Dobry, zły, martwy
Opowieść o mężczyźnie który, dostał drugą szansę i chce zakończyć z dawnym życiem w bezprawiu.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
DOBRY
ZŁY
MARTWY
Nowy początek
Wstała wcześnie rano jak co dzień, ubrała się i wyszła ze swojego pokoju. Poszła na górę do niego, schody skrzypiały pod jej czarnymi obcasami. Złapała delikatnie za metalową klamkę i pociągnęła w dół, starała się by go nie obudzić, ale on już nie spał. Weszła do środka. Pokój był nieduży w dosyć mętnych kolorach, na ścianach wisiało kilka obrazów przedstawiających jakichś brodatych mężczyzn, w jednym rogu stała trochę zniszczona szafa, a na przeciwko niej bujane krzesło, w drugim końcu pokoju stało łóżko, a obok niego malutki kredens. - Dzień dobry, już pan nie śpi? - powiedziała uśmiechając się do leżącego na łóżku mężczyzny. - Dzie...dzień dobry. - odpowiedział zmęczonym i lekko zachrypniętym głosem rozglądając się po pokoju, aż w końcu jego wzrok spoczął na kobiecie - Jak się pan czuje, boli? - mężczyzna złapał się za lewy bok, na jego twarzy można było zobaczyć lekki grymas bólu, a potem pociągnął ręką w górę, w kierunku serca - Powinnam zmienić opatrunek, zaraz wracam tylko przyniosę co trzeba. -Mogę...mogę dostać coś do picia? -Oczywiście, zaraz przyniosę. - wyszła nie zamykając drzwi i po chwili wróciła z bandażami i kubkiem wody. - Proszę - powiedziała podając mu kubek - tylko niech pan nie pije za szybko. - znowu się uśmiechnęła - Da pan radę się podnieść? Może trochę boleć. - szybko i sprawnie zdjęła stary opatrunek i założyła nowy - Dobrze, teraz może pan odpoczywać. - Gdzie...gdzie ja jestem? - Na ranczu mojego ojca. Nazywam się Elizabeth, Elizabeth Oswald, a pan to.... - przerwał jej - Mam na imię John. - Wiem kim pan jest. - odpowiedziała bez wcześniejszego entuzjazmu podając mu pozginaną kartkę, która leżała na kredensie. John rozłożył kartkę, widniała na niej podobizna mężczyzny ponad trzydziestoletniego, o włosach sięgających szyi z przedziałkiem na środku, lekkim zarostem i wyrazistych rysach twarzy. Niżej był napis „JOHN WILSON POSZUKIWANY ŻYWY LUB MARTWY NAGRODA 2000 $” - Hmmm... - uśmiechnął się - więc na tyle wyceniają moje życie? -ale uśmiech zniknął równie szybko jak się pojawił, John milczał ale po chwili powiedział - Zamierza pani na mnie teraz donieść, czy może już to pani zrobiła? -Nie, jeszcze nie, a powinnam? - zapytała Elizabeth, mężczyzna nic nie odpowiedział tylko lekko wzdychnął, mówiła dalej - Co się stało? Kto do pana strzelał, bo chyba sam pan się tak nie zranił prawda? - Wolałbym o tym nie mówić jeżeli pani pozwoli. - wzdychnął ponownie - Nie zamierzam zrobić pani krzywdy, proszę się nie bać. - Z gazet można wyczytać ciekawe rzeczy o panu. - A co piszą, co pani o mnie wie? - Piszą, że jest pan bezwzględnym mordercą, który wraz ze swoją bandą zabił jedenastu szeryfów. - Więc skoro wiedziała pani kim jestem i co zrobiłem to dlaczego mi pomogła? - Elizabeth usiadła na łóżko obok Johna - Wie pan, mój tatuś zawsze mawia, że ludzie bez względu na to co zrobią zawsze zasługują na drugą szansę, zdaje się, że pan dostał takową. - Mój ojciec też tak zawsze mówił, starał się wszystkim pomagać, pewnie nie byłby ze mnie dumny. - To z pewnością dobry człowiek i kocha swojego syna.... - Nie żyje. - po tych słowach w pokoju zapanowała niezręczna cisza. - Przykro mi. - powiedziała po chwili Elizabeth. Pomyślała, że lepiej będzie nie ciągnąć tego tematu przynajmniej póki co. - Domyślam się, że jest pan ciekaw jak się tutaj dostał. - Chętnie bym się dowiedział, jeśli ma pani czas na opowieści. Elizabeth kiwnęła głową - Wracaliśmy z ojcem do domu, było już późno i ciemno, ale w pewnym momencie zauważyłam, że ktoś leży na drodze przed nami, powiedziałam do taty - Chyba znowu jakiś pijak wybrał się na nocną wycieczkę. - Ale gdy podjechaliśmy bliżej było widać kałużę krwi wokół niego. Wystraszyliśmy się. Tato zatrzymał wóz i podbiegł do pana sprawdzić czy wciąż pan żyje - Wyczuwam tętno musimy go zabrać szybko! - krzyknął do mnie. Położyliśmy pana na wozie i zabraliśmy na ranczo. Miał pan szczęście, że ojciec jest lekarzem. Po powrocie przyjrzałam się panu i rozpoznałam, że pan to John Wilson. - Pani ojciec wie kim jestem? - Wie. - John milczał przez chwilę, zastanawiał się, zbierał myśli po chwili powiedział - Dziękuję pani i chciałbym podziękować pani ojcu jestem naprawdę wdzięczny za wszystko. - Doceniam to, zaraz go zawołam. - wstała, wyszła z pokoju i po chwili wróciła ze starszym mężczyzną, wyższym gdzieś o głowę od niej. Wyglądało na to, że jego siwe włosy których to już nie miał zbyt dużo na głowie postanowiły zmienić miejsce pobytu aby pod długim nosem tworzyć wielkie równie szare wąsy. - Panie Wilson to jest mój tato, Morgan Oswald. - Miło mi pana poznać. - powiedział John wyciągając rękę. - Mnie też jest miło. - odpowiedział senior podając mu swoją dłoń. John wyczuł szczerość w jego głosie, co go trochę zdziwiło gdyż mało kto był taki uprzejmy w stosunku do niego a jeśli już był to zazwyczaj udawał. - Chciałem bardzo podziękować panu i pańskiej córce zawdzięczam wam życie. - Morgan również wyczuł szczerość w głosie mężczyzny i zastanawiał się czy on naprawdę może być zwykłym mordercą, których to wielokrotnie widział na szubienicy. - Nie ma o czym mówić chłopcze, musimy sobie pomagać. -wąsaty pan uśmiechnął się. - Córka wspominała, że jest pan lekarzem... - Jestem a właściwie byłem teraz prowadzę spokojny żywot na ranczu, a przynajmniej próbuję. Muszę coś panu powiedzieć panie Wilson, przez wiele lat zajmowałem się rannymi, widziałem ludzi bez rąk czy nóg ale to, że pan przeżył to chyba cud. Pierwsza kula przeszła na wylot.- John złapał się powyżej biodra - Tak to ta rana, ale druga została w kości a konkretnie w mostku,- ręka Johna powędrowała w okolice serca - na szczęście udało mi się ją wyciągnąć. Nie wiem czy to opatrzność Boża czy szczęście ale wygląda na to że dostał pan szansę na drugie życie. Radzę jej nie zmarnować. - John nic nie mówił, siedział ze spuszczoną głową, a rękę wciąż trzymał nad sercem. - Proszę na siebie uważać i życzę szybkiego powrotu do zdrowia. - odwrócił się i wyszedł zamykając za sobą drzwi. John podniósł się i choć to nie było takie proste usiadł na łóżku. - Panno Oswald jak długo już tu leżę? - Dwa dni, był pan nieprzytomny dopiero dzisiaj się pan obudził. - Dziękuję za wszystko ale powinienem już iść. - John próbował wstać, ale nie dał rady i upadł na łóżko. - Nie powinien pan wstawać, musi pan jeszcze leżeć i odpoczywać. Jeśli chce pan szybko stanąć na nogi musi pan coś zjeść zaraz przyniosę coś ciepłego. - Tak oto minął tydzień, leżnie, jedzenie, i rozmowy. Kilka dni później gdy Elizabeth była odwiedzić Johna rano jak co dzień ten już był na nogach. - Dzień dobry, widzę że wraca panu zdrowie. - Witam, tak czuję się już znacznie lepiej. Nie ma pani czasem mojego kapelusza i koszuli? - Elizabeth podeszła do szafy, otworzyła ją i wyciągnęła z niej nową dokładnie zwiniętą w kostkę koszulę. - Należy do mojego taty ale powinna pasować na pana, starą wyrzuciłam była zniszczona i poplamiona od krwi. - Dziękuję - powiedział John, ubierając ją na plecy. Oprócz koszuli kobieta wyciągnęła z szafy stary podziurawiony przez kule kapelusz. - O niego panu chodziło? - Tak - odpowiedział, a ona złapała go za rękę gdy wyciągnął ją w jej kierunku. - Proszę mi powiedzieć co się wydarzyło tamtej nocy. - John zastanawiał się przez chwilę, po czym odpowiedział - Dobrze, panno Oswald jestem coś winien pani i pni ojcu, więc niech tak będzie powiem. - Elizabeth usiadła razem z Johnem na łóżku i wyczekiwała tego co powie jej mężczyzna - Tamtego wieczora piliśmy alkohol przy drodze na której pani z ojcem mnie znalazła, nie chcieliśmy wjeżdżać do miasta bo mógł nas ktoś rozpoznać. Rozpaliliśmy ognisko i wlewaliśmy w siebie tyle whiskey ile się tylko dało, z tym pijakiem wtedy to miała pani trochę racji. Kiedy byliśmy już nieźle uchlani podbiegła do nas jakaś kobieta, pamiętam że miała łzy w o czach i prosiła o pomoc. Jeden z chłopaków podszedł do niej wydawało mu się, że to dziwka i chciał się z nią zabawić. Wtedy zaczęło do mnie powoli docierać co się dzieje, kobieta płakała, prosiła, mówiła że nie chce ale on wyglądał jakby tego w ogóle nie słyszał. Powiedział - Nie chcesz, jesteś tego pewna, to sobie inaczej pogadamy! - wyciągnął rewolwer i zaczął celować do niej, broń wypaliła, nie wiem czy strzelił do niej celowo, czy przypadkiem pociągnął za spust bo był już tak pijany, że nie kontrolował tego co robi. Wydawało mi się, że byłem już w pełni przytomny. On patrzył na mnie a ja na niego, krzyknąłem - Oszalałeś to co robimy to jedno a ta kobieta? Przecież ona była niewinna niczego nie zrobiła, prosiła tylko o pomoc. - ale on był za bardzo pijany, powiedział do mnie - Masz jakiś problem?! A może chcesz dołączyć do niej?! - Powiedziałem mu, że to zabrnęło za daleko, że mam dosyć tego i odchodzę. - Nigdzie nie idziesz. - powiedział, odwróciłem się i odpowiedziałem mu - To spróbuj mnie zatrzymać. - nie zrobiłem jednego kroku a on strzelił mi w plecy, kula przeszła na wylot tak jak mówił twój ojciec. Z trudem obróciłem się, celował we mnie, spojrzałem w jego oczy, były przepełnione nienawiścią, strzelił do mnie po raz drugi, celował w serce, upadłem, nie mogłem się ruszyć, byłem ledwo przytomny ale żywy ostatnie co usłyszałem to jego głos - Zabieramy się stąd chłopcy. - odjechali zapewne myślał że nie żyję, ale ja tam leżałem w kałuży krwi pół przytomny, byłem pewny że to moje ostatnie minuty i wiesz na co mnie naszła wtedy ochota? - Elizabeth spuściła głowę w dół i uśmiechając się zapytała - Na co? - Nie, nie na to. - odparł John - Zachciało mi się śpiewać. - podniósł głowę do góry, spojrzał w sufit po czym zamknął oczy i zaczął nucić pod nosem nieznaną Elizabeth melodię. - Panie Wilson, wszystko w porządku? - złapała Johna za ramię - Nie, nic nie jest w porządku i już nie będzie panno Oswald. - mężczyzna wstał i udał się do wyjścia - Pamięta pan jak wcześniej mówił o swoim ojcu, co się z nim stało? - John zatrzymał się przed drzwiami. Patrzył na nią przez chwilę po czym wyszedł bez słowa.
...a na ranczu, praca wrze
Gdy John wyszedł na zewnątrz zauważył Morgana siedzącego na starym bujanym krześle, który akurat ucinał sobie drzemkę - „spokojne życie” - pomyślał mężczyzna, ale odpoczynek wąsatego pana nie trwał zbyt długo gdyż obudził go szczekający pies, który był w trakcie niezbyt miłej konwersacji z kurami. - Pan Wilson! - krzyknął Morgan - Widzę że wraca pan do zdrowia. - Tak, czuję się powoli lepiej, muszę się trochę przewietrzyć. - odpowiedział John podchodząc do niego. - Pali pan? - zapytał senior Oswald wyciągając z kieszeni paczkę cygar. John wziął jedno, i zapalił - Tego mi brakowało tanie, zagraniczne cygara. - Miłośnik co? - powiedział Morgan śmiejąc się i puszczając kółka z dymu. - Co zamierza pan teraz robić panie Wilson? - Muszę porozmawiać z sędzią w najbliższym mieście, a zważywszy na fakt że jestem poszukiwany to raczej nie będę musiał długo czekać na tą rozmowę. - Chce pan się oddać w ręce szeryfów?! Na drugi dzień będzie pan z pewnością wisiał. - Nie, aż tak głupi nie jestem. - odpowiedział John zaciągając się po raz kolejny cygarem - Nie lubi pan za bardzo mówić o sobie i o swoich planach prawda? - Cóż... powiedziałem to pana córce więc pan też powinien o tym wiedzieć, tamtego wieczora... - zaczął John i opowiedział Morganowi to samo o co wcześniej prosiła go Elizabeth. Po wysłuchaniu Wilsona starszy pan zastanawiał się przez jakiś czas i po chwili przemówił. - Morderstwa tych szeryfów to prawda tak? - Tak, zabijaliśmy ludzi, ale to już przeszłość skończyłem z tym. - Dlaczego pan to robił? - Pan wybaczy ale o tym nie chcę mówić. - Szczerość to ważna cecha, niech pan o tym pamięta. Może pan zostać tutaj, wątpię żeby ktoś tu przyjechał szukać pana, a i mnie przydał by się jeszcze jeden pracownik na ranczu. - Doceniam to ale mszę odmówić, już wystarczająco dużo zrobił pan dla mnie. - John rozglądał się po dobytku pana Oswalda ale nie był w stanie ogarnąć wszystkiego wzrokiem. - Ile lat pan już się tym zajmuje? - Od kiedy zmarła moja żona i urodziła się Elizabeth, wszystko wydarzyło się jednego roku, 27 lat temu. - Przykro mi z powodu śmierci żony. - Zmarła podczas porodu po 11 latach małżeństwa, ale muszę żyć dalej a zwłaszcza że mam dla kogo. - Córka? - Tylko ona mi została, a wracając do rancza, to śmiało, proszę się rozejrzeć po okolicy. - Oprowadzę pana. - John usłyszał głos Elizabeth, która, stała w progu drzwi wyjściowych - Za mną, zapraszam na przejażdżkę, mam nadzieję, że przez ten tydzień nie zapomniał pan jak się jeździ na koniu. - Dzień był ciepły idealny na przechadzkę, po niebie wędrowały nieliczne chmury od czasu do czasu przysłaniając na chwilę słońce. Elizabeth przez cały czas mówiła najpierw o ich domie, potem o stajni, koniach, kurach, psie Luckym, i jeszcze o innych rzeczach ale zdawało się że John nie był wcale zainteresowany tym co panna Oswald ma do powiedzenia. W domu niezbyt dokładnie się jej przyglądał widział jedynie młodą kobietę o ciemnych włosach, ale teraz było inaczej. Jej długie lekko kręcone włosy, w promieniach słońca zdawały się mieć kasztanowy kolor. Lśniące oczy były ciemno brązowe, prawie czarne, usta malinowe a powyżej nich nos mały. - Panie Wilson, czy pan mnie słucha w ogóle, PANIE WILSON! - przerwała jego rozmarzania. - Co?.....Tak, tak słucham panią. - Mam nadzieję że nie jechał pan ze mną po to by gapić się na mój biust. - powiedziała lekko zirytowana ale jednocześnie z uśmiechem na twarzy. John również uśmiechnął się. - Jest pani bardzo piękną kobietą. - Dziękuję, panie Wilson - Pewnie nie jest pani, zbyt lekko tutaj. - Cóż, na całym ranczu mamy 12 pracowników większość rzeczy którymi trzeba się zająć robią oni, trochę tego jest, nikt włącznie ze mną i ojcem nie narzeka na brak pracy. - zawrócili konie, udali się z powrotem przed dom. Gdy wrócili, przed domem Morgan zaprzęgał wóz. - Wyjeżdża pan gdzieś? - zapytał John - Wybieram się do miasta po kilka rzeczy, może pan jechać ze mną, mówił pan że chce załatwić jakąś sprawę u sędziego prawda? - Tak, to raczej nie potrwa długo. - Więc proszę wsiadać, Elizabeth miej oko na wszystko jak nas nie będzie. - Nie martw się. Przygotuję obiad przez ten czas jak was nie będzie.
Propozycja nie do odrzucenia
- Długo jedzie się do miasta? - Nie spiesząc się, będzie z pół godziny zaraz będziemy na miejscu. - Z czym jedziemy? - zapytał John wskazując na skrzynie z tyłu wozu. - Mleko, ser, jajka, handluję z miejscowymi sklepikarzami, zazwyczaj płacą normalnie, w dolarach ale czasami wymieniam się na różne rzeczy. - Opłaca się? - Nie narzekam. - Panie Oswald, czy jak mnie pan znalazł miałem przy sobie broń? Rewolwer Remingtona z wygrawerowanymi inicjałami HW. - Nie, nie miał pan przy sobie żadnej broni. Mniemam że ten rewolwer coś dla pana znaczy? - Należał do mojego ojca... - Rozumiem. Miał pan jedynie 50 dolarów przy sobie - wyciągnął banknot z kieszeni i dał mu go - Proszę, był w pana koszuli. - Dziękuję. - chwilę później dotarli do celu. - No i jesteśmy, na miejscu. - miasto było stosunkowo duże mające w swoim okręgu kościół, hotel, sąd, a swoją działalność prowadził między innymi grabarz, krawiec czy rusznikarz. Morgan zatrzymał wóz przed budynkiem sądu - Zostawiam pana tutaj, ja jadę do sklepu proszę się pan nie spieszyć. - Budynek był wysoki cały wymurowany z cegły z przodu John naliczył 8 okien, a nad wielkimi drewnianymi drzwiami powiewała flaga Stanów Zjednoczonych. Wilson wziął głęboki wdech i wydech po czym trochę niepewnie wszedł do środka. - Dzień dobry, ja... do pana sędziego. - Na górze pierwsze drzwi po prawej - odpowiedział mu chudy mężczyzna w garniturze i okularach, przeglądający jakieś papiery. John stanął przed drzwiami z napisem „Sędzia Walter Briggs” nie był do końca pewien czy chce tam wejść ale wiedział, że nie ma innego wyboru musi to zrobić. Zapukał dwa razy i wszedł do środka. - Dzień dobry, pan sędzia Briggs? - Witam, tak o co chodzi? - odpowiedział mu mężczyzna po sześćdziesiątce, dosyć niski i otyły, był zwrócony plecami do Johna i patrzył przez okno. - Nazywam się John Wilson - Walter w jednej chwili obrócił się, jego wzrok zatrzymał się na mężczyźnie. - Słyszałem, że pan nie żyje, w mieście gadali że zabili cię ludzie z własnej bandy, już miałem anulować wszystkie listy gończe, a tu taka niespodzianka, no proszę. - Może pan darować sobie te uprzejmości przyszedłem bez broni chcę porozmawiać. - Widzę, to że przyszedłeś nieuzbrojony to znaczy, że jesteś bardzo odważny albo głupi. Jeśli ci się wydaje że wyjdziesz z tego miasta żywy to bardzo się przeceniasz. - Nie wydaje mi się, chcesz się założyć? Mam dla ciebie propozycję Briggs. - Ty! Propozycję dla mnie?! Jeśli nie proponujesz mi że własnoręcznie powiesisz się na najbliższym drzewie to wybacz ale nie skorzystam. - Złapię wszystkich członków mojej byłej a w zamian za to ułaskawi mnie pan. - Wyobraź sobie że nie ułaskawiam MORDERCÓW. - Skończyłem z dawnym życiem. - Dlaczego niby miałbym ci wierzyć, podaj mi chociaż jeden argument. - Cóż...niech pan sobie wyobrazi że pana szeryfowie ścigali nas przez lata i na razie jest wynik 11: 0 jeśli ktoś ma wam pomóc złapać ich to tylko ja się do tego nadaję. Dam panu czas do namysłu, wrócę tu jutro. Aha i jeszcze jedno dostanę odznakę szeryfa i chcę mieć to wszystko na piśmie. - gdy wyszedł, na zewnątrz czekał już na niego Morgan - Załatwione ? - zapytał - Sędzia jest dziś jakiś taki niezdecydowany jutro da mi odpowiedź. - odparł John, wsiadając na miejsce obok wąsatego woźnicy. - Proszę, to dla pana - Morgan wyciągnął z kieszeni 5 cygar i dał je Johnowi - sklepikarz dał mi je gratis. - Zapali pan ze mną? - Nie odmówię. - W takim razie je przyjmę. - gdy wrócili do domu Elizabeth miała już przygotowany obiad, także mężczyźni nie zwlekali długo i czym prędzej zasiedli do stołu. - Panie Oswald, może mi pan jutro pożyczyć konia na wyjazd do miasta? - Jasne chłopcze nie ma problemu.- potem zwrócił się do Elizabeth - Naprawdę smaczny obiad przyrządziłaś córuchna, chyba dzisiaj wyjątkowo starałaś się dla naszego gościa. - Bardzo dziękuję, w sumie to nie pamiętam kiedy ostatni raz jadłem coś takiego. - powiedział John a panna Oswald tylko podziękowała uprzejmie ale na jej twarzy było widać wymalowaną wdzięczność. Po obiedzie mężczyźni wyszli na cygaro, a przez resztę dnia John pomagał pracownikom Morgana na ranczu. Wieczorem do pokoju pana Wilsona przyszła Elizabeth. - Dobry wieczór. - Dobry wieczór, nie śpi pani jeszcze? - Ostatnio mam kłopoty z zaśnięciem. - Podobno indiańskie ziółka pomagają na bezsenność. - Pan pije takie rzeczy? - Zazwyczaj leczę się dobrym alkoholem. - Elizabeth zapaliła lampę naftową podeszła do szafy i wyciągnęła z niej butelkę whiskey. - Może być? - zapytała - Jeśli przychodzi pani do mnie z propozycją upicia się to nie mam nic przeciwko. - John mów mi Liz. - objęła go ramionami a on zaczął ją gorliwie całować. - Mam nadzieję że twój ojciec nie będzie miał nic przeciwko. -powiedział John zadziornie się uśmiechając - Nie musi wiedzieć z kim spędzam miło czas.
Czterech wspaniałych i... Steve
Nazajutrz John wstał bardzo wcześnie i nie budząc Elizabeth wyszedł z pokoju, zdaje się że Morgan też jeszcze spał więc i jego mężczyzna nie chciał budzić, osiodłał konia i pojechał do miasta. Gdy tam dotarł budynek sądu był już otwarty, po wejściu do środka powitał go ten sam chudy mężczyzna co wcześniej. - Pierwsze drzwi p... - Wiem. - John wszedł do pokoju sędziego - Witam panie Briggs, mówiłem że wrócę dzisiaj mam nadzieję że podjął już pan decyzję. - Niech cię szlak Wilson - mówiąc to wyciągnął ze szuflady biurka papier, który John później podpisał. - Ale odznaki nie dostaniesz nie licz na to! - Walter zaciskał zęby ze złości. - A teraz powiesz mi wszystko co wiesz o nich. - John zapalił cygaro. - Najpierw pan mi powie ilu ludzi dostanę. - Ma powierzyć tobie moich szeryfów chyba żartujesz!? - John złapał Briggsa za krawat i przyciągnął do siebie. - Posłuchaj mnie tłusty urzędasie gdy ostatni raz byłem z nimi to banda liczyła równe dwadzieścia trzy osoby są wśród nich snajperzy i osoby zabójcze na bliski dystans, więc jeśli chcesz ich wszystkich złapać będziesz robił to o co cię proszę zrozumiałeś?! - sędzia patrzył na niego niepewnym wzrokiem po chwili przemówił - Dostaniesz dwudziestkę ludzi wystarczy?! - Zobaczymy panie Briggs, a tymczasem muszę wyjść na świeże powietrze. - Po opuszczeniu z sądu mężczyzna poszedł do sklepu rusznikarskiego, wiedział że bez broni za pasem za dużo nie zdoła zrobić. Przed sklepem rusznikarza wisiał napis „Broń od Stevea”. Gdy John wszedł do środka dzwonek zawieszony nad drzwiami oznajmił przyjście kolejnego klienta. - Halo? Jest tu ktoś, dzień dobry! - Witam, witam, tak tutaj jestem. - John rozglądał się po całym sklepie ale właściciela nigdzie nie było - „Tutaj” to to znaczy gdzie pan jest? - Za ladą. - John podszedł bliżej, nachylił się, spojrzał za ladę, i zobaczył brodatego staruszka. - Co pan tu szuka jeśli można wiedzieć? - Ten mały drań znowu mi uciekł, Tom miał się nim zająć, ale wolał czyścić piwnicę starego Jima. - Aha a Tom to... - Kot, taki siwy. - A ten mały drań to... - Mysz taka ruda, kiedyś ją dokarmiałem, ale teraz kradnie mi amunicję!! Na pewno stary Jim obydwu przeciwko mnie nastawił. A tak przy okazji Steve jestem. - John, chciałem kupić broń. - Dobrze pan trafił jestem tu najlepszym rusznikarzem...zresztą jedynym. Co szanowny pan sobie życzy do wyboru do koloru, jest tu wszystko na grubego, chudego, małego, dużego, szybkiego, wolnego, latającego i pływającego zwierza. - John zapalił kolejne cygaro. - Wolałbym coś bardziej tradycyjnego i uniwersalnego. - To może... - wyciągnął zza lady rewolwer - Smith & Wesson Schofield kaliber .45 - John dokładnie oglądał broń - Może chce pan przetetować broń na zapleczu? - Ehm...mówi się PRZETESTOWAĆ. - No tak powiedziałem przetetować. - Przetestuję go w praktyce. - Się robi szefie, zapakować go ładnie? - Nie trzeba, wystarczy pas z kaburą i naboje. - uśmiechnął się John - Eee...ok, dobra. - Ile płacę? - Ehmm... proponuję by się pan odwrócił na chwilę. - Hę... NA ZIEMIĘ! PADNIJ! - i rzucił się na sprzedawcę. Przed sklepem stało sześciu mężczyzn z karabinami Winchestera, którzy zaczęli ostrzeliwać sklep. - Niech cię szlak trafi Jim najpierw kradniesz mojego kota a teraz nasyłasz bandytów na mnie?!! - krzyczał Steve - Niech pan zostanie za ladą! I proszę nic nie mówić. - John zaś przyczołgał się do okna wychylił broń, wycelował i strzelił, pierwszy z napastników padł, dostał kulkę między oczy, chwilę później drugi i trzeci dołączyli do pierwszego, została się jeszcze połowa. John przeładował rewolwer i czekał, czekał aż pozostała trójka pomyśli że są już martwi i przestanie strzelać albo po prostu skończy im się amunicja. Nie musiał długo czekać po chwili świst lecących kul ucichł. Teraz miał szansę wiedział o tym. John stanął w tym czym jeszcze przed chwilą było wejście do sklepu, rewolwer w mgnieniu oka wystrzelił trzy razy, trzy kule, trzy trupy. - Może pan już wyjść - zwrócił się do Stevea, po czym zaczął przeszukiwać ciało jednego z leżących mężczyzn. Nie miał przy sobie nic co by przykuło uwagę Wilsona prócz gwiazdki zastępcy szeryfa pozostałe trupy miały również takowe. - Jasna cholera... - Wiem, paskudny widok. - powiedział obojętnym głosem John zapalając cygaro. - Nie, nie o to mi chodzi ten łajdak Jim znów zarobi! - Kim jest Jim? -Ten skurczybyk to tutejszy grabarz. - John zaczął się śmiać. - Proszę pana mam propozycję. - Jaką propozycję? - Od czasu do czasu organizuję pokazy strzeleckie najbliższy odbędzie się w sobotę, proponuję aby został pan strzelcem na moich widowiskach powiedzmy za... dwa dolary od pokazu. Wchodzi pan w to? - Cóż to z pewnością bardzo intratna i dochodowa oferta ale niestety muszę panu odmówić, lecz na pokaz chętnie przyjdę. - John zabrał odznaki z leżących ciał, jeden karabin i płaszcz który uznał że będzie pasował na niego i jednocześnie nie był zakrwawiony, pożegnał się ze Stevem i odszedł. Wrócił do sądu. - Jeśli ta dwudziestka chłopa, którą mi pan obiecał strzela tak jak oni - rozłożył na stole sędziego sześć gwiazdek - to niestety będziesz mi musiał dać więcej ludzi Briggs. - Walter zmarszczył brwi - Te pięć gwiazdek oddaję, a tą jedną zatrzymuję dla siebie. - Wilson! - sędzia aż kipiał ze złości - dostaniesz dwudziestu szeryfów i drugie tyle wojska tylko masz ich dorwać WSZYSTKICH, masz czas do jutra by się przygotować zrozumiałeś?!! - Tak jest szefie. - poklepał Briggsa po ramieniu i wyszedł. John wiedział że to wciąż może nie wystarczyć na całą bandę ale nie miał pomysłu kto mógłby mu pomóc więc postanowił spokojnie nad tym pomyśleć przy szklaneczce jakiegoś trunku, co prawda nie było tutaj typowego saloonu ale za takowy uchodził miejscowy hotel. John wszedł do środka pod ścianą jakiś gość grał na pianinie, barman obsługiwał jakiegoś klienta a przy stoliku obok siedziało czterech młodych mężczyzn. Wilson zamówił piwo i usiadł przy sąsiednim stoliku czwórki nieznajomych. John chcąc, nie chcąc podsłuchał część ich rozmowy. - Szeryf nie był wczoraj zbyt wesoły. - Dziwisz się zgarnęliśmy czterysta dolców. - Należało się nam, ale moim zdaniem ten sukinkot był wart dwa razy tyle. - No, masz rację tym zwłaszcza że tak ciężko było go wytropić. - Słyszeliście że sędzia odwołał nagrodę za tego Johna Wilsona? - Nie chrzań! A chciałem mu własnoręcznie poderżnąć gardło, był wart równe dwa tysiące. Wiecie jaka to kasa?! - Daj spokój, mało to listów gończych wisi. - Panowie mają poufną rozmowę czy można się przyłączyć? - przerwał im John. - Czego chcesz? - Jesteście łowcami nagród? - Nie słyszałeś blondasku co kolega powiedział? CZEGO CHCESZ? - Pogadać. - Nie pamiętam bym cię znał. - A ja nie pamiętam który z was wygląda jak zad mojego konia. - Jeden z mężczyzn wstał i spojrzał posępnie na Johna - Blondasku, chyba nie chcesz stracić kilku włosów prawda? Radzę ci zjeżdżać stąd pókim dobry. - John chciał już wyciągać broń ale się wstrzymał pomyślał że to nie jest dobry pomysł i na pewno mu nie pomorze. Odsłonił płaszcz i pokazał mężczyznom odznakę. - Pan szeryf. - powiedział z lekkim zaskoczeniem jeden z nich - Jimmy usiądź, nie chcemy problemów z prawem. Szeryfie, jesteśmy porządnymi ludźmi, płacimy podatki, kolega nie mówił poważnie z tym skalpowaniem. - John zapalił cygaro - Pytałem tylko czy panowie są łowcami nagród. - Yyy... tak jesteśmy, staramy się pomagać wam łapać te wszystkie ścierwa. John zwrócił się do barmana - Piwo dla tych panów, ja stawiam. - a później znowu do nich - Jak się nazywacie? - Ja jestem Ben, to są bracia Tom i Billy a to jest Jimmy. - A więc Jimmy chciałbyś dorwać Johna Wilsona tak? Co byś zrobił gdybyś stanął z nim twarzą w twarz? - Wpakowałbym mu kulkę między oczy. To morderca. - To dawaj, spróbuj. Mężczyzna chwycił po broń ale nie strzelił, John był szybszy ale też nie oddał strzału. - Widzisz chłopcze już byłbyś martwy - powiedział Wilson - a
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil grzegov97
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…