Wróć do katalogu

„Droga ku zbrodni, czyli próba charakterysty

Me pierwsze poważne opowiadanie. Napisane głównie po to, aby zlikwidować olbrzymie napięcie myślowe w celu stworzenia "testamentu ideowego" i wreszczie aby lepiej pisać. Zdaję sobie sprawę z niedoskonałości mego dzieła ale cóż...trudno :)

spiooszek, opublikowano , 1 godz. 23 min czytania, 4,5 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

„Droga ku zbrodni, czyli próba charakterystyki Arkadiusza, oczami wszechwiedzącego (jakże by inaczej!) i, rzecz jasna, całkowicie obiektywnego narratora.”

Pewien czas temu przydarzyła mi się zabawna rzecz. Otóż, wpadły mi w ręce pewne zapiski – muszę przyznać, iż całkiem niezłej próby literackiej - i jakież było moje zdziwienie, kiedy zorientowałem się, że opisują one jeden dzień z mego życia! Pod ich wpływem, zacząłem spisywać historię mego istnienia – ale o tym później! Teraz przeczytam Wam to, co znalazłem:

Julia nerwowo szukała fajek. Była straszliwie zdenerwowana, rozmontowana, rozproszkowana, całkowicie rozgorączkowana i absolutnie rozjątrzona. Właśnie powinna być w szkole, ale nie mogła przecież pójść do niej bez uprzedniego wypalenia choć jednego papierosa, chociaż jednego, malusiego papieroska. Okropnie zirytowana weszła w głąb bramy, aby w spokoju ukoić swoje strasznie skołatane nerwy…

Pogoda była, oj, była. Ciepło, kwietniowo, dość przyjemnie, choć nie zawsze i nie dla każdego. Wiało. Tak, oj, tak, wiało, wiało. Delikatnie, orzeźwiająco, wiosennie, z wyjątkiem sytuacji, kiedy nie wiało delikatnie, orzeźwiająco i wiosennie. Ciśnienie było, oj, było, ale mogłoby być troszkę, odrobinkę wyższe. Albo niższe. Warunki drogowe niezłe, oj, niezłe. Sprzyjały one szybkiej i niebezpiecznej jeździe, oj, sprzyjały. Był to jeden z takich dni, kiedy każdemu człowiekowi po przebudzeniu i wyjrzeniu przez okno raduje się serce. Chyba, że się nie raduje...

W pewnym, bliżej nieokreślonym podwórzu kilka gołębi wesoło sobie fruwało, to w górę, to w dół, bez wyraźnego celu. Ot tak, dla zabawy. Ich gołębiowatość była widoczna, jak na dłoni. Wręcz emanowała z nich, wysyłając każdemu sygnał: „Jestem gołębiem i jestem z tego dumny!”. I w tej swojej gołębiowatości były to gołębie prawdziwe i prawdziwie absolutne. Ptaki nieustannie zmieniały pozycję względem siebie, zakreślając swoim lotem niezwykle fantazyjne tory - aż dziw brał, że rządził tym, tylko i wyłącznie, przypadek. Było to niesamowite widowisko. Cud natury. Wielkie misterium przyrody.

Julia przypatrywała się tym ptasim igraszkom przez dłuższą chwilę, lecz po pewnym czasie poczuła znużenie, więc uśmiechnęła się złośliwie i podniosła średniej wielkości, szary kamyk.

Świiiiissssssstttttt. Trach! Trach! Bum! Bum!

Jeden z gołębi o niezidentyfikowanej tożsamości został trafiony kamieniem. W wyniku odniesionych obrażeń oraz doznanego szoku ptak, będący w powietrzu, nie mógł kontynuować czynności latania, więc posłuszny bezlitosnym prawom grawitacji spadł na ziemię. Gołąb, mimo wzorowego życia oraz szczerych chęci przedłużenia swojej ptasiej egzystencji, zmarł. O duszy, jeśli takową posiadał, nic nie wiadomo.

Dziewczyna swobodnym, prawie że tanecznym krokiem podeszła do martwego ptaka. Gołębia upośledzonego w pewien - trzeba przyznać - dość istotny sposób. Schyliła się bliżej, a jej śliczne, piwne oczy wyrażały niezwykłe zdumienie, że ona, słabiutka istotka mogła zabić jakąkolwiek formę życia. To pośrednie morderstwo (zabójcą prawdziwym był kamyk) napawało ją dumą. Dawało poczucie siły i władzy nad innymi stworzeniami. Wyprostowała się i przytrzymując drobnymi rączkami swoją długą, białą suknię typu „Łowicz”, odtańczyła typowy taniec, jaki wykonuje się na wypadek zabicia gołębia. Po pewnym czasie ekstaza i poczucie triumfu zaczęły przechodzić, ustępując miejsca nieopisywalnemu smutkowi. Julia zrozumiała okropność swego czynu dopiero, gdy skojarzyła swój taniec z beztroskimi igraszkami gołębi. Zapłakała gorzko nad losem ptaka i jego najbliższych. Rozmyślała o nich, a nawet pomodliła się w ich intencji. Jednak nie trwało to długo, bowiem już po chwili Julia poczuła straszliwy wstręt do gołębia. Znienawidziła go za to, że płakała przez niego, że mu współczuła oraz, iż było jej wstyd i dręczyły ją wyrzuty sumienia. W przypływie złości brutalnie splunęła na niego, chcąc tym okazać mu swoją pogardę i lekceważenie. Zła na martwego ptaka, wściekła na siebie oraz obrażona na cały świat, Julia opuściła podwórko i wtopiła się w tłum wiecznie śpieszących się ludzi…

- Gdzie tu sens? Gdzie tu logika? Jak coś może być sensowne, jeśli nic nie jest sensowne? Ach! Ach! Wskażcie mi coś, w co mógłbym wierzyć, coś, czemu mógłbym zaufać! Pokażcie, że świat jest wspaniałym miejscem do życia, że rządzi nim jakaś mądra siła, a ludzie w przerażającej większości nie są głupimi materialistami, pozbawionymi wszelkiej duchowości! – Arkadiusz byłby zapewne szedł dalej zatopiony w tego rodzaju myślach, ale nagle coś przykuło jego sokoli, wrażliwy i uduchowiony wzrok. - Och! Cóż to za dziewoja przepiękna się zbliża? Ach, jaka śliczna! Cudo! Cudo! Jedna z nielicznych, które nie są takie same jak inne i nie noszą różowych bluzek do pępka! Co za oczy! Jakie wspaniałe! Zdradzają zapewne nieprzeciętną inteligencję i nietuzinkową, szlachetną osobowość! A co za strój! Jak gdyby z innej epoki, zupełnie niepodobny do odzieży współczesnych dziewczyn! Ach, ach! Zakochałbym się w niej! Cóż ja wygaduję!? Już ją kocham! Gdyby tylko zainteresowała się mną! Przystanęła na chwilę i zapytała o coś, o drogę na przykład…Ach…ach…Czy kiedykolwiek ziści się moje marzenie o związaniu się z taką wspaniała osobą? Z kobietą nieprzeciętną, z którą mógłbym przeciwstawić się tej, do cna zepsutej, cywilizacji? Niestety Julia nie zatrzymała się przed nim, ani nawet go nie dostrzegła, lecz minęła go obojętnie i poszła dalej, hen, hen, w nieznane, w siną dal, ku przeznaczeniu. Arkadiusz stał jeszcze chwilę wpatrzony w znikająca sylwetkę, wzdychając do niej, marząc o wspólnym życiu i przeklinając świat, że istnieje na nim tak mało takich wspaniałych istot, które by go zrozumiały, pokochały i zgadzały się w prawie we wszystkim. Tłumy barbarzyńców i debili potrącały go co chwila, lecz on był na to kompletnie nieczuły. Niepomny na nic, odprowadzał nieznajomą tęsknym wzrokiem, aż po horyzont. Widok był to iście przygnębiający, a w tym przygnębieniu swoim niezwykle przejmujący. Po dłuższej chwili Arek wznowił swoją wędrówkę i kręcąc smutno głową, wolnym krokiem wszedł w pewne podwórze w poszukiwaniu ciekawych miejsc do sfotografowania. Mniej więcej na środku placu leżał gołąb. Arkadiusz zapewne nie zdziwiłby się - wszak często ptaki w godzinach popołudniowych urządzają sobie krótką drzemkę – lecz, tym razem, fizjonomia młodzieńca sprawiała wrażenie niezwykle zdumionej, całkowicie zaskoczonej. Bowiem, gołąb był martwy! Lecz nie był tak zwyczajnie martwy! On był martwy poprzez zamordowanie! Wygląd ptaka oraz ilość krwi na ziemi wyraźnie wskazywały na zabójstwo. To pogarszało sytuację. Arek mógłby jeszcze zaakceptować naturalną śmierć gołębia, wynikającą z jego starości, ponieważ taka śmierć stanowiła jedynie ostatni etap życia, była jego nierozerwalną częścią, nieodłącznym elementem. Lecz ptak, ptaszek, ptasieczek malutki został zabity! Kto mógłby zrozumieć równie bezsensowną zbrodnię? Czy istnieje jakiekolwiek racjonalne wytłumaczenie tego czynu? Przypadek? Przeznaczenie? Wola boska? Ale…czemu gołąb? Ach…czemu on? Czemu nie przebrzydła mucha, czy śmierdzący smrodem skunksowaty skunks, tylko Bogu ducha winny gołąb? Symbol pokoju! Wyśmienite! Symbol pokoju zamordowany! Ach…ach! Czy kiedykolwiek wcześniej świat widział podobną tragedię? Czy ktokolwiek wie o tej okropności? Czy choć jedna osoba jest świadoma bezsensownej śmierci tego zwierzęcia? Ech…kto spośród tych płytkich, zapatrzonych w siebie ludzi, mógłby dostrzec całe zło, jakie obecne jest na tej nieszczęsnej planecie? Pytam się: kto? Ach…ach…pewnie nikt. Nikt! To straszne, mój przyjacielu! Na szczęście, ja widzę w całej okazałości Twoje cierpienie, Twoje osamotnienie! Nikt o Tobie nie wie, nikt o Tobie nie pamięta, nikt nie jest zdolny zrozumieć ogromu bólu, jakiego doznałeś! Tak samo nikt nie potrafi pojąć w jakim ja znajduję się stanie! Rozumiesz? Jesteśmy podobni, mój gołąbieczusiu! Oboje jesteśmy samotni, nieważni, malusi, maluczcy i całkowicie niezrozumiali dla tego koszmarnie makabrycznego w swojej obrzydliwości świata! Dla tej przeraźliwie strasznej w swojej paskudności planety! Dla przerażająco okropnej w swojej potworności cywilizacji oraz straszliwie pustej w swej płytkości ludzkości! Pozwól dlatego mój ptaszuszku malusi, że uwiecznię Cię na kliszy fotograficznej po kres końców, dla potomności, dla przyszłych pokoleń, utrwalę Twe istnienie na wieki! Choć tyle mogę dla Ciebie zrobić… Tak, dobrze, troszkę w lewo…O! Przepraszam, zapomniałem, że nie możesz… Tak świetnie, wspaniale! Wybacz mój gołąbiusiu, ale muszę już iść, sam rozumiesz, obowiązki, prywatne, egoistyczne życie, chyba nie masz mi za złe, przecież jak bym mógł, to bym został dłużej, ale sam wiesz jak to jest, tak więc, miło było, ale wszystko co dobre, szybko się kończy, więc niestety, ale muszę Cię opuścić, ale dziękuje za spotkanie, zainspirowałeś mnie do pewnych przemyśleń, bo wiesz…mnie się wydaje, że jesteś alegorią, metaforą, a nawet może symbolem…Tak, tak, odchodzę już, ale obiecuję, że nie zapomnę o Tobie, nigdy, przenigdy, ja nie jestem taki, co to tak łatwo zapominają, nie jestem jak inni, będę pamiętał, po ostatnią chwilę mego istnienia będę Cię wspominał, bowiem Twe dzieje są podobne do moich, bowiem, w pewien sposób, ja też jestem martwy…wyprany z radości, wyzuty z głębszych uczuć… Poza tym Twoje losy nieodwracalnie skrzyżowały się z moimi. Teraz już nic nie będzie takie samo, takie jak dawniej, podobne do czegokolwiek, co zdarzyło się w przeszłości. No bo, jak może być cokolwiek porównywalne do siebie samego z przeszłości, jeśli nie może być porównywalne? Wszystko płynie! Ciągły ruch i nieustanne zmiany! Tak czy inaczej, Ty oddziałałeś na mnie, ja na Ciebie, kto wie, może również, w jakiś dziwny, nieznany, nieokiełznany, magiczny, metafizyczny sposób... Żegnaj, mój przyjacielu! Po stokroć dzięki Ci składam, że zaistniałeś w moim życiu! Kto wie jakie to będzie miało znaczenie dla mojej samotnej egzystencji? Kto wie…Żegnaj! Niech Ci ziemia lekką będzie, a Twe dzieci niech nigdy nie cierpią nędzy, ni głodu! I odszedł, zostawiając gołębia w niezmienionym położeniu względem czterech stron świata, chodnika i nieba oraz życia i śmierci. - Hm…interesująca sprawa z tym ptakiem, nie powiem, nie powiem. Ciekawe czy zdjęcie wyjdzie? O właśnie! Czy wyjdzie? Wieczny strach! Nieustanne zmartwienie! Czy aby dobrze wszystko ustawiłem? Prawidłowo skadrowałem? Czy kupiłem wystarczająco dużo chleba? A może mam za dużo pieczywa i się mi popsuje? A czy padać nie będzie? Czy mnie nie pobiją dziś? Czy nie zaczepi mnie jakiś cudzoziemiec, a ja nie będę potrafił mu odpowiedzieć? Nieustanny lęk. A czy zdążę, a czy wystarczy mi czasu, aby podołać wszystkim obowiązkom i zrobić tyle rzeczy, na które mam ochotę? Czy przyjdzie taki okres w mym życiu, abym mógł nie patrzeć na zegarek i nie zastanawiać się nad tym, co będę robił jutro? Co postanowić? Jaką podjąć decyzję? Gdzie pójść i co zrobić? Za mało czasu mamy! Ach…jak niewiele! Jak niewiele! Ach…ach…to straszne! I ani chwili spokoju! Obawa, zmartwienie. Nawet najprostsze, najbardziej prozaiczne rzeczy zatruwają życie, zmuszając do zastanowienia się, do myślenia o nich. Rozwiązana sznurówka, oderwany guzik, poplamione spodnie, ach…ach…to przerażające! Takie niewielkie sprawy, a jak potrafią zaklinować się w ludzkim umyśle, sprawić, że człowiek nie potrafi myśleć o czymś innym, o jakiś pozytywnych aspektach rzeczywistości. Nawet jeśli cieszy się i raduje, to gdzieś tam w zakamarkach jego świadomości czai się przerażająca myśl, okropny lęk czy straszliwe zmartwienie, aby wypłynąć na powierzchnię w najmniej spodziewanym momencie, w najbardziej niestosownym do tego czasie i zburzyć całą radość przeżywanej właśnie chwili… Arek zatrzymał się, ponieważ właśnie tuż obok niego przebiegł starszy pan, trzymając w ręce dużą, żółtą, prawdopodobnie pustą reklamówkę. Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że znał tego człowieka. Codziennie widywał go podczas swej wędrówki do szkoły. Każdego dnia! On swoje, a tamten mężczyzna swoje! Dzień w dzień, losy tych dwóch ludzi krzyżowały się, tylko po to, aby potoczyć się w zupełnie innych kierunkach. Podczas tych ulotnych chwil Arkadiusz miał wrażenie, że przez ten krótki moment, kiedy widzi tego pana, kpią sobie razem z nieubłaganego przypadku oraz ośmieszają go. Wprowadzają element ładu oraz powtarzalności do ich życia, żywiąc złudną nadzieję, że Ziemia nie jest czymś na kształt wielkiego balonu pełnego chaotycznie poruszających się cząsteczek gazu. Uśmiechnął się. Znów go spotkał! Ha! Ha! Było w tym coś magicznego! Dwóch nieznających się ludzi, którzy codziennie mijają się na ulicy! Coś wspaniałego! Pięknego, bo logicznego! Mimo że nielogicznego, to jednak logicznego w tej swojej, jakby nie patrzeć, nieprawdopodobności! Zastanawiało go także, po co ów człowiek biega z tą śmieszną, żółtą i wyraźnie pustą reklamówką. Jednak, jak codziennie, nie znalazł odpowiedzi na to pytanie. Prawdopodobnie, stanowiło ono jedną z tych wielu zagadek wszechświata, na które nie ma odpowiedzi... Arkadiusz przełknął ślinę. Zwilżył językiem wargi, ruszył z miejsca i powrócił do swych wcześniejszych rozważań: - Ach…ach…a co jeśli nie uda mi się osiągnąć szczęścia? Ach…ach…a co jeśli nie spotkam miłości mego życia? Albo co gorsza spotkam, ale nie spodobam się jej, nie zachęcę do siebie, nie przekonam do mojej osoby lub skrzywdzę ją, spaczę moją osobowością, zniszczę jej piękno moim paskudnym charakterem? Mogę także okazać się niedojrzałym do takiego związku, czy wreszcie jąkać się w jej obecności! Ach…ach…co za koszmar to by był! Przystanął na chwilę, ponieważ zmęczył się rozważaniami, przestraszył się swej wizji, a także dlatego, że musiał zawiązać sznurowadło. Gdy wstał i zamierzał kontynuować swoją wędrówkę, ktoś klepnął go w ramię i głośno krzyknął: - Arek?! To ty?! Ale jaja! Kupę lat! Co u Ciebie słychać? Jak leci? Arkadiusz gorączkowo próbował sobie przypomnieć skąd zna tego człowieka. Bo znać go musiał, to pewne. Prawdopodobnie ze szkoły. Pomału, pomału, jego umysł rozpoczął pracę kojarzenia twarzy z imieniem. Po chwili już wiedział. Nazywał się Andrzej. Tak jak i dawniej odznaczał się dość potężną, jeśli nie monstrualną, budową. Oczywiście, nie był tak uduchowiony i inteligentny jak Arek, ale w gruncie rzeczy dało się z nim wytrzymać. - Cześć Andrzej...Bardzo się cieszę, że cię widzę... - Świetnie, że na ciebie trafiłem! Właśnie idę spotkać się ze znajomymi, wiesz, kilka osób dosłownie. Może wpadniesz? - To rewelacja…. Nie no wiesz…z chęcią bym poszedł…ale no…akurat teraz to tak średnio… - Stary, no nie gadaj! Nie możesz odmówić! Idziesz i już! Będzie przednia impreza, sam zobaczysz – rzekł Andrzej i zaczął prowadzić biednego Arka do pobliskiego pubu, gdzie nieustannie czyhają na niego straszni, płytcy, głupi i okropni ludzie. Poszli w kierunku, z którego przyszedł Arkadiusz. Wędrowali już około pięciu minut, przeważnie milcząc, kiedy nagle Andrzej zatrzymał się i kiwnął głową na balon w kształcie serca, który właśnie wyleciał z rąk dziecka i zmierzał ku niebu. - Patrz stary na ten balon! - No i co? - No sam nie wiem, czadowo to wygląda, nie? Tak jakoś…pięknie! - Przecież to zwykły balon! – Arek zupełnie nie rozumiał zachwytu kolegi – Przecież to zwyczajna rzecz! Co za debil! Podniecać się tak najnormalniejszym w świecie balonem! Ale pewnie o gołębiu nie ma żadnego pojęcia! Ha, założę się, że nic nie wie o jego smutnych losach, o jego tragicznym osamotnieniu! Pewnie nawet nie zdaje sobie sprawy, iż coś takiego się zdarzyło, że podobna rzecz mogła się przytrafić! Bo przecież jest ograniczonym półkretynem, który o dramatycznych dziejach gołębiowatego stworzenia nigdy się nie dowie, ale za to zachwyca się zwykłym, zwyczajnym, powszednim balonem! Dziecinną zabawką! Trzymajcie mnie! Co za świat, co za ludzie! Gdzie tu sprawiedliwość! Przez takich jak on, nasza planeta durnieje! Słuchając takich rzeczy, nasiąka kretynizmem, wydając później na świat jeszcze głupszych ludzi! Hm…jedyny sposób, aby przywrócić światu równowagę, to zwalczyć idiotyzm mądrością i inteligencją! Przeciwstawić balonowi gołębia! Tak, przeciwstawić! Gołębiem balona zwyciężę! Gołębiem w ryj balonowi! - Gołąb!!! – krzyknął znienacka Andrzejowi do ucha – A o gołębiu wiesz? – spytał szeptem. Świadom jesteś gołębia? Ha! Pytam się! Andrzej zaniemówił. Toteż nie zauważył, że dziewczynka, której wyleciał balon, rozpłakała się. Na szczęście jakaś miła pani, najwidoczniej reklamująca coś, widząc, co się dzieje, dała jej drugiego, identycznego balonika. Dziecko momentalnie się rozpromieniło. - O co mu chodzi z tym gołębiem? Gdzie balon, a gdzie gołąb? Wariat, po postu wariat! Już w szkole był trochę dziwny: mało rozmawiał, nie chodził na imprezy ani nie lubił piłki nożnej – rozmyślał w ten sposób jedynie przez chwilę, albowiem był człowiekiem tolerancyjnym, przywykłym do różnego rodzaju zachowań. Uważał, że każdy z nas ma swoje dziwactwa i tyle, nie należy się tym zbytnio przejmować. - Facet lubi gołębie? Proszę bardzo, czemu nie? Jego sprawa co mu się podoba, a co nie! Przecież mu nie zabronię! O to w tym wszystkim przecież chodzi, nie? Że jesteśmy różni, inni. Ja lubię to, on tamto. Trzeba to zaakceptować i uszanować. Cała filozofia! - Co tam gołąb! Patrz stary, jaka laska idzie! – Andrzej próbował rozładować napiętą, nabrzmiałą od balona i gołębia, atmosferę. - Hm…no, no, całkiem niezła, muszę przyznać. - Arkowi istotnie podobała się dziewoja wskazana przez kolegę. Nie żeby była rewelacyjna, ale z całą pewnością zapewniała miłe przeżycia estetyczne – A spójrz na tyłek! – szturchnął konfidencjonalnie kumpla. Andrzej wyszczerzył zęby do Arka. Arkadiusz odwzajemnił wymowny uśmiech, po czym zaczęli kontynuować swą wędrówkę. Po kilku minutach byli na miejscu. Pub znajdował się tuż obok podwórza, w którym leży martwy gołąb. Lokal nie różnił się od przeciętnego miejsca tego typu. Było w nim tłoczno, gwarno, duszno oraz śmierdziało papierosami. Przeciskając się do odpowiedniego stolika, Arek zauważył kilka telewizorów. Na jednym z nich włączony był program emitujący teledyski muzyczne. Konieczne takie z wielkimi Murzynami, których otacza tłum półnagich, seksownych kobiet. W drugim leciał mecz piłki nożnej. Oczywiście, nikt nie oglądał telewizji, niektórzy tylko bezmyślnie gapili się mętnym wzrokiem. Zupełnie nie widać było po nich, aby cokolwiek rozumieli z tego, co odbierają swoim zmysłem wzroku. Wreszcie dotarli do odpowiedniego miejsca. Czekało już na nich parę osób. Dwie, całkiem atrakcyjne kobiety oraz jeden mężczyzna. - Cześć wszystkim! – rzucił swojsko Andrzej. To Arek, mój kumpel z gimnazjum. Nie macie nic przeciwko, jeśli dołączy się do nas? - Nie! Oczywiście, że nie! – odpowiedział chór zgodnych głosów. Bardzo nam miło poznać kolegę Andrzeja! Twój przyjaciel jest naszym przyjacielem! Cześć Arek! Masz chomika? Lubisz ziemniaki? Niezły mecz dali nasi chłopcy, prawda? - Eeee…Tak, niesamowite widowisko – skłamał, ponieważ nie miał pojęcia, że był ostatnio jakiś mecz. Chomika nie mam, ale miałem. Oddałem go, ponieważ nie mogliśmy porozumieć się w kwestii ziemniaków: ja je lubiłem, on – też, ale inaczej. - To może się przedstawimy teraz? – jak rzekli, tak też zrobili, wstając po kolei i wymawiając swe imiona: - Zygmunt. - Weronika. - Sylwia. - Cześć wam – odezwał się nieśmiało Arkadiusz i usiadł ostrożnie na brzegu ławy. Nie podobało mu się to całe przedstawianie się, te grzeczności, pytania. Nie lubił rozmów nic niewnoszących do naszego życia, tych kurtuazyjnych zwrotów, wymuszonych uśmiechów. Nie cierpiał tych wszystkich uprzejmości, tych sztucznych twarzy, które udają, że je interesuje to, co mówisz. Nigdy nie był towarzyski i nie za bardzo umiał zachować się w tego typu sytuacjach. Czuł skrępowanie, a ponieważ z natury był dość małomówny, wiedział, że uchodzi za sztywnego, mrukliwego i kompletnie niemiejącego się bawić gościa, co frustrowało go jeszcze bardziej. Arek począł przyglądać się swoim towarzyszom. Zygmunt wyglądał na drobnego cwaniaczka i małą szuję, co to ogołaca łazienki z papierów toaletowych. Weronika była klasycznym dowodem potwierdzającym słuszność hipotezy głoszącej, że wielkość mózgu kobiety jest odwrotnie proporcjonalna do rozmiaru biustu. A zaiste, piersi to miała ona imponujące. Cóż, nie można mieć wszystkiego. Coś za coś. Sylwia była atrakcyjną brunetką. Pisała esemes. Pewnie do jakiegoś przygłupa – pomyślał Arkadiusz – zawsze się zastanawiał jak można tak wiele czasu spędzać z telefonem komórkowym. Ach…ta dzisiejsza młodzież – ciężko westchnął, a następnie zaczął przysłuchiwać się rozmowie, jaka zaczęła się toczyć przy jego stoliku. W wielkim skrócie owa konwersacja wyglądała następująco: Najpierw opowiadanie o imprezie u Agnieszki z małym przerywnikiem w postaci szyderczej uwagi na temat długości penisa pewnego chłopaka oraz złośliwego śmiechu towarzystwa, wyzywanie się od „pedałów” lub „Żydów”, opisywanie różnorakich rzeczy, jakie to się zrobiło w stanie upojenia alkoholowego, wesołe potakiwanie głowami, wyrażające sympatię do owych dokonań, sprośne żarty, omówienie ostatnich odcinków polskich seriali, programów rozrywkowych, filmów produkcji amerykańskiej, skomentowanie najnowszych utworów muzycznych z najwyższych miejsc list przebojów, głupkowaty śmiech z beznadziejnych, w ogóle niezabawnych rzeczy, tworzenie neologizmów typu „jebaczek”, „ziomosław” lub zwrotów pokroju „rupciu w pupciu”, wymienienie uwag a propos ściągania najnowszych dzwonków na telefony komórkowe oraz ogólne pierdolenie o rzeczach bez znaczenia. - Jezus Maria! – pomyślał Arkadiusz. - Co za ludzie! Jacy oni płytcy! Ja nie wytrzymam! Jaki upadek moralny! Brak wszelkiej duchowości! Czy oni nie mają za grosz intelektualnych potrzeb? Kogo obchodzi co było na imprezie u Agnieszki? Głupcy! Ach…co za świat…Półkretyni rozmawiający o nic nieznaczących rzeczach! Czym to jest w porównaniu do wszechświata!? Jacy oni śmieszni i maluczcy wobec tych, co poszukują sensu życia, zajmują się metafizyką bytu! Jak przerażająco szaro i zwyczajnie wypadają w porównaniu…w porównaniu do mnie! - Jezus Maria! – pomyślał Arkadiusz po raz drugi. - Przecież praktycznie nie znam tych ludzi! Widzę ich od kilku minut, a już mam wyrobioną opinię na ich temat! Już ich lekceważę i pogardzam nimi! Mam ich za skończonych kretynów, którzy nic nie wnoszą do świata! Na jakiej podstawie tak myślę?! Czy oni są naprawdę gorsi ode mnie? Oni węgiel, i ja węgiel! Skończymy tak samo! Ja z tymi moimi pseudofilozoficznymi dylematami mam być lepszy od nich? Na jakiej podstawie? Co ja wiem o nich? O ich życiu? O ich problemach? Ach…pogardzam nimi, mimo że wiem, iż nie powinienem! Nie posiadam żadnych podstaw ku temu! Więc czemu nimi gardzę? Dlaczego ich oceniam, na miłość boską?! - Jezus Maria! – pomyślał Arkadiusz po raz trzeci. – Czy nie jest tak, że człowiek istnieje tylko w porównaniu do innej osoby? Wszystko jest sprawą punktu odniesienia! Więc, aby istnieć, musimy porównywać się do innych istot, wyrabiać sobie sądy o często nam nieznanych ludziach! Bez oceniania innych, bylibyśmy ślepcami zawieszonymi w próżni! Poruszalibyśmy się po omacku, nie wiedząc, kim jesteśmy! Ach…to straszne przecież, że tak być musi! Jakie niesprawiedliwe, jakie krzywdzące, jakie bezsensowne! - Jezus Maria! – pomyślał Arkadiusz po raz czwarty i zmęczył się. Poszukał wzrokiem kelnerki. Znalazł ją i znienacka uderzył oczyma. Podeszła do niego. Zamówił wódkę. Na trunek czekał w ogromnym napięciu, poza którym czuł kompletną pustkę, mimo że czuć jej nie mógł, a to z tej prostej przyczyny, iż odczuwał owo straszliwe naprężenie spowodowane olbrzymim wysiłkiem intelektualnym, jakiego był ofiarą. Na szczęście, już po chwili przechylał kieliszek do ust. Wypił jednym haustem. Poczuł ulgę, jaka zazwyczaj towarzyszy wypiciu alkoholu. Odetchnął głęboko i spojrzał na telewizor. Na niedużym ekranie leciała właśnie transmisja z wiejskiej dyskoteki w Pludwinach Górnych. Arek przez chwilę oglądał tę relację, ale nie zdążył się dłużej zastanowić nad tym, co może być ciekawego w tego typu zabawie oraz przekląć, na czym to ten świat stoi, ponieważ w planach Wielkiego Mastodonta, który zapewne rządzi wszechświatem, było przewidziane coś innego: - Uwaga, uwaga. Przerywamy program, aby przedstawić państwu wiadomości dnia. Dzisiaj śmiercią naturalną zmarło dwanaście milionów osób, w wypadkach samochodowych zginęło osiem milionów ludzi, trzy miliony spłonęły, cztery zginęły w wyniku innych okoliczności, a jedna osoba została zmasakrowana przez rozwścieczonego kangura, który uciekł z prywatnej hodowli. Wabi się Roger. Zrozpaczony stratą właściciel prosi o wszelkie informacje na temat jego pupilka. Rannych dzisiejszego dnia zostało od zajebania osób. Rodzinom poszkodowanym, rzecz jasna, niezwykle współczujemy. Oczywiście, mamy też dobre informacje. Nasza reprezentacja piłkarzy odniosła kolejne olśniewające zwycięstwo. Biało-czerwoni pokonali dwa do jednego reprezentację Timoru Wschodniego. Brawo Polacy! – prezenter ledwie zdążył wymówić te słowa, a już z powrotem emitowana była relacja z imprezy odbywającej się w Pludwinach Górnych. Arkadiusz pokiwał smutno głową. Nie żeby jakoś szczególnie współczuł ofiarom, ale czuł, że pokiwanie głową to jest właśnie to, co powinien zrobić w tym momencie. Rozejrzał się po sali. Tak jak myślał – zero reakcji. W zasadzie trudno się dziwić – stwierdził w myślach - Codziennie, już od maleńkości, jesteśmy bombardowani tego typu wiadomościami. Trochę smutne, ale nic nie czuję. Prawdopodobnie dlatego, że podane liczby są z tych, których człowiek sobie nie wyobraża. Ponadto, to wszystko zdarzyło się gdzieś daleko. Mimo że jakaś tragedia mogła mieć miejsce w kamienicy obok, czy nawet dwa piętra wyżej to i tak stanowi to kilkadziesiąt lat świetlnych ode mnie. Może, jeśli jakaś osoba siedząca przy tym stoliku, ewentualnie przy sąsiednim, nagle umarłaby na zawał serca, to bym się przejął? Zresztą, czy śmierć jest naprawdę taka straszna? - Ach…ach…śmierć...Śmierć! - nieodłączny element życia. Trzeba zaakceptować ten fakt. Może i smutny, choć na pewno lepszy od perspektywy wiecznej egzystencji na Ziemi. Ludzie muszą umierać, aby inni mogli się rodzić. Równowaga. Harmonia. Prawo wielkich liczb. Poza tym, jak można przeciwstawić się bezwzględnemu przypadkowi, jeśli nie można? - Ha, ha - ale ja jestem wyborny – pomyślał – Z jaką łatwością rozprawiam o śmierci, której przecież niezwykle się obawiam. Odczuwam strach, może i nielogiczny, bezsensowny i irracjonalny, ale nic nie mogę na to poradzić. Pomimo tego, że wiem, iż muszę odejść z tego świata oraz, że to jest naturalne, to nie chcę i obawiam się tego! Na samą myśl, że wszystko się skończy, ogarnia mnie straszliwy lęk! Przeraża mnie pustka, jaka nastanie! Mimo iż nie będę jej odczuwał, bo nic nie będę czuł, boje jej się, gdyż zaprawdę straszliwa ona będzie i bać się jej należy! A jak nie należy, to też należy, bowiem ja się jej obawiam! Arkadiusz zmęczył się ponownie. Rozejrzał się po sali. Nagle zobaczył coś, co go niezwykle zdziwiło. Trzy stoliki na lewo od niego usytuowana była pięcioosobowa grupa młodych ludzi, którzy zdawali się doskonale bawić. Czterech chłopców i jedna dziewczyna. Niby nic dziwnego, ale jeden z młodzieńców przypominał mu z wyglądu…siebie. Takie same kręcone włosy, zielone oczy. Podobny wzrost i bezmięśniowa postura. Tak, nie ulegało wątpliwości – to był on sam! Lecz - chwila, moment – jakże to mógł być on, jeśli on jest tam, gdzie jest i nigdzie indziej! Chyba, że…jego jest dwóch! Czy to możliwe? Ale jak dwóch, skoro on jest tylko jeden! - Jezus Maria!– pomyślał Arkadiusz – Skoro może mnie być tylko jeden, to któryś z nas nie jest prawdziwym Arkiem, tylko się pod niego bezczelnie podszywa, udaje go! Pytanie tylko, który? Ten, który wydaje się być szczęśliwy, czy ten, co odczuwa wieczny ból istnienia? A może jest więcej Arkadiuszy? Który z nich jest prawdziwy? „Ja” siedzący tu i rozpaczający nad kondycją intelektualną cywilizacji oraz upadkiem moralnym tego świata, czy „ja” cieszący się? Czy może jeszcze jakieś inne „ja”? „Ja” rozmawiający o poważnych tematach z przyjacielem, „ja” wygłupiający się z kolegą, „ja” grający w szachy z tatą, „ja” spędzający czas z koleżanką z klasy? Który z nas to autentyczny Arek? Ach…ach…skąd mam to wiedzieć? Ach...a może każdego z nas jest wiele i wszyscy Arkadiusze są prawdziwi? Ach…a do tego wszystkiego dochodzi moje własne wyobrażenie o tym, jaki jestem oraz Arkadiusz, jakim chciałbym być! Ponadto, w mym życiu przewija się wiele Arków, będących poglądami różnych ludzi na to, kim jestem! Ach…ach…to nas jest tak wielu? Nie ma jednego wiecznie obecnego i uniwersalnego Arka? I wszyscy jesteśmy równouprawnionymi członkami Arkadiusza Absolutnego? To nigdy nie jestem taki sam? Czy to znaczy, że nieustannie do głosu dochodzą różni Arkowie, w zależności od okoliczności? A może wcale nie! - I na ile „ja” to „ja”? To znaczy, w jakim stopniu odpowiadam za to, kim jestem, za to, jaki jestem? Czy nie jest tak, że całe moje życie jest poniekąd zdeterminowane moim genotypem? Ach…kto mi powie, czy to, że lubię puszczać bąki w wannie to moja indywidualna cecha, czy upodobanie to przekazali mi moi rodzice? Czemu moja egzystencja w tak nikłym stopniu zależy ode mnie? Biologia! Ach…czy biologia rządzi wszystkim? Czuję się taki bezsilny, taki malusi, taki nieważny! Ach…czasami wydaje mi się, że jestem jednym wielkim genem, który, na dodatek, mutuje w dowolny, zupełnie przypadkowy sposób! Ach…nic nie wiem! Ach…ach…to straszne, to okropne! Czas się napić. Arkadiusz zamówił kolejny kieliszek wódki. Wypił go dosyć łapczywie. Jednak nie przyniosło mu to upragnionego ukojenia. Tamten, podobny do niego chłopak swoją wesołą obecnością nie dawał mu spokoju, bezczelnie go napastował swoim radosnym istnieniem! Arek nieustannie odwracał się, aby przyglądać się towarzystwu przy tamtym stoliku. Ich dobre humory dziwiły go. Wyglądali na ludzi inteligentnych, znacznie odróżniali się od reszty klienteli, a mimo to zdawali się wyśmienicie bawić. Hm… - zamyślił się Arkadiusz – zawsze wydawało mi się, że jeśli człowiek jest inteligentny, to dostrzega całe zło tego świata, więc nie może się cieszyć. Z czego oni się tak radują? – zastanawiał się w myślach - Ciekaw jestem, czy jechali oni kiedykolwiek tramwajem? Czy widzieli smutne twarze pasażerów? Czy zauważyli kiedyś ich zalęknione ręce, zawstydzone nogi, przygnębione brzuchy, przygarbione plecy, przestraszone ruchy, zdołowane spojrzenia? Czy znają ich sytuacje materialną? Ich problemy? Ich troski? Ich zmartwienia? Czy są świadomi człowieczej niedoli? Czy wiedzą coś o ludzkim nieszczęściu? Czy wiedzą, pytam się?! Zapewne nie! Oczywiście, że nie! A nawet jeśli, to udają, że nie dostrzegają! Nie chcą widzieć, nie chcą wiedzieć! Uciekają od tego, skwapliwie wyrzucają to ze swojej wiadomości! Są jak te konie z klapkami na oczach! Odwrócił głowę. Pomyślał smutno o gołębiu… Arek nie mógł znieść obecnego stanu rzeczy, czuł, że jego równowaga psychiczna, a nawet harmonia całego wszechświata została zachwiana, był przygnieciony tą inteligentną wesołością, radosną mądrością i dlatego postanowił dowiedzieć się czegoś więcej o tym dziwnym towarzystwie. Wstał, wziął swoją torbę fotograficzną, ponieważ bał się jej zostawić, po czym spokojnym krokiem podszedł na odległość jednego metra od stolika, który zajmowała owa grupa młodych ludzi i najzwyczajniej w świecie stanął. Tak po prostu i zwyczajnie, obiema nogami. Teraz mógł im się o wiele dokładniej przyjrzeć. Wszyscy wyglądali na mądrych, rozumnych ludzi, jednak zachowywali się zgoła odmiennie. Co chwila wstawali od stolika, robili fikołki, łaskotali się wzajemnie oraz urządzali wyścigi w piciu piwa widelcem. Arkadiusz nie mógł zrozumieć, czemu nie rozprawiają o metafizyce bytu, dlaczego nie szukają sensu życia, nie dyskutują o literaturze, poezji? Arek poprzez swoje natarczywe stanie, spowodował zainteresowanie ze strony jedynej dziewczyny spośród tej dziwnej grupy: - Czy możemy w czymś Ci pomóc? – zapytała niezwykle uprzejmie. Owa grzeczność z początku zaskoczyła Arkadiusza. Nie spodziewał się czegoś podobnego po ludziach powtarzających co chwila: „Siusiu w majtusiu” i co gorsza, śmiejących się z tego do rozpuku. - Eeee…tak, oczywiście, właśnie po to tutaj stoję, naturalnie. Potrzebuję eee…chusteczki, higienicznej…rzecz jasna. Gdybyście wspomogli mnie czymś takim, byłbym wielce zobowiązany… - Jasna sprawa. Bardzo proszę. Może weźmiesz od razu całą paczkę? - Nie, nie, dziękuje bardzo. Jedna całkowicie mi wystarczy. Jeszcze raz dziękuje. Jestem niezwykle wdzięczny…Do widzenia…Miłej zabawy… Odszedł w kierunku swego stolika. Chusteczkę schował do kieszeni. W połowie drogi poczuł narastający ucisk na ścianki pęcherza. Po krótkim namyśle stwierdził, że może to być sygnał, że chce mu się siku. Na wszelki wypadek wszedł do łazienki. Tymczasem przy stoliku, przy którym przed chwilą stał Arkadiusz, zawrzało: - Ty, Arek, ten koleś jest zajebiście do Ciebie podobny! – zwróciła się Ania do kolegi. - Niezły czad, nie? Ale nie do końca: jestem dużo przystojniejszy i pewnie mam większą faję! Ha, ha, ha! Poza tym, jebie mnie to. Wracajmy lepiej do naszej słomkowej budowli. Jeśli przyjmiemy, że rurka jest walcem to jej objętość wyniesie… - Co tam rurka! Fufi! Patrzcie na tego gościa! Fifu! W tych okularach podobny jest do Mrożka! - Do Mrożka? Coś ty! Prędzej do Gombrowicza! Bupudupu! - Sratatata! Gombrowicz nie nosił przecież okularów! - Hm…rzeczywiście. Pluff! Pluff! Sami widzicie, że powinniśmy zająć się naszą budowlą… Arkadiusz podszedł do pisuaru, wyciągnął co miał do wyciągnięcia i opróżnił swój pęcherz. Nagle, wpadł na szatański pomysł: - A może bym zrobił kupę? – pomyślał z obleśnym uśmieszkiem na twarzy. Wszedł do kabiny, zamknął ją, zdjął spodnie oraz majtki i ostrożnie usiadł na sedesie. Gdy poczuł się już pewniej, rozsiadł się wygodnie i zaczął intensywnie pracować zwieraczem odbytu. - Ach…ach…co za dziwny dzień! Najpierw ten gołąb, później ta śliczna dziewoja, balon w kształcie serca unoszący się do góry, chłopak podobny do mnie…to wszystko wydaje się być nierealne! No bo, jakże można racjonalnie wytłumaczyć taki zestaw rzeczy nie mających nic ze sobą wspólnego? Nieprawdziwe, nieprawdopodobne, niemożliwe! Czy ja tu naprawdę jestem? I czemu akurat tutaj, skoro mogłem być w tysiącach różnych miejsc? Co by się działo, gdybym znajdował się gdzieś indziej? Ach…ach…to w pewien sposób przerażające! Będąc tutaj, wykluczam się z bycia gdzie indziej! Cóż za bezczelna stacjonarność, brutalna pasywność, bezceremonialna bierność i bezwstydna stateczność! Godzinę temu szedłem do mego mieszkania, a teraz jestem w ubikacji! A gdzie bym był i co bym robił, gdybym nie spotkał Andrzeja? Ach…toż to jest zagadka…toż to niewiadoma! Bardzo możliwe, że w domu, jak codziennie o tej porze, ale wystarczył jeden mały zbieg okoliczności…i oto jestem tutaj! Ach…ach…jakie to dziwne, jakie nierealne! Tymczasem Weronika akuratnie się upiła, Zygmunt, o straszliwy przypadku!, wymiotował w kabinie obok, Andrzej poszedł do domu, ponieważ musiał włożyć sobie do pupy czopek z bliżej nieokreślonym narkotykiem, a Sylwia poszła do damskiej toalety w towarzystwie dopiero co spotkanego chłopaka. Zapewne poprosiła go o wytłumaczenie jej korpuskularno-falowej natury światła. Natomiast Arkadiusz w dalszym ciągu rozmyślał: - Ostatnio wracałem z gór i czułem się nieprawdziwy, nieistniejący, no bo jak to? Byłem w Rabce-Zdrój, a tu nagle, trzast prast i jestem w Krakowie, zupełnie nieprawdopodobnie, tak z innej beczki, z odległego świata jakiegoś, niczym brutalny, kosmiczny najeźdźca naruszający spokojne życie mieszkańców małej, rolniczej planetki! I stoję sobie w tym korytarzu pociągu i patrzę zza szyby na świat. Widzę dzieci bawiące się na torach, zdenerwowanych podróżnych czekających ze zniecierpliwieniem na swój ciuchciowaty środek transportu, ludzi przypisanych do swego miejsca, domu, ziemi, przyciąganych jakąś tajemną, magiczną siłą do chałupy swej drewnianej, którzy piją, pracują, wieszają pranie! Najnormalniej w świece bieliznę sobie suszą na słońcu, słońku, słoneczku, a ja niespodziewanie, znienacka! I choć oni mnie nie widzą, ani nie wiedzą i nie znają mnie, a ja tak skromnie i nieznacznie tylko, to i tak czuję się nie w porządku względem nich! Przecież ich podglądam! A ponadto swoim pojawieniem się ingeruję w ich życie! Co więcej: ja o nich myślę! Rozmyślam! Troszczę się! Martwię się! Zastanawiam się nad tym, czemu akurat ich spotkałem, co robią, czym się zajmują, dokąd zdążają? Gdzie jadą? Co lubią, jacy są? Czy nie stanie się im czasem jakaś krzywda? Czy to dziecko nie wpadnie pod samochód jutro? Czy ten mężczyzna zapłacił wszystkie rachunki? Czy są szczęśliwi? Czy mój los skrzyżuje się z losem któregoś z nich? Czy ich losy się jakoś przetną? Zderzą się niczym cząsteczki gazu? Czemu akurat oni, tu, w tym miejscu i o tym czasie? Czy da się to jakoś logicznie wytłumaczyć? Jakże może się dać, jeśli dać się nie może? Arkadiusz przerwał na chwilę swe rozważania, ponieważ musiał skupić się na zwieraczu. Po chwili dał się słyszeć cichy, subtelny i zmysłowy plusk. Znacznie bardziej odprężony, wrócił do swych przemyśleń. - Przypadek! Przypadek…ach…to piękne i straszne zarazem, że przypadek! Bo że przypadek to rzecz oczywista i niepodlegająca żadnej dyskusji! Jak inaczej wytłumaczyć ten chaotyczny ruch ludzi, całkowitą nielogiczność zdarzeń, nierealność naszej egzystencji i właśnie przypadkowość ludzkiego życia? To wszystko jest tak straszliwe nieprawdopodobne, że w tej nieprawdopodobności swojej, tylko i wyłącznie za sprawą przypadku staje się całkowicie możliwe do zaistnienia, dopiero w swojej nielogiczności owa przypadkowość zaczyna być absolutnie logiczna! Tak, tak, tak, przypadek! Wszystko jest możliwe! I nic nie ma sensu! To znaczy ma sens, bo jest częścią przypadkowości rządzącej naszym światem, ale nie ma sensu w potocznym, zwyczajnym rozumieniu tego pojęcia! Nagle, zupełnie nie spodziewanie, zbiegiem okoliczności jakimś strasznym, znienacka, bez zaproszenia i nie pukając myśl pewna zawitała do umysłu Arka. Zaśmiał się: - Ha, ha, ha! Wyborne! Ha, ha, ha! Rozmyślam na kiblu! Filozofuję srając! Ha, ha, ha Wyśmienite! Koń by się uśmiał! Chociaż w zasadzie, co w tym dziwnego? To, że robienie kupy w naszej spaczonej kulturze uchodzi za coś gorszego, wstydzimy się tego, a na samą wzmiankę o gównie odchodzimy zniesmaczeni! Jakież to śmieszne, jakie to dziecinne! Czyżby Einstein albo Miłosz nie srali? To naturalna przecież rzecz, wspólna dla wszystkich, jeden z warunków, który musi zostać spełniony, abyśmy prawidłowo funkcjonowali! Ale jednak wstydzimy się jej! Wszystko przez nasz dziwny system wartości! Czemu mam jeść nożem i widelcem, skoro mi wygodniej jeść samym widelcem? Bo tak wypada!? Ha, ha, ha! Wspaniały argument! To wszystko jest przecież kwestią umowy społecznej! Czemu ma mnie obowiązywać coś, czego nie podpisałem? W Azji bekanie uchodzi za normalną rzecz, lub wręcz za wyraz pochwały posiłku, starożytni Spartanie zabijali chore lub ułomne niemowlęta jako niezdatne do przyszłej służby wojskowej, a bardzo dawno temu Malgasze pozbawiali życia dzieci urodzone w tak zwane „dni nieszczęsne” – czy to oznacza, że byli źli? Nie, nie, nie! Wyznawali inne wartości moralne, to wszystko! Wszystko jest względne! Bo bezwzględne być nie może, gdyż nie ma uniwersalnego punktu odniesienia, wartości granicznej, moralnej prędkości światła czy światopoglądowego zera absolutnego! - Ale czy sytuacja, w której wszystko wolno, nie prowadzi do braku jakichkolwiek norm etycznych, zaniku głębszych uczuć, pogrzebania wszelkich zasad, do anarchii moralnej w imię wolności człowieka? – pytał się sam siebie. – A nawet jeśli, to co z tego? Czyż jednostka nie jest najważniejsza? Czy ja nie jestem najistotniejszy dla siebie samego? Cóż mnie inni obchodzą? Cóż mnie świat cały interesuje, jeśli nawet nie mogę pojąć istoty mego jestestwa? – rozmyślał dalej. Czy w takiej sytuacji nie powinienem siebie samego postawić w środku wszechświata i nieustannie, bez chwili wytchnienia, krążyć wokół własnego „ja”? - A może istnieje jakiś imperatyw moralny, którym powinniśmy się kierować! Ale co mogłoby nim być? Religia? Phi! To zbyt prymitywne, zbyt dziecinne! Chciałbym, aby tak było, ale nie mogę w to uwierzyć, nie, to za proste, za bardzo baśniowe to wszystko! Więc co? Walka o byt? Mhm…brzmi lepiej, to bardziej naukowe, ale czy to nie za okrutne? Ale jak może być okrutne, jeśli to naturalne prawo jest? A czy my nie jesteśmy częścią przyrody? Tak, tak, a jednak nie, nie! I znów mimo tego, że uznaję słuszność tej teorii, to nie mogę się na nią zgodzić, podświadomie pragnę czegoś innego, czegoś bardziej miłosiernego! Ach… i znów jakieś abstrakcyjne pojęcia! W walce o byt przynajmniej wszystko jest jasne, proste, moje geny mają przetrwać, moja rodzina i ja, ja, ja, muszę przeżyć i tyle! Czy to aż takie złe? Ach…ach…nie wiem…nie wiem… Tymczasem mężczyzna, którego na ulicy spotkał Arek, w dalszym ciągu biegł. Mijał stare kamienice, mijał nowoczesne wieżowce, mijał dzieci, mijał starców, zostawiał za sobą cały ludzki świat. Pędził tak niestrudzenie przez czas dłuższy, aż dotarł do lasu na obrzeżach…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych