Chłodna noc cz. 1
Szukający rozgłosu dziennikarz postanawia na własną rękę zapobiec porwaniu amerykańskiego senatora, by napisać artykuł życia.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Teraz nie miałem zupełnie nic do powiedzenia. Zostałem stłamszony, osaczony jak mucha pomiędzy ścianą a klapką. Czułem, że jakakolwiek próba wyjaśnienia tej dramatycznej sytuacji skończy się w najlepszym wypadku chłostą, więc milczałem jak zaklęty z oczyma wbitymi w bordowy dywan dyrektora. Dyrektor stał plecami do mnie z rękoma założonymi z tyłu i patrzył przez okno na umykające w dole samochody. Nie miałem odwagi nawet na niego spojrzeć. Czułem, że serce dudni we mnie z niesamowitą siłą, a koszula kleiła mi się do ciała, cała mokra od potu. Choć w gabinecie panowała ponura cisza, dało się wyczuć napiętą atmosferę. Można było jej niemalże dotknąć. - Co masz na swoje usprawiedliwienie, Wilson? - głos tego człowieka przyszpilił mój umysł i nie mogłem nawet myśleć trzeźwo. Nie wiedziałem, co mam odpowiedzieć, jak zacząć się tłumaczyć. Jedyną moją reakcją był gwałtowny przypływ adrenaliny, czułem ją w całym ciele, a rozsądek mówił mi, że najlepiej się teraz nie odzywać. Czekałem, aż wybuchnie. - Co masz na swoje usprawiedliwienie? - dyrektor powtórzył, a mnie aż zakręciło się w głowie. Najgorsze w tym wszystkim było to, że ten człowiek stał opanowany w stu procentach. Spokój, jakim emanował, doprowadzał moją krew do wrzenia. Wolałbym, żeby zaczął tłuc mnie po głowie dziesięciokilogramowym młotem, niż przemawiał do mnie swoim basowym, dudniącym tonem. Nikt jeszcze nie widział u Harrisona, choćby w najmniejszym geście, cienia zdenerwowania. Ten człowiek panował nad sytuacją zawsze, nawet gdyby postawiono na szali jego życie. Zawsze umiał jakoś przeciągnąć przewagę na swoją stronę, wtedy, kiedy wydawałoby się, że trzyma się go w garści. Typowy małomiasteczkowy, ambitny przedsiębiorca, którego trudne dzieciństwo nauczyło pokory i dokładności. - Panie dyrektorze - zacząłem, ale końca mojej wypowiedzi nie ujrzałbym w świetle tysiąca słońc - chciałem przeprosić pana za to całe zamieszanie, wiem, że to jedynie z mojej winy naraziłem reputację redakcji na szwank. Wydaje mi się jednak, że postąpiłem najlepiej jak umiałem. Starałem się zakończyć wreszcie tę całą aferę wokół senatora Boullena, rozumie pan, pierwszeństwo wśród artykułów prasowych całego stanu, być może wszystkich pięćdziesięciu, to duży plus dla naszego dziennika, zwłaszcza, że sprawą osobiście zajął się Alan McPerson... - dyrektor nie mrugnął nawet powieką. Patrzył na mnie wzrokiem ojca, myślącego nad tym, jaką karę nałożyć nieposłusznemu synowi. W pewnym sensie byłem takim nieposłusznym synem, ale marzenia o sławie i wyrwaniu się wreszcie z tej dziury Somervalle zaślepiły mnie, taka sytuacja mogła się nigdy powtórnie nie trafić. Wszystko zaczęło się trzy dni temu, w okolicy naszej miejscowości, w prywatnej posesji jednego z senatorów. Jak co każdy weekend, senator Boullen odwiedzał progi swego domostwa i żonę, którą z powodu dobrej posady widywał najwyżej kilka razy w miesiącu, by odpocząć od zamieszania panującego w Waszyngtonie. Liczne zebrania Senatu i narady w okręgach politycznych, życie pod terminem i brak czasu dla siebie przemieniły Boullena w cień człowieka, nie umiejącego się już zrelaksować, nawet podczas urlopu. Był przewlekle zmęczony, toteż, gdy tylko wrócił do domu, przywitał się z żoną i dziećmi, po czym udał się zmizerowany do sypialni. Mimo wszystko standard jego życia był co najmniej wysoki. Boullen miał własny zakład produkujący elementy elektroniczne i przyjmował zamówienia na sprzęt z całej Ameryki, jak również od wojska i rządu, oraz zagranicznych inwestorów z Japonii czy Anglii. Oczywiście nie czuwał nad wszystkim sam. Jego majątku pilnował sztab ekspertów, ekonomistów i analityków w składzie niemal stuosobowym. Wielu zastępców robiło prawie wszystko bez jego wglądu. O większości zamówień nawet nie słyszał, a personelu i obsługi firmy nie widział nigdy. Tej nocy, jak i kilku poprzednich ktoś jednak nie mógł marzyć o położeniu się spać. Przynajmniej nie z najbliższego otoczenia senatora. Przez soczewki firmy Paul&Jackson mężczyzna obserwował okolicę posesji senatorskiej. Wielki dom o skośnym dachu z licznymi balkonami i dobudówkami otaczał od strony południowo - wschodniej rozległy ogród z drewnianymi altanami oraz oczkiem wodnym, tworząc część rekreacyjną i nieco dalej, na północ, obsadzony gęsto drzewami, park liściasty. Jeśliby ktoś stanął w środku tego parku, nie widziałby prześwitu nieba na żadnej z jego stron, obszar domostwa był naprawdę olbrzymi. Park, a raczej las, osłaniał z dwóch stron trzymetrowej wysokości mur, okalający cały dom w największej od niego odległości dwustu metrów. Po lewej stronie, czyli naprzeciw części frontowej budynku znajdował się gładko przystrzyżony trawnik, licznie obsadzony drzewami iglastymi oraz krzewami. Przez jego środek żwirem wysypano kilkumetrowej szerokości podjazd, prowadzący od bramy wjazdowej pod sam ganek rezydencji. Stara farma należąca jeszcze do dziadka senatora Boullena zmieniła się po pięćdziesięciu latach nie do poznania. Symbolem wyczucia dobrego smaku jej dzisiejszych mieszkańców był stanowczy brak krasnali ogrodowych i kół od wozów, opartych na bielonych wapnem murkach. Czwartą i najbliżej od ukrytego obserwatora położoną częścią posesji tworzyło połączenie dawnej chlewni z zabudowaniem garażowym i agregatem prądowym, składających się na siedzibę ochrony, oraz niewielki, letni basen i pawilonik wypoczynkowy. Całość świadczyła o nieprzeciętnej zamożności właściciela i jego poczuciu estetyki. Nocną ciszę przerwał niespokojny, męski głos. - Co u ciebie, Matt? Podaj pozycję. - No, nareszcie, już zaczynałem się martwić, stoję tu od dziesięciu minut. Mury domu tego gościa mówią mi, że to nie będzie prosta akcja. Zwłaszcza po drugiej ich stronie. - O nic się nie martw, jak szef coś zaplanuje, to nie ma haka, żeby nie poszło. - Obyś miał rację, kiedy zaczynamy? - Musimy poczekać na tego durnia Watsona i jego zardzewiały furgon. Ma się wkrótce pojawić. Będzie jechał na zgaszonych światłach, więc zobaczę go z odległości nie mniejszej niż trzysta metrów, powiadomię cię o starcie. Możesz zacząć przechodzić przez ten płotek, to chyba nietrudne dla takiego spryciarza jak ty? - Zdaje się, że w twoim głosie wyczuwam nutę ironii, czyżbym miał udowodnić ci, że wspinaczka po Wielkim Kanionie niczego mnie nie nauczyła? - Dobra, koniec z tym gadaniem, jak znajdziesz się w środku tego lasu daj znać. - niewidoczna postać po wschodniej stronie murów zaczęła gorączkowo szukać czegoś w plecaku i po chwili wydobyła z niego ostry, srebrzysty przedmiot. - Mam nadzieję, że i tym razem mnie nie zawiedziesz, stary - powiedział cicho Matt i zaczął macać palcami po murze. Znalazł jakieś specjalne miejsce i z pomocą młotka wbił w nie kilkoma ruchami stalowy klin. Następnie stanął na nim mocno i wymacał kolejne miejsce kilkadziesiąt centymetrów powyżej swojej głowy. Tam, szybkim ruchem, świadczącym o dużej wprawie, umieścił ostrze niewielkiego kilofa i oburącz podciągnął się na nim tak, że krawędź ściany miał na wyciągnięcie dłoni. Silnie złapał się jej prawą ręką, lewą trzymając kilof i po chwili stanął stabilnie na trzymetrowej przegrodzie. Odwiązał linę, którą zawczasu przymocował do pasa i zaczął wciągać na górę wielki skórzany plecak, nucąc pod nosem niezrozumiałą melodię. Tymczasem, spękaną szosą prowadzącą do Somervalle sunęła półciężarówka, przykryta od strony bagażowej ciemną, połataną smołą, gumową kapotą. Jej zdezelowany silnik dało się słyszeć ze wzgórza, na którym nadal leżał wpatrzony w pogrążoną w ciemnościach posesję obserwator. - Oho! - pomyślał - zdaje się, że nadjeżdża transport, ten idiota Watson nie umie się nawet postarać o porządny samochód. Tego zdechlaka usłyszałaby moja babka. - Tu Watson, jaskółka trafiła do gniazda, odbiór - Watson usłyszał ten tekst w jakimś telewizyjnym serialu i wpadła mu w oko jego treść. Jakkolwiek na tym odludziu jego sygnału nie odebrałby nawet najlepszy policyjny nasłuch, tak żaden z dwójki pozostałych wspólników nie kwapił się do używania kryptonimów. - Dobrze cię słyszeć, Phil, czekaj na dalsze instrukcje. - postaci leżącej na wzgórzu nawet bardziej pasowałoby nie pojawienie się Watsona, niż użeranie się z nim, lecz wtedy nie mieliby jak uprowadzić z domu senatora. Plan musiał być kompletny, tak, jak zadecydował szef, jednakże promowanie Phila Watsona, jego chrześniaka, niezdolnego do racjonalnego myślenia i powierzanie mu odpowiedzialnej roli było ryzykownym posunięciem, zwłaszcza do tak wymagającego profesjonalizmu zadania. - W porządku Daniel, jestem w środku, jak okolica? - głos Matta przybrał barwę niepokoju. - Wszystko gra. Ci głupcy z ochrony nie spodziewaliby się napadu, nawet gdyby koło bramy biegała setka zamaskowanych gości. Wiesz, co masz robić? - Nie, oświeć mnie mistrzu. He, he, he. Nie mów do mnie jak do amatora. Dam ci sygnał jak skończę. - Daniel odłożył lornetkę i zamyślił się. - jutro o tej porze będę już spał spokojnie z dwudziestoma tysiącami w kieszeni, teraz muszę się tylko postarać. - wstał z ziemi i dla rozgrzewki zbiegł ze wzgórza pod południowy mur. Obszukał kieszenie i spojrzał na zegarek. Pierwsza piętnaście. Podszedł wzdłuż ściany i wyjrzał za róg w stronę bramy. Była oświetlona i dało się dostrzec pilnującego jej człowieka. Daniel wiedział, że ludzie ochrony senatora nie mają radia, tylko telefon sieci wewnętrznej i wychodzącej. Mógł zabić wszystkich na terenie rezydencji nie narażając się na schwytanie, a o tragedii dowiedziano by się najszybciej po upływie kilkunastu godzin. Był całkowicie pewien powodzenia operacji. Uśmiechnął się i zapalił papierosa.
Jechałem moim Mustangiem jakieś osiemdziesiąt, kiedy w świetle lamp zobaczyłem stojący na poboczu Truck. Był całkowicie nieoświetlony i stwarzał pewne zagrożenie dla nieostrożnych kierowców. Bądź, co bądź o tej porze na TEJ trasie nie widywało się często auta, więc zaciekawiony nadusiłem pedał hamulców i zatrzymałem się obok ciężarówki. Z półki pasażera wydobyłem sędziwą latarkę, potrząsnąłem ją kilka razy i zapaliłem, wychodząc z wozu. Praca dziennikarza nie jest wolna od niebezpieczeństw, ale w końcu za to mi płacą,
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Yelowhite
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…