Czekając na dzień, który nie nadejdzie
czasem to, czego nie mówimy staje się ważniejsze od tego, co wiemy...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Wytchnienie dawała mi dopiero noc. Kiedy budziłem się rano, otumaniony blaskiem poranka tęskniłem za mrokiem nocy, za jej łagodnością, ciszą, za światem, który widziałem w snach. Tak mijały dni, tygodnie, miesiące. Proste, rutynowe czynności od rana, później 9 czy 10 godzin przy biurku w pracy. W cyfrach, programach, internecie, przy pisaniu wiadomości ważnych i mniej ważnych. Upragniona godzina lunchu i czas wyjścia z pracy. W czasie lunchu spacerowałem sam po pobliskich parkach i skwerkach. Unikałem gwarnych ulic w centrum miasta, gdzie mieściła się siedziba mojej firmy. Czasem zapuszczałem się dalej, zamyślony, potrącając przypadkowych przechodniów. Niczym odkrywca bieguna, parłem na wschód, w stronę rzeki. Czasem dolatywały do mnie obrazy mijanej rzeczywistości. Nie zwracałem większej uwagi na nowoczesność i technokratyczną rzeczywistość. Fascynowały mnie stare kamieniczki, zapomniane drzewa, starsi ludzie z mozołem niosący głodowe zakupy. W tych obrazach zawsze poszukiwałem przeszłości, jej ginących znaków. Sklepików i kiosków pachnących mydłem, drukarską farbą, owocami. Te, które napotykałem, w niczym już nie przypominały moich dziecięcych lat. Wszystko było plastikowe, zimne, sztuczne. Krzyczące reklamy, mnogość kolorowych towarów, potrzebnych i najczęściej zbędnych w codziennym życiu. Pod czarnym jak smoła asfaltem, ginęły stare, przedwojenne bruki. Właściwie żyłem po to, aby zasnąć. I każdego dnia przed snem modliłem się do Boga, aby pozwolił mi śnić moje miasto. W moim mieście nie było samochodów. Z rzadka jeździły tramwaje. Nie było nowoczesności. Były wieczne przygody, spacery, uliczki tonące w cieniu akacji i stare kamienice. Bazary, targowiska, dorożki, wozy konne. Ludzie ubrani w pastele w odcieniach brązu, czerni, szarości. Ale nie było tam smutku. We śnie przemierzałem te miasta, spotykając na drodze różnych ludzi. Tych dobrych i czyhających na potknięcia. Czasem uciekałem przez podwórka, płoty, piwnice czy dachy przybudówek. Ale to był świat ! Bez techniki, nowoczesności, z przygodą na każdym rogu. Czasem we śnie pojawiała się ona. Była drobną blondynką z fantazyjnymi piegami na nosku. Ubrana zwykle inaczej, niż noszą się kobiety, które spotykam codziennie. Ona ubrana była lekko, zwiewnie a właściwie można rzec, iż jej ubranie było częścią niej samej. Zawsze uśmiechnięta albo zamyślona. Siedziała na ławeczce w parku karmiąc gołębie. Przysiadałem się i zadawałem pytania. Patrzyła na mnie zawsze tymi swoimi błękitnymi, zdziwionymi oczami i uśmiechała się unosząc delikatnie kąciki warg. Miała fantastyczny uśmiech, który podkreślały piękne, zmysłowe usta. I ten dźwięk, barwa jej głosu. Siedziałem jak zaklęty, dopóki rzeczywistość senna nie zmieniła się w tą, z której daremnie chciałem uciec. Nie wychodziło mi w życiu. Na własne życzenie. Najpierw odeszła żona z synkiem. Dwa lata powoli podnosiłem się z kolan ucząc się samodzielnej egzystencji. Z czasem nauczyłem się czerpać radość z małych rzeczy: spacerów, drobnych zakupów, kina, słonecznych dni czy sobotnich wyjazdów za miasto. Wiodłem życie człowieka bez rodziny, z ogromnym poczuciem winy. Tak naprawdę wciąż marzyłem o moim mieście. Marzyłem o tym, aby się nie obudzić, aby zasnąć na zawsze w tamtej ciszy, obok niej - sennej, lekko zamazanej dziewczyny z parku. Świat tutaj, ten, w którym żyłem daleki był od moich wyobrażeń o dorosłym życiu. Ach, jakże wspaniale było być dzieckiem ! Jeździć z rodzicami na wakacje, nie mieć obowiązków, mieć poczucie bezpieczeństwa. I robić wciąż te wybryki w szkole i poza nią. Tamten czas się skończył i wiedziałem, że nie wróci. Unikałem nadmiaru alkoholu, czasem brałem tylko tabletki nasenne, aby szybciej zapaść w malignę, aby dotrzeć na małą ławeczkę w parku, prawie zatopioną w gąszczu kwitnących w maju krzaków bzu. Annę poznałem przypadkiem. W czasie jednego z moich spacerów w porze lunchu. Właściwie to ja ją zaczepiłem. Szła, prawie biegła dokądś widocznie się spiesząc. Nie zwróciła uwagi, że z otwartej torebki wyleciała jej jakaś notatka czy bilet. Dość, że zauważyłem zgubę, podniosłem ją i dogoniwszy kobietę w jasnym prochowcu wręczyłem jej zmiętą kartkę. Wyraźnie się ucieszyła. - Bardzo dziękuję, spieszę się na egzamin. To właśnie moja ściąga… Posłała mi słodki uśmiech i już jej nie było. - Proszę bardzo… wyjąkałem do stojącej naprzeciw mnie starej, pordzewiałej latarni. Po kobiecie nie było ani śladu. Mijały dni a ja wciąż miałem ją przed oczami. Te kasztanowe włosy, eleganckie buciki i zapach, który niemalże oszałamiał. Klasa kobieta. Zupełnie jak ta, z moich snów. Dlaczego tak wiele dziewczyn dbałość o wygląd kojarzy z tandetą, zbytkiem ? Czy naprawdę gardzą zadbanymi dłońmi, eleganckim wyglądem, dobrym zapachem, podkreślającym urodę makijażem? Patrząc często na zabiegane kobieciny albo młode dziewczyny w tramwaju zastanawiałem się, czy naprawdę nie chcą się podobać swoim mężom, chłopakom? Ona, nieznajoma z Powiśla… Gdzie jej szukać, gdzie spotkać? Jak trafić na ślad? Może mogłaby… w duszy, gdzieś na samym dnie zapalił się mały płomyczek nadziei na coś więcej niż tylko przypadek. Dwa lata braku bliskiej osoby dawały w kość. Przypadkowe rozmowy z kobietami, spotkania z nudnymi ludźmi z pracy nie rekompensowały pustki. W końcu sen trwa tylko chwilę a cała reszta wieczność… Szczęście postanowiło same mnie poszukać. Natrafiłem na nie w tramwaju linii 33 w sobotnie przedpołudnie. Miałem zamiar przejechać się do Śródmieścia i powałęsać tu i ówdzie, wpaść na piwo do jakiegoś ogródka. Stała tyłem do mnie. Poznałem ją po zapachu i tych gęstych włosach koloru kasztanu. - Dzień dobry... Jak poszedł egzamin? Ściąga się przydała? - szepnąłem jej do ucha. Odwróciła się gwałtownie. Wyglądała na speszoną. - My się znamy ? - wyjąkała z obawą - Pamięta pani na Powiślu… Ta kartka z notatkami… - teraz ja poczułem się niepewnie. - Aaaa - uśmiechnęła się przyjaźnie. Pamiętam pana. Jasne, egzamin poszedł zaje… - cofnęła w pół zdania. Zdałam - znów się uśmiechnęła. - Dokąd pani jedzie ? - spytałem - Do Placu Zbawiciela, jestem tam z kimś umówiona… - Świetnie, ja przystanek dalej. Może… - zawahałem się - moglibyśmy się kiedyś spotkać? - Czemu nie. Może moglibyśmy - ostrożnie ważyła słowa spoglądając mi prosto w oczy. Wyciągnąłem z kieszeni kurtki wizytówkę z imieniem, nazwiskiem i numerem telefonu, którą zawsze noszę przy sobie. - Proszę - to mój numer telefonu, Gdyby zechciała pani… - Mam na imię Anna. - Piotr - rzekłem ujmując jej delikatną, wypielęgnowaną dłoń. Drzwi tramwaju otworzyły się na Placu Zbawiciela. Anna rzuciła mi ostatni uśmiech i znikła w tłumie przechodniów. Może zadzwoni - pomyślałem. Od tamtego czasu upłynęły dwa tygodnie. Zaczęło się lato. Szkoła miała się ku końcowi i sporo młodzieży wałęsało się po ulicach miasta. Wieczorami ogródki piwne fetowały regularne oblężenie. Piwo lało się beczkami wprost w gardła rozochoconej młodzieży. Dopóki zmordowani piwem chłopcy nie lali do bramy, nie przeszkadzało mi to. Właściwie myślałem tylko o Annie. Co robi, gdzie mieszka, czy ma kogoś? Nic nie poradzę, iż zawsze podobały mi się takie kobiety. Lekko wyzywające, zadbane, mające "to coś". W trzecim tygodniu zadzwoniła. Mówiła pośpiesznie, zupełnie jakby ktoś ją śledził, czy obawiała się czegoś. Umówiliśmy się następnego dnia po pracy - w parku. Całą noc nie mogłem zmrużyć oka. Dlaczego zadzwoniła, czy to przypadek, czy może jednak coś "zaiskrzyło"? Bzdury. Nic nie zaiskrzyło. Dziewczyna chce się po prostu oderwać od codzienności. Szuka nowych znajomości, przyjaźni - tłumaczyłem sobie. Z resztą, co za różnica? Kiedy przyszedłem o umówionej porze do parku - już czekała. Siedziała przy mojej ulubionej ławeczce naprzeciwko kopii rzeźby Xawerego Dunikowskiego imitującej parę złączoną w namiętnym uścisku i przeżywającą rozkosze bliskości. Na powitanie dostałem szeroki uśmiech jej łagodnych, lekko rozchylonych warg. Śmiało się wszystko dookoła, ptaki, drzewa, nawet wydawało się, że przelatujące po niebie cumulusy formują swe kształty, jakby składały usta w uśmiechu. Nie pamiętam, ile czasu rozmawialiśmy. Słońce dawno już zaszło a po jakimś czasie znudzony strażnik parku poinformował nas, że "już zamykamy". Odprowadziłem ją do pobliskiej taksówki i wróciłem na piechotę do domu. Jakże byłem szczęśliwy! Po gorzkich doświadczeniach życia, w końcu uśmiechnęło się do mnie szczęście. Anna okazała się stażystką w dużej firmie farmaceutycznej. Studiowała także zaocznie prawo. Wymieniliśmy uwagi na temat pracy w dużych korporacjach. Były zadziwiająco zbieżne. Te same typy charakterów, zachowań, ta sama obłuda, fałsz, chore ambicje, kłamliwe slogany, nudne spotkania. Tęskniła za życiem poza miastem, na wsi. Fascynowała ją natura, możliwość bliskiego obcowania z przyrodą, względny spokój, samotność, ogromne przestrzenie, czyste powietrze. Mi było wszystko jedno. Lubiłem wieś, ale tęskniłem za miastem, za jego chłodem, wieczornym zamieraniem ruchu, spóźnionymi przechodniami, stukotem kół tramwajów spieszących do zajezdni. Z radością jednak wyrywałem się z miasta na krótkie eskapady. Wracając wieczorem do domu od czasu, kiedy poznałem Annę, rzadziej myślałem o zatapianiu się w marzeniach sennych. Zacząłem namiętnie czytać książki. Każdą, która wpadała mi w ręce. Przestałem oglądać telewizję i słuchać wiadomości. Zacząłem nabierać wiary, że jeszcze można, że nie wszystko w życiu stracone. Życie stało się jakby nasycone, pełne kolorów, zapachów, nadziei i radości. Smutek odszedł w niepamięć. Codzienne spotkania po pracy, czasem kilka godzin w weekend. Bardzo rzadko zostawała u mnie na noc. Każdorazowe próby wyciągnięcia od niej jakichkolwiek bliższych wiadomości spełzały na niczym. Początkowo się buntowałem, ale po jakimś czasie dałem za wygraną. Jeśli zechce – sama mi powie. Przyszła zima i białym całunem okryła ziemię. Wieczorami spotykaliśmy się u mnie lub w jednym z pub’ów w Centrum. Wciąż odkrywaliśmy nowe tematy, poruszaliśmy coraz to nowe zagadnienia z życia, problemy, odwieczne spory. Nigdy, z nikim, z żadną kobietą nie czułem się tak jak z Anną. Sporo się różniliśmy. Oprócz wieku (była znacznie młodsza) inny mieliśmy stosunek do religii, zasad, moralności, seksu, alkoholu, nauki, nawet sztuki. Ale jednocześnie – i chyba nawet więcej łączyło nas niż dzieliło. Wspólne zainteresowania, marzenia, sposób spędzania czasu, nagminna chęć zmian otoczenia poprzez wyjazdy, poznawanie, chłonięcie każdego miejsca, osoby, sytuacji. Nieustająca włóczęga. Luźny sposób życia, mieszkania. Co prawda nigdy nie byłem w jej mieszkaniu, ale opowiadała mi o nim. Było w pastelowych kolorach: odcienie żółci, pomarańcze, rudzienie. Namiętnie kolekcjonowała zdjęcia, obrazy motyli. Podobno jedna ściana w sypialni była pokryta w całości rycinami, obrazami i fotografiami przedstawiającymi motyle świata. Na jej urodziny, przypadające tuż przed gwiazdką zamówiłem jej u znajomego, rodzinnego jubilera małego złotego motylka z karatowym diamentem o wyjątkowej czystości. Do prezentu dołączyłem drobny kuty
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Roy
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…