Co robił mój tata przez te wszystkie lata
Opowiadanie o podróżach i nie tylko
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Co robił mój tata przez te wszystkie lata?
Wstęp.
Do tej podróży specjalnie mnie nikt nie namawiał a byłem zmuszony jechać z powodów interesów rodzinnych. Nagliła także zbliżająca się wojna. Nie widziałem jakoś siebie trzymającego karabin i celującego do innej istoty. W pośpiechu spakowaliśmy z żoną najpotrzebniejsze przedmioty niezbędne nam do życia codziennego w nieznanym nam miejscu. Rodzina cztero osobowa: ja żona Iza i dwa szkraby, Michałek lat pięć i Gabrysia lat osiem. Jechaliśmy do Gdyni ciężarówką. Dzieci drogę przespały. Co kilka godzin tylko głośne wołanie dzieci, siku zmuszało kierowcę do chwilowego postoju. W Gdyni z rodzina i kierowca oraz całym bagażem przespaliśmy u rodziny Izy. Rano pojechałem do portu poszukać statku do Ameryki. Najbliższy termin odpływu to piaty kwietnia. Dokładnie tydzień. Akurat wystarczy na załadowanie naszego bagażu i maszyn przemysłowych. Kontynuacja interesów mojego zmarłego ojca. Ojciec był inżynierem konstruktorem maszyn parowych i spalinowych. Fachu uczył się w Niemczech i we Włoszech. Przez kilka lat był tez głównym konsultantem w sprawie maszyn na Europę a także na cały wschód. Bez niego miedzy innymi nie rozwijałaby się tak prężnie garbarnia Pffaiferów w Warszawie. Był nie co starszy jak ja teraz gdy zaczęły się jego problemy ze zdrowiem. Dobiegał czterdziestki. Dobrze rozwinięte interesy handlowe pozwalały mu na leczenie się za granica. Jeździliśmy po wszystkich niemal kurortach Europy. Podczas wspólnych kolacji tata opowiadał nam. Czyli mnie i bratu swoje historie. Wszystkie adresy spisane były w sporych rozmiarów zeszycie i zamknięte w skórzanej teczce. Nie bardzo rozumowałem jeszcze wtedy o czym mówił. Trzy lata starszy brat zresztą też. Dopiero kilka lat po jego śmierci gdy z matka wyprowadzaliśmy się do mniejszego mieszkania w oczy wpadła mi owa teczka. Choć mechanika zbytnio mnie nie pociągała to jednak cos mówiło mi żeby sprawdzić te zapiski i odkryć tajemnice taty. Spytałem mamy czy mogę zerknąć w te notatki. Adresy nic mi nie mówiły. Kontrahenci z niemal całego świata. Weź tu człowieku się połap. Po za tym jak już wspominałem, nie ciągnęło mnie do maszyn. Po mamie chyba Interesowałem się biologią. Kolekcjonowałem wszystko co dało się zasuszyć. Pająki, motylki, chrabąszcze. Miałem też kilka głów rybich z otwartymi do ataku paszczami. Po za tym kwiatki, kamyki i wszystko co w koło domu dało się złapać lub znaleźć. Brat przejął bakcyl po tacie. Od dziecka chodził usmarowany w smarach. Już w gimnazjum znał na pamięć budowę naszego BMW który został się po tacie. Mama z biegiem lat sprzedała to cacko jakiemuś bankierowi z Łodzi. Pieniądze miały być na studia mojego brata. Który akurat wybierał się na nie do Lipska. Kilka lat później sprzedała także nasz dom w Warszawie i przenieśliśmy się do skromnego drewnianego domku pod Górą Kalwarią, gdzie zmuszona była podjąć pracę w tamtejszej szkole. Brat więc wyjechał. Ja chodziłem do gimnazjum w Warszawie. Mieszkałem u cioci na Saskiej Kępie i tylko raz na tydzień jeździłem do domu. W zimie rzadziej z powodu zimna i braku transportu.
W skórzanej teczce.
W skórzanej teczce oprócz rachunków i adresów były listy. Część z nich niestety pisana w nieznanych mi językach oprócz niemieckiego który znałem trochę z wakacyjnych wypadów do Gdyni. Gdzie bawiliśmy się z niemieckimi dzieciakami. I tak nawzajem uczyliśmy się, oni nas po niemiecku. My ich po polsku. Znowu odłożyłem teczkę na miejsce ze swoimi skarbami. Byłem za tępy żeby rozszyfrować te tajemnice. Miałem szesnaście lat. Mama oprócz rosyjskiego i niemieckiego znała trochę język angielski. Od niej dowiedziałem się ze tata zainwestował w jakąś fabrykę w Brazylii. Tata nie żył już kilka lat a wciąż przychodziły jakieś listy i wyciągi bankowe z zagranicy. Z gazet i plotek wiedziałem ze załamał się rynek na całym świecie. Najwięcej listów dostałem w roku dwudziestym. Nie mieściły się już do starej teczki i ze strychu u ciotki wygrzebałem stara teczkę lekarską zamykana na kłódkę. Wyczyściłem ją dokładnie i obszukałem czy nie ma w niej gryzoni. Znalazłem przy okazji podwójne dno. Umieściłem w nim rachunki i jakieś stare weksle. Na wierzch włożyłem listy a na nie ułożyłem bieżące rachunki. Nawet wtedy nie przypuszczałem ze teczka ta za dwadzieścia lat będzie moim impulsem ku nieznanej przygodzie. Lata leciały.
Czasy studenckie.
Zacząłem studia w Oxfordzie na dwóch kierunkach. Archeologia i Biologia morza. Dwa świeżo powstałe kierunki na które było najwięcej chętnych. Ucieszyłem się bo doszły mi do nauki dwa języki: angielski i hiszpański oraz łacina. Nauka pochłaniała mi cale dnie, tygodnie, miesiące i lata. W miedzy czasie zginął brat wskakując do pociągu znalazł się pod nim. Nawet nie skończył studiów. Po pierwszym roku postanowiłem nie jechać na wakacje do domu tylko pozwiedzać trochę Anglie. Żałuje tego bo właśnie w te wakacje zginęła mama w pożarze swojego domku. Dobrze ze teczkę ojca trzymał u ciotki na Saskiej Kępie. Można powiedzieć ze zostałem sam. Dwudziestolatek za rok przygotowujący się do obrony pracy magisterskiej. Czas spędzony przed książkami i na nauce pozwolił na zabliźnienie się ran. Powoli przygotowywałem się do pracy magisterskiej. W tym czasie poznałem swoją żonę. Izabelle bo tak było jej na imię studiowała pedagogikę w Lyon we Francji. Przyjechała pewnej niedzieli odwiedzić swojego brata, który studiował razem ze mną biologię. Rodowita Paryżanka z krwi i kości. Jej ojciec rybak z zawodu co roku wyruszał w morze na połów krabów. Co dawało im utrzymanie na cały rok. Mama Izabelle zajmowała się domem i młodszym rodzeństwem. Dwaj starsi bracia również rybacy nie wrócili z połowów. Zdradziecka fala zmyła wtedy ośmiu marynarzy. Łza mi się zakręciła w oku jak opowiadała o swych braciach. Szanowałem marynarzy i czasem czytając powieści podróżnicze zazdrościłem im odwagi i uporu. Wcielałem się jeszcze jako dziecko w postaci piratów znajdujących skarby. Wakacje postanowiłem spędzić u Izabelle. Dlaczego nie miałbym skorzystać z zaproszenia. Obiecała mi znaleźć jakąś prace bo taki postawiłem warunek ze wyżywiam się sam. Zbliżała się jesień. Szybko upłynęły mi te wakacje. Dorabiałem ucząc szkockie dzieci łaciny. Pracowałem tez w ogrodzie botanicznym. Prywatnym choć na terenie uczelni. Była to własność rektora. Płacił mi nawet dobrze bo widział ze i praca nie była lekka. Fizyczna. Nawożenie roślin. Przy okazji poznawałem nowe rośliny i ich nazwy. Wtedy rozpocząłem notatki w tym temacie. Małe szkice roślin, ich nazwy i krótki opis. Znajdowało się tez tam sporych rozmiarów akwarium. Pływały w nich kolorowe rybki. Pełzały skorupiaki a roślinność w nich przypominała wielki ogród i trudno było uwierzyć ze to pod wodą wszystko. Znów zacząłem marzyć o dalekich podróżach. O spaniu na statku. O przedzieraniu się przez sztormy oceanu. Gęsia skórkę poczułem bo dobrze jest leżeć i marzyć niż wychylić nos z ciepłego domku w środku burzy. Jesień minęła sucha. Gospodarka na świecie a także tu w Anglii poprawiała się. Widać to było po cenach i ilości produktów a także o ich jakości. Mi to sprzyjało bo pieniądze jakie dostałem od mamy topniały szybko. Święta tego roku postanowiłem spędzić u cioci w Warszawie. Zabiorę wszystkie swoje rzeczy od niej i zostanę być może u Izabelle. Przede mną jeszcze rok studiów. Nie wiem co z drugim kierunkiem. Po co była mi ta archeologia? Nie miałem rozeznania. Teraz już wiem ze nie chce całego życia spędzać w dole z wykopaliskiem kilka tysięcy kilometrów od rodziny. Serce pękło by mi z tęsknoty. Tak samo jak tacie który goniąc za fortuna rzadko bywał w domu. Dlatego kocham spokój rodzinny i nie w głowie mi po założeniu rodziny bieganie za motylkami po łączce. Jeżeli zaplanuję jakąś podróż to teraz kiedy jestem prawie sam. Gdzie serca nie rozrywa żadna tęsknota.
Święta Bożego Narodzenia 1925 roku.
Przez Paryż, Frankfurt i Berlin dojechałem wreszcie do Warszawy. Cioteczka biduleńka już stara nie poznała mnie nawet. Poczułem wreszcie zapach rodziny. Znowu zmieniłem plany. Po studiach wrócę tu i zaopiekuję się ostatnim członkiem rodziny. Znowu nici z podróży. Jednak inaczej postąpić nie mogę. W czerwcu kończę studia. Zabieram Izabelle i przyjeżdżam tu na stare Saskie podwórko które nie zmienione od lat daje ciepło tysiącom rodzin. To siostra taty więc zawsze lubię jak mi o nim opowiada. Od dozorcy kupiłem piękną choinkę i obsadziłem ją na krzyżaku w salonie cioci. Kiedyś miejsce spotkań rodzinnych. Zawsze suto zastawiony stół. Dzisiaj skromnie. Na ogromnym stole poszarzały ze starości ale świeżo uprany obrus na nim kilka dań wigilijnych, Karp. Kluski z serem i pierogi z kapusty, Do popicia napój z suszonych śliwek. Kupiłem dla nas dwa bochenki chleba, dwa kilo masła i trochę gotowego, uwędzonego mięsiwa i chrzan. Nie przez to że nie było za co tylko tak obliczyliśmy z cioteczką żeby na święta wystarczyło. Cioteczka zaczęła nucić grubym głosem kolędy i zrobiło się nastrojowo. Nie było tam smutku, nie było też radości. Taki bezczas zapanował. Czas świąt szybko minął. Poszedłem jeszcze na grób taty i brata no i chciałem pojechać na symboliczny grób mamy. Cioteczka odradziła mi jednak ze względu na zasypane drogi.
Powrót przez pół europy.
Święta minęły szybko. Odwiedziłem kilku znajomych kolegów i wyruszyłem z powrotem na uczelnie. Obiecałem cioteczce ze wrócę zaraz po zaliczonych egzaminach. Na wszelki wypadek wziąłem teczkę z taty listami ze sobą. Znałem na tyle dobrze już kilka języków że bez problemu powinienem się doczytać o co w tym wszystkim chodzi. W pociągu nie otwierałem teczki choć z początku miałem taki zamiar. Nazbierało się dużo tych papierzysków i chciałem je poukładać chronologicznie żeby mieć wszystko jasne czym mój ojciec się zajmował. Z kim prowadził interesy i jakich miał przyjaciół. Dlaczego listy przychodziły jeszcze kilka lat po jego śmierci? Komu zależało na tym żeby z nim utrzymywać kontakt? Jakie to mroczne wszystko. Próbowałem wytworzyć jakiś logiczny watek w tym wszystkim. Tata przyjaciół do domu nie sprowadzał. Jeżeli już to nie raz jakiś przyjaciel przenocował będąc akurat w naszym mieście w podroży. Cioteczka opowiadała ze miał dużo przyjaciół z pierwszej wojny światowej. Dużo medali za odwagę. Może od tego trzeba zacząć? Przecież taty przyjaciele jeszcze musza żyć. To jeszcze nawet nie starzy ludzie. Adrenalina podnosiła się. Chęć rozwiązania zagadek swojego ojca uważał za priorytet. Mamę miał pod nosem a tata za fortuna znikał na kilka tygodni nie raz miesięcy. Po jego powrocie zawsze w domu było wesoło. Nawet dwa nasze dogi przestawały spać po całych dniach tylko uganiały się żeby tylko musnąć językiem gospodarza. Wielki paw w ogrodzie nawet chodził częściej z rozłożonym ogonem. Tylko perliczki były wtedy biedne, bo biegające psy wzbudzały w nich lęk a te fruwały do sąsiadów szukać schronienia. W nieużywanej już od lat stajni biegały króliki. Konie i bryczki zastąpił samochód. Wszystkiego doglądała mama. Bo tata nie chciał żeby pracowała tylko żeby zajęła się naszym wychowaniem. Wszystkiego oczywiście oprócz samochodu. Przy samochodzie jak już kiedyś wspominałem, grzebali tata z bratem i ciekawscy sąsiedzi. Tak się rozmarzyłem aż zasnąłem. Obudził mnie dopiero celnik na granicy polsko-niemieckiej. Rozejrzałem się w koło i nie zauważyłem żeby ktoś obcy się dosiadł. Jechaliśmy od Warszawy w tym samym składzie. Zatęskniłem za Izabelle. Ciekawe co robi? Jak spędzała święta? Czy tata jej zdrów i cały wrócił z morza? Jak miewa się mama? Jak się mają rozbrykane dzieciaki? Jeszcze kilkanaście godzin i razem z nimi będę się radował. Znów głęboko ziewnąłem i zasnąłem. Spałem krótko, może dwie, trzy godziny, ale za to miałem takie koszmary, że mnie szybko obudziły. Śnił mi się biały rumak do którego biegłem z kromką chleba i w pewnym momencie rumak przystanął, odwrócił się i stając na tylnich nogach, przednimi uderzając mnie w twarz. Posypał się szereg białych zębów a za nimi chlusnęła gęsta pomieszana ze śliną krew. Rzadko mi się cos śni. W zabobony specjalnie nie wierze, wiec wyciągnąłem z kieszeni płaszcza gazetę kupioną na peronie w Berlinie. Gazeta świeża już noworoczna. Cieniutka jednak bo co tu mogłoby się dziać? Dwie szpalty. Jedna w zupełności zawierała informacje przedświąteczne. Na drugiej było trochę o gospodarce. Wzmianka z giełdy papierów wartościowych i kronika towarzyska z ogłoszeniami drobnymi. No i tak dojechałem już do Frankfurtu. Poznałem po krajobrazie bo tak niepowtarzalnej doliny rzeki nie ma. Men bo nim mowa według miejscowych opowiadań daje aromat winnicom które pną się do słońca po obu jego brzegach. Teraz wyglądają jak małe białe parkaniki obsypane śniegiem. Dworzec we Frankfurcie tez ma swój urok. Bogactwem marmurów przewyższa go jedynie moskiewskie metro. Wstałem do toalety i żeby rozprostować nogi. Przyglądałem się krajobrazowi. Akurat stałem po tej stronie gdzie widok był na Alpy. Białe czasze dotykały błękitnego nieba. Jak dobrze tak podróżować i nie przejmować się niczym. Tylko podziwiać coraz to nowego. Ach niech kończy się ta zima. Ja już chce zapachu kwiatów i przypomniał mi się zaraz ogród botaniczny Oksfordu. Poleżeć teraz tam w zimie pod palmami i posłuchać papug kakadu. Poczuć się jak w dżungli. Zapomniałem dodać ze obok oranżerii jest wielkie wiwarium gdzie pełzają węże. Kiedyś jednego szukaliśmy dwa dni. Też była zima to wiedzieliśmy ze musi być w pomieszczeniu. To kilkuletnia samica węża zbożowego, zwany jest też zbożówką. Wygląda dość ładnie i nie dziwie się że nie mogliśmy go znaleźć. Ubarwienie miał rudobrązowe, na nim występowały duże, nieregularne czerwone plamy w czarnych obwódkach. Przechodząc chwyciłem kawałek liany zęby odsłonić z przejścia a tu liana około półtora metra spadla mi pod nogi. Waz ten z reguły nie atakuje ludzi. Odżywia się głównie gryzoniami, także drobnymi jaszczurkami, sporadycznie ptakami i jajami ptaków. Występuje w którejś z ameryk. Chyba w południowej. Ofiologię naukę o wężach traktuje jako hobby. Jest coś ciekawego tych z reguły milczących stworzeniach które występują na ziemi w morzu i ponad ziemią czyli na drzewach. Chcesz się pozbyć gryzoni w domostwie? Zafunduj sobie zbożówkę. I tak trochę dumając i trochę śpiąc, dojechałem do Paryża.
Tragedia w Paryżu.
Jeszcze tylko kilka stacji metra i już będę ją tulił do siebie uśmiechniętą. Nawet nie przypuszczałem jak myliłem się. Otworzyłem drzwi i oczom nie wierzyłem. W koło zapłakane postacie. Wiedziony jakimś instynktem szukałem Izabelle. Szedłem powoli przed siebie. Minąłem kuchnie i wszedłem przez otwarte cały czas drzwi do pokoju. W łożu na jego środku leżała mama Izabelle. Nie żyła. Obok niej siedział na krześle tata Izabelle. Wstał i grzecznie przywitał się ze mną. Skinieniem głowy przywitałem także inne nieznane mi osoby. Prawdopodobnie sąsiadki i rodzina Zapytałem co się stało? Opowiedział mi w skrócie cały dwutygodniowy przebieg choroby. Przeziębiła się przed świętami. Ja zamiast na święta wróciłem po nowym roku. Czekaliśmy w porcie aż nam zapłacą za połów. W małym pokoiku w Marsylii z kolegami graliśmy w kości i sączyliśmy grog. Tak spędziłem święta. Nie wiedząc nawet że umiera moja zona. Wysłałem Izabelle do stolarza. To nie daleko, niebawem powinna wrócić. Próbowali tu różnych sposobów. Nic nie pomogło. Kto mi teraz wychowa dzieci? Malutki nie SA ale brak im jeszcze dużo do dorosłości. Pan się teraz o to nie martwi. Na pewno musi być jakieś wyjście. Weszła właśnie Izabelle. Nie rozbierając się z płaszcza rzuciła mi się na szyje. Przytuliłem ja mocno. Chciałem żeby czuła moja obecność. Tata w taktowny sposób zabrał dzieciaki i poszli po opał. My siedliśmy kuchni przy małym stoliku i zaczęliśmy szukać wyjścia. Co dalej? Postanowiła dokończyć studia. Zostały tylko dwa semestry. Tata w zimie i tak nie wypłynie, tylko co najmniej w kwietniu. Postara się zaliczyć dwa semestry naraz. Wtedy miałaby już studia zaliczone. Tata w morze musi popłynąć bo to jedyne źródło utrzymania. Ja mogę zarobić ale nie na tyle żeby wyżywić rodzinę i opłacić studia. Może ja wezmę urlop i Ci pomogę? Zaproponowałem. Zaprzeczyła kategorycznie. Pomożesz mi jak zdasz studia. Wtedy już będziesz mi potrzebny do koncha. Czy wszystkie Francuzki SA takie szalone? Zapytałem. To już mamy we krwi odpowiedziała i słodko przytuliła się do mnie, a obserwujące nas dwa szkraby tez przytuliły się do siebie aż spadły z ławy koło pieca. A wy nicponie krzyknął wchodzący tata. To ja sam mam opał dźwigać? A rodzeństwo w mgnieniu oka zniknęło gdzieś pod łóżkiem. Izabelle zainterweniowała. Szybko wyłaźcie czyścić piec z tatą. Bez echa. Użyła podstępu. Jak będziecie grzeczni to pan Filip opowie wam bajkę na dobranoc. Zagruchotało cos pod łóżkiem i w mig kolo pieca stanęły dwa szkraby. Szybko wyczyściły piec a tata wyniósł popiół. Jak wrócił w piecu już dudnił ogień a szkraby umyte leżały w łóżku i czekały na bajkę. Izabelle przyniosła krzesło i przysiadłem obok dzieciaków przy łóżku. Z dzieciństwa najbardziej lubiłem i zapamiętałem "Brzydkie Kaczątko" Andersena. Za nim doszedłem do tego jak z jaja wykluło się pisklę to dziatwa już słodko spała. Zaczęliśmy rozmyślać co dalej zrobić żeby pogodzić szkołę z tą sytuacją. Ja jasno przedstawiłem sprawę że do lata nie wyrwie się z Oksfordu. Dopóki nie zaliczę wszystkich egzaminów to nie ma szans żebyśmy się spotkali. Po pierwsze daleko a po drugie, brak pieniędzy na przyjazd. Dużo kosztowało mnie dotarcie do Warszawy. Nie żałuję ani chwili spędzonej z cioteczką. Bardzo chciałbym Ci pomóc Izabelle. Pamiętaj wrócę tu za pół roku i wtedy mogę dać wam siebie a jak dobrze pójdzie to cały świat. Jesteś dzielna poradzisz sobie. Szybko zdobędziemy zawody i pewnie razem będziemy uczyć dzieci gdzieś w wiejskiej szkole. Rano zjadłem śniadanie i pożegnałem się. Obiecałem także jej ojcu że zaopiekuję się nimi. Wsiadłem do pociągu, a że byłem akurat sam w przedziale ryknąłem głośnym płaczem. Nie mogłem zrozumieć dlaczego w tak krótkim czasie straciłem tylu bliskich. Rodziny prawie już nie mam. Przeleciał mnie strach czy poradzę sobie w życiu. Przestałem się uśmiechać jak dawniej co również zauważyła cioteczka. Stwierdziła że rodzice zabrali mi uśmiech do grobu. Może coś i w tym jest, ale ja sądzę że wydoroślałem. Dojechałem do portu nad kanałem La Manche. Wsiadłem na statek i teraz już zmieniłem tok myślenia. Zatęskniłem za swoim łóżkiem w bursie w Oksfordzie. Minęło dobre kilka tygodni od mojego wyjazdu.
Krótki rejs przez La Manche Na statku spotkał rektora i dziwił się tylko dlaczego tak zacny jegomość podróżuje taką krypą. Poznał mnie. Chwilę pogadaliśmy przy burcie a że było bardzo zimno rektor zaproponował mi wspólną kolację. Ucieszyłem się bo w kieszeni zostało mi się tylko kilka funtów. Zszedłem do kajuty. Owinąłem się kocem i zasnąłem. Śniła mi się Izabelle że właśnie była świeżo po porodzie i zabrali jej dziecko. Wynieśli to dziecko zawinięte do lasu a jej kazali odszukać to dziecko i zabić ponieważ wyrośnie z niego demon. Ja gdy się o tym dowiedziałem zacząłem szukać jej po lesie a w oddali słychać było płacz naszego dziecka. Znalazłem ją i z płaczem błagałem żeby nie zabijała naszego syna. Odeszła nie mówiąc słowa a wzrok miała taki zimny że ze strachu chyba się obudziłem. A właściwie obudziło mnie pukanie do drzwi mojej kajuty. Poprosiłem grzecznie i w drzwiach zjawił się marynarz z wiadomością że rektor czeka na mnie w swojej kajucie. Wąskim korytarzem jak to na statku zaprowadził mnie do kapitańskiej kajuty. Podziękowałem marynarzowi i ukłoniłem się rektorowi. Ten gestem ręki zaprosił mnie do stołu. Od razu zapewnił że nie ma rarytasów ale za to ciepły posiłek z byle czego jest teraz w te mrozy bardzo cenny. Jedliśmy cielęcinę z fasolą w średnio pikantnym sosie. Podziękowałem za posiłek. Odmówiłem lampki trunku jakim mnie częstował. Nie musiałem pytać sam zdradził tajemnicę swojego pobytu na tej krypie. Jestem armatorem kilkudziesięciu lepszych i gorszych statków dodał. Nie byłoby mnie tu ale sytuacja która zmusiła mnie człowieka odpowiedzialnego do przeglądu mojej małej floty, jest nadzwyczajna. W kwietniu spodziewają się przyjścia na świat potomka królewskiego. Dlatego król i królowa postanowili wydać rozkaz sprawdzenia wszystkich środków transportu, spodziewając się napływu dużej ilości gości z tego tytułu, żeby złożyć hołd przyszłemu następcy. Ta łajba, kontynuował zostanie rozebrana zaraz po wejściu do portu. Tak samo wszystkie jej podobne. W zamian król obiecał zapłacić połowę kosztów wybudowania nowych statków. Dlatego jestem tu sam osobiście żeby wytłumaczyć marynarzom że dopóki nie wybuduje nowych statków muszą poszukać pracy na innych statkach. Nie chce nikogo wyrzucać z pracy tylko zmieniam jakość ich przyszłej pracy a także bezpieczeństwo. Miałem właśnie wychodzić gdy zatrzymał mnie jeszcze takim przyjacielski chwyceniem za ramię. Miałbym dla pana propozycję. Niedawno jak pan wie rozpoczęła nasza uczelnia ekspedycję w pobliżu Lyon we Francji. Znaleziono tam bowiem podczas zwykłych prac budowlanych szczątki ludzi prehistorycznych. Chciałbym żeby pan po zakończeniu naszej nauki przejął kierownictwo nad tą ekspedycją. Mogę to uzgodnić z moją przyszłą żoną, zapytałem? Chodzi o to i tu w skrócie opowiedziałem jej historie jaka spotkał Izabelle i jej rodzinę. Panie Filipie kontynuował rektor. Przecież nic nie stoi na przeszkodzie żeby uczestniczyli w tej ekspedycji razem z panem. Mi zależy tylko na rzetelnym człowieku który poprowadzi te roboty z całym sercem a wiem że pan do tego jest idealny. Obserwuję pana od początku studiów. Skąd takie zainteresowanie przedmiotami które pan wybrał? Odpowiedziałem pół żartem. Kiedyś był Kain i Abel. Tak samo w naszej rodzinie jestem przeciwieństwem nie żyjącego już brata który, do biologii nie miał serca. On wolał mechanikę. Ja chyba po mamie mam duszę biologa. Kiedyś pamiętam do domu weszła mrówka. Mama nakrzyczała na nią, wzięła kartkę papieru i jak mrówka wlazła na kartkę mama wyniosła ją do ogrodu. Od tego chyba się zaczęło że zacząłem kochać co żywe i co dało życie. Dziękuję panie rektorze za propozycje pracy. Trochę ta praca kolidowała mi z moimi planami. Chciał wziąć ślub z Izabelle i zamieszkać w Polsce z jej młodszymi braćmi żeby być blisko cioteczki której też nie może zostawić bez opieki. Nie chce myśleć teraz o tym. Przede mną dużo nauki. W czerwcu będzie wiadomo co robić. Na wszelki wypadek napiszę do Polski list i poradzę się co czynić. Droga przez kanał zimą była niebezpieczna. Bo choć morze nie zamarzło to prądy niosą ze sobą ogromnych rozmiarów kry z Morza Północnego. Marynarze zimą mogą na pokładzie przebywać tylko dwie godziny. Dlatego jest ich tu zawsze więcej niż podróżnych. O bezpieczeństwo ktoś musi dbać a transport jeżeli warunki na to pozwalają trwa na okrągło. Warunki to znaczy jeżeli morze jest na tyle nie zamarznięte że statki mogą wyjść z redy w morze.
Oksford 1926 - przygotowanie do pracy magisterskiej.
Po przybyciu do Oksfordu zaszedłem do kaplicy podziękować najświętszej Panience za opiekę nade mną w czasie podróży. Mimo przenikliwego zimna na dworze w środku kaplicy panował jeszcze świąteczny chyba nastrój bo powiało takim przyjemnym ciepłem. Osób było kilka. Pomodliłem się tylko i wyszedłem po cichutku żeby nie zakłócać odprawianego nabożeństwa. W bursie jak zwykle te same twarze no bo jakby mogło być inaczej. Gdy dotarłem do swojego pokoju przebrałem się i usiadłem do stołu i zacząłem pisać list do Izabelle. Przedstawiłem jej wszystko dokładnie co mnie spotkało i poprosiłem żeby rozważyła najlepsze rozwiązanie. Potem napisałem jeszcze list do cioteczki z prośbą o dobre rady i położyłem się spać. Spałem do wieczora. Wieczorem rozłożyłem papiery taty i zacząłem od listu do taty z Kanady od przyjaciela z wojny. Pisał on że wszystko idzie według planu. Fabryka ruszyła bez oporów a udziały jakie mu się należą będzie otrzymywał po ówczesnym podpisaniu jakiegoś dokumentu w banku i musi to być bank angielski ponieważ prawo jakie tam jest honoruje tylko wszystko spod jurysdykcji Anglii. List sprzed siedmiu lat. Podany dokładny adres i procent udziału. Według tego dokumentu tacie należało się 40% z tej fabryki. Odłożyłem list na bok oznaczając go klauzulą Kanada. Szukam dalej. Są następne od tego jegomościa. Jeden z prośbą o pożyczkę. Wiadomo zbliżały się lata dwudzieste i kryzys widocznie nie ominął także Kanady. Pozbierał wszystkie listy od tego pana i zostawił je razem na wierzchu. Jeżeli tam nie napiszę to nigdy nie dowiem się w co mój tata tam zainwestował. W jednym z listów było napisane że jegomość ten prosi mojego tatę żeby ten pieniądze uzyskane z klubu sportowego w Ottawie w części przeznaczyć na modernizację fabryki. Druga korespondencja dotyczyła Ameryki Południowej. Z miasta Manaus. Też jakiś weteran pierwszej wojny prosił tatę o pomoc przed zbliżającym się krachem. Manaus słynął z produkcji kauczuku i po wynalezieniu procesu wulkanizacji wiódł przodową rolę w motoryzacji. Przyjaciel w następnym już liście informował że sprzedał fabrykę jeszcze za dobrą cenę a zakupił ziemie nad Amazonką. Nic innego nie mógł zrobić z pieniędzmi jak tylko zainwestować w rolnictwo. Założył plantację bananów. Największą w tamtym okresie nie tylko w Brazylii ale i w sąsiednim Ekwadorze nie było większej. A pracujący na niej tubylcy stanowili tanią siłę roboczą. Czyżbym stał się spadkobiercą części tego dziewiczego w większej jego części kontynentu? Przyjąłem to z humorem. Jednak postanowiłem listy Kanady odłożyć na potem a zacząłem pisać do taty kolegi do Brazylii. Inspirowany listami które zachęcały mojego tatę do podróży tam. Sam żałuję czasem że wziąłem od cioteczki tą teczkę. Bo im dłużej czytałem tym bardziej rósł mi apetyt na poznanie dzikich miejsc. Obowiązki jakie teraz są przede mną nigdy nie pozwolą mi wyrwać się stąd i przemierzyć ocean w celu poznania ojca przyjaciół a także kultur tam występujących. Miałem w głowie chaos. Dopiero myślałem o Izabelle i jej rodzinie a za chwilę myślami byłem już na okręcie walczącym ze sztormem i prującym fale w nieznane dla mnie lądy. Wyobrażałem sobie wspólną kolację z jednym z wodzów tamtejszych plemion albo przedzieranie się przez dżunglę w poszukiwaniu różnych gatunków roślin żeby wzmocnić medycynę o następne lekarstwa. Wysłałem list do niejakiego Stefana Sokorskiego. Ciekawe jak długo to będzie tam szło? Zapewne kilka miesięcy. No to odpowiedzi mogę spodziewać w środku lata. Drugi list do Kanady zaadresowałem na niejakiego Natana Rozenbejgera. Najprawdopodobniej żyd. Tata nie ukrywał że żydzi w naszej rodzinie to nie przypadek. Jego babka była pół żydówką. Z resztą dziadek wziął jej panieńskie nazwisko które nosimy po dziś dzień. Następne listy za które się zabrałem pochodziły z Argentyny. Chodziło w nich o to żeby mój tata razem z Piłsudskim załatwili kredyty z Brazylii. Założono też tam jakiś instytut. Tata stronił od polityki. Dlaczego więc poproszono jego o interwencje w tej sprawie? To wszystko muszę rozwiązać. Ciekawość mnie zżerała a chęć ucieczki była tak silna że czasami zapominałem o wszystkim.
Inżynierem Archeologiem już jestem.
Egzamin z archeologii zaliczyłem pod koniec stycznia. Nie stanowił on dla mnie trudności możliwe dlatego że nauka jego sprawiała mi przyjemność. Już praktycznie mogłem podjąć pracę jako świeżo upieczony inżynier. Następny egzamin miałem wyznaczony na połowę kwietnia. Też przypuszczam że nie sprawi mi trudności. Czasochłonne jest poznawanie i zapamiętywanie nazw roślin i zwierząt łacińskich i potocznych. Na pracę muszę napisać obszerny referat i go zredagować. Temat wybrałem sobie sam i dla pewności spytałem tylko egzaminatora czy mogę akurat na ten temat pisać pracę magisterską. Życie delfinów słodkowodnych i ich różnica od gatunków żyjących w morzach. Nie bez znaczenia było też że wybrałem delfiny Inia żyjące w Amazonce. Dodałem jeszcze rozprawkę na temat przeciwdziałaniu ich wyginięciu. Bo to właśnie delfiny słodkowodne narażone są wyginięcie. Tak samo te z Amazonki jaki delfiny małe z rzeki La Plata a także te azjatyckie Suzu z Gangesu i Indusu a także zbliżający się do wymarcia delfin chiński z rzeki Jangcy. Tego ostatniego zostało naprawdę już tylko kilkadziesiąt sztuk i jak przewidują naukowcy do końca wieku wyginie całkowicie. Do wyginięcia tych stworzeń doprowadza ciągły nieustający proces zanieczyszczania rzek. Z literatury wiem że w Amazonce duży wpływ na zachwianie ekosystemu miały zakłady produkujące kauczuk. Wszystkie odpady uboczne szły do rzek. Pewnie i mój tata do tego się przyczynił inwestując w tamte fabryki. Niestety szybko rozwijający się przemysł nie idzie za dobrze na zdrowie naszej matce naturze. Jestem po to żeby trochę z tym powalczyć. Będę zabiegał o budowanie własnych oczyszczalni ścieków. Tak deklaruję teraz w referacie naukowym. Zobaczymy jak to będzie w praktyce. Bo na przykład nie zabronię pływać łodziom po rzekach których śruby kaleczą grzbiety delfinów i jest to duży procent umieralności tych stworzeń które nic nie przesądzając nie wiadomo czego lubią ludzkie towarzystwo. Podpływając zbyt blisko łodzi stają się ofiarami.
Czas choroby.
Dzień za dniem nastał luty a wraz z nim silne mrozy. Przeziębiłem się nie za żarty. Z braku pieniędzy niezbyt dożywiony w zimnej bursie, trochę przemęczony dopadło mnie zapalenie płuc. Dobre dwa tygodnie przeleżałem w łóżku. Po tygodniu dopiero zacząłem znowu wracać do świata żywych. Silna gorączka wprowadzała mnie już w majaki. Nie wiedziałem skąd znalazła się obok mojego łóżka Izabelle. To jej brat napisał do niej ze nie mam tu opieki a jestem bardzo chory. On sam nie jeździł do domu bo cały grudzień przeleżał w szpitalu. Dużo osób zmarło tej zimy. On nawet nie był na pogrzebie matki bo bał się ponownego nawrotu choroby. Kochana Izabelle. Jakby nie ty zapewne już by mnie teraz nie było. Jak przyjechałam to opiekowała się tobą siostra zakonna. Podawała jakieś lekarstwa i prosiła żeby podawać ci je aż się obudzisz. Bardzo się bałam bo strasznie majaczyłeś. Tak jakby demon jakiś targał twoją duszą. I jak nie kochać takiej kobiety? Oddam ci kochanie wszystko co zdobędę na tym świecie. Gorączkę znowu masz? Roześmiała się. Nachyliła się nade mną czule mnie przytuliła. Chciałem wstać lecz zakręciło mi się w głowie. Spokojnie pomału. Teraz trzeba nabrać sił po chorobie. Leż tu spokojnie a ja wyjdę to może kupię coś na obiad. Trzeba Ci ugotować porządnej zupy z kawałkiem mięska. Już moja w tym głowa żebyś szybko stanął na nogi. Wróciła po nie całej godzinie. Wzroku nie mogę od niej oderwać. Chciałem zapytać co myśli o moich podróżach ale było mi jakoś głupio. A jak uzna mnie za niedojrzałego jeszcze chłopca? Postanowiłem rozmowę zacząć w ten sposób. Kochanie pamiętasz wspominałem Ci że do mojego taty z zagranicy przychodziły jakieś listy? Ona tak coś nie coś pamiętam. Majaczyłeś też o tym w tej gorączce. Izabelle była bystrzejsza niż mi się wydawało. Odpowiedziała. Jeżeli to ma ci w czymś pomóc. Zaspokoić ciekawość i na światło dzienne wyjawić historie twojego taty to jedź i zbadaj te miejsca. Ja będę czekała. Jeżeli natomiast marzą ci się podróże to weź mnie jako towarzysza podróży. Kochanie powiem szczerze. Żeby cokolwiek planować potrzeba pieniędzy. A ja dzisiaj nie mam nawet na dobrą parę butów. Napisałem listy do dwóch przyjaciół z tej teczki. To nie koniec bo są jeszcze listy z Hongkongu i z Australii. Nie mam teraz czasu. Bo egzaminy za dwa miesiące ale muszę jeszcze napisać do kilku osób z tego grona taty. Opowiadaj jednak co w domu? Jak tata i rodzeństwo? Co u Oliviera? Błędem było myślenie że pojechał na pogrzeb matki. On jeszcze po szpitalu leczył się długo w bursie. Wiedziony błędnym rozumowaniem nawet na myśl mi nie przyszło żeby zapytać o niego. Ty nie kazałaś nic mówić o śmierci matki żeby się nie wybierał w podróż. A tu o mały włos a on dołączyłby do niej. No i ja na dokładkę. Co robił mój tata przez te wszystkie lata?
Wstęp.
Do tej podróży specjalnie mnie…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil competer
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…