Wróć do katalogu

Doktor Wim Wenders

Wim jest studentem medycyny. Ma także i swoją drugą twarz, której nie ukazuje dziennemu światłu. Pierwsza część jego przygód.

Fenris, opublikowano , 29 min czytania, 4,7 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Stał przed umywalką i obmywał ręce, które oblepione już były zeschłą krwią. Zdrapywał ją z dłoni. Spojrzał w lustro. Brunatne oczy pozbawione strachu wpatrywały się w własne odbicie. Mężczyzna oparł głowę o zwierciadło i przyglądał się sobie. Spocone, ciemne brązowe włosy o odcieniu bordu opadały mu na twarz. Był zmęczony. Najgorsze, że było to po nim widać. To już trzeci dzień kiedy nie spał. Wrócił do pokoju. Zasłonił okna czarnymi zasłonami i usiadł w wygodnym fotelu. Rozejrzał się po pokoju sprawdzając czy wszystko jest na swoim miejscu. Notes i podręczniki leżały na biurku naprzeciwko fotela przy samej ścianie. Laptop wciąż był załączony chociaż obiecywał sobie, że go wyłączy przed wyjściem. Na kremowej kanapie obok leżał kot syjamski, Nakia. Znaczenie jej imienia w ogóle nie pasowało do jej prawdziwej natury. Wcale nie była mu wierna. Jak każdy kot chodziła własnymi ścieżkami. Wstał i pogłaskał ją. Otworzyła oczy, przymrużyła je, a kiedy dał jej spokój zamknęła je i spała dalej. Westchnął i poszedł do kuchni. Zapalił w niej światło, ponieważ na dworze robiło się już ciemno. Wyciągnął z lodówki sok i wsypał do niego kilka kostek lodu. Zamiast jednak go wypić najpierw przyłożył go sobie do czoła. Powoli zaczął dokuczać mu ból głowy. Wypił kilka łyków napoju i poszedł do swojego pokoju. Spojrzał na łóżko. Pościel jak zawsze ułożona w nieładzie. Machnął ręką na nieporządek w szafie kiedy wyciągał spodnie dresowe i padł na miękki materac, jak zabity. Minął kolejny dzień. Obudził go przeciągły pisk dzwonka od drzwi. Z niechęcią ruszył się z łóżka i założył na siebie biały podkoszulek. Spojrzał ukradkiem na budzik. Była już jedenasta. - No świetnie. Spóźnię się do Andrei. Powolnym krokiem powlókł się do drzwi. Otworzył je, a zaraz za nimi ukazała mu się znajoma twarz. Uśmiechnął się i zaspanym głosem zawołał: - Andrei! Jaka miła niespodzianka! - Też się cieszę, że cię widzę, Wim. Wpuścisz mnie? Nie czekając na odpowiedź wepchnęła go do pokoju i zamknęła za sobą drzwi. Widząc, że w pokoju okna są pozasłaniane odetchnęła z ulgą. - Może się czegoś napijesz? – zaproponował Wim. - Z chęcią – odparła z szerokim uśmiechem na twarzy. - Paparazzi nie dają ci spokoju, co? - Dzisiaj przesadzili. Ktoś z moich ludzi wygadał, że jestem w hotelu Mistorio. Myślałam, że oszaleję kiedy z niego wychodziłam. - Zawsze możesz zrezygnować z kariery – zażartował. - Zwariowałeś? Porzucić śpiewanie? – Andrei przyjęła propozycję zbyt poważnie. – W życiu. - Więc nie marudź. Dobrze ci idzie, to powinnaś sobie szanować dziennikarzy i fotoreporterów. - Może i masz rację.... ale przyznaj, przesadzają, prawda? Wim spojrzał na nią i uśmiechnął się ironicznie. Właśnie wniósł dwie gorące herbaty o smaku jagodowym. - Napij się. Od razu poczujesz się lepiej. - Dzięki. Dobrze cię mieć pod ręką, wiesz? - Tak, wiem Andrei. Zawsze i wszędzie służę pomocą. - Znowu się ze mnie nabijasz – powiedziała szturchając go lekko w ramię. – A co tam u ciebie? W ogóle nie odpowiadasz ostatnio na moje smsy i telefony. - Ale je czytam i odsłuchuję sekretarkę. - To nie to samo. Podobnie dzisiaj. Pewnie gdyby nie to całe zamieszanie w ogóle byśmy się nie zobaczyli. Nie odpowiedział. Wpatrywał się ciemnoróżową ciecz w szklance. Przypomniała mu się ostatnia noc. - Wim, może masz kłopoty, o których nie chcesz mi powiedzieć? - Nie. Nic z tych rzeczy. Sama zobacz. Podał jej notatki ze studiów. Było tam ponad 50 stron rękopisu. - Na kiedy masz się tego nauczyć? - Na jutro. W końcu poniedziałek, zaczynają się egzaminy. - Umiesz już coś? - Tak. Nauczyłem się tego. Ale to i tak za mało. Powinienem się bardziej przyłożyć. Problem w tym, że jestem trochę przemęczony tym wszystkim. - Medycyna to nie żarty. - Dokładnie. Uśmiechnął się półgębkiem i zrobił łyk herbaty. - Mam pomysł. Skoro jesteś taki przygnębiony i wyczerpany, to czemu nie wypoczniemy gdzieś razem? Moja trasa koncertowa zaczyna się dopiero w środę. Co ty na to? - Myślę, że wolałbym posiedzieć sam. Andrei się jednak nie poddała. - Daj spokój. Będziesz siedział zupełnie sam w tych czterech ścianach? - Niezupełnie, mam Nakię. - Och, jesteś niemożliwy. No już, weź prysznic, ubierz się i zaraz gdzieś pojedziemy. Wiedział, że nie ma sensu się dłużej opierać. Postąpił dokładnie tak jak mu powiedziała i w niecałe pół godziny wymknęli się z domu. Andrei dla niepoznaki ubrała dżokejkę i upchała w niej swoje ciemne blond włosy. Oprócz szala i zwiewnej sukienki ubrała dżinsy, tenisówki i długą czarną bluzę. Dzięki temu, gdy zamawiali taksówkę nikt nie zwrócił na nich uwagi. Na początek pojechali na pobliską plażę. Tam spacerowali trzymając się za ręce, jak małe dzieciaki. Po drodze wynajęli na dwie godziny skutery wodne i zrobili sobie małą przejażdżkę po morskich falach. Po południu postanowili coś przegryźć i poszli do baru. - Jestem głodna jak wilk. A ty? - Także – odparł uśmiechnięty od ucha do ucha. - Widzę, że humor ci się poprawił. - Dokładnie. Czuję się wyśmienicie. Możesz mnie częściej wybierać na takie eskapady. - Zapamiętam. Zajęli pierwszy lepszy stolik. Po zamówieniu posiłków i napoi, oddali się pokusie podniebienia. W tle za nimi, nieznany im zespół zaczął grać porywistą muzykę idealną do tańca. - Zatańczymy? – zapytał podając jej dłoń. - Czemu nie? – odparła pytaniem i podała mu swoją. Pociągnął ją szybkim ruchem do siebie i wtopili się w tłum tańczących. Często udawało im się zwrócić uwagę innych ludzi na parkiecie, i tak było i tym razem. - Wszyscy się na nas patrzą – szepnęła mu na ucho kiedy ich twarze się zbliżyły. - O to chodzi w show-biznesie, prawda? Zaśmiała się i przyciągnęła go do siebie. Była w doskonałym humorze. Poranny gniew był już tylko wspomnieniem. Po niecałej godzinie wrócili na miejsca i dokończyli posiłek. Dobrą atmosferę przerwał Wim. - Będę musiał już lecieć. - Czemu? Zbliża się dopiero siedemnasta. - Chcę się wyspać i wypocząć do jutrzejszego testu. - Ach tak...- jej uśmiech znikł momentalnie. – Odwieźć cię? - Z chęcią. Nie okazywał najmniejszego współczucia. Sam nie wiedział jak jej wytłumaczyć, że pracuje jeszcze wieczorami. Chciał się jakoś wymigać. Zapłacili za rachunek i wyszli. Wolnym krokiem przeszli plażę aż do postoju taksówek. Zamówili pierwszą lepszą i odjechali. - Dobrze się dzisiaj bawiłam. - Ja też Andrei. Odżyłem na nowo. - Widać. Jeszcze rankiem wyglądałeś jak warzywko. - Raczej jak roślinka, zapuściłem już w tej klitce korzenie. Zaśmiali się serdecznie. Nie minęło nawet 10 minut jak dotarli na miejsce. - To do zobaczenia. - Te zobaczenia potrwa co najmniej 3 miesiące, żeby nie dłużej. Będę tęsknił. - Ja też – powiedziała całując go w czoło. Wim objął ją, a następnie wyszedł z wozu. Pomachali sobie na do widzenia. Andrei wyjrzała za tylną szybę. Zauważył na jej twarzy dwie strugi łez. Nienawidził pożegnań. Wiedział, że to już nie była ta sama przyjaźń co łączyła ich za czasów szkolnych, ale próbował ją utrzymać jak najdłużej. Chociaż to z jej strony wynikało więcej inicjatywy do zaplanowania spotkania, niż z jego. Przez chwilę zamyślił się i stał tak długo. Rozbudził go klakson samochodu wyjeżdżającego z parkingu. Usunął się z drogi i powędrował do pracy. Szybkim krokiem doszedł do małego sklepu spożywczego. Uśmiechnął się do siebie na samą myśl spotkania z Kerą. Zauważył ją już na swoim stanowisku sprzedawczyni. Gdy wszedł do środka od razu się przywitała. - Cześć Wim. - Witaj Kera. Jest Rodney? - W magazynie – odpowiedziała uprzejmie. - Poczekam na niego. - Nie powinno mu to długo zająć. - Dzięki. Duży dzisiaj macie ruch? - Ruch? Ach tak, ruch w sklepie. Nie za bardzo. Za ładna pogoda żeby ludzie chodzili po sklepach na zakupy. - Masz rację – uśmiechnął się do niej, próbował ukryć zdenerwowanie. – Pracujesz jutro? - Nie, mam zmianę. Wracam we wtorek. - Szczęściara. - A jakże. Rozmowę przerwał im huk drzwi zza których wyszedł Rodney. - No wreszcie jesteś – zagrzmiał w stronę Wima. Objął go ramieniem jak kumpla i zaprowadził w stronę magazynu. - To na razie – zawołał na odchodnym do Kery. - Na razie. Drzwi za nimi zatrzasnęły się. Kera powiodła za nimi smutnym spojrzeniem. Westchnęła przeciągle. Była to jej kolejna nieudana próba zaproszenia Wima na wspólne wyjście. Obiecała sobie, że zrobi to następnym razem. Rodney zamknął za sobą drzwi na kluczyk. - Myślałem, że dzisiaj oszaleję! - A co się stało? – spokojnie zapytał Wim zadając radykalne pytanie na rozkręcenie rozmowy. - Wysłali mi towar na dziewiątą! Równo z otrzymaniem produktów spożywczych! Przecież jeden nieostrożny ruch a wszystko zostałoby odkryte! - Kto ostatnim razem składał zamówienie? - Ten nowy, Tom. Wim sięgnął po papiery i przeglądnął je. - Myślisz, że zrobił to specjalnie? – zapytał Rodney. - Nie wiem. Nic na to nie wskazuje. Uczyłem go. Nie jest typem zdradzieckiego drania, czyhającego na nasze pieniądze. Myślę, że to zwykły błąd nowicjusza. - Jesteś aby pewien? - Całkowicie. Nie mylę się w takich sprawach. - W porządku. To wracajmy do roboty. Zamówiłem dla ciebie dwa nowe modele. Magnuma i Spriengsfielda. Tak jak chciałeś. A to twoje zadania na dzisiaj. Rodney rozłożył przed Wimem dwie kartoteki. Z dwóch fotek spoglądali na niego mężczyźni. Jeden na oko to biznesman, a drugi to bliżej nieokreślony obiekt, z którym musi się zapoznać. - To przemytnicy – wyjaśnił Rodney. – Zagrażają jednak rynkowi. Mordują i grabią cholery. W dokumentach masz wszystkie informacje o nich. - Dzięki – odparł Wim wpatrując się w twarz mężczyzny na drugiej fotografii. Nagle wydała mu się znajoma. Odgonił jednak te myśli. - Bez obrazy Wim, ale masz zamiar iść w tym ubraniu co jesteś? Mężczyzna spojrzał na siebie. Rzeczywiście miał na sobie rzucający się w oczy podkoszulek z napisem „Jestem czysty” i do tego podziurawione spodnie. - Wybacz, nie miałem czasu się przebrać. Zostały jeszcze jakieś moje rzeczy? - Pytanie! – zakpił Rodney wskazując na szafę w rogu. Wim przebrał się szybko. Krzykliwa koszulka została zastąpiona szarą. Spodnie czarnymi dżinsami. Za paskiem schował natychmiast broń. A na jego barkach zawisł czarny, długi płaszcz. - Schudłeś – przyznał przyjaciel. Wim zlekceważył tę uwagę. Kiedy już miał wychodzić, Rodneyowi się coś jeszcze przypomniało. - Zapomniałeś czegoś. - Niczego nie zapomniałem – oburzył się. - Mam miłą niespodziankę. Oto ona. Rodney pokazał kumplowi małą sakiewkę, z której wyciągnął srebrny sztylet z bordowym polakierowanym uchwytem z drewna. - Cacko, co? Mężczyzna uśmiechnął się i z błyszczącymi oczami sięgnął po narzędzie zbrodni. - Doskonały – powiedział oglądając go pod światło. - To gratis do sprzętu. - Dzięki Rodney. Powinieneś częściej dawać mi takie prezenty. - Pewnie, żebym zbankrutował! Idź już bo się spóźnisz. Wim zaśmiał się i wybiegł przez zaplecze. Miał niecałą godzinę żeby dojechać do hotelu Mistorio.

Wyszedł w pośpiechu z taksówki. Zostało mu niecałe 20 minut na zaliczenie zadania. Wszedł do hotelu. Na całe szczęście obsługa nie miała ochoty go zaczepiać. Wszedł do windy i wcisnął przycisk z numerem 6. W tym czasie przygotował broń i nabił w nią dwa naboje. - Tyle wystarczy – mruknął pod nosem. Winda zatrzymała się na wyznaczonym piętrze. Rozejrzał się po korytarzu. Od celu dzieliło go pięć drzwi. Przyspieszył tempo kroku. Znalazł się tuż przed nimi. Zapukał. - Kto tam? – odezwał się głos zza drzwi. - Obsługa. Mam dostarczyć przesyłkę. Przemytnik otworzył drzwi na oścież. Był przekonany, że to jego człowiek, który miał się pojawić u niego jeszcze dzisiejszego wieczoru. Popełnił błąd. Wim złapał go w przejściu za kurtkę i przyciągnął do siebie. Pociągnął za spust. Pierwszy zaliczony. Wszedł powoli do apartamentu. Zza rogu naskoczył na niego kolejny. Zrzucił go jednym ruchem za ramię i powalił mocnym ciosem w głowę. - Spotkamy się w piekle – powiedział z ironicznym uśmiechem. Kolejne pociągnięcie za spust. Zadanie wykonane. Rozejrzał się po pokoju. Podszedł do biurka i wyciągnął z niego najpotrzebniejsze papiery. Zajrzał do sypialni. Tam znalazł dwie walizki warte około dwóch milionów. Zabrał je. Zaciągnął mocniej płaszcz na siebie i cichaczem wyszedł z pokoju zamykając za sobą drzwi. Wszedł do pierwszej lepszej windy i zjechał na sam dół. Był podenerwowany jak nigdy. Mężczyzna, którego właśnie zabił był kiedyś jego kumplem z klasy. Widział przerażenie na jego twarzy. Kiedy już miał wychodzić napotkał wzrokiem swoją przyjaciółkę. Szła w jego kierunku. Najgorsze – zauważyła go. - Wim! – zapiszczała na cały głos. Mężczyzna objął ją, opierając walizki na jej plecach. - Co ty tu robisz? - Dorabiam – powiedział wymyślając na poczekaniu. - Nie mówiłeś, że brak ci pieniędzy. - Zbieram na nowy sprzęt wideo – wyjaśnił. - Może ci uwierzę w to kłamstwo – odparła Andrei podpierając się pod boki. - Słuchaj, naprawdę bym chciał pogadać, ale no widzisz – wskazał tu na walizki. – Muszę je jak najszybciej dostarczyć. - Nie no, przepraszam. Idź już idź. Mój szofer może cię podwieźć. - Nie, nie trzeba – powiedział zakłopotany wychodząc z windy. – Taksówka już na mnie czeka. Pa, mała! - Do... – nie usłyszał więcej bo właśnie drzwi windy zamknęły się. Popędził przez drzwi i wezwał pierwszą lepszą taksówkę.

Jechał przez całe miasto. Dopiero na większym rozwidleniu zatrzymał kierowcę. Zapłacił za jazdę i wyszedł szybko z samochodu. Spojrzał na zegarek. Dwie czarne wskazówki zakończone literkami WW pokazywały godzinę 19.40. Rozejrzał się po prawie pustym plenerze. Wokół jedynie czarna gleba i gdzieniegdzie zarastające ją krzaki. Kilka domków w oddali nie zainteresowanych pracą Wima. Przetarł dłonią po oczach. Był śpiący. Rozbudził się szybko, widząc znajome, jasne światło w oddali. Uśmiechnął się krzywo. Nie wiedział skąd brali się ci ludzie i dlaczego potrzebowali pieniędzy z Ziemi, ale pomagał im i równocześnie zarabiał. Tyle mu wystarczyło wiedzieć. Najważniejsze, że nie zależało im na jego śmierci. Zza cichej, wręcz bez żadnego wydającej szelestu płachty wyszedł wysoki mężczyzna o czarnych włosach. Miał podłużną twarz i zarazem mordercze spojrzenie. Jednakże o wiele delikatniejsze od Wima, którego znajomi zawsze przyrównywali do diabła.…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych