Deagth
Wiesz, że jesteśmy. Żadnego z nas pewnie nie zauważyłeś, bo widzieć na pewno widziałeś. Może lepiej, że jesteśmy poza Twoim światem? (Podpisano: Wampir)
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Spadłem. Krew bryzgająca na ściany rozsierdziła mnie jeszcze bardziej. Rzuciłem ciałem nad uliczką tak mocno, że aż poszybowało w kierunku głównej ulicy jakieś piętnaście metrów zahaczając w końcu o śmietnik, który w rezultacie narobił strasznego rwetesu wśród szczurów buszujących po nim. Byłem zły! To nawet mało powiedziane. Żądza krwi jaka mną wtedy zawładnęła była niezatrzymywalna. Jeszcze! Krwi! Lokator zaalarmowany hukiem toczących się kubłów wyjrzał przez okno swojej zapchlonej nory. Podskoczyłem ku niemu, jeszcze w locie urywając mu łeb. Dopiero spadając chwyciłem się gzymsu budynku, ale w szale jaki mnie ogarnął, źle oceniłem siłę z jaką przyjdzie mi walczyć, aby zatrzymać się jedną ręką – drugą nadal miałem zajętą trzymaniem głowy nieszczęśnika. Kalecząc dłoń spadałem w dół i potykając się o przewalone kubły wylądowałem tuż przy wcześniej rzuconym ciele. Dopiero teraz przyjrzałem się jak bardzo je zmasakrowałem. Rzuciłem w nie głową i nadal wściekły odszedłem w przeciwnym kierunku. Podskoczyłem trochę i szybkimi odbiciami, pomiędzy blisko stojącymi budynkami, wspiąłem się na dach. Przynajmniej tutaj widok był nieco przyjaźniejszy niż zapomniana uliczka – o ile takie miejsce zasługiwało na miano uliczki. Dwa trupy, które zostawiłem miały przynajmniej pewność zawitania na stronach lokalnego brukowca i - jeśli wzbudzi to większe zainteresowanie - może uliczka otrzyma nazwę. Sarkastyczna wizja właściciela kamienicy rozweseliła mnie - wyobrażenie tej osoby zacierającej ręce w geście radości; koniec końców taka reklama musi podwyższyć ceny pokoi. "Atrakcja! Możesz tu zobaczyć WAMPIRA! A jeśli Ci się poszczęści to nawet ZGINĄĆ z JEGO rąk" (albo raczej "zębów"). Ohyda, której sam byłem autorem.
Przeskakując na następny dach znów się zgapiłem i z hukiem urywanej rynny stoczyłem się na dół. Jakiś człowiek przyglądał mi się z niedowierzaniem; nie będąc pewny, czy to co widzi to wytwór jego zatrutego alkoholem umysłu czy prawda, patrzał na mnie przerażonym wzrokiem. Potem roześmiał się w głos. Pewnie do jego przepitej świadomości doszło, że to co widzi to wytwór fantazji alkoholowej. Jego pech. W swojej złości patrzałem, jak biega bez rąk. Wyrwane leżały koło następnego śmierdzącego śmietnika. Przebiegł w szoku siedem metrów, zanim się wykrwawił na tyle, że jego nogi odmówiły dalszego biegania. Liczba siedem nastroiła mnie nawet refleksyjnie, ale krzyk kobiety odrzucił moje myśli na późniejszy - dogodniejszy dla takich rozmyślań - czas. Zorientowałem się, że choć powaliłem kolejnego trupa, to nadal chodzę głodny. Odwróciłem się i rzuciłem na stojącą w szoku i przerażeniu kobietę. Jej krew była wyjątkowo świeża i smaczna, lecz moje pragnienie było mocno ponad miarę tego, co mi zaoferowała. Postanowiłem zrobić czystą głupotę i wyskoczyć na główną ulicę. Szybki i mocny skok postawił mnie na środku jezdni, nawet o tej porze dość mocno wypełnionej ruchem ulicznym. Kierowca jednej z taksówek pędzących ulicą na widok mnie - lecącego metr nad ziemią - wyrżnął z pełną prędkością w stojący na poboczu radiowóz. Oba samochody rozpoczęły krótki taniec śmierci miażdżąc przechodzącą parę oraz policjanta usiłującego wymóc "dodatkowe usługi" na pewnej pani. Ta ostatnia była nieźle przerażona widokiem odrzuconego przez samochód policjanta. Ten z kolei wylądował dość nieszczęśliwie na przechodzącej innej osobie. Musieli sobie w geście wzajemności połamać co nieco. Chyba nawet jakiś kręgosłup. Nie miałem czasu się zbyt długo przyglądać, gdyż moją uwagę zwróciła na siebie rozmówczyni policjanta; do tego stopnia, że chwilę po tym piłem łapczywie jej krew... i krew sparaliżowanego strachem faceta, który akurat - nieszczęśliwie dlań - znalazł się w pobliżu.
Byłem pełny i dopiero ta świadomość wraz z uczuciem spełnienia powstrzymała mój szał. Pobiegłem do świateł i skręciwszy w lewo przebiegłem do następnej przecznicy. Tam przystanąłem nasłuchując. Niezbyt bliskie syreny wozów policyjnych dawały mi poczucie komfortu: znów gazety wypełnią się paplaniną o "nieznanym sprawcy". Żałosne. Moja wściekłość zgasła tak nagle, jak przyszła. Otrzepałem płaszcz z kurzu i przetarłem go z krwi. Byłem jednak nadal cały usyfiony i po przejściu paru kroków kopnąłem w hydrant, który odleciał na parę metrów. Nic poza tym się nie stało, więc spokojnym krokiem podszedłem do następnego skrzyżowania, gdzie powtórzyłem manewr. W końcu deszcz lodowatej wody obmył mnie. Zarówno fizycznie jak i psychicznie.
Wróciły do mnie przebłyski świadomości i wściekłość na nią - Deagth - zmieniła się we wściekłość na samego siebie - znów nie powstrzymałem swoich emocji i znów skończyło się to na krwawej jatce. Tym razem na ulicach miasta. Megfold mówił, że jestem chorym psychicznie wampirem. Wtedy się mu uśmiałem w twarz, ale teraz, gdy dachami podszedłem na powrót do tamtej ulicy zacząłem się zastanawiać nad psychoanalitykiem. Sama myśl nawet mnie rozbawiła. Do tego stopnia, że wchodząc do domu przez okno wybiłem głową górną szybę. "Twardogłowy" - szyba poszła, a ja bez szwanku.
Pozostawione w bezładzie łóżko przypomniało mi o wieczornych zdarzeniach, poprzedzających mój bezmyślny szał. "Wyjadę". Ta myśl zaczęła krążyć wokół mnie jak natrętny komar latem. Nie położyłem się spać. Łyknąwszy tabletki przeciwsłoneczne pobiegłem na lotnisko.
Pierwszy lot jaki natrafiłem zawiódł mnie na pokład błyszczącego samolotu gotowego do drogi. Cel: Włochy. Znów. Ciągle lepsze to niż czekanie na wyrok szału tutaj. Odetchnąłem zatapiając się w głębokim fotelu pierwszej klasy. Stewardesa z uśmiechem obdarowała mnie kolorowym drinkiem. Zasnąłem. Mimo wszystko zasnąłem.
Śnił mi się chłopiec rzucający talerzami. Jednak wszystkie talerze zatrzymywały się tuż przed ścianą i poukładane lądowały delikatnie na dywanie, ku wielkiemu zaskoczeniu i radości rodziców. Gdy się już obudziłem przypomniała mi się także mamka, umierająca w piwnicy naszego domu. Co? Wampiry nie mogą się rozmnażać. Za pieniądze dostaniesz wszystko. Sekretną wiedzę, mamkę - cuda. Jestem nowym pokoleniem. Telekineza to jedna rzecz z wachlarza umiejętności dodatkowych. Nawet moja sprawność fizyczna wprawiała w zakłopotanie rodziców, szczególnie gdy demolowałem swój pokój w przypływie złości. Że też wtedy mnie nie wyleczyli z takiej niekontrolowanej agresji.
Włochy przyjęły mnie chłodem nocy, z czego byłem wybitnie zadowolony, bo łykanie następnej tabletki całkowicie mi się nie uśmiechało; szczególnie, że dobrze pamiętałem ich "efekt uboczny" - u mnie w postaci seryjnych wymiotów dobę po zakończeniu ich brania. Sama świadomość tego co musze przejść wkrótce przyprawiała mnie o mdłości. Niemniej ciągle to lepsze od rozkładania się na takim słońcu. Mój ubiór wzbudzał nadmiar ciekawości. Jednak latem niewiele można spotkać osób w czarnym, skórzanym płaszczu. Nawet nocą.
Hotel, pierwszy który znalazłem, pachniał wilgocią, co przy takim upale nawet w nocy wydało mi się nieprawdopodobne. Dopiero dokładniejszy zwiad piwnic na następny dzień uświadomił mi głupotę budowniczych, którzy posadzili swój "kwiat" na naturalnym źródle. Poszedłem pod prysznic i parę minut później leżałem nagi w łóżku, tym razem próbując spokojnie zasnąć i bez dodatkowych "budzików".
____________________
- Bartho! - wykrzyknął Antonio, rozchylając w powitalnym geście szeroko ręce. - Dobrze Cię znów widzieć. - Ciao Antonio! Ciebie także dobrze widzieć, szczególnie w jednym kawałku! - Wiesz dobrze, że od tamtego czasu wystrzegam się tych wybuchowych zabawek - uśmiechnął się Antonio i gestem wprowadził mnie do swojego domu.
Dom miał piękny, w pięknym otoczeniu: stojąca na niskim klifie jasna budowla była stara (niewiele młodsza od samego Antonio, choć normalny człowiek nie był w stanie tego powiedzieć o nim). Stare mury przypominające nieco kształtami hiszpańską zabudowę okalał mały gaj, w którym bujna, południowoeuropejska roślinność dawała upust swym liściom, zapachom, kolorom. Róg domu zdobiła także wieżyczka, delikatnie unosząca się jednym piętrem ponad dach domu. Antonio miał tam swoją pracownie, w której goście - mimo całej serdeczności gospodarza - byli niechętnie widziani. Z wysokiego i umocnionego brzegu na plażę prowadziły schody, którymi, gdy się zeszło, dostać się można było w jeden z najbardziej malowniczych zakątków jakie miałem okazje w swoim życiu widzieć. Mała, zamknięta od morza kamienną wysepką, zatoczka doskonale chroniła przed jakimkolwiek kaprysami pogody, pozostawiając jednak wystarczająco dużo przestrzeni dla światła słonecznego. Również dla światła księżyca, który teraz pokrył morze rtęciowym kolorem.
- Rozgość się. Jak zawsze zresztą, a ja skoczę po jakiś prawdziwy trunek dla nas. - po tych słowach mój gospodarz zniknął za drzwiami prowadzącymi do piwnicy pozostawiając mnie z podręczną walizką.
Pół godziny później siedzieliśmy już wygodnie w leżakach popijając doskonałe, zimne wino ze słynnej wśród naszej ciemnej społeczności piwniczki. Pełnia, która nam uprzyjemniała noc bawiła się falami. - Jak sobie radziłeś przez te parę lat, Bartho? - rozpoczął po długiej przerwie rozmowę Antonio. Odłożyłem powoli kielich na stolik. - Jak wiesz po skończonej wojnie uciekłem od okopów Francji na północ, do Londynu, gdzie w sumie przysiadłem do teraz. - Siedziałeś tam od 1918 roku cały czas? - spytał z niedowierzaniem. - Przecież to ledwo sześć lat - odparłem - poza tym to wbrew Twojej opinii dość dobre miejsce do życia, mimo braku słońca, w którym i tak nie możesz chodzić! - Chodzić nie mogę, ale popatrzeć zawsze miło i potęsknić do starych czasów, gdy się mogło. - Ty pamiętasz to jeszcze? - zadrwiłem. - No mały... - uśmiechnął się gospodarz - Może jestem stary, ale to wcale nie znaczy, że mam sklerozę. Fakt, faktem. Mimo swoich "set" lat Antonio miał postać trzydziestolatka, czym chętnie mylił nowo poznane osoby. - Nie będę się kłócił ze starszymi. - I twoje szczęście - a pogroziwszy ironicznie palcem, zagadnął o dalsze wspomnienia. Więc przypominałem sobie wszystkie moje dzieje, które przytrzymały mnie w Anglii tak długo. Antonio słuchał uważnie, co pewien czas przerywając moją opowieść salwami śmiechu, który odbijał się aż od wyspy. Potem sam opowiedział mi jak musiał uciekać ze szpitala, z jeszcze niezagojoną nogą, gdy lekarska ciekawość zaczęła się przeradzać w przerażenie. Jak śmierć z jego rąk pacjenta została zauważona... Tak zleciało nam parę godzin i nastała chwila ciszy, przerywanej szumem fal. - Wybieram się do Ameryki - rzuciłem w ciszę. - Sam? - Z Frankiem Greaswoldem - odpowiedziałem. - On jest poszukiwaczem... - Wiem kim jest Frank - przerwał mi Antonio. - Szuka Omegi. Jak wielu innych. - Tak. Chyba wszyscy się znacie - odwróciłem się. - Ale nie wspominał, że zna Ciebie. - Trochę się na siebie kiedyś pogniewaliśmy. Ale to nie ważne teraz - uciął temat. - Pozdrów go ode mnie i przekaż mu, że jak znajdzie swoją część to ja będę czekał ze swoją. - Aż tak ważny jest dla was ten klejnot? - zapytałem. - A chciałbyś kiedyś móc znów chodzić w słońcu? - odparł patrząc mi przenikliwie w oczy, szukając wspomnień w mojej głowie. - Nie wierze w to, w przeciwieństwie do Ciebie - zerwałem kontakt wzrokowy i utkwiłem spojrzenie w piasek. - Możemy się o to założyć - uśmiechnął się.
_____________
- Wypiłeś już tyle, że ledwo możesz chodzić! - Sam nie jesteś lepszy. Obijasz się między ścianami jak piłka - odparłem. - Mamy dość poważny sztorm, jakbyś nie zauważył - powiedział Frank dość trzeźwym głosem, po czym zrobił zdziwioną minę i pociągnął z prawie już pustej butelki. - Nie patrz się tak na tą resztkę, bo Ci oczy wychodzą. W pokoju jeszcze tego jest. - Choć po to - rzuciłem usiłując równocześnie utrzymać równowagę przy następnym przechyle statku. Leżąc dwa metry dalej zobaczyłem wijącego się ze śmiechu towarzysza. - Ty nie dojdziesz na taką odległość! - wyksztusił w przerwach pomiędzy spazmatycznym śmiechem. - Dolecę tedy! - stwierdziłem stanowczym głosem, po czym wstałem (w czym nad wyraz pomógł mi przeciwny przechył) i zacząłem się skupiać, żeby unieść się w powietrzu choć trochę. Nie było to takie proste w moim stanie, a wyraz twarzy Franka wyraźnie opisywał jak musiałem wyglądać sam w tym wysiłku. Gdy już uniosłem się paręnaście centymetrów nad pokład i ustabilizowałem taką wysokość usłyszałem brawa Franka: - Zwracam honor! Nie musisz od dziś już chodzić po pijaku - po czym wybuchnął znów śmiechem. Zza węgła korytarza wyszedł jakiś facet, ubrany w płaszcz przeciwdeszczowy, który ociekał mu wodą pozostawiając lekko jaśniejsze smugi soli na skórze ubrania. Spojrzał przerażony na mnie, wciąż wiszącego w powietrzu, rzucił wzrokiem na śmiejącego się Franka, który stał do niego tyłem i tak zatrzymał się z otwartymi ustami. Wtedy Frank zrobił coś czego już, do kompletu, nie powinien zrobić. Zaraz gdy się wyczuł stojącą za nim postać, odwrócił się z czerwonymi, wampirzymi oczami w jego kierunku. Na efekty takiego "korytarza strachu" nie trzeba było długo czekać. Facet podskoczył pod sufit, wykonał półobrót na jednej nodze i ze zgrzytem na wpół wyłamywanego zamka wpadł do najbliższej kabiny. Niemniej, ku naszemu zdziwieniu, zdążył dokładnie zamknąć za sobą drzwi. Frank odwrócił się i popatrzał na mnie. Wybuchnęliśmy śmiechem. Chwilę potem straciłem równowagę w powietrzu i spadłem na ziemię, tuż obok tarzającego
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil IoneE
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…