Czarny motyl
Ledwie mogłam uwierzyć, mój oddech się skrócił. Chyba tylko czarownica mogła przygonić na zatłoczoną po brzegi plażę wielką chmurę czarnych motyli?! Co one szykują?
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Motyl odleciał, zwyczajnie zniechęcony- obojętnością.
Fingerling
Tak czysto pamiętam tamten spacer, jakbym stała na krawędzi zdjęcia. Był niczym niespodziewany prezent wyrzucony przez kapryśny prąd na kolumbijskie wybrzeże. Uparcie powracające wspomnienie było zaczynem tej opowieści.
****
Sen nie przychodził. Wściekałam się i nic. Próbowałam wszystkich sposobów — liczyć barany, recytować wiersze, pić mleko, brać zimny prysznic — na próżno. W końcu udręczona, w środku nocy, wymknęłam z przegrzanego mieszkania na pobliską plażę. Traktowałam ją trochę jak przyjaciela. Nie było słychać ptaków, plusku fal o stromy brzeg, przez moment nawet ucichł szept wiatru. Latarnie morskie porozumiewały się okruchami światła. Szłam wolno, krok za krokiem, przyglądając się grze cieni na piasku. Po dniu pięknym, ale samotnym lawina obrazów budziła we mnie smutne refleksje. Układały się w długie wstęgi, powodując w głowie rwetes. Nigdy nie zapuszczałam się dalej jak do linii wydm. Ktoś życzliwy nazwałby je laskiem.
Byłam już blisko, gdy w płaskiej plamie księżyca dostrzegłam rosłą postać zbliżającą się z na przeciwka. Trochę dziwiła, gdyż mężczyzna wymachiwał w moim kierunku latarnią w wyciągniętej ręce. Nie udało się go wyminąć, przez moment igrał ze mną jak kot z myszą. Pochylony, z rozwianymi włosami, niemodną apaszką we wzorki i dużymi okularami w plastikowej oprawie mógłby być zbłąkanym naukowcem. Tkwiłam w niespokojnym oczekiwaniu. Po chwili podszedł i lustrując mnie od stóp do głowy, zapytał z przyjaznym uśmiechem pod śmiesznymi okularami:
— Idealna przestrzeń do przemyśleń, prawda? A co ty tu robisz, księżniczko?
Przygładził włosy i skłonił się głęboko.
Przystanęłam, przełykając ślinę. Dreszcz bezruchu. Nie wiem, czy te drażniące uszy słowa rzeczywiście padły, ale odpowiedź sama cisnęła się na usta.
— Nie widać? Uciekam przed rzeczywistością. Świat bywa zły — i to jak! Na wiele spraw brakuje słów. My, ludzie, wciąż tracimy czas, niszczymy przyrodę, marnujemy surowce i przestrzeń. To jak otwarte rany. Goniący za zyskiem cywilizowany człowiek niszczy ziemię, z której się wywodzi, burzy naturalną równowagę środowiska, zbliżając się do momentu, w którym spowoduje własną zagładę. Podle i głupio traktuje innych. Pogrąża się w przemocy i barbarzyństwie, w niewierze w możliwość między ludzkiego porozumienia. Czasem zdaje mi się, że przerobiliśmy już wszystko, spełniły się wszystkie scenariusze i pozostaje zmierzyć się tylko z samobójczą śmiercią, nastroić się na nią. A, śmierć mnie też nie obchodzi, nie mam do tego truchła zaufania - wyrzuciłam z siebie jednym tchem.
Przyglądał mi się spokojnie.
— Znam ten stan, wcale mnie nie dziwi. Dąsasz się na ten podły świat, nic nie robiąc, by go zmienić.
— Ja?
— Tak, ty, ale nie przejmuj się, aż tak. Piękną rzeczą jest spotkać nocą, na żółtej czaszy piasku, wrażliwą, refleksyjną dziewczynę o szarych oczach. Tyle mi dano. Nie wiem. Dużo to, czy mało?
Nie tego oczekiwałam, zbił mnie z tropu. Potrzebowałam chwili, by odpowiedzieć.
— Filtrujesz mnie przez własne ego i oceniasz. A tak na serio, staram się nabrać dystansu do ciemności i głupoty. Tak, tu mi lepiej, przestaję się bać, myślę o kontrataku, do głosu dochodzą jaśniejsze tony. Ciągle jestem gotowa otworzyć się na miłość i gwałtowność piękna.
— Więc, jeszcze nie rośnie drzewo na twoją trumnę?
— ???
Podmuch wiatru porwał mój głos. Nieznajomy rozłożył ramiona, jego twarz rozjaśniał szczery uśmiech.
— Oto piękno i mądrość właśnie stanęły przed tobą. Nie szukaj wymówek, przytul się tu, do tej włochatej piersi i niech bzdury przestaną ci chodzić po głowie. Proszę, nie traktuj tej propozycji, jako promocyjnej przechwałki.
W tym bezsensie, mieści się sporo sensu, a do tego kapka zdrowego humoru, przemknęła myśl.
Dylemat trwał tylko kilka sekund i z jakiś nieodkrytych do końca względów zrobiłam to, o co prosił.
W głębi marynarki stanęłam w ogniu, czując zapach jego potu i wody toaletowej.
— Dobrze, skoro to już wszystko.... Mam na imię Roth.
— Jane.
Pogłaskał mnie delikatnie po policzku i odszedł. Zamknęłam oczy, poruszona myślą: a jeśli wierzyć w to, że w życiu nie ma przypadków...
Gdy wracałam do domu miasteczko wołało:
— Witaj z powrotem, Jane!
****
Trzy tygodnie po tym, właśnie jadłam śniadanie. Mój mąż odebrał telefon:
— Cześć, mówi Roth, jest Jane.? Nie wiem, czemu wybrałem knajpę ze stekami, chyba do niej nie pasują. To błąd, ale chciałem zaprosić was na lunch...
W jakimś mglistym przeczuciu czekałam, że zadzwoni, odnajdzie ... Wymienił datę, miejsce. Bez wahania przyjęłam zaproszenie. Przerwana historia toczyła się dalej.
Roth czekał na nas z otwartymi ramionami, pewny i gotowy. Restauracji przyglądałam się z zakłopotaniem, miała swój klimat i topografię. Zakurzone ściany o tradycyjnej konstrukcji, kontrastujące z różnokolorowymi okiennicami, spieczona podłoga, linia naczyń rozciągająca w stronę długiego zlewu. - Steki były źle przyprawione, wysuszone, jak skóra gorącem, ale wino z winogron, cudownie chłodne, naprawdę doskonałe - pochwalił mój mąż.
Gęstniał mrok, knajpa dawno opustoszała, a przy stoliku, wciśniętym w najciemniejszy kąt starannie wybrukowanego patio, nadal siedziało troje rozdyskutowanych ludzi. Jak łatwo się domyśleć, byłam to ja, mój mąż oraz rosły, rozgorączkowany mężczyzna o wielkich dłoniach i jeszcze większym sercu, znawca wina, który tuż po studiach zakochał się, bynajmniej nie w dumnych tygrysach, nosorożcach, koalach czy w innym ginącym gatunku, o którym teraz tyle się pisze, ale po prostu w motylach.
Mówił z szaloną ekscytacją, usiłując nakarmić wiedzą naszą wyobraźnię. Trudno było nadążyć. Uzupełniał wywody o liczne retrospekcje, ostro oceniając rzeczywistość, nie tylko południa. Każda informacja prowadziła do kolejnej, a ta do następnej, podsuwała obrazy, jak z tłuczonego szkła. Wszystko, jego wizje, plany wydawały się tak prawdziwe, oczywiste, jakbym trafiła do innej bajki. Moją czujność początkowo tępił upał, aż nie wytrzymałam i podobnie do grymaśnego dziecka, które, gdy zetknie się z książkami i nie od razu połyka bakcyla poznawania świata, wydusiłam zniecierpliwiona:
— Naprawdę, motylom grozi zagłada? Chyba przesadzasz!? Zaraz po chrząszczach stanowią drugą pod względem liczebności grupę owadów, występują na wszystkich kontynentach, no chyba oprócz Antarktydy.
Jego twarz pociemniała. Nerwowo zamrugał. W środku wydawał się gorszy, niż na zewnątrz. Nonszalancki, panujący nad sytuacją. Spodziewałam się drwin, może nawet się o nie prosiłam, ale niczego przykrego nie powiedział. Głos miał nadal ciepły.
— Czy wyobrażasz sobie wiosnę bez ulotnego piękna motyli?
— Trudno, by mi było.
Obrzuciłam go spłoszonym spojrzeniem.
— Ej, dziewczyno, niełatwo cię przekonać, ale uwierz, mam szczęście brać udział w czymś niezwykle rzadkim, w sprawiedliwej wojnie o przetrwanie. Motyle, nie są jedynie ozdobą. Są ulotne, jak poezja, jak nasze życie. Można się w nich zakochać od pierwszego wejrzenia, potrzebują miłości, miłosierdzia i mądrego czarodzieja.
Taki stary, a potrzebuje magii, by uzasadnić swoje racje...
I uśmiechnęłam się pobłażliwie. Poprawił okulary na nosie, spoglądając na mnie z powagą i troską.
— Nie kończ, wiem, co chciałaś powiedzieć. Twoim zdaniem, motyle to przede wszystkim pożywienie dla wielu gatunków zwierząt, pełnią funkcję owadów zapylających, a ich brak zaburzy funkcjonowanie ekosystemu. To prawda, ale los dał mi niepowtarzalną szansę, aby je uratować, zanim wyginą bezpowrotnie. Są kruche, bezbronne, ich przyszłość jest zagrożona, jak nigdy dotąd, a przecież mogłyby władać światem.
— Jesteś niepoprawnym fantastą, Roth — rzuciłam na pożegnanie.
— Czyń to, czego pragniesz, Jane. Wkrótce zobaczymy się znowu — odpowiedział.
Podniosłam brwi w geście zdziwienia.
****
Kilka miesięcy potem, w dzień targowy, kurier przyniósł przesyłkę, a z nią kolejny list od Rotha. Czytając, byłam wniebowzięta.
- Jak on to zrobił? Taki sukces, dzięki uporowi!
Z radością na ustach pokazałam list mężowi. Aż podskoczył i zaczął wrzeszczeć:
— Już dawno porzuciłaś drogę rozsądku, a ścieżki, które obierasz nazwałbym halucynacjami! Co takiego ma w sobie ten motyli szaleniec? No, wyduś coś z siebie!
— No proszę! Ty i tak niczego nie rozumiesz — odpowiedziałam spokojnie, jakby do swoich butów.
Zaskoczony zamilkł na moment, oczy mu przygasły, w chwilę potem wybuchł trochę sztucznym śmiechem.
A ja myślałam, że go znam! Jest coraz gorzej, miłość milczy, stajemy się samolubni i obojętni. Moje życie wali się w gruzy, wtedy to sobie uświadomiłam.
Mój szalony mąż nie był w błędzie, osoba Rotha, nasza przyjaźń przyniosła we mnie głęboką i nieoczekiwaną zmianę, wzmocniła, była swoistym wyzwoleniem. Następny krok w miłość, beztroska i uwolniona, zrobiłam dużo później. A fascynacja motylami? To dziwna sprawa i totalne zaskoczenie, pomimo wątpliwości popchnęła mnie na front walki, zmusiła do podjęcia decyzji, które po czasie okazały się kluczowe. Chyba w ten sposób konstruuje się własny los?
Od tamtej rozmowy minęły przeszło trzy lata. Stało się, to co miało się stać, czarny piasek rozsypał się po kartach pamiętnika. Bojąc się kolejnego kryzysu, rozstałam się z mężem. Praktyczny zawód adwokata odłożyłam na półkę. Moje życie diametralnie się zmieniło, budowałam je od nowa. Znikły bolesne dylematy, wzięłam się w garść, starając się dostrzegać dobre strony wszystkiego, co życie niesie. A nauka, czemu nie. Przygodą życia stała się biologia, a mieszkanie na odludziu to dla mnie nie pierwszyzna. Przeprowadzka do narożnego, skromnie urządzonego domu, tam gdzie kończy się Santa Cruz de Mompox, nie była uroczysta i nie odbyła się jednego dnia. To niewielkie kolumbijskie miasteczko z plątaniną urzekających uliczek, zabudowanych białymi domostwami na początku wydawało się zimne, a…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil jolsokolowska079sok
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…