Wróć do katalogu

Dom rozrywki cz.1

W całej Warszawie, jak grzyby po deszczu wyrastają Domy Rozrywki, będące czymś więcej, niż tylko zwykłym klubem. Państwo Polskie staje się państwem rozrywki totalnej. Jest jednak ktoś, kto próbuje zmienić bieg wydarzeń.

JanStaszczyk, opublikowano , 58 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Rozrywce.

I

Spojrzała na mnie, tymi swoimi brązowymi, ogromnymi ślepiami. I wiedziałem. Wiedziałem, że spadamy. Poczułem jak ją puszczam i razem roztrzaskujemy się o ziemię.

Kominek dogasł i wyszła. Pozostawiła po sobie niedopitą herbatę i zapach perfum w łazience. Wszedłem na górę i pokręciłem się po pokoju. Kręciłem się i kręciłem, aż zwaliłem się na łóżko i zasnąłem. Przespałem tak trzy godziny. Po trzech godzinach obudził mnie pies. Był głodny, sapał i waliło mu z pyska. Nakarmiłem go. Był chyba smutny, tak jak ja byłem. Porozmawiałem z nim przez chwilę, po czym chciałem iść spać dalej, ale okazało się, że jest osiemnasta i jak teraz zasnę to nie zasnę w nocy, więc zamiast spać, zacząłem jeść. Jadłem przez trzy godziny. Zjadłem czekoladę, kabanosa, krówki, odgrzałem sznycle i też je zjadłem. Po tym wszystkim nie miałem już siły na nic. Byłem smutny, ale syty. Zasnąłem na fotelu, a cała ramówka tvn24 zdążyła przelecieć dwa razy.

Obudził mnie telefon. To był Mirek. Mój najlepszy przyjaciel. - Siema łobuzie. - Siema. - Co taki nie w sosie? - Rozstałem się z Magdą. - Co?! - Rozstałem się. Poważnie. To już koniec. -Ale jak to? -Tak to. - Czekaj. Jadę do ciebie. - Dobra.

Przyjechał jakieś pół godziny później. Wpuściłem go do domu pełnego żałoby. Miał na sobie niebieską, flanelową koszulę w kratę. Odpalił fajka. Poczęstowałem się jednym i usiedliśmy przy stole w kuchni. Zaczęliśmy milczeć. Milczelibyśmy pewnie ze trzy godziny, ale Mirkowi się znudziło. Odgarnął złote włosy do tyłu, wstał i pełen energii rozpoczął. - Trzeba ci rozrywki. Ale takiej poważnej. - Co masz na myśli? - Człowieku. Mam na myśli wizytę w Domu Rozrywki. - Chcesz mnie zabrać do burdelu? - Burdel to już przeżytek. Pójdziemy do prawdziwego Domu Rozrywki. - Co to znaczy? - Chodź. Pokażę ci. Weszliśmy na górę po. To znaczy Mirek wbiegł,a ja wszedłem. Był bardzo podekscytowany. Odpalił komputer, a potem internet. Na onecie wyświetlił się poradnik „Jak się zachowywać na pierwszej randce”, ale jemu nie o to chodziło. Wpisał „www.. domrozrywki.pl. Na ekranie pokazała się czarno – czerwona strona. Dużo pojawiających się i znikających zdjęć, dużo wszystkiego. Półnagie kobiety obłapiane przez młodocianych, pijanych i upalonych chłopców. Całujące się dziewczęta, na oko świeżo po gimnazjum. Skręty marihuany wielkości murzyńskiego organu. Taniec, wódka, zabawa. Spojrzał na mnie zadowolony. - No i? - No i co? - Fajna sprawa, nie? - Przecież to zwykły klub. - Nie mój drogi. To Dom Rozrywki. Idziemy? - Nie, dzięki. - To czego do chuja chcesz? - Chcę posłuchać happysadu.

Siedzieliśmy na kanapie i słuchaliśmy happysadu. Piliśmy wódkę. Mnie wprowadzała w nostalgię, Miirka w euforię. Strasznie krzyczał. - Paaaaliii się na stosie, czarownicy pies, wszystko co masz, wszystko co mogłeeeś mieć. Podskakiwał, obracał się wokół własnej osi, udawał, że gra na gitarze. Śpiewał jakby do mnie, ale w jego głowie na kanapie siedziała chyba o wiele bardziej pokaźna widownia. W końcu usiadł. Odpalił papierosa i wypalił dziurę w kanapie. Nie miałem nawet siły się na niego gniewać. Rodzice wracali za trzy dni. Dom stawał się chlewem. Popłakałem się, a Mirek mnie przytulił nucąc przy tym donośnie. - Kiedyyyś kupię nóż i powyrzynam wszystkich wkoło, kupię nóż, zostawię tylko dwojeee!!

Obudziłem się wtulony w Mirka. Śmierdzieliśmy wódką i papierosami, których niedopałki walały się pod naszymi stopami. Pies skomlał, że chce wyjść na ogród, więc go wypuściłem. Przeszedłem się do toalety i w lustrze zobaczyłem bardzo smutny widok. Nachyliłem się nad sedesem i wyrzuciłem z siebie nijaką breję. Mirek cały czas spał i chrapał. Miał dziurę w skarpecie. Zresztą, ja też miałem. Zrobiłem sobie herbaty i nie umyłem wczorajszych naczyń. Przez okno kuchenne widziałem jak pies załatwia swoja potrzebę na zewnątrz. Miał bardzo skupioną minę. Pomyślałem, że niewiele nas różni. On był kundlem, a ja się skundliłem.

Następnego ranka, kiedy już napisałem kilka smutnych miłosnych wierszy, zadzwoniłem do Ani. Ania była moją koleżanką, którą zawsze można było przelecieć. Dużym plusem było to, że mieszkała sama. Wiązało się to jednak ze bardzo smutnym faktem. Jej rodzice zginęli w wypadku samochodowym na Puławskiej, kiedy to na czerwonym świetle wjechał w nich pędzący ponad setkę palant. Idiota także poniósł śmierć na miejscu, co akurat wyszło światu na dobre. Od tamtej pory Ania prowadziła całkiem samodzielne życie, w którym to od czasu do czasu wspierał ją wujek. Sympatyczny koleś, ale nigdy nie byłem pewien jego zamiarów wobec mojej przyjaciółki. - Cześć Aniu. Co porabiasz? - Oj Jacek. Cześć, stęskniłam się. Co tam u ciebie? - Hmm. Jakby to powiedzieć. Średnio. - To znaczy? - To znaczy średnio. Jestem wdowcem. - Magda nie żyje? - Nie żyje w moim życiu. Jestem wdowcem. - Oj nie mów tak. Na pewno do ciebie wróci. - Nie wróci. Przegiąłem. - A co takiego napsociłeś? - Przespałem się z jej najlepszą przyjaciółką. - Nieładnie. - Wiem. Byłem pijany. - Czemu to zrobiłeś? - Bo mnie skusiła. - Jak? - Nieważne. Skusiła i tyle. Mogę do ciebie wpaść? - No jasne! Chcesz się ten teges? - Tak. Chciałbym - Wpadaj! Wsiadłem w starego Wartburga po dziadku i pojechałem. Mknąłem przez miasto i słuchałem muzyki. Stan mojego ducha ewoluował do twórczości zespołu Myslovitz. Zatrzymałem się na Dolnym Mokotowie i wysiadłem. Obok obdrapanych bloków stały dwie dziewczyny przypominające dziwki. Rozdawały ulotki. Nie mogłem ich ominąć, ponieważ stały tuż obok klatki Ani. Podszedłem do nich. Otoczyły mnie. Śmierdziały kebabem i gumą do żucia. Wręczyły mi ulotki. Czarno- czerwone „Z tymi ulotkami wejdziesz do Domu Rozrywki za darmo i dostaniesz jointa albo loda na wejściu, jak dopłacisz pięć złotych, dostaniesz jedno i drugie” -poinformowały mnie niemalże chórem. Podziękowałem grzecznie i wszedłem na klatkę. Waliło tam ludzkim moczem. Ulotki schowałem do tylnej kieszeni i zapukałem w dębowe drzwi mieszkania Ani.

Była wesoła. Miałem wrażenie,że ucieszyła się z obecnego stanu rzeczy. Otworzyła drzwi i uwiesiła mi się na szyi. Wyglądała naprawdę bardzo zachęcająco.

Siedzieliśmy na białej kanapie w jej, do bólu przytulnym, mieszkaniu na Dolnym Mokotowie. Nie wiedziałem jak się zabrać do sprawy. Złota rybka pływała na w malutkim akwarium i obserwowała moją pasywność. Nigdy nie nastręczało to problemu, kiedy chodziło Anie. A jednak tamtego wieczora nie mogłem nawet rozpocząć. Siedzieliśmy wtuleni w siebie i oglądaliśmy film o wielbłądach. Gładziła mnie dłońmi po włosach i stopami po udach, a ja patrzyłem na wielbłądzie garby. W końcu podniosłem się. Krzyknąłem. - Dlaczego kurwa?! - Co jest? Co się dzieje Jacek? - Spierdoliłem. Spierdoliłem. Oj jak bardzo spierdoliłem. - Nic nie spierdoliłeś. Skusiła cię. Powiedziała to cudownie niewinnym i naiwnym tonem. Patrzyła na mnie, tymi wielkimi, niebieskimi ślepiami, a ja rzucałem nienawistne spojrzenia na złotą rybkę. Ania chyba się przestraszyła, bo też wstała i pocałowała mnie w usta. Przez chwilę się całowaliśmy, ale nie działało to na mnie zupełnie, dlatego oderwałem moje gorzkie usra od jej słodkich i ponownie usiadłem. Wyjąłem ulotkę Domu Rozrywki i dysząc jak na amerykańskim filmie podarłem ją. Miałem jeszcze drugą, w tylnej kieszeni spodni. Tamtej nie podarłem.

Ania ugotowała pierogi z jagodami. Siedzieliśmy w kuchni, a tykanie wskazówek czerwonego zegara Nestle mieszało się z naszym dziamganiem. Powiedziała, że mogę u niej nocować. Przemyślałem to i zanocowałem. Spało nam się dobrze. Pieściliśmy się bardzo delikatnie, chociaż ona chciała więcej. Ale ja nie mogłem. Kiedy już byłem już blisko, coś mnie blokowało. Zasnąłem obok rozpalonej do czerwoności, atrakcyjnej blondynki z małymi, lecz kształtnymi piersiami. Kiedy się obudziłem leżała koło mnie taca z surówką i jajkiem na miękko . A na moich kolanach siedziała rozpalona do czerwoności, atrakcyjna blondynka, z małymi, lecz kształtnymi piersiami. Uśmiechnąłem się do niej. I poza tym nie byłem w stanie nic zrobić. - O co chodzi Jacek. Już cię nie kręcę? Tak się zmieniłam przez ten rok? - Nie. Jesteś śliczna i jeszcze bardziej pociągająca niż byłaś. Jesteś lepsza niż jakakolwiek. - To w czym rzecz? - Nie wiem. Nie mam pojęcia. Zjedzmy jajka. Zjedliśmy. Po jajkach strasznie zachciało mi się srać, a głupio tak by było u Ani, więc pożegnałem się i wyszedłem. Widziałem, że jest trochę zawiedziona, ale nie byłem w stanie nic poradzić. Nie zadziałałem.

Jechałem z Dolnego Mokotowa na Stare Włochy. Wpatrywałem się w pełne erotycznych aluzji plakaty, kobiety stukające obcasami o nierówne chodniki i swoją twarz w lusterku - No widzisz. Tak kończą frajerzy. Nie jesteś nawet w stanie zaspokoić starej, dobrej przyjaciółki. Jesteś zwiędłym kwiatem, nic poza tym. Pieprzysz co popadnie, a potem nie możesz przeszlifować się z niezłym diamencikiem. Jedź do domu, odgrzej kotlety, pogłaszcz psa. Popłacz się i najeb. Teraz, to twoja nowa proza życia. Żyj więc i nie narzekaj.

Wszedłem do domu. Wysrałem się i spostrzegłem, że pies zrobił to także, tylko, że w trzech różnych miejscach salonu. Posprzątałem gówna i pomyślałem, że całe szczęście, wciąż pewne cechy nas różnią. - Czemu się wysrałeś w salonie? Spytałem psa z groźną miną. Nie odpowiedział. Ponowiłem pytanie. - Czemu się wysrałeś w salonie? Milczał, machał ogonem i patrzył poddańczym i smutnym wzrokiem. Kot ze Shreka wyglądał przy nim jak przerażające, rządne krwi monstrum. Odpuściłem. Następnego dnia mieli wrócić rodzice. Ich wczasy w Sharm El Sheikh dobiegały końca. Nie mogłem się doczekać ich opalonych twarzy, matki wściekłej na bałagan, opowiadań o zaletach nurkowania i wadach sraczki. Puściłem muzykę i zacząłem śpiewać na głos. - Nikt tak pięknieee, nie móóówił, że się boi miłości, jak tyyyyy. Za bardzo nie wiedziałem co dalej. Starłem okruszki z kuchennego blatu i otworzyłem książkę. „Rajski ogród” Hemingwaya po dziesięciu stronach stał się nieznośnie nudny. Ziewnąłem, prosto w jego amerykańską gębę, i zadzwoniłem do Mirka. - Cześć Miruś. Co tam porabiasz? - Urządzam sobie wizytę w Domu Rozrywki dziś wieczorem. Reflektujesz? - Wiesz co? Chyba tak. - To świetnie. Załatwię ci ulotkę na darmowego jointa albo loda na wejściu. - Dzięki, już mam. - To zajeeebiście. - Spoko. Gdzie się spotykamy? - O 20, na rondzie De Gaulle'a. Byliśmy umówieni. Nie chciałem tam iść, a mimo wszystko pokusa okazała się za silna. Odpaliłem Windows Media Player i razem z Kazikiem, najgłośniej jak się dało, zaśpiewałem refren. - To byłoo przecież niedawno taaak, jak okiem sięgnąć zmienił się świaaat. To było przecieeeż...

Przestałem słuchać wypocin starego zrzędy i poszedłem spać. Nie śniło mi się nic.

II Dom Rozrywki znajdował się pod koniec ulicy Foksal, naprzeciwko ekskluzywnej restauracji Villa Foksal, w miejscu gdzie dawniej mieścił się Kościół Adwentystów dnia siódmego. Weszliśmy na klatkę schodową. Uderzyły mnie basy, piski, krzyki i cały harmider większy niż w jakimkolwiek klubie kiedykolwiek wcześniej. Klatka schodowa pachnąca perfumami i wielka tłuszcza oczekująca w kolejce na wejście. Staliśmy na schodach z ulotkami w dłoniach. Dojście na pierwsze piętro, gdzie znajdował się lokal, zajęło nam pół godziny. Mirek był bardzo podekscytowany. Skakał w miejscu do kawałka Madonny. Nucił razem z podstarzałą gwiazdką. - Like a virgin. Touched for the very first timeee. Like a virgiin... Palił przy tym papierosa, a interwały czasowe między jego kolejnymi zaciągnięciami się były bardzo krótkie. Do Domu Rozrywki wchodziło się jak do mieszkania. Ale z mieszkaniem niewiele miało to miejsce wspólnego. Murzyn w czarnym garniturze, białej koszuli i czerwonym krawacie badawczo spojrzał, najpierw na nasze ulotki, potem na nasze twarze. Wyjął z kieszeni pieczątkę i potraktował nas po nadgarstkach. - I am Jimmy. Do you prefer pot or blow job for your open? If you pay five złotych more, you will get both. Wyszczerzył białe zęby. Grzebnęliśmy w portfelach i zapłaciliśmy mu pięć złotych za dodatkową przyjemność. Przybił nam kolejną pieczątkę , którą trzeba było okazać przy pokoju numer trzy. Weszliśmy do ciemnego, bardzo długiego korytarza. Razem z nami weszła grupka rozentuzjazmowanych dziewcząt i kilku pogubionych chłopców w wieku świeżo licealnym. Ściany były pomalowane w ostre, czarno – czerwone barwy. Po obu stronach korytarza znajdowały się pokoje. Love room, Green room, Very good love room, Snow White room, i wreszcie Room 3. Drzwi do każdego z nich wyglądały inaczej, ale przez żadne nie można było zobaczyć, co dzieje się w środku. Pod pokojem numer trzy stała blondynka, w samym bikini, z przeraźliwie umalowaną twarzą. Była to jedna z dwóch, przypominających dziwki, dziewcząt rozdających ulotki przed wejściem do bloku na Dolnym Mokotowie. Pokazaliśmy jej swoje pieczątki i weszliśmy do środka.

Pokój tonął w oparach dymu. Na zielonych pufach, po obu stronach ściany, leżały bezwładnie młode ciała. Jedni zaciągali się dymem ze zwykłych skrętów, inni palili z lufek, a jeszcze inni z najwymyślniejszych faj wodnych. Na samym początku pokoju stał mężczyzna, przypominający nieco Johnnego Deppa z „Piratów z Karaibów”. Rozdawał towar, w małych samarkach, częstował też bibułkami, fajami i całą resztą akcesoriów. Zapytał nas, tym razem po polsku. - Najpierw faja, czy lodzik? Mirek wolał faję, a potem przyjemność cielesną. Ja wybrałem odwrotnie. Dowiedziałem się, że muszę poczekać parę minut, ponieważ pani Anastazja jest zajęta. Usiadłem więc na pufie, a Mirek odpalił jointa. - To jest życie, co nie? - Czy ja wiem. Trochę Sodoma I Gomora, nie sądzisz? - Eee tam. Pal. Zaciągnąłem się skrętem Mirka i zakaszlałem. Od razu zakręciło mi się w głowie. Nogi zrobiły się bardziej miękkie, a całe ciało bardziej elastyczne. Podeszła do nas dziewczyna o naprawdę miłej buzi. Oczy miała przekrwione i obojętne. - Ty jesteś następny? W mig pojąłem kim jest dziewczyna i czym się trudzi. Była naprawdę śliczna, na oko miała może siedemnaście lat. Wmurowało mnie. Podniosłem się i przeszedłem jej śladem przez cały pokój aż do znajdującej się na jego końcu czerwonej kotary. Weszliśmy za kotarę. Sceneria zmieniła się niczym w kalejdoskopie. Łóżko z czerwoną kołdrą z błyszczącego materiału ze złotymi ornamentami, białe półki z budzikami, serduszkami i pluszowymi misiami. Obrazki ze śródziemnomorskimi krajobrazami, a nad wezgłowiem łóżka wielkie, czerwone, welurowe serce. Usiadłem. Miała na sobie biały bawełniany sweterek i dżinsy. Uklękła przede mną i zaczęła rozpinać mój rozporek. Czułem się dziwnie. Jak pedofil w Krainie Czarów. Odsunąłem się i wskoczyłem na łóżko. Ona za mną. Ja dalej, w stronę przeciwległego końca. - Co, nie chcesz? Pytanie było bardzo rutynowe, a jej głos bardzo zachrypnięty. - Nie wiem. Poczekaj. Porozmawiajmy - O czym? - No na przykład... Jak masz na imię? - Anastazja - Ile masz lat? - Osiemnaście. Jestem pełnoletnia. - podkreśliła z dumą. - To świetnie. Uczysz się? - Po co? - Jak to po co? Żeby znaleźć pracę. - Mam pracę. - No ale chyba nie wiążesz z tym swojej przyszłości. - Owszem, wiąże. W Domu Rozrywki bardzo dobrze płacą. - Ile? - Trzy tysiące na rękę, plus napiwki. - To legalny biznes? - W pełni. Po ustawie tego ministra na „G”. - Nie kojarzę. - Gowin. Tak się nazywał. Ściągniesz gacie, czy nie? Nie ściągnąłem. Patrzyłem ze smutkiem na jej obojętne oczy i mocno pocałowałem ją w usta. Po chwili przestałem, przypominając sobie, czego najprawdopodobniej, przed chwilą dotykały. Zrzuciłem ją z siebie i wstałem z łóżka. Przeszedłem przez pokój, w którym Mirek udawał się do innej czasoprzestrzeni i wróciłem na korytarz. Mijały mnie piszczące blondynki, brunetki i rude. Skręciłem w prawo i po chwili znalazłem się przy czymś na kształt parkietu. Nie spodziewałem się, że w miejscu, do którego wchodzi się jak do najzwyklejszego mieszkania, można zorganizować tak wielkie przedsięwzięcie. Gra świateł mogła przyprawić o atak epilepsji. Pięciu barmanów za kontuarem w rogu sprzedawało dosłownie wszystko co mogło nadwyrężyć świadomość. Na półkach stały obok siebie w nienagannym porządku ; samarki z białym proszkiem, dziwaczne fioletowe fiolki z pastylkami, zawinięte w sreberka grudki zielonego towaru, piwa, wódki, a także, naprawdę markowe, wina. Wszystko po osiągalnych cenach, wszystko dla ludzi. Usiadłem na czerwonej kanapie, obok dwóch skośnookich dziewczyn zlizujących cytrynową Wyborową, z dobrze wyrzeźbionego brzucha jakiegoś chłopca w moim wieku. Na parkiecie przede mną pulsowały stroboskopy, a w ich rytm ciała. Przy, czerwono – czarnej, ścianie, tam gdzie kończył się parkiet, w pozłacanych klatkach tańczyły trzy dziewczyny; biała, Azjatka i czarna. Twarze wszystkich były nieobecne, jakby w transie. Nikt nie tańczył razem, wszyscy osobno. Dziewczynki ocierały się o chłopców, a chłopcy o dziewczynki. Największą aktywność wykazywały partie dolne i języki, od czasu do czasu ręce. Skośnookie dziewczęta wykazywały się, w zlizywaniu pachnącej cytryną wódki, coraz większą werwą. Głowa pogrążonego w rozkoszy chłopaka znajdowała się już właściwie na moim ramieniu. - Przepraszam. Czy moglibyście się troszeczkę przesunąć? - zapytałem kulturalnie. Nie odpowiedzieli. Facet mruczał coś, ni to po polsku, ni to od rzeczy, a dziewczyny wyrywały zębami włoski z jego brzucha. Nijak nie byłem wstanie do nich dotrzeć, wstałem więc w poszukiwaniu toalety. Mniej więcej w tej samej chwili, z pokoju numer trzy wytoczył się Mirek. Dotoczył się do mnie i pocałował, a właściwie ugryzł mnie w ucho. - Tu jest taaaka zabawa staaary. - spojrzał na mnie, tymi swoimi, bardzo wąskimi źrenicami. - Nie wiem Mirek. Jakoś średnio mi się to podoba. - Cooo? Słabo ci obciągnęła? - Nie. Była rewelacyjna. - skłamałem bez cienia ironii w głosie. - To o chuj ci chodzi? - O nic. Chcę stąd wyjść. Rozszerzył swoje, bardzo wąskie źrenice. Stał tak chwilę poprawiając złotą grzywkę. „Gdzie jesteś Mirku, mój przyjacielu, refleksyjny kompanie wieczorków poetyckich, gdzie jesteś??” - pomyślałem i pociągnąłem go za rękę w stronę wyjścia. Z pokoju „Very good love” wytoczyła się atrakcyjna dziewczyna w t-shircie z myszką Minnie i w nierówno założonych, granatowych majtkach. Była bardzo zadowolona. Roześmiana od ucha do ucha. III

Kiedy się obudziłem, rodzice już od dawna krzątali się po domu. Matka narzekała na bałagan, ojciec jej wtórował. Tak jak się spodziewałem, byli mocno skąpani słońcem i zachwyceni Egiptem. Nie wspominali nic o kłopotach żołądkowych. Jako pamiątkę podarowali mi koszulkę z piramidą i Oko Proroka. Wakacje trwały i uporczywie nie zamierzały się kończyć. Zaczynał się wrzesień.

Wieczorem na mieście było przeraźliwie pusto i całkiem chłodno. Umówiłem się z nią na dziewiątą i czekałem pod rotundą marznąc. Czekałem sam, wszyscy się gdzieś pochowali, albo leczyli kaca. Nie było randek, ani niezobowiązujących spotkań. A ja stałem i liczyłem minuty jej spóźnienia. Wyszła z podziemia Centrum. Inaczej niż robiła to zwykle. Była poważna i rozglądała się po bokach, unikała kontaktu wzrokowego. Stanęła przede mną bez buziaka i odgarnęła ciemną grzywkę z dużego czoła, które zawsze mi przeszkadzało. - Cześć Jacku. - Witaj Magdo. Cisza. Wiatr w naszych martwych uszach, leżących obok siebie na dnie skalnego urwiska. - Gdzie idziemy? Mam mało czasu. Poszliśmy do kawiarni Między Słowami na Chmielnej. Zamówiłem herbatę, ona kawę. Pod tym względem nic się nie zmieniło. Ręce trzymała sztywno na stole, zapięła guzik koszulki i westchnęła ciężko. - Dałem dupy, nie? Szukała odpowiedzi na podłodze. Po chwili ją znalazła. - To w tej chwili nie ma absolutnie żadnego znaczenia. - Dlaczego? - Bo dobrze mi. - Lepiej? - Nie wiem czy lepiej Jacku. Ale dobrze. Od dłuższego czasu było między nami średnio. - Nieprawda. - Prawda. Przestałeś mnie kochać. Ja przestałam kochać ciebie. Tak to działa. Twój występek był więc tylko kwintesencją. - Uwielbiasz to słowo. - Które? - „Kwintesencja” - Słowo jak słowo. Po co chciałeś się spotkać? - Bo chciałbym... Chciałbym to jakoś naprawić. Szukała odpowiedzi za oknem. Po chwili ja znalazła. - Nie ma co naprawiać. Przeszłość, mimo że świeża, jest już przeszłością. Nie ma co do niej wracać. - Jest. Było nam dobrze. - „Było”. Słowo klucz Jacku. Za mało było w naszym związku rozrywki i cieszenia się życiem. - Bo ja nie umiem. Ja chyba nie umiem cieszyć się życiem - Nauczysz się. Nauczysz się z inną. - Wróć do mnie. Szukała odpowiedzi patrząc na mnie z litością. Po chwili znalazła ją w okolicach sufitu. - Nie. Nie wrócę do ciebie. Przykro mi , ale zaczynam nowe życie - Z kimś? - Nie wiem. Ale tak. Spotykam się z kimś. - Fajnie? - Jacek! Nieważne, przepraszam, ale to nie jest twoja sprawa. Ale tak. Fajnie. - Minęły cztery dni, a ty już jesteś w „nowym życiu”? - Jak widzisz. Przepraszam cię, ale właśnie jestem z nim umówiona. Mam rozmowę w sprawie pracy. - Aha, aha. A gdzie będziesz pracować? - W Domu Rozrywki – poinformowała mnie z dumą. Zakrztusiłem się herbatą. Wyplułem to czym się zakrztusiłem, z powrotem do filiżanki. - Co?! W TYM Domu Rozrywki?! - Tak Jacku. W TYM Domu Rozrywki. - W tym na Foksal? - Nie, w tym przy Świętokrzyskiej. W miejscu dawnego McDonaldsa otwierają nową filie. Wkrótce ma ich powstać jeszcze więcej. Do końca wakacji z dziesięć. - Ale po co? - Jest zapotrzebowanie Jacek. Ludzie chcą się rozerwać. - Byłaś tam? - Nie. Ale słyszałam same dobre rzeczy. - Dobre rzeczy?! O tej siewni grzechu, gdzie nastolatki obciągają komu popadnie i robią to na dodatek na pełen etat?! - Przesadzasz. Poza tym, nie zabronisz im. Żyjemy w wolnym kraju, - Aż za bardzo. A ty, w jakim charakterze, jeśli można wiedzieć, chcesz się tam zatrudnić? - Nie wiem. Porozmawiam o tym z Filipem. - Kim jest Filip? - Właścicielem - To ten twój nowy Romeo? - Tak, to on. Ależ była zadowolona. Na samą myśl o Filipie na jej twarzy pojawił się największy uśmiech świata. Przejrzała się w lusterku. i zaczęła poprawiać sobie makijaż. Kreska tu, kreska tam, jeden psik na szyję, jeden doustny. Kiedy już wypsikała się i dostatecznie wymalowała, wstała i pocałowała mnie w czoło. - Dasz sobie radę Jacek. Jesteś fantastycznym chłopakiem. Będzie mi brakować twoich wierszy. Muszę lecieć. Trzymaj się. I wpadnij czasem do Domu Rozrywki.

_

Warszawa zmieniała się z dnia na dzień. Odkryłem to, kiedy zanosiłem swoje wiersze do wydawnictwa mieszczącego się obok budynku Pasty. Dom Rozrywki przy rogu Świętokrzyskiej i Marszałkowskiej był już prawie gotowy. Czarno – czerwona elewacja straszyła swą krzykliwością. Na wielkiej przyciemnianej szybie rozwieszono ogromny banner. DOM ROZRYWKI ŚWIĘTOKRZYSKA WKRÓTCE OTWARCIE! WSTĘP WOLNY ! ZABAWMY SIĘ ! Prace trwały również w Pałacu Kultury. W miejscu dawnej Kinoteki kolumny sowieckiego olbrzyma były przemalowywane w czarno – czerwone barwy. Ludzie, głównie młode pary, obejmowali się i robili sobie na tym tle zdjęcia. W całym centrum można było spotkać podejrzanie wyglądające dziewczęta rozdające ulotki. Impreza jakiej jeszcze nie doświadczyłeś. Dwa poziomy, dwa razy większa przestrzeń melanżu, dwa razy większa przestrzeń radości. Tylko 10 września. Tylko na Świętokrzyskiej. Wpadnij! Poczuj moc prawdziwej rozrywki! Stałem akurat przy śmietniku, więc ostentacyjnie, na oczach plastikowego dziewczęcia wrzuciłem ulotkę do kosza. Blond bezmózg spojrzał na mnie i zrobił balona z gumy, bujając się jednocześnie w rytm muzyki dobiegającej z słuchawki włożonej do jej lewego ucha. - Frajer – skomentowała tylko moje zachowanie i poszła dalej, kręcąc tyłkiem udekorowanym przez czarne lateksowe szorty.

W domu oglądałem telewizję. Biskup namawiał do skupienia się na Bogu i miłości. Mówił też, że nowo powstające Domy Rozrywki są jednym z większych niebezpieczeństw współczesnej Polski. Nawoływał do opamiętania się. - Nonsens – skomentował słowa duchownego mój ojciec. - Co takiego tato? - Mówię, że to bzdury. Kler sam ma swoje za uszami, a krytykuje ludzi, którzy chcą się zabawić. Uważam, że to świetnie, że takie miejsca powstają. Słyszałem, że tam naprawdę można odpocząć od szarej codzienności. Coś się wreszcie zmienia w tym kraju. - Tato. To miejsce w którym wolno wszystko. Ludzie są tak naćpani, że nie wiedzą z kim rozmawiają. - Synu. Zawsze znajdą się osoby, które nie znają umiaru. Wszystko jest dla ludzi. Zastanawiamy się czy nie pójść z mamą na otwarcie tego nowego lokalu przy Świętokrzyskiej. Dawno już nie bawiliśmy się tak jak kiedyś. Spojrzałem na mojego ojca. Piwny brzuch, niezadbana broda, niemodny okular. Nie pasował do najdelikatniejszego miejskiego klubu, a co dopiero do Domu Rozrywki. Zwątpiłem. Biskup wciąż nawoływał do opamiętania się.

Po kolacji zadzwoniłem do Ani. Narzekałem na życie i na Dom Rozrywki. Na całe szczęście jej też, cała ta sprawa, nie bardzo przypadła do gustu. Zaprosiła mnie za to na posiadówkę. W sam raz, bo impreza miała się odbyć 10 września, w dniu otwarcia nowego lokalu na Świętokrzyskiej. Ucieszyłem się, że znam Anię i pomyślałem, że może tym razem dam radę sprostać jej intensywnej chuci.

Mijały kolejne godziny wrześniowego wieczora. Nie miałem nawet poprawki do której mógłbym się uczyć. Przejrzałem szuflady i znalazłem sporo zdjęć Magdy. Chciałem jej wyrzucić,ale się powstrzymałem. Przeszłość, mimo że świeża i bolesna, pomaga czasem w przyszłości. Zasnąłem dosyć wcześniej. Śniła mi się gigantyczna impreza. Tak jakby na Świętokrzyskiej, ale w zasadzie bardziej w dawnym Burger Kingu z Alei Solidarności. Dziewczyny tańczyły topless na stole, w tych charakterystycznych dla Burger Kinga koronach. Chłopcy natomiast upijali się do nieprzytomności i wcinali przy tym frytki. Byli upaćkani keczupem i musztardą i wyglądali słabo. Ja także siedziałem wśród nich i podziwiałem dziewczyny. Były ich dziesiątki. Nagle podeszła do mnie blondynka, z Domu Rozrywki na Foksal. Bardzo płakała i mówiła, że chce do domu. Zrobiło mi się jej żal więc ją przytuliłem. Wtedy zamieniła się w okrutną wampirzycę i ugryzła mnie w jaja tak mocno, że momentalnie się obudziłem. Zlany potem spojrzałem na zegarek. Była trzecia, wiał przerażający, zapowiadający srogą zimę wiatr.

IV

Spacerowaliśmy z Anią po ulicach Warszawy. Domy Rozrywki wyrastały jak grzyby po deszczu, za każdym razem zapowiadając swoje rychłe otwarcia. Pojawiały się na Ossolińskich i przy Placu trzech krzyży. Na Placu Konstytucji i na Batorego, w miejscu dawnej Stodoły. Szliśmy Nowym Światem i patrzyliśmy na tłumy zmierzające w stronę końca ulicy Foksal. Ludzie tańczyli już w drodze, całej procesji towarzyszyła niesamowita euforia. Był piątek, a my postanowiliśmy nie pić, tylko chodzić. Ania liczyła na więcej, a ja zastanawiałem się, czy więcej wciąż umiem. Usiedliśmy na ławeczce na skwerku przy Kubusia Puchatka. - Tęsknisz za Magdą? - Czasem. Sam nie wiem. Życie polega na tęsknocie. Zawsze się za czymś tęskni. - To prawda. Ja też tęsknie. - Za czym? - Za tobą. - spojrzała na mnie, pełnym ciepła wzrokiem. - Ale jak to? Przecież jesteśmy tu razem. Jesteśmy. Nic się zmieniło - Zmieniło się Jacek. Czas zmienia wszystko. Nawet jak jest tak samo, to nie jest tak samo, bo minął czas. - Nie pieprz. - zaciągnąłem się papierosem. Miała racje. Zmieniło się. Jednak w żaden sposób nie byłem w stanie zdefiniować tej zmiany. Zaśmiała się w sposób najsłodszy z możliwych. Wtuliła się w moje ramię i patrzyła przed siebie. Pod drzewkiem odlewał się właśnie jakiś młody licealista. - Ej, ty. Tu się nie szcza! - krzyknąłem. Chłopak odwrócił się i wybełkotał coś na tyle zrozumiale, że wychwyciłem jego chybotliwe „pierdol się”. Wstałem do niego, ale uciekł niszcząc przy okazji posadzone krzewy. Ania patrzyła na mnie z podziwem . Usiadłem koło niej, niczym zmęczony rycerz podbijający terytoria zamorskie. - To jak. Wpadniesz jutro do mnie na imprezę? - Jutro? A no faktycznie. Jutro jest dziesiąty. - Noo. Byłoby mi miło jakbyś wpadł. - No raczej wpadnę. Chyba nie myślisz, że pójdę tam gdzie bawi się teraz stolica? - Nie wydajesz się zafascynowany tym miejscem. Nigdy nie ulegałeś modom. - Nie jestem. Oczywiście Aniu, wpadnę do ciebie. Kto będzie? - Paru znajomych, nic specjalnego. - Dobrze. Przyniosę wino. - Super. Weź czerwone. - Dlaczego czerwone? - Bo lubię . Wiał silny wiatr, Warszawa upijała się wódką, a ja strasznie chciałem upić się, pełnymi glukozy, oczami mojej przyjaciółki. - 10 września był bardzo pochmurnym dniem. Lało, wiało i było brzydko. Kiedy włączyłem telewizor spikerka tvn24 informowała o wieczornym otwarciu sześciu nowych lokali typu Dom Rozrywki na terenie Warszawy. W studiu znany socjolog z UW wypowiadał się dosyć pozytywnie na temat fenomenu, jakim jego zdaniem można określić popularność tego typu miejsc. Sam miał na nadgarstku czarno – czerwoną gumkę. Prowadzący kwitował każdą wypowiedź socjologa szczerym uśmiechem zadowolenia. Zadzwoniłem do Mirka. Odebrał po jakichś siedmiu sygnałach. Głos miał mocno zmordowany. Zgadłem, że był wczoraj na Foksal. - Cześć idioto. - Cześć lamusie. - Foksal? - Jasne, że Foksal. Poznałem super dziewczynę. Dzisiaj idę tam znowu. - Ale dziewczynę za darmo, czy za…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych