Wróć do katalogu

Carpe Diem (Roman i Aneta) 1/2

Każdy z nas ma jakąś tajemnicę, nad każdym z nas sprawuję pieczę przeszłość...

Pieróg ziom, opublikowano , 48 min czytania, 4,5 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

CZĘŚĆ 2 (ROMAN I ANETA)

-Nie!!!- krzyknął Paweł, nie mogąc się z tym pogodzić. Jak automat zaczął uciskać klatkę piersiową Piotra, by pobudzić jego serce do działania. Minutę, dwie, trzy. Bez efektu. W końcu podszedł do niego Roman i odciągnął go na bok.

-On nie żyje, daj spokój. -Nie! – zaprotestował Paweł, ale nie wznowił akcji reanimacyjnej. Zrozumiał, że nic już nie da. Odszedł na bok, by ukryć łzy.

Jak to się mogło stać?! Jak mogłem do tego dopuścić?! To moja wina - obwiniał się Paweł – Wziąłem się za coś, czego nigdy wcześniej nie robiłem...ale przecież mi się udało! Zaszyłem ranę i zatamowałem krwotok. Zrobiłem wszystko, co było w mocy. A jednak to było za mało...

Roman powoli podszedł do Pawła, w całkowitej ciszy usiadł obok niego i troskliwie mu rękę na ramieniu. Chłopak płakał, nie wstydził się tego.

-Dlaczego? Co zrobiłem nie tak?- zaczął bez wstępu Paweł, nie mogąc pogodzić się ze śmiercią Piotra. -Nie obwiniaj się. Nikt inny nie potrafiłby mu pomóc- rzekł, najprościej jak potrafił, Roman.

Nagle, obaj usłyszeli dobiegający z dali krzyk Patrycji. Wzywała pomocy. Paweł zerwał się natychmiast i ruszył między drzewa, w kierunku skąd, jak mu się wydawało, dobiegał rozpaczliwy krzyk. Biegł jak szalony, mijając dosłownie o milimetry pnie drzew. Znowu usłyszał krzyk. Tym razem dobiegał z innej strony. Rzucił się w tamtym kierunku. Po kilkudziesięciu metrach zwolnił, ponieważ las robił się coraz gęstszy. Na domiar złego nie słyszał już krzyku Patrycji. W końcu, zdezorientowany, przystanął i zaczął nasłuchiwać. Dookoła panowała kompletna cisza. Jedynym słyszalnym odgłosem był łomot jego serca. Gdzie jesteś, Patrycja?!.. Zaczął krzyczeć, ale miał dziwne wrażenie, że nikt go nie słyszał. Rozejrzał się bezradnie i w końcu ruszył w stronę, gdzie jak mu się wydawało, las się przerzedzał. Rozglądając się w biegu, zawadził o wystający korzeń i runął jak długi, boleśnie raniąc kolano. I znowu usłyszał przerażający krzyk Patrycji. Dobiegał z zupełnie innej strony, niż się przed chwilą kierował. Czuł się taki bezsilny...

Roman został sam. W pierwszej chwili pobiegł za Pawłem, ale już po kilku krokach, odezwał się ból w nodze. Nie było rady, musiał zaczekać. Wrócił po swoją prowizoryczną laskę i kulejąc podszedł do zmarłego Piotra. Usiadł obok niego i zaczął mu się przyglądać. Zastanawiał się, czy kogoś osierocił i czy dużo ludzi będzie płakać po jego śmierci. Był ciekaw, kim był Piotr za życia. Biznesmenem, politykiem, przestępcą czy też zwykłym, przeciętnym człowiekiem. Spojrzał na jego znoszone, ale schludne ubranie uszyte z dobrego materiału i pomyślał, że prawda o tym, kim był, leży pewnie gdzieś pośrodku. Średniozamożny urzędnik, mąż i ojciec dwojga dzieci. Tak sobie go wyobraził. Gdyby nie katastrofa, zapewne nigdy by nie zwrócił na niego uwagi. Pomyślał o przeznaczeniu. Coś sprawiło, że wszyscy pojechali tym samym pociągiem, w tym samym wagonie. Jedni, zapewne planowali tę podróż od dłuższego czasu, inni jak on sam, pojechali bardziej przypadkowo. Ale, czy w kontekście tego, co się stało, można było w ogóle mówić o przypadku? Znów spojrzał na Piotra. Dlaczego los uśmiercił akurat jego? Wpatrując się w jego spokojną twarz nagle serce podskoczyło mu do gardła. Zamiast Piotra ujrzał Rafała. Chłopak patrzył na niego z dziwnym uśmiechem, a z oczu sączyły mu się strużki krwi. Roman przerażony tym nagłym widokiem aż odskoczył na bok. Usłyszał jakiś dziwny szept. Nie miał pojęcia skąd dochodzi ani co oznacza. Zdał sobie sprawę, że ktoś lub coś powtarza wciąż jedno słowo. Zamknął oczy, by móc je zrozumieć, ale nic to nie dało. Nagle szept się urwał. Otworzył oczy i znów spojrzał na twarz zmarłego. Tym razem należała już, jak wcześniej, do Piotra.

Zszokowany realnością wizji pomyślał o młodzieńcu, którego twarz zobaczył. Rafał czeka pewnie teraz na mój powrót z Zakopanego, nie mając pojęcia o tym, że tam nie dotarłem. Czyżby ta wizja miała coś oznaczać – zastanawiał się Roman. I nagle, gdy tylko o tym pomyślał, znowu usłyszał ten szept. Coraz głośniej, coraz bliżej. Głos niemal dudnił w uszach Romana. Kiedy popatrzył na Piotra, znowu zobaczył Rafała. Jego oczy były krwiście czerwone. Chłopak dotknął ręki Romana. Mężczyzna odskoczył. Serce stanęło mu w gardle...

-Ratunku!!!

{i}Razem z Basią i Andżeliką jedliśmy śniadanie. Ta sama kolejność dnia, co zawsze. Runda w łazience, szybkie ubieranie, jedzone w pośpiechu kanapki, w końcu wyjście do pracy i do szkoły. Basia i Andżelika skierowały się na przystanek, a ja do samochodu. Usiadłszy za kierownicą, z obawą włożyłem kluczyk do stacyjki. Mój dwudziestoletni Volkswagen już od miesięcy domagał się remontu, który wciąż odkładałem ze względu na brak czasu. Na szczęście silnik odpalił i ruszyłem w drogę do restauracji, gdzie pracowałem. Swój neseser, z którym nigdy się nie rozstawałem, położyłem na siedzeniu obok. Wyjeżdżając z parkingu, spojrzałem na moją córkę, która witała się z jakąś koleżanką i o mały włos nie wpadłem na jakiegoś chłopaka, który przechodził przez osiedlową uliczkę. Ostro zahamowałem i krzyknąłem do niego przez otwartą szybę: „Życie ci nie miłe?!” Młodzieniec spojrzał na mnie dziwnym wzrokiem, wyrażającym bardziej zaciekawienie niż jakąkolwiek skruchę. Pokiwałem głową i ruszyłem w dalszą drogę. Ochłonąwszy po tym zdarzeniu, doszedłem już na zimno do wniosku, że właściwie to nie była wina tego chłopaka, ale moja nieuwaga. Skarciłem się w myślach za swój wybuch.

W pracy byłem punktualnie, jak zwykle. Przez cały dzień zajmowałem się gotowaniem różnych potraw. W kuchni miałem małe okienko, które pozwalało mi zobaczyć, co dzieje się na sali. W pewnym momencie dostrzegłem na sali młodzieńca, którego rano o mało co nie potrąciłem. Co za zbieg okoliczności. Przemknęło mi przez myśl, ze to dobra okazja, by go przeprosić, jednak w końcu się na to nie zdecydowałem. Kiedy zobaczyłem go znowu, wieczorem, po wyjściu z restauracji, stojącego przy moim samochodzie, nabrałem podejrzenia, że to nie może być przypadek. Czyżby chciał się zemścić za poranny incydent? Ale jak mnie znalazł? I czy rzeczywiście to wydarzenie na drodze mogło być powodem do zemsty. Z tymi, szybko przemykającymi przez umysł, pytaniami, podszedłem do swojego auta. Młodzieniec spojrzał na mnie, gdy usłyszał moje kroki.

-Model w dobrym stanie. Stary, ale jary- odezwał się do mnie. -Nie taki jary, jakbym chciał, ale w sumie nie narzekam. -Dobrze utrzymany -Staram się, ale – przystąpiłem do rzeczy – chyba nie po to łazisz za mną, żeby mi o tym powiedzieć? -Ma pan rację. Szukałem pana od dawna, ale dopiero dziś udało mi się odnaleźć. -Mnie? Dlaczego? – byłem zaskoczony jego stwierdzeniem. -Chciałem pana poznać. -Mnie? Chyba mnie z kimś pomyliłeś. Albo powiedz naprawdę o co ci chodzi albo skończmy tę szopkę, bo się spieszę – zacząłem przekręcać kluczyk w drzwiach samochodu. -Jest pan moim ojcem...

Przez chwilę zaniemówiłem. Kluczyki wypadły mi z dłoni. Pomyślałem, że to jakiś głupi żart. Chłopak schylił się i podniósł kluczyki. Podał mi je, dodając:

-Mam na imię Rafał (ów młodzieniec był przyjacielem Pawła, który miał wypadek) -To jakieś nieporozumienie, ja nie mam syna- odpowiedziałem z całkowitą powagą, biorąc od niego kluczyki. -Ja również myślałem, że nie mam ojca. -Nie wiem, czy go masz czy nie masz, ale ja nim na pewno nie jestem. W nic mnie nie wrobisz. A jeśli nie masz takiego zamiaru, to najzwyczajniej w świecie się pomyliłeś. Przykro mi. Spieszę się. Jestem umówiony. Do widzenia.

Wsiadłem do samochodu i odjechałem. Rafał stał cały czas na parkingu przed restauracją, jak zobaczyłem w bocznym lusterku. Kilka minut później, dojechałem do pubu, w którym byłem umówiony. Wszedłem zdecydowanym krokiem i dotarłem do stolika, przy którym siedział Jacek (ojciec Pawła).

-Cześć, jak minął dzień?- przywitałem się, podając rękę i siadając naprzeciwko niego. -Witaj. Jak zwykle ciężko. Napijesz się czegoś?- spytał, wskazując na swój kieliszek z whisky. -Jasne, chętnie, ale wolę piwo..

Kelner przyjął moje zamówienie, po czym zaczęliśmy rozmowę. Próbowałem skupić się na tym, co mówił Jacek, ale przychodziło mi to z trudem. Przed oczami miałem wciąż młodzieńca, który przedstawił się jako mój syn. Wtedy, przed restauracją, zachowałem się spontanicznie, absolutnie odrzucając tę możliwość, ale obecnie, trochę wbrew rozsądkowi, grzebałem w pamięci, starając przypomnieć sobie, czy to w ogóle byłoby możliwe, żebym miał syna.

-Myślałem, że ta operacja się nie powiedzie, ale na szczęście, wszystko dobrze się skończyło- opowiadał Jacek. -Tak... -Chyba cię trochę nudzę, co? -Co?...Nie, nie...Przepraszam, zamyśliłem się. Dziś zdarzyło mi się coś niecodziennego i nie mogę przestać o tym myśleć. -Co takiego? -Przez cały dzień śledził mnie jakiś młody chłopak. Miał mniej więcej ze dwadzieścia lat. Gdy udało mi się z nim chwilę pogadać, powiedział, że jest moim synem. -Naprawdę?... Przecież ty nie masz syna. -No, właśnie. Przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo. W pierwszej chwili zamurowało mnie. -Nic dziwnego. Też byłbym zaskoczony taką nowiną. Mam już jednego syna... -A ja mam córkę, i z tego co wiem, jest moim jedynym dzieckiem. To musiał być jakiś głupi żart. -Najwidoczniej.

Wróciłem do domu późnym wieczorem. Przeczytałem kartkę od Basi, żebym odgrzał sobie obiad, bo ona już poszła spać. Podczas jedzenia, cały czas rozmyślałem i próbowałem sobie przypomnieć swoją młodość. Czy coś takiego mogło mieć miejsce?

Nazajutrz znalazłem małą karteczkę, włożoną za wycieraczkę. Z początku pomyślałem, że to jakaś ulotka, ale treść karteczki wyprowadziła mnie z błędu. „Nazywam się Rafał Pędziński. Może moje nazwisko coś panu przypomni.” I rzeczywiście. Po chwili namysłu skojarzyłem. Tyle, że to skojarzenie nie rozwiązywało zagadki. Nadal nie wierzyłem, że mam syna, choć teoretycznie, taka możliwość istniała...{/i}

Paweł, pomimo bólu w kolanie, skierował się w stronę, skąd dobiegł go krzyk Patrycji. W końcu ją dostrzegł. Siedziała na mchu i płakała. Chłopak podbiegł do niej, przysiadł się i przytulił ją. Patrycja krzyknęła przestraszona.

-Daj mi spokój!!! Ciebie nie ma!! -Patrycja, spokojnie, to ja, Paweł. -Kłamiesz!!! Dajcie mi spokój!! Ja nic nie zrobiłam- krzyczała przez łzy dziewczyna. Zerwała się na równe nogi i zaczęła uciekać. -Poczekaj, Patrycja! Nic ci nie zrobię...

Dziewczyna zatrzymała się i skuliła pod jednym z drzew. Paweł stanął kilka metrów od niej, nie chcąc jej wystraszyć.

-To ja. Paweł. Poznajesz mnie? – starał się mówić ciepłym, łagodnym tonem

Patrycja odważyła się spojrzeć na Pawła. Powoli jej wzrok zaczął się rozjaśniać. Widać było, że go poznała.

-To ty – stwierdziła z ulgą cichym głosem -Tak, to ja. – Paweł podszedł do Patrycji i ostrożnie chwycił ją za dłoń - Wszystko będzie dobrze. Damy radę- nieświadomie powtórzył słowa, które zawsze wypowiadała mama Patrycji.

Dziewczyna zamiast się uspokoić, zaczęła znowu płakać.

-Coś się stało? Już nic ci nie grozi, jestem przy tobie. -Boję się, że się stąd nigdy nie wydostaniemy... – powiedziała przez łzy. W jej głosie Paweł usłyszał autentyczne przerażenie. -Ależ skąd. Na pewno nam się uda. Gdy tylko coś zjemy, zaczniemy szukać drogi. Może pozostałym już udało się dotrzeć do jakiejś wioski. -To wszystko przeze mnie. Jestem osobą, która wszystko psuje. -Uspokój się, Patrycja. Skąd takie myśli? Znamy się wprawdzie tylko jeden dzień, ale już po tym krótkim czasie, mogę stwierdzić, że jesteś osobą, która najwięcej pomogła. A na pewno niczego nie zepsułaś! -To nic w porównaniu z tym, co złego zrobiłam. Jestem tutaj za karę. -O czym ty mówisz? Nikt nie jest tu za żadną karę. To czysty przypadek. Żyjemy i to jest najważniejsze. Jestem pewien, że szybko się stąd wydostaniemy.

Patrycja powoli się uspokajała.

-Wracajmy do Piotra. Być może potrzebuje twojej pomocy. Co gorsza, nie znalazłam żadnych owoców- dziewczyna wstała, ocierając łzy. -Zjemy to, co jeszcze mamy. Nie musisz się tym przejmować. -A z kim został Piotr? Roman wie, co ma robić? -Niestety... Piotr umarł. To moja wina – dodał natychmiast, nie chcąc, by pomyślała, że jest temu w jakikolwiek sposób winna. Obwiniał tylko siebie. -Ale co się stało? Przecież już nie krwawił? -Gorączka wciąż nie ustawała, majaczył, strasznie cierpiał. Nie potrafiłem mu pomóc. -Zrobiłeś wszystko, co było w twojej mocy. -Widocznie to było za mało. Nie jestem lekarzem. -Co innego mogłeś zrobić? Opatrzyłeś go, zszyłeś rany, opiekowałeś się nim praktycznie cały czas! -Na pewno mogłem coś jeszcze zrobić. Gdybym potrafił... -Ale co byś zrobił, Paweł? On potrzebował specjalistycznej pomocy, jakiejś operacji. Nawet gdybyś był lekarzem, i tak byś nie mógł tej operacji przeprowadzić... -Cały czas jednak sądzę, że to co, zrobiłem, to za mało. -Ja jestem innego zdania. Ale, co by nie mówić, i tak nie cofniemy czasu. Wracajmy do Romana. Krzyczałam tak głośno, że słyszał mnie pewnie cały las. -Właśnie, co się stało? Dlaczego potrzebowałaś pomocy? Możesz o tym mówić? – dodał widząc grymas na jej twarzy -Miałam przewidzenia. Wszystko przez przemęczenie... - stwierdziła krótko, jakby chciała zamknąć tę sprawę i do niej nie wracać. Paweł nie nalegał.

Oboje skierowali się w stronę, gdzie jak sądzili, znajdowało się ich prowizoryczne obozowisko wśród skał. Na szczęście nie pomylili się.

Krzysztof wpatrywał się w zabitego człowieka, leżącego na ziemi. Miał oczy jak spodki. Schylił się nad nim i poczuł drażniący i okropny smród. Natychmiast zaczął mieć duszności. Pomimo tego nadal wpatrywał się w ciało i we wbite w niego sztylety, próbując zrozumieć, jak mogło do tego dojść. Z pewnością nie wyglądało to na samobójstwo, a raczej na jakiś rytualny mord. Nagle usłyszał jakiś dziwny dźwięk. Przestraszył się i rozejrzał wokół siebie. Czuł się nieswojo, ale uważał się za twardziela i pomimo grozy sytuacji, kontynuował oględziny ciała. Dotknął sztyletu. Był on wykonany z jakiegoś dziwnego, miękkiego materiału. Znowu zaczął się dusić. W chatce było bardzo mało powietrza. Krzysztof starał się przetrzymać atak, ale było to coraz trudniejsze. I znowu usłyszał ten dźwięk. Dźwięk, przypominający szept. Tuż obok niego...

Aneta nie mogła uwierzyć, w to, co zobaczyła. W końcu, akurat w tym miejscu, pojawił się zasięg. Nie zwlekała i natychmiast wybrała pierwszy numer telefonu. Ku swojej radości usłyszała sygnał w słuchawce. Pierwszy, drugi, trzeci, w końcu kliknięcie oznaczające przyjęcie rozmowy po drugiej stronie. W tej samej sekundzie w jej komórce odezwał się potrójny sygnał obwieszczający wyładowanie baterii.

-Kurczę! Akurat w takim momencie!- krzyknęła dziewczyna, nie mogąc w to uwierzyć.

Krzysztof wypadł z chatki, słaniając się na nogach i próbując złapać oddech. Instynktownie sięgnął do kieszeni po inhalator. Ku swojemu przerażeniu, nie znalazł go. Szybko przeszukał pozostałe kieszenie, wciąż bez efektu. Do Krzysztofa podeszła Sophie, chcąc mu pomóc..

-Nie mam inhalatora- powiedział ciężkim głosem- Musiałem go gdzieś zgubić. -Spokojnie. Staraj się spowolnić oddech. Może go gdzieś schowałeś? -Może do plecaka- zasugerowała Aneta, usłyszawszy, co się stało. Skierowała się w stronę plecaka. -Zostaw go! Pod żadnym pozorem go nie otwieraj!- krzyknął, po czym kilka razy ciężko zakasłał. -Wrzuć na luz... Masz w nim jakieś skarby? -Nie... to moja prywatna własność. Nie chcę, żeby ktoś dotykał moich rzeczy. -Ok. Nikt go nie ruszy – uspokoiła go Sophie – Połóż się i staraj się uspokoić oddech.

Krzysztof położył się na mchu, a Sophie podeszła do Anety.

-Dodzwoniłaś się? -Gówno. Zdechła mi bateria. Wszystko przez to wczorajsze świecenie. – nie kryła wzburzenia Aneta -Możliwe... Masz tu mój telefon i poszukaj zasięgu. -Mogę spróbować. W razie czego przełożę kartę sim, może tylko moja sieć łapie zasięg. -Rób, jak chcesz.

Aneta oddaliła się w poszukiwaniu zasięgu, a Sophie skierowała się z powrotem do Krzyśka. Widząc, że trochę się mu polepszyło, spytała go, gdzie widział po raz ostatni swój inhalator.

-Pamiętam, że musiałem użyć go jeszcze w lesie. Wtedy w nocy- wytężał umysł Krzysiek. -Od tamtej pory go już nie widziałeś? -No, właśnie nie. -Spokojnie, spróbuję go znaleźć. -Ale gdzie? Przecież nie będziemy się wracać. Zresztą już czuje się lepiej... -Na razie, ale znów możesz się źle poczuć. Może leży gdzieś niedaleko... -Może... -Rozumiem, że poza smrodem i duchotą niczego w środku nie znalazłeś – Sophie wskazała na szałas -Wręcz przeciwnie. Znalazłem tam ciało zasztyletowanego człowieka. -Co? – przeraziła się Sophie – Chyba żartujesz? -Ani mi to w głowie. Wyglądało to na jakiś rytualny mord i to dokonany kilka dni temu. Niemiłosiernie cuchnęło. -Boże, to straszne. To teraz wiem, skąd ten twój atak...

Aneta chodziła dookoła chatki szukając zasięgu. Denerwowała się, bo wciąż nie mogła go złapać. Przełożyła już nawet swoją kartę sim, ale bez rezultatu. Kiedy zawiodła kolejna próba, dziewczyna zatrzymała się i zamyśliła. Najpierw zaczęła zastanawiać się, co jeszcze może zrobić z komórką, by odzyskać zasięg, a potem, gdy nie wpadła na żaden pomysł, do głowy przyszła jej myśl, dlaczego w ogóle stara się z kimś skontaktować. Przecież w ostatnich dniach zawiodła się na wszystkich, na których mogła. Bliskie osoby pokazały jej, że mają ją gdzieś. Że im na niej totalnie nie zależy. I to właśnie dlatego chciała gdzieś uciec. Gdziekolwiek, byle z dala od wszystkich znajomych. Bezwiednie dotarła na dworzec, weszła na pierwszy lepszy peron i wsiadła do pociągu. Niestety nie tak wyobrażała sobie to, co spotkało ją potem. Niefart w życiu zdawał się być jej przekleństwem..

-I jak? Złapałaś coś- spytała Francuzka, odnalazłszy Anetę. -Wciąż nie ma zasięgu. Ani w twojej, ani w mojej sieci. -No, trudno... Widocznie zasięg był tylko chwilowy... Słuchaj, musimy poszukać mu tego inhalatora... -Niby gdzie? W lesie? -Tylko w tym miejscu, gdzie szliśmy. Nie ma innego wyjścia.

Obie skierowały się z powrotem do miejsca, gdzie odpoczywał Krzysztof.

-A on? – Aneta wskazała na mężczyznę, gdy były już prawie przy nim -On musi odpocząć. -Będziemy szukać tylko we dwie?! To jak szukanie igły w stogu siana!! –wykrzyknęła Aneta. -Sam go poszukam! Nie potrzebuję twojej pomocy – postawił się Krzysztof -Dopiero skończył ci się atak, to byłoby nierozsądne. – wyraziła swoja wątpliwość Sophie -Nie będę tu bezczynnie leżał. – zdecydował Krzysztof -To wy idźcie, a ja tu na was poczekam. Może znajdę tam coś do jedzenia – wskazała na szałas -Nie radzę – ostrzegł Krzysztof -Niby dlaczego -Krzysztof znalazł w środku ciało... -Jakiegoś zwierzęcia? To może je można upiec? -Raczej nie. Chyba, że chciałabyś upiec ciało człowieka. -Co? Chyba se jaja robisz?! -Też myślałam, że Krzysiek żartuje – odezwała się Sophie – Ale to prawda. -Też go widziałaś? -Nie i nie mam zamiaru. Wierzę w to, co powiedział. -Jak chcesz, możesz sprawdzić – podjudzał Anetę Krzysiek -Nie chcę – po chwili namysłu orzekła Aneta – Wierzę ci, po co miałbyś kłamać. I wiecie co – dodała – Idę z wami szukać tego inhalatora. -To świetnie. Rozdzielimy się, ale tak, żebyśmy się cały czas widzieli. Może nie będziemy musieli wracać zbyt daleko. – zarządziła Sophie.

Patrycja, Paweł i Roman zdecydowali, że zakopią ciało Piotra. Wprawdzie jak dotąd nie widzieli żadnych zwierząt, ale jak stwierdzili, nie znaczyło to, że ich w ogóle tu nie ma i że istnieje niebezpieczeństwo rozdrapania przez nie zwłok. Za pomocą gałęzi wykopali dół tuż obok jednej ze skał, i położyli w nim zmarłego mężczyznę. Dół przysypali ziemią, z kijków wykonali mały krzyż i wbili go obok prowizorycznego grobu. Dodatkowo przykryli grób gałęziami, w obawie przed rozkopaniem go przez jakieś zwierzęta. Po kilku minutach ciszy, którymi postanowili uczcić jego pamięć, zabrali wszystkie rzeczy i ruszyli w las. Na przedzie szedł Paweł, przecierający szlak. Niedaleko za nim podążali Patrycja i Roman, podpierający się prowizorycznym kosturem zrobionym z gałęzi.

-Bardzo przeżył tą śmierć...- odezwał się Roman do Patrycji, wskazując wzrokiem na Pawła -Tak...Najgorsze, że się o nią obwinia... -Czuł się za tego człowieka odpowiedzialny i uważa, że zawiódł... -Zrobił wszystko, co mógł. Nie musiał, bo jest tylko studentem, nie zna się na tym, a jednak próbował mu pomóc... -Nawet nie wiemy, kim był ten człowiek. Może po prostu tak miało być. -Tak miało być? O czym ty mówisz? -Może los tak chciał. Wierzę, że nic nie dzieje się bez przyczyny... Dajmy Pawłowi trochę czasu, może się z tym upora...

{i}O tej samej porze, co zwykle, wyszedłem z restauracji. Parę dni temu oddałem mój samochód do naprawy, i w związku z tym podążałem na przystanek autobusowy. Było już dosyć późno i ciemno, jak to jesiennymi wieczorami. Szedłem szybko, nie oglądając się za siebie. Nagle usłyszałem nieopodal jakieś krzyki. Na mój gust ktoś kogoś napadł. Odwróciłem głowę i zobaczyłem jakiegoś chłopaka napastowanego przez dwóch wyrostków. Normalnie nie wtrącałbym się do czegoś takiego, nie chcąc, by mnie też coś zrobili, ale teraz jakiś wewnętrzny głos nakazał mi zapobiec zajściu. Podbiegłem do napastników i krzyknąłem, żeby dali spokój atakowanemu. Ku mojemu zdziwieniu atakowanym okazał się mój domniemany syn – Rafał. Jeden z wyrostków skierował się w moją stronę. Rafał skorzystał z okazji i zaatakował z byka tego, który przy nim został. Drugi gość, szykujący się do natarcia na mnie, zawrócił, chcąc pomóc swemu kolesiowi. Wtedy ja, niemal instynktownie, bez namysłu, podbiegłem do niego i zdzieliłem go w głowę swoim neseserem. Zbir runął na ziemię, a ja zacząłem głośno wzywać policję. Obaj młodzieńcy, nie namyślając się długo, rzucili się do ucieczki.

-Nic ci nie jest?- podszedłem do Rafała i popatrzyłem na niego z troską. -Nie, dziękuję za pomoc. -Kto to był? Masz jakieś problemy? -Nie znam ich. Chcieli mnie okraść. -Nie jestem z natury odważny, ale dzisiaj na szczęście zadziałał u mnie instynkt, a nie rozsądek. -Może tak chciał los...- wtedy jeszcze nie zrozumiałem jego słów. -Słucham? -Żebyś się tu znalazł, żebyśmy się znów spotkali... Mogę się jakoś odwdzięczyć? -Nie trzeba. Trochę się spieszę... -Tak jak ostatnio. Ciągle się pan gdzieś spieszy... -Takie życie... -Czyli co? Raczej nie da się pan namówić na wizytę u mnie? -U ciebie? A po co? – spytałem podejrzliwie, nie mogąc zrozumieć jego intencji -Dwa powody. Kubek gorącej herbaty z cytryną i coś, co może okazać się dla pana bardzo ważne...

Nie wiem czemu, ale zaintrygował mnie. Miałem wprawdzie jakąś robotę w domu, ale ostatecznie mogła poczekać. Znów zawierzyłem jakiemuś wewnętrznemu głosowi.

-Z cytryną mówisz? -I to z grubym plastrem... -W takim razie prowadź, młody człowieku – uśmiechnąłem się do Rafała -Dziś pan bez samochodu?- spytał Rafał w drodze do jego mieszkania -Musiałem go oddać do naprawy, jutro odbieram auto. -To jakaś poważna usterka? -Nie tak poważna, nawaliło coś z zapłonem. Sam widziałeś, że nie jest to już najnowszy model. -Racja. Ale skoro nadal pan nim jeździ, to znaczy, że ma pan do niego jakiś sentyment... -A może po prostu nie mam kasy na nowy? -Wątpię...Teraz jest tyle dogodnych kredytów... -Może masz rację. Ale to dłuższa historia. Kiedyś ci ją opowiem- nie wiem dlaczego to powiedziałem, ale tymi słowami wyraziłem poniekąd pewność, co do naszej dalszej znajomości z Rafałem.

Kilkanaście minut później Rafał wprowadził mnie do swojego mieszkania. Kazał mi się rozgościć, a sam poszedł zrobić obiecaną herbatę. Rozejrzałem się po pokoju. Mała kawalerka utrzymana była w typowym młodzieńczym nieładzie. Usiadłem na fotelu i spojrzałem na najnowszy numer czasopisma „Automoto”, który leżał na małym stoliku. Zacząłem go przeglądać. Rafał przyniósł obiecaną herbatę i jakieś ciasto.

-Interesujesz się tym?- wskazałem na czasopismo, które trzymałem w dłoni -Trochę... – odpowiedział Rafał, siadając na krześle -Ja też. Może nawet więcej niż trochę. I to od dzieciństwa... – uśmiechnąłem się do siebie -Wiem...Mama opowiadała mi o tym...…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych