Wróć do katalogu

Dom

fantastyka

EdwardHorsztynski, opublikowano , 16 min czytania, 4,5 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Dręczony ciągłymi koszmarami, w końcu przyjechałem tu. Nie wiem czemu miałoby mi to pomóc, ale postanowiłem zaufać swojemu terapeucie. Patrzyłem teraz na spalone ruiny i wcale nie czułem się lepiej. Ściany budynku dalej były czarne. Dach jak się zawalił, tak go nie ma. Przez okna, w których brakowało szyb, widać było, że w środku rosły jakieś zielska i krzaki. Budynek zaś otaczało całe morze pokrzyw. Niektóre chaszcze były nawet wyższe ode mnie. I tak nie miałem zamiaru tam wchodzić. - Coś panu trzeba? Z głębokiej zadumy wyrwał mnie czyjś głos i powiew wiatru. A może wiatr wiał cały czas tak samo, tylko nie zauważyłem go, tak samo jak zbliżającego się do mnie mężczyzny. - Nie. Nic – odpowiedziałem, nawet się nie odwracając w jego stronę. On jednak zamiast zgodnie z moim życzeniem odejść, stał cały czas. I milczał. Odwróciłem się rozdrażniony, żeby spytać, czy jemu przypadkiem czegoś nie trzeba. - O bogi. Toż to młody Prokopowicz. Dobrze mówię? Obadałem wzrokiem starszego, niskiego, okrągłego mężczyznę, o równie okrągłym i czerwonym nosie. Nie pamiętałem go, lecz akordeon, który trzymał, budził jakieś wspomnienia. - Przepraszam, ale nie pamiętam pana. - Nie szkodzi. Ile to już minęło? Dwa lata? - Dziesięć. - No popatrz, jak ten czas leci. Witaj w domu. Jeszcze raz spojrzałem na ruinę. Dom. Dziwny staruszek zaprosił mnie do siebie. Tam odświeżyłem sobie pamięć i przypomniałem pana Fedorczuka, który pędził najlepszy bimber i każdego ranka budził całą wieś swoją grą na akordeonie. - Nu, to opowiadaj chłopcze, co porabiałeś przez ostatnie lata – powiedział serdecznie, nalewając do szklanek bimber o złotym kolorze. – Nazwałem go „Złoty środek” bo jest dobry na wszystko. Właściwie to – zadumał się na chwilę – każdy bimber jest dobry na wszystko, ale ten ma najbardziej złoty kolor. Rozgrzany „Złotym środkiem” opowiedziałem w skrócie jak skończyłem polonistykę, pracowałem trochę to tu, to tam, raz prawie się ożeniłem. Nic ciekawego. Życiorys zwykłego Kowalskiego. Nie mówiłem nic o koszmarach związanych z domem i... - ... i teraz przyjechałem tu. Choć sam nie wiem po co. - Ja wiem. Otworzyłem szeroko oczy. - Bo ta ziemia cię wzywa. Ona cię zrodziła i do niej musisz wrócić. Nie znajdziesz swojego miejsca w betonowej dżungli. Westchnąłem. Nie wiem czego innego mogłem się spodziewać. Jakie prawdy mogłem usłyszeć od starego pijaka. To co usłyszałem brzmiało tylko jak pierdoły. - Zostań tutaj parę dni. Przemyślisz sobie to i owo. - Ale gdzie... - Jak to gdzie? Jesteś moim gościem i będziesz mieszkał u mnie. Nie protestowałem. Nie protestowałem również przeciw wypiciu jeszcze kilku głębszych i przeniesieniu się na ganek, gdzie pan Fedorczuk oddał się grze na akordeonie i śpiewaniu białoruskich pieśni, a ja patrzyłem na złote i czerwone liście tańczące na wietrze. Krwistoczerwony liść wylądował na moim kolanie, przypominając mi o czymś. - Chciałbym się przejść do lasu. - Jakiego lasu? – spytał pan Fedorczuk nie przerywając gry. - Tego, który jest naprzeciwko... mojego domu. - Dobra, chodźmy! – Fedorczuk zerwał się z wielką energią, jakby wcześniej nie wypił pół litra mocnego bimbru. Droga brukowana kocimi łbami była całkowicie zasypana liśćmi. Wieś zaś zdawała się być pogrążona we śnie. Hulał jedynie wiatr. - Gdzie są wszyscy? – spytałem zaintrygowany wszechogarniającą ciszą. - Dzisiaj niedziela przecież. Połowa pojechała do kościoła, a połowa do cerkwi. - A pan czemu nie pojechał? - Ja jestem tutaj z tobą. Pytanie brzmi: co ty tutaj robisz, chłopcze? Nie odpowiedziałem. Nie znałem odpowiedzi na to pytanie. - Czemu chcesz iść do tego lasu? – Bimbrownik przerwał przedłużającą się ciszę. - Lubiłem tam się bawić za gówniarza – i ostatnio ciągle mam koszmary związane z tym miejscem, dodałem w myślach. – Ciekawi mnie, czy coś tam się zmieniło. Z daleka zobaczyłem, że coś jest nie tak. Zamiast ściany lasu, widać było tylko pojedyncze drzewa. Nic nie mówiłem. Z każdym krokiem czułem rosnący niepokój. Przeszliśmy przez pole i teraz mogłem zobaczyć całość. Po wiekowych drzewach zostały tylko pnie. Ziemia zaś była zawalona gałęziami, korą i śmieciami. Lubiłem to miejsce, ale nie sądziłem, że będę czuł fizyczny ból z powodu takiego widoku. - Co to jest? – spytałem ze ściśniętym gardłem, wskazując ręką wszystko dookoła. – Co to jest? – spytałem pokazując na puste butelki, opakowania po papierosach i zupkach chińskich. - To? To jest postęp. To jest cywilizacja.

***

- ...no i kiedy stary Maksymowicz wyciągnął nogi, to wszystko przejął jego syn, który to zaraz zaczął wyprzedawać wszystko – ciągnął Fedorczuk nakładając na talerze borowiki smażone z cebulą i ziemniakami. – Podpisał umowę z jakąś niemiecką firmą, co by las miała wyciąć sobie. A potem pewnie i ziemię sprzedawać będzie. No, wypijmy. Co by ich szlag trafił. Szklanki poszły w górę. Bimber uderzał do głowy, kolacja smakowała, piec grzał mocno, a myszy skrobały w ścianie. Byłby miły wieczór, gdyby nie to, że czułem się bardzo zmęczony. - I tak to już jest – rzekł z zadumą pan Fedorczuk, wyciągając się wygodnie w bujanym fotelu. – Starzy umierają, młodzi wyjeżdżają na studia i już nie wracają. A ci co zostali wyprzedają ojcowiznę, żeby też w końcu stąd wyjechać. - Ja też wyjechałem. I wkrótce po tym, stało się to wszystko i już nie miałem dokąd wracać. - Szkoły pokończył, a taki głupi. Tu zawsze będzie twój dom i zawsze mogłeś tu wrócić. Dostałeś na pewno sporo pieniędzy z ubezpieczenia. Rodziców byś nie wskrzesił, ale dom mogłeś odbudować. Dobrzy ludzie by ci pomogli. Zresztą – stary machnął ręką – dom to nie tylko budynek. Dom to też ziemia. - I rodzina. - A no... Później zapadłem w nerwowy i przerywany sen. Co kilkanaście minut budziłem się zlany potem, mgliście pamiętając wcześniejsze dziwne sny. Kiedy w końcu zasnąłem porządnie, śniło mi się, że byłem na ganku mego dawnego domu. Wokół zebrało się sporo różnych istot. Były tu cienie o wszelakich kształtach oraz istoty podobne do ludzi, o skórze wyglądającej jak kora drzewna. Był tu dzik, wilk, zając, lis i inne zwierzęta. Z krzaków świeciły na mnie czyjeś czerwone oczy. Później pojawiła się kobieta. Choć widać było, że młodość miała już za sobą, posiadała szczególną urodę. Musiała być naprawdę piękna za młodu. Teraz włosy straciły swój kolor, na twarzy pojawiły się zmarszczki, a w oczach zgasł ogień. Wyciągnęła do mnie rękę, jakby chciała mnie gdzieś zaprowadzić. Ale ja tego nie chciałem. Pokręciłem głową. Cofnąłem się. Obudziłem się. O dziwo, obudziłem się nie tradycyjnie oblany potem, ale całkowicie przemarznięty. Tylko liście oddzielały mnie od kamieni, którymi był wyłożony ganek. Ganek mojego domu. Czułem się jak na najgorszym kacu. Zły na cały świat, przedarłem się przez zarośla i wyszedłem na drogę. Idąc do domu pana Fedorczuka, cały czas wycierałem rękawem gluty cieknące z nosa. Bimbrownika nie było, więc sam zrobiłem sobie herbatę, ogrzałem się, łyknąłem bimbru. Na jedzenie nie miałem ochoty. Nie miałem również co z sobą zrobić, więc wyszedłem na spacer. Minąłem wielki krzyż oraz ciekawskie oczy mieszkańców i wyszedłem poza wieś. Zamiast pójść asfaltem, skręciłem w lewo i poszedłem przedwojenną polną drogą, dawniej jedyną drogą do osady. Otaczały ją pola i młode, brzozowe laski. Między drogą, a takim laskiem stała stara kapliczka. A przy niej stał stary Fedorczuk. - Nie sądziłem, że jest pan taki religijny. - Ach. To tylko taki tam sentyment – uśmiechnął się pokazując żółte zęby. – Podejdź tu chłopcze. Widzisz ten kamień, w który wbity jest krzyż? – Położył mi rękę na ramieniu. – Przyjrzyj mu się. Nie

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych