóg dał znać o sobie ze zdwojoną siłą. Tym razem jednak Aneta nie miała już żadnego, nawet złamanego papierosa schowanego na czarną godzinę. Kompletnie nie miała pojęcia, co zrobić. Starała się myśleć o czymś innym, ale to nie pomagało. Liczyła jedynie, że może wkrótce uda się jej stąd wydostać. Przecież ten las musi się wreszcie skończyć.

-Nie ociągaj się, nie możesz iść trochę szybciej?- zdenerwował się Krzysiek. -Łatwo ci mówić. Zobacz, jakie mam buty- tłumaczyła się Aneta. -Wystarczy tylko trochę szybciej. Nie chcę spędzać w tym lesie kolejnej nocy. -Myślisz, że ja chcę? Mam już go serdecznie dosyć! -W takim razie sprawdź zasięg. - zadysponował Krzysztof. -Nie mogę tak, co chwila włączać telefonu. Musi się trochę naładować, inaczej znowu padnie, jak tylko spróbuję gdzieś zadzwonić... -Jak chcesz. Podobno chcesz się stąd wydostać. -Chcę. I to nie wiesz, jak bardzo... -Bo nie masz co palić?- zaskoczył Anetę Krzysiek. -O czym ty mówisz? -Nie udawaj. Dobrze wiem, że skończyły ci się fajki. -Z tego, co wiem, to ty nie palisz, więc mi nie pomożesz... -Może i nie pomogę... -Ty pewnie nie masz żadnego nałogu. Jesteś idealny – drwiła wzburzona Aneta -Niestety nie jestem. Ale wiem co zrobić, żeby sobie poradzić... -To co byś zrobił na moim miejscu, panie Mądralo? -Rzucił palenie... -Myślisz, że to takie proste? -Na pewno nie. Ale możesz spróbować. -Od kiedy zrobiłeś się dla mnie taki dobry? Do tej pory uważałeś mnie za głupią gówniarę! -Dalej tak twierdzę, ale danie dobrej rady to nic wielkiego... -Dziękuję za taką pomoc. Gdybyś miał jakieś papierosy, to wtedy byłaby zupełnie inna rozmowa... -Co jesteś gotowa zrobić, by zapalić? -Słucham? Chcesz mnie wkurzyć? -Skądże znowu, pytam poważnie. Jak bardzo jesteś zdesperowana? -Odwal się. Żałuję, że z tobą poszłam! Teraz będziesz mnie męczył... -Ok., już się nie odzywam. Jak coś wymyślisz, to powiedz. A teraz się pospiesz, bo znowu się ociągasz...

Patrycja i Roman dotarli do obozowiska, założonego wczoraj na polanie. Kobieta była wycieńczona drogą. Roman cały czas wspierał się na jej ramieniu, co było równoznaczne z dźwiganiem przez nią ważącego kilkadziesiąt kilogramów plecaka. Teraz, ciężko oddychając, odpoczywała koło szałasu. Roman ułożył się obok z wyprostowaną nogą. Próbował ją zgiąć, ale gdy poczuł ból, zrezygnował. Jego wysiłki obserwowała Patrycja.

-Przepraszam. Zareagowałam zbyt nerwowo i bez zastanowienia. - wyraziła skruchę. -To fakt – potwierdził mężczyzna – Ale ja też nie jestem bez winy. Niepotrzebnie cię prowokowałem... -A zatem oboje postapiliśmy niemądrze. -Są pewne zdarzenia, na które nie mamy wpływu... -O czym ty mówisz? Zadawałeś mi te wszystkie pytania bezwolnie? -Teraz, gdy się…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych