Wróć do katalogu

Dla K.K.

Ona też się bała, a jednocześnie jej wiecznie niezaspokojona dziecięca ciekawość nie dawała jej myśleć o niczym innym. Chciała wiedzieć jak to jest umrzeć, czy jest wtedy zimno i nieprzyjemnie, czy wręcz odwrotnie – ciepło i cudownie.

sielafffa, opublikowano , 11 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Nie wytrzymam już dłużej. Ona nachyla się jakby chciała mi powiedzieć: SKOCZĘ? NIE SKOCZĘ? SKOCZĘ. Chciałabym ją złapać za skrawek jej jedwabnego warkocza i pociągnąć za sobą do domu. Napiłybyśmy się herbaty, albo raczej czegoś mocniejszego. To by jej zrobiło lepiej. Może uświadomiłaby sobie, jak bardzo jej teraz potrzebuję, jak ciche jest moje życie bez niej, jak puste. No dobrze, może ona wcale nie ma jedwabnego warkocza, może nawet taki warkocz istnieje tylko w mojej wyobraźni. Kiedy na nią patrzyłam to uświadomiłam sobie, jak bardzo wolna musiała być wtedy, jak bardzo pragnęła doświadczyć tego momentu. Może nawet przez całe swoje życie nie myślała o niczym innym.

To był wtorek. Nie wiem czemu, ale wtorki zawsze wydawały mi się złowieszcze. Ich tajemnica rozciągająca się nad światem. Wtorki nie odkryte, wtorki zgubione gdzieś pomiędzy poniedziałkiem a środą.

To był jeden z tych obskurnych bloków, które zewsząd oszpecały nasze miasto. Nienawidziłyśmy ich wspólnie, jak się nienawidzi wojen i samej nienawiści. Powiedziała mi kiedyś, że gdyby mogła, pozbyłaby się ich stąd na zawsze, zabrała je jak stare drewniane klocki i schowała do pudełka. Potem zakopała gdzieś głęboko pod ziemią, tak, żeby nikt ich już nie znalazł. W ich miejsce posadziłybyśmy zieloną trawę skąpaną w słońcu odchodzącego lata, może jeszcze fiołki we wszystkich kolorach tęczy. Na trawie leżałybyśmy i liczyły gwiazdy nocą, a w dzień rysowały chmurki na niebie.

To był już prawie wieczór. Prawie, bo trudno było go o tej porze roku oddzielić od dnia, który też miał swoje prawa. Słońce schowało się, jakby w obawie przed tym, co miało się stać. Nie mogło pozwolić sobie na tak ponury widok, nie chciało samo sobie sprawiać przykrości. Zwykle wieczorami chodziłyśmy dookoła pewnego starego domu i szukałyśmy duchów, albo zaglądałyśmy do komórki pod schodami gdzie ona trzymała swoje skarby. Potrafiłyśmy tam siedzieć całymi nocami. Opowiadała mi o swoim świecie, ale tak powoli, bez pośpiechu. Jak gdyby on miał się nigdy nie skończyć. Wyjmowała z dziesiątek małych pudełeczek kawałki swojej duszy i dzieliła się nią ze mną, jeśli miała na to ochotę. Te wszystkie niesamowite rzeczy, które mi pokazywała. Kamienie ze wszystkich stron świata, kolorowe obrazki, książki. Wreszcie jakieś ważne zapiski robione w wolnym czasie, jej małe tajemnice.

Tego wieczoru było inaczej. Powiedziała, że tak bardzo tęskni za wolnością, że dusi się w tym okropnie szarym mieście i chciałaby wyjść. Miała coś w oczach. Coś takiego, że nie można było przejść koło niej obojętnie. Jakiś dziwny rodzaj smutku, przygnębienia, skrępowania. Chociaż nigdy dotąd o tym nie wspominała, dało się to wyczuć, jeśli się ją dobrze znało. A ja przecież znałam ją jak nikt inny. Przynajmniej wtedy tak mi się wydawało.

Wpadła na zupełnie nieziemski pomysł. W ogóle zawsze miała w głowie całą bibliotekę pomysłów. Wystarczyło wybrać odpowiednią literę, a ona rzucała hasłami jak dobrej jakości komputer. Postanowiła, że wdrapiemy się na jeden z tych szarych pomników naszej rzeczywistości i zabierzemy go tylko dla siebie. Przynajmniej na te parę chwil, kiedy wystarczy nam wyobraźni, jakże ulotnej, z czego obydwie zdawałyśmy sobie sprawę. To miał być taki nasz rajd ku wolności. Zdobycie czegoś, czego nikomu innemu nie udało się zdobyć, pokonanie wroga i jednoczesne odzyskanie oddechu. Tak twierdziła ona. Nie pamiętam nawet jakim cudem udało nam się wdrapać niezauważonymi. Ona wzięła jeszcze koc, który rozłożyłyśmy na dachu bloku numer 27, przy ulicy któregoś z zasłużonych tego świata.

Zełgałam coś w domu, sama już nie pamiętam co. Nikt z nich nie wiedział o jej istnieniu. Tak ważnym istnieniu, które było niewątpliwie czymś najważniejszym w moim życiu. Nie zauważyli, czy tylko nie chcieli zauważyć. Zupełnie mnie to nie obchodziło. Wciągnęłam się w tą znajomość bez opamiętania. Byłam uzależniona od tego uczucia, które ogarniało mnie za każdym razem, kiedy ją spotykałam. Kiedyś słyszałam jak płacze. Rozmawiała z kimś przez telefon i łamał jej się głos. Płakała jednocześnie śmiejąc się, śmiała się płacząc. Chciałam ją pocieszyć, ale nie potrafiłam. Wtedy mnie to zabijało. Jej łzy cięły mi serce, każda z osobna, a ja nie potrafiłam tego zatrzymać. Chciałam z nią o tym porozmawiać, ale ona tylko milczała. Może to ja nie potrafiłam być z nią tak jak tego chciałam najbardziej. Nie umiałam otworzyć się przed nią, ani dać jej na tyle bezpieczeństwa, aby to ona mogła się otworzyć przede mną. Słyszałam wtedy jak wykrzykuje do słuchawki wszystkie swoje największe żale komuś innemu, kogo nie znałam. I nie chciałam go znać, nienawidziłam go wtedy jak tylko bardzo można nienawidzić człowieka, którego nigdy nie widziało się na oczy. Bałam się przyznać, że zazdrość o nią przeżerała mnie od środka zawsze wtedy, gdy miałam choć trochę wspólnych spraw z kimś innym. Wstydziłam się tego, przez sen wyśmiewając swoją głupotę i naiwność. Gdy wracała z sąsiedniego pokoju była już inna. W drodze poprawiała sobie makijaż, czesała włosy i jakby naradzała się na nowo. Dla mnie.

Tego wieczora, tej nocy, wszystko miało wyglądać inaczej. Układałam to sobie w głowie od dłuższego czasu, w końcu spisałam na kartce wszystko co od zawsze…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych